@kopytakonia ogólnie ludzie bywają zjebani. Lewandowski to jeden z najlepszych napastników w historii piłki nożnej, a masa Polaków i tak po nim jedzie - co do kurwy xD. kurła kiedyś to było jak Żurawski strzelał bramki w Celticu xDDD.

@BoJaProszePaniMamTuPrimaSorta Lewy to jest przekozak ale niestety żona taki zły PR zrobiła w social mediach że bardzo dostał rykoszetem.

Zaloguj się aby komentować

@zuchtomek To jest ten moment, gdy z racji na użycie wizerunku prezydenta państwo Polskie powinno zrobić facebookowi wjazd na pełnej k⁎⁎⁎ie i zagrozić, że jeśli to się powtórzy jeszcze raz, to zablokują całego facebooka wpizdu jako miejsce gdzie prowadzona jest nielegalna działalność.

Zaloguj się aby komentować

836 + 1 = 837


Tytuł: Okupowanej Warszawy dzień powszedni

Autor: Tomasz Szarota

Kategoria: naukowa, historyczna

Wydawnictwo: Czytelnik

Format: papierowa

Liczba stron: 654

Ocena: 7/10


W zasadzie tytuł zdradza (ale częściowo!) tematykę książki. "Okupowanej Warszawy dzień powszedni" to synteza naukowa przedstawiająca życie codzienne mieszkańców podczas II wojny światowej. Książka dzieli się na następujące rozdziały: strukturę ludności i jej problemy, warunki bytowe warszawiaków, życie kulturalne, życie codzienne Niemców, nastroje i postawy wobec wojny i wroga. Praca ta obejmuje jednak okres od września 1939 do lipca 1944, próżno tu więc szukać informacji o powstaniu warszawskim czy też robinsonach warszawskich.


Dość ciężko ocenia mi się książkę, ponieważ wydanie, które miałem w dłoni, pochodzi z 1988 roku. Tuż przed końcem czytania książki dowiedziałem się, że książka doczekała się reedycji w 2011 roku, gdzie m.in. poruszono reakcje warszawiaków na wiadomość o zbrodni w Katyniu. Egzemplarz z 1988 ma propagandowe naleciałości, ale w zasadzie tylko ostatnia część "nastrojów i postaw" jest pełnoprawną propagandą, którą trzeba pominąć lub przeczytać z wyraźną rezerwą. W pozostałej części tekstu wstawki propagandowe (w tym o Gwardii Ludowej/Armii Ludowej czy też Polskiej Partii Robotniczej) są nieliczne i wydają się być "dla zasady, by cenzor puścił". Opisy działalności Armii Krajowej są w zasadzie rzeczowe i neutralne. Jak na czasy, w których ta książka powstała, wyszło dobrze. Faktem jest jednak, że łatwiej wybrnąć z "kontrowersyjnych tematów", jak pisze się o życiu codziennym, gdzie trzeba skupić się na cenach żywności czy też czytelnictwie. Sporą część książki zajmują cytaty z relacji świadków, co przybliża tekst czytelnikowi, który może być znudzony encyklopedycznymi opisami poszczególnych aspektów życia mieszkańców stolicy.


Nie bez przyczyny "Okupowanej Warszawy dzień powszedni" uchodzi w Polsce za kanon literatury dotyczącej II wojny światowej. Opisy są rzeczowe, a wszystkie informacje podane w odpowiedniej kolejności. Napisałbym, że również nie ma się odczucia, że autor pominął lub zbagatelizował jakąś kwestię, ale to zapewne mógłbym spokojnie napisać o ostatnim wydaniu. Ogólnie polecam książkę każdemu, ale w ciemno ostatnie wydanie z 2011.


#bookmeter #historia #warszawa #iiwojnaswiatowa #czytajzhejto #bapitankombaczyta


Prywatny licznik: 18/50

d00e09cf-30f9-48a9-9b63-504df95d13c6

Zaloguj się aby komentować

Kupował ktoś z was #telefony na włoskim amazon w stanie "używany - stan bardzo dobry"? Podobno pod tym kryje się nowy produkt w pudełku, ale po zwrocie. Prawda to? #technologia #smartfony

Zaloguj się aby komentować

835 + 1 = 836


Tytuł: Krew wampira

Autor: Florence Marryat

Kategoria: horror

Wydawnictwo: Wydawnictwo IX

Format: książka papierowa

Liczba stron: 380

Ocena: 7/10


Harriet Brandt, atrakcyjna i bogata panna, osierocona we wczesnym dzieciństwie i wychowana w surowej szkole klasztornej, przybywa z Jamajki do Europy, pragnąc rozpocząć nowe życie. W popularnym wśród brytyjskich wyższych sfer belgijskim kurorcie zaprzyjaźnia się z Margaret Pullen, żoną stacjonującego w Indiach oficera, oraz nieokrzesaną, nowobogacką baronową Gobelli, przyciąga również zainteresowanie przystojnego szwagra Margaret, Ralpha, któremu w uganianiu się za piękną dziedziczką bynajmniej nie przeszkadza, iż jest już zaręczony z inną kobietą. Kiedy niespodziewanie umiera dziecko Margaret, którym Harriet wcześniej regularnie się zajmowała, a znajomość dziewczyny z Ralphem Pullenem zaczyna się pogłębiać, na jaw wychodzi mieszane pochodzenie młodej dziedziczki i niechlubna przeszłość jej rodziców, a Kreolka zostaje oskarżona o bycie wampirem energetycznym i przyczynianie się do śmierci znajomych, którą to cechę miała odziedziczyć po babce – kapłance voodoo. Czy niespodziewane zgony w otoczeniu Harriet to rzeczywiście „klątwa krwi”, czy wyraz uprzedzeń wiktoriańskiego społeczeństwa wobec osób jej pochodzenia?


Nie ma sensu porównywać tej powieści z Draculą albo Carmillą, ponieważ, jak widać po opisie wyżej, nie mamy tu do czynienia z klasycznym wampiryzmem. Gdyby jednak poszukać wśród horrorów najbardziej zbliżonych do Krwi wampira dzieł, najwięcej podobieństw do książki Florence Marryat będą miały wyprodukowane w latach 40. przez Vala Lewtona dla studia RKO filmy, będące bardziej klimatycznymi dramatami, niż klasycznym kinem grozy, zwłaszcza zaś jego sztandarowa produkcja nakręcona przez Jacquesa Tourneura, Ludzie-koty. Podobnie jak bohaterka filmu Tourneura, Irena Dubrovna, Harriet Brandt ma wszystko, co niezbędne do szczęścia – urodę i pieniądze, jednak dręczące ją poczucie niewysłowionej samotności płynące z bycia „obcym w obcym kraju” i ciążącego fatum mającego sprawiać, iż mimowolnie zniszczy najbliższych, nieuchronnie musi doprowadzić do tragedii. Tutaj nie sposób nie zauważyć, że podobnie jak Ludzie-koty, tak Krew wampira, choć podejmuje tematykę podświadomego rasizmu i lęku przed obcym – w tym wypadku przed zagranicznymi femmes fatales, które zabierają pruderyjnym anglosaskim dziewczętom mężczyzn, by następnie ich zniszczyć – nie do końca się z ową podskórną ksenofobią rozlicza, koniec końców morałem płynącym z obu dzieł jest, że cudzoziemki naprawdę niebezpieczne.


Cóż, może błędem z mojej strony było oczekiwanie, że powieść napisana w epoce wiktoriańskiej rozliczy się z brytyjskim rasizmem w taki sposób, jak najwybitniejsza angielska powieść postkolonialna, czyli Szerokie Morze Sargassowe. Niemniej, dalej jest to interesująca pozycja, którą powinni się zainteresować zwłaszcza studenci anglistyki piszący prace na temat literackich obrazów stosunków między mieszkańcami metropolii i kolonii. Muszę jednak przyznać, że jako casual read, Krew wampira bywa nieco męcząca, a to z uwagi na nadmierne przerysowanie bohaterów – postacie nie muszą być chodzącymi karykaturami, żeby przekaz autora zachował siłę.


Swoją drogą, niezmiernie dziwi mnie praktycznie nieistniejąca kampania reklamowa tej książki. Gdyby nie tag ksiazkiwhoresbane, nigdy bym się o niej nie dowiedziała, bo nie dość, że nie ma jej reklam na socialach, to próżno jej szukać w Empikach! Wydawnictwo IX powinno chyba otworzyć rekrutację do działu marketingu, bo z tak genialnymi marketingowcami, jakich mają obecnie, niedługo ogłoszą bankructwo.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter

250e5f18-f6a4-497e-88a1-d89722fa4958

Zaloguj się aby komentować

Czacie że taki Donald siada przed chatem gpt i pisze "cześć chacie gpt, jestem Donald Trump, wygeneruj obrazek ze mną gdy (...)" a chat gpt se myśli "kolejny pojeb xd" i generuje mu ten obrazek?

Zaloguj się aby komentować

jeszce powinno być: 10 lat ssaliśmy pałę amerykańskim pedonazistom za darmo i od serca a przez tuska nas teraz nie szanują

@TwojStaryJeSuchary zamówione to zamówione, trzeba zapłacić, ale w ramach protestu nie kupimy od amerykańców amunicji do tego szajsu

@voy.Wu cicho, nie podpowiadaj pisowcom. A serio - nie ma sensu kupować amunicji Amerykance mają takie opóźnienia że pierwszą transzę dostarczą jak się świat będzie laserami i nanobotami strzelał

@voy.Wu ja tam dochodzę do wniosku, że jak ktoś oglądał Republikę to zasługuję by go okłamywali i robili z niego idiotę ¯\_( ͡° ͜ʖ ͡°)_/¯

@sireplama zawsze włączam na chwilę jak przylatuję do Polski i jeszcze sie nigdy nie zawiodłem. to jest kurwa lepsze niż matrix i bardziej nieprawdopodobne niż alicja w krainie czarów.


to że wychowali sobie tym pierdoleniem sekte odklejeńców gotowych za 500zł palić ludzi w piecach (sam tego niestety nie wymyśliłem) to już jest mniej zabawne.

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

#muzyka #muzykaelektroniczna #triphop #breakbeat #modernclassical #downtempo #saltillo #suspiciousrecords #muzykazyxx

Saltillo to jednoosobowy projekt Mentona J. Matthewsa, multiinstrumentalisty który sam nagrywa wszystkie partie smyczkowe do swoich utworów. Kawałek A Necessary End to popisowy przykład jego stylu gdzie genialnie połączył głębokie, melancholijne brzmienie wiolonczeli z ciężkim połamanym bitem trip-hopowym i mrocznymi samplami wokalnymi.

Label: Suspicious Records Album: Ganglion Wykonawca: Saltillo Utwór: A Necessary End Kraj wydania (label): USA Kraj pochodzenia: USA Wydany: 30.04.2006 Gatunek: Electronic Styl: Trip Hop, Breakbeat, Modern Classical, Downtempo

https://youtu.be/WEvby-c1WnI?is=qvYhQy3r9sdJdGmw

@Jodzi ogólnie cały ten album jest bardzo dobry, człowiek ma problem bo sam nie wie który utwór udostępnić 😉 szkoda że Saltillo wydał tylko 2 płyty i 2 epki.

No są jeszcze dwie plyty Sunday Munich, tez dobry klimat. Szkoda ze chlop zajął sie malowaniem i tatuazami a nie ciagnie temat muzyki

Zaloguj się aby komentować

Rodzicielstwo ma swoje niezaprzeczalne uroki. Dziś, podczas poważnego dnia pracy, pełnego poważnych spotkań, dyskusji o poważnych budżetch z poważnymi ludźmi dostaje powiadomienie na telefon z wiadomością o tresci:

"dzień dobry, z okazji Dnia Żółwia prosimy o..."

I to są ważne tematy.

#rodzicielstwo #dzieci

@Rafau @dradrian_zwierachs Mnie chyba najbardziej wkurza robienie przedstawień w poniedziałki albo w środku tygodnia o godzinie 15. Tak jakby wszyscy mogli się zwolnić z pracy i przyjść wcześniej bo bąble poskaczą i pomarudzą 10 minut.

@Hasti wiesz, to ma na celu zbudowanie doświadczenia bycia docenionym. Taki zabieg psychologiczny. Wolałbym współpracować lub dogadać się, żeby chociaż nagranie z tego mieć, obejrzeć przy dziecku i wychwalać przy nim. Takie to buty.

Az mi sie przypomniało - nie znam niestety autira - "Ktoś powinien wreszcie wziąć się za konkursy organizowane dla dzieci w wieku szkolnym i przedszkolnym, zanim dojdzie do prawdziwego nieszczęścia.

Otóż jakiś czas temu, mój syn wrócił z przedszkola z informacją, że zbliża się kolejna edycja konkursu ekologicznego na rysunek lub instalację o tematyce eko. Młody jest naprawdę uzdolniony plastycznie i ma świetne pomysły, ale poprosił o drobne wsparcie w składaniu i klejeniu projektu elektrowni wodnej. Siedzieliśmy na tym dwa wieczory i na dwa tygodnie przed konkursem mieliśmy już w zasadzie gotowe do okazania jury.

A tu nazajutrz Młody wraca z przedszkola z rykiem, że on na pewno przegra, bo czteroletni Jasio ma elektrownie słoneczną, w której zapala się światło, jak się naciśnie na panel fotowoltaiczny.

Przyznam, zagotowało mnie wówczas, że są rodzice którzy tak oszukują i to jeszcze kosztem dzieci. Zarabiam natomiast na tym, że potrafię oddać tak, żeby naprawdę bolało, więc z miejsca ruszyłem do lokalnego sklepu przemysłowego i po zostawieniu tam pięciu stówek, oznajmiłem synowi: "Postaw sobie na półce tę naszą kartonową zabawkę, Tatuś Ci zaraz pokaże, jak naprawdę robi się prąd."

Siedziałem nad tym całą noc, ale rano projekt był gotowy, a tam: pełny, działający obieg zamknięty wody + prawdziwe obracające się pod jej wpływem turbiny generujące prawdziwy prąd, zasilający oświetlenie minielektrowni, no i... turbiny, jakby się przestały kręcic. Jebane perpetuum mobile (na baterię ukrytą w dachu elektrowni).

Jasio, jak się o tym wszystkim dowiedział, to aż zbrudził pampersa. Co gorsza, jego ojciec najwyraźniej też, bo po trzech dniach mój Młody wraca i znowu w ryk, że Jasiek ma nowy projekt i jest to w pełni funkcjonalna elektrownia słoneczna, a panele na specjalnej platformie płynnie podążają za ruchem słońca, żeby w pełni wykorzystać jego energię.

No to już było wypowiedzenie wojny. Nie chodziło już nawet o konkurs, ale o zasady, o granice je⁎⁎⁎ej bezczelności. Nie może być przeceiż tak, że jakiś miejscowy k⁎⁎as, który ma za dużo wolnego czasu, pieniędzy i kleju na gorąco, będzie się kosztem mojego dziecka bawił w Jakuba Wiecha.

Zrobiłem wówczas to, co zrobiłby każdy normalny Polak w mojej sytuacji. Zadzwoniłem do Szwagra.

Mój szwagier jest typem człowieka, który potrafi zrobić absolutnie wszystko, o ile zapewni mu się dostęp do YouTube’a, hurtowni budowlanej i czteropaka Warki Strong, jako paliwa badawczo-rozwojowego. Ma też tę szczególną mieszaninę ciekawości i talentu, które w normalnym kraju dałaby mu grant badawczy albo zakaz zbliżania się do sieci elektroenergetycznej.

Szwagier przyjechał nazajutrz, spojrzał na mnie, potem na nasze dotychczasowe projekty, następnie na cztery skrzynki Warki Strong, a potem znowu na mnie.

- To trzeba iść w atom - ocenił. - Masz może uran?

Przez pierwszy wieczór tylko projektowaliśmy, dlatego rano - wzorem radzieckich inżynierów mieliśmy potwornego kaca. Następnego dnia zabraliśmy się jednak do pracy na poważnie.

Betonowaliśmy, spawaliśmy, łączyliśmy, potem znowu betonowaliśmy.

Tak powstały cztery bloki energetyczne, chłodnia kominowa, budynek sterowni, plac rozdzielczy i coś, co Szwagier nazwał "mechanizmem awaryjnego wygaszania reaktora", choć wyglądało jak pudełko po cukierkach z wbitymi doń metalowymi drucikami.

Trzeciego dnia zrobiliśmy sobie bana na piwo, ubraliśmy stroje pszczelarskie pokryte folią aluminiową i przystąpiliśmy do prac nad rdzeniem. "Sobie świecisz, czy mi?! Świeć tutaj, k⁎⁎wa" / "W sądzie też tak chujowo spawasz?!" - sypały się gęsto, ale do rana osiągnęliśmy większe postępy, niż polski program atomowy przez ostatnie pięćdziesiąt lat.

Na dzień przed konkursem projekt był gotowy. To była prawdziwa elektrownia jądrowa, nie żadne tam pstrokate przedszkolne gówno z rolek po papierze toaletowym i brokatu. Uberprofesjonalne wrażenie psuła tylko tabliczka na ogrodzeniu, z napisem" "WSTĘP WZBRONIONY" i drobnym drukiem: TATA JAŚKA - SPIERDALAJ".

- Trzeba będzie zrobić rozruch próbny, zanim podepniemy to do sieci. - stwierzdiłem.

- Dej spokój, co będziemy testować - fachowo machnął ręką Szwagier. - Dawaj od razu na produkcję.

Nazajutrz zawieźliśmy nasze dzieło do przedszkola na wystawę.

Powiem wprost - już samo wnoszenie tego do sali konkursowej wzbudziło respekt. Dzieci zamilkły, rodzice rozdziawili gęby ze zdziwienia, a ojciec Jasia w mgnieniu oka postarzał się z 10 lat i z tą swoją pedalską elektrownią słoneczną stał z boku i patrzył smutno, jakby właśnie oglądał wjazd wojsk Układu Warszawskiego do Pragi.

Ustawiliśmy elektrownię na stoliku pośrodku sali. Dookoła stanęły inne prace, np. jeż z szyszek, farma wiatrowa z rolek po papierze toaletowym i ten skurwiały solarny kombajn Ojca Jasia, którego panele rzeczywiście obracały się za słońcem.

Nie minęło wiele czasu, jak Szwagier zadecydował, że ruszamy. Padły słynne "ostatnie słowa":

- Podłączylem do sieci. Odpalaj. Będziemy robić próbę mocy.

Potem wypadki potoczyły się, że tak powiem - lawinowo i niestety tak szybko, że niewiele pamiętam.

W głowie mam takie migawki, jak w całym budynku zaczyna gasnąć światło, a Szwagier krzyczy: "Człowieku, kurwa, co jest? Dawaj pełną moc, bo turbiny stają!"

W rezultacie zaś dania tejże - światła rozbłyskają w oślepiającym blasku, następnie zaś żarówki kolejno eksplodują w całym budynku. Dzieci płaczą, dorośli uciekają. W panice rzucam się do przycisku AZ5 zlokalizowanego na ścianie sterowni minielektrowni, żeby to wszystko wyłączyć, a wtedy reaktor w bloku czwartym po prostu eksploduje.

Szwagier zawodzi: "Coś Ty, kurwa, zrobił?! Zbiornik wyrównawczy z wodą rozjebało!"

Ja do niego wołam: "Chłopie, jaki zbiornik?! Cały rdzeń jest na wierzchu, widziałem grafit!"

On na to do mnie: "Lej wodę, żeby to chłodzić! Reaktory RBMK nie wybuchają! Nie widziałeś grafitu, bo go tam nie było!"

Potem wspólnie zasypujemy rozwalony rdzeń piaskiem z pobliskiej piaskownicy, gdy pada uzasdnione pytanie "a co z promieniowaniem"? Szwagier wyjmuje wtedy dozymetr i uspokoja, że "jest 3,6, not great, not terrible"

Oczywiście nie wygraliśmy tego konkursu. Nawet mój syn z tą swoją tekturową elektrownią wodną ostatecznie zajął wyższe miejsce (uruchamianie tej mojej dyrekcja przedszkola uznała za zbyt ryzykowne w czasasch eskalacji cen hydraulików). Dostaliśmy też dożywotni zakaz uczestnictwa w podobnych wydarzeniach, wezwanie do pokrycia kosztów malowania sufitu i wymiany oświetlenia, a także terapii dla babki od rytmiki.

Najgorsze jest jednak to, że dzieci w przedszkolu siedziałyby dziś po ciemku, gdyby nie Ojciec Jaśka i ta jego, jebana elektrownia słoneczna.#pasta #rodzicielstwo #heheszki "

Zaloguj się aby komentować