Mogę być nieobiektywny, bo "Lalka" była moją absolutnie ulubiona lekturą (może konkuruje sobie z "Obcym" Alberta Camus), więc cenię wierność oryginałowi, ale wersja kinowa wciąga Netflixową nosem.
Twórcy wersji kinowej mieli w ręku diament i zamiast robić retellingi na kiju po prostu go oszlifowali i dostarczyli w formie przystosowanej do wielkiego ekranu. Połączyli kilka postaci, żeby się zmieścić w 3 godzinach, zrównoleglili niektóre wydarzenia, żeby nie mnożyć scen i wątków, ale wszystkie te decyzje były zrobione z myślą o tym, żeby lepiej działała jako film.
No i co najważniejsze, film bierze swój świat na poważnie mniej więcej tak jak ekranizacja Petera Jacksona wzięła "Władcę Pierścieni" na poważnie. Jest to ryzyko, bo w dzisiejszym świecie, kiedy masz szacunek do klasyki i widać, że ci zależy, ocierasz się o groźbę śmieszności.
Nie ma głupich mrugnięć okiem do widza, łamania czwartej ściany i wybijania z immersji topornymi nawiązaniami do współczesnych konfliktów. Kiedy "Lalka" Kawalskiego chce poruszyć temat ponadczasowy, to pozostawia widzowi co najmniej jedną warstwę niedosłowności, żeby sam go sobie rozpakował jak cukierek. Podoba mi się to, bo nie lubię jak film traktuje widza jak debila, któremu nie można zaufać, że da radę wykonać swoją część pracy.
Kilka postaci dostało fajne odświeżenie, żeby były bardziej zrozumiałe. Nie dziwię się, że dla roli TEGO Rzeckiego Marek Kondrat postanowił wrócić z aktorskiej emerytury. Oryginalny Rzecki w książce był postacią otępiałą i komediową, a filmowy robi za sumienie Wokulskiego i kompetentnego powiernika. Jest to rola, za którą będzie zapamiętany na kolejne 20 lat.
Ogólnie jestem cholernie zadowolony, że się wybrałem na film w dniu premiery, na pewno wybiorę się ponownie. Oby więcej takiego kina.
@bojowonastawionaowca Zgadza się. Prychnąłem z uśmiechem wyobrażając sobie, że w twórczości imcia Aleksandra Głowackiego taki Bolesław Prus mógłby być jakimś self-insertem jak w fanficu na wattpadzie
Amerykański lekarz wraz żoną przyjeżdża do Paryża. Kiedy kobieta ginie, a miejscowa policja zwyczajem polskich kolegów po fachu od razu umarza śledztwo, mężczyzna podejmuje własne poszukiwania. Trop prowadzi go do młodej Francuzki uwikłanej w przemyt.
Jak na takiego reżysera i takiego aktora w głównej roli cienizna, średniak na poziomie rozmaitych popłuczyn po Uprowadzonej, które lecą w tygodniu na Pulsie.
@Telezajaczek przypomniało mi się jak rodzice oglądali go na vhs i byli zachwyceni, a dla mnie, który jak zwykle podgladał za rogu klecząc w przedpokoju to bylo strasznie nudne gowno, z ktorego nic nie zrozumialem.
Po latach dalem chyba 7, ale ten pierwszy seans strasznie zrazil mnie do siebie i ciągle mam to z tylu głowy.
@FodiJoster niestety nie jest to peak formy Polańskiego, obecność tego filmu na listach typu 1001 filmów które musisz obejrzeć bierze się z nazwisk reżysera i odtwórcy głównej roli, bo ani fabularnie ten film nie różni się od pierdyliarda innych thrillerów klasy B, ani nie wyróżnia się pod względem technicznym (zdjęcia, soundtrack, montaż).
Obejrzałem ten serial zaciekawiony nim z powodu licznych opinii, często skrajnych, które do mnie docierały. I muszę przyznać że pozytywnie jestem zaskoczony.
Na początku powiedzmy sobie czym ten serial na pewno nie jest: adaptacją "Lalki" Bolesława Prusa. Z oryginału twórcy, oprócz tytułu, wzięli zarys fabuły i nazwiska bohaterów. I to w zasadzie wszystko. Przynajmniej w tym przypadku Netflix miał tyle przyzwoitości, żeby w ogóle nie wspominać o słynnej książce, a nie daj Boże pisać o "oparciu na książce".
Plusem serialu jest bardzo ciekawa wariacja (bo już nie interpretacja) na bazie oryginału. Wiele elementów jest zupełnie nowych, przez co całość jest na dosyć zaskakująca i wciągająca. Nie chcę się mocniej rozpisywać by nie zdradzać za dużo. Do tego fantastyczne kostiumy i ciekawe scenografie.
To co mnie w serialu mocno mierziło - klnięcie. Dosyć częste i bardzo prymitywne, nie pasujące do "wyższych sfer" w kręgu których toczy się akcja. Poza tym postać głównej bohaterki jest poprowadzona nieumiejętnie - raz jest próżną dziewczyną, za chwilę intrygantką, po tym emancypantką czy furiatką - trudno tutaj stwierdzić jaki jest jej rzeczywisty charakter, gdyż za dużo tutaj sprzeczności. Dobór aktorów też mnie nie przekonał - mimo bardzo dobrej gry, zarówno Drzymalska jak i Schuchardt nie pasują mi swą fizjonomią do postaci. No i w moim odczuciu Drzymalska momentami lekko przeszarżowywała.
W treści spojlerów brak za to scena dobrana wręcz przeciwnie - to była kulminacja mi się zdaje a nie jakaś jedna z wielu scen gdzie tak rzucali mięsem.
No chyba że Wokulski z Rzeckim jak się zeszli 🙃
Policjant półcyborg dostaje zlecenie by wspomóc w walce z terrorystami. Jak się okazuje, to terroryści nie są tacy źli, a właśnie zleceniodawcy, którzy chcą by już cały świat opanowały cyborgi i chcą podmienić nimi światowych przywódców. Alex musi wybrać stronę, i oczywiście wybiera i jest wielką bronią w rękach rewolucjonistów, mimo, że byli zleceniodawcy są zbolali jego przejściem i utratą takiego dobrego prawie-cyborga.
Dużo zastanawiania się nad kondycją ludzkości w na wpół zmechanizowanym ciele nie ma - a na pewno brak tu filozofii, która na przykład przyświecała w "Ghost in the shell".
To raczej tylko baza pod dynamiczny i klimatyczny akcyjniak, gdzie się dużo strzelają, uszkadzają i walczą.
Ma to swój urok, choć czasem gatunkowość wychodzi poza ramy, ale zdarza się to rzadko. Charyzmatyczna jak na półcyborga (iksde XD) postać Alexa, który wrzucony jako wielki wojownik w walce o słuszny cel, także pomaga w seansie.
Sporo tam klimaciku, który ratuje cały film, bo ten jako całość trochę się wylewa, nie jest tak równy jak poprzedni film Pyuna, który oglądałam, czyli "Rycerze".
Ale za to jest lepszy niż "Cyborg" z van Dammem.
Muszę przyznać, że jak na standardy kina klasy B z czasów VHS miło mi było w tym postapokaliptycznym cyborgowym świecie Pyuna.
Zanim zabrałem się za seans nietypowo dla siebie przejrzałem opinie bo Fincher mial juz konkretne wtopy i zostałem z nastawieniem nie warto. A jednak postanowiłem sprawdzić samemu.
I wiecie co? Po raz już nie wiadomo, który musiałem sam się przekonać, że opinie w Internecie są gówno warte.
Co jeszcze dziwniejsze w tym wypadku moja ocena jest podobna do ocen krytyków, których użytkownicy filmwebu jadą za to po całości.
Nie słusznie.
Ten film juz na poziomie czołówki (jak zawsze swietnej u Finchera) pokazuje jaki ma zamiar być i ani przez moment nie schodzi z obranego kursu.
Scenariusz nie jest zbyt odkrywczy, a mimo to jest w nim ta doza wyjątkowości tak znana z filmów finchera.
Aktorsko jest bardzo dobrze, a momentami wybitnie.
Myzyki Reznora nie trzeba reklamować.
Za to udźwiękowienie to czysta poezja. Bardzo polecam oglądać w słuchawkach.
Ktoś gdzieś tam ladnie zauważył, że to hołd dla gry Hitman, bez hitmana i tu pełna zgoda.
Ten film to relacja ze sposobu życia płatnego zabójcy i jeśli tak odbieramy film to rezyser w pełni nas satysfakcjonuje.
Największym zarzutem wobec tego obrazu jest wg odbiorców nuda.
Dla mnie ten film jest na poziomie świetnie przyjętego kiedys Azylu.
Widocznie przebodźcowanej tiktokiem widowni niespeszne stonowane kino juz nie dostarcza wystarczającej dawki dopaminy.
Ja tam siedziałem caly seans z bananem na ryju.
Warto zwrócić uwagę na zmianę pracy kamery po prologu. Takie drobnostki jak dla mnie świadczą o geniuszu rezysera.
Ja tam bardzk polecam, ale co ja tam wiem.
p.s. ocena z 7 na 8 wyskoczyła przez scene walki wręcz. J⁎⁎⁎na poezja kina.
p.s.2 tytuł na plakacie jak widać sam Biauek z wypoku cenzurował.
@Hjuman Fajny film, ale przez to, że dość często leci w tv, ojciec katował nim całą rodzinę, co sprawiło, że główny urząd kontroli prasy, publikacji i widowisk (w postaci matki) wpisał ,,na skaju jurta" na czarną listę i jest kategoryczny zakaz włączania go xd
Początkowe odcinki wprawiały mnie w śmiech, bawiłam się całkiem dobrze, ale czasem bywało zbyt akcyjnie lub zbyt poważnie. Serio, szkliste oczka Anieli za Maciejem jakoś nie pasowały do rubasznego klimatu tego serialu.
Ale i tak tyle co się wybawiłam przy żartach to moje. Już zaczęłam 3 sezon - mi tam odpowiada schemat tego serialu i te żarciki. For fun watch only!
@Mahjong ten serial przeszedł ten sam cykl co Simpsonowie, tylko w ciągu 3 sezonów. Postacie są karykaturami samych siebie, żarty same się piszą. Mimo że traci to na uroku dość szybko, myślę że może się to podobać jeżeli się z kimś ogląda
Agentka FBI, była policjantka, poluje na niebezpieczną morderczynię, wydaje się, że typową seryjniaczkę. Ale w czasie śledztwa okaże się, że nasza morderczyni ma swój konkretny motyw. Co ciekawe, obie kobiety wiążą podobne doświadczenia z przeszłości (Epstein style).
Były odcinki, że oglądało się naprawdę wybornie, ale i były odcinki po prostu do odhaczenia. Myślałam, że to jakiś mniej znany, ale porządny serial kryminalny, jednak poza solidnością nie ma tam nic wyjątkowego.
Ba! jestem skłonna stwierdzić, że pewnie pierwszy lepszy polski serial kryminalny przykrywa ten tytuł czapką.
Najciekawszą postacią "Obsesji" nie okazała się dla mnie ani agentka, ani morderczyni, lecz doświadczona pani agentka FBI Nora Washington. Po tej pani widać doświadczenie, wypalenie, ale i nowe siły w nią wstępuję, gdy widzi sprawczość.
Ogólnie serial jest oglądalny, akcja się dzieje, aktorstwo jakie jest takie jest, ale jest. Ale czy zerknę na drugi sezon, to jeszcze nie wiem, bo jakoś nie poczułam się zachęcona.
Islamscy terroryści planują zamach podczas meczu futbolu amerykańskiego.
Całkiem dobry film trzymający w napięciu, choć Robertowi bardziej do twarzy w mundurze Wermachtu (Bitwa o Ardeny) . Co do zgodności z książka to profanacja po całości.
Historia zatonięcia statku wielorybniczego Essex, na której kanwie Herman Melville oparł Moby Dicka.
Trochę za dużo blockbustera w tym filmie - powinien mieć mroczniejszy ton, jak seriale Terror i Na wodach północy, a pierwsza połowa to przygodówka w stylu Pan i władca na krańcu świata. Dodatkowo, za dużo ordynarnego CGI - w scenach na morzu idzie je zrozumieć, ale naprawdę nie mogli jechać do Nantucket (lub innego portu w Nowej Anglii) nakręcić tę parę scen z początku i finału, tylko musieli walić CGI?
Lecz mój największy zarzut dotyczy obsadzenia w głównej roli Chrisa Hemswortha, on nie ma wystarczającego talentu, by grać w dramatach. Szkoda, że do roli Chase'a nie wzięli Cilliana Murphy'ego albo Bena Whishawa.
Kolejna przygoda z twórczością pani Ulrike Ottinger. To już czwarty film jej, który obejrzałam i dalej jest cudownie pojebanie.
Nie ma tu gatunku arthouse, zresztą nawet nie wiem jak określić ten film, więc wybrałam "przygodowy".
Na początku przygody trzeba zebrać drużynę. Tajemniczy komunikat dociera do wielu kobiet - o porzuceniu dotychczasowego życia i przyłączenia się do pirackiego statku kobiet, gdzie czeka złoto, miłość i przygoda. Tak więc obserwujemy szereg kobiet, które otrzymują ten komunikat i postanawiają przyłączyć się do Madame X.
Nie wszystko jednak jest zgodne z obietnicą, bowiem szefowa - tytułowa Madame X - jest autorytatywna, zapatrzona w siebie, zazdrosna i wymaga posłuszeństwa od załogi. Jednak kobietom to nie przeszkadza, przyzwyczajone do tego w poprzednim życiu wydają się bardziej skłonne podporządkować kobiecie rzucającej pustymi obietnicami, niż kolejnemu mężczyźnie.
Film jest campowy, arthousowy i jak to bywa w przypadku filmów fabularnych pani Ottinger niezmiernie śmieszny. No przynajmniej mnie śmieszyło tam bardzo wiele rzeczy - sama realizacja nie pomaga zachować powagi.
W roli Madame X Tabea Blumenschein - muza pani reżyser, zresztą pojawia się w wielu filmach reżyserki, grała też główną rolę w "Portrecie pijaczki" - też tam grała postać jakieś Madame, ale już bez "iksa".
Co ciekawe, sama Ottinger dostała po karku za ten film od ówczesnych feministek, bo owy obraz uwydatnia to, że patriarchalne zachowania są kopiowane przez kobiety. Reżyserka skwitowała ową krytykę tym, że to jakieś skrajne przedstawicieli, bo sama zawsze uważała się za feministkę i twórczynię feministyczną.
To ten film wybił niemiecką reżyserkę i dał jej uznanie na całym świecie - powiedzmy sobie szczerze, raczej pośród takich filmowych wariatów jak ja, a nie zwykły widzów.
Wątpię by zwykły widz dał radę obejrzeć takie filmy, które kręciła Ottiner. To czysta, feministyczna jazda, bawiąca się mitami i campowością niczym swego czasu Jarman (tylko oczywiście na swój sposób).
Absurdalne wątki, wklejone niechlujnie i niesynchronicznie dźwięki, dziwaczne stroje - to nie tylko znak tego filmu - jego realizacja przypomina zabawę studenciaka pierwszego roku, który chce się bawić konwencją.
Tyle, że Ottinger nie bawi się konwencją, tylko tworzy swój nowy, własny świat, gdzie reguły gatunków nie docierają. Dzięki temu dowolność realizacji i fabuły rozszerza się niczym kleks na kartce papieru.
Jestem fanką, kocham takie powalone kino, i na pewno duży wpływ na to ma niezwykłe poczucie humoru reżyserki - nie przypominam sobie kiedy ostatni raz poryczałam się ze śmiechu czy nie mogłam przestać się śmiać. Żadna klasyczna komedia nie wywołała we mnie takich salw śmiechu.
Na pewno obejrzę kolejne tytuły tej pani. Zabawo trwaj!
Jeśli dobrze pamiętam widziałam ten film raz wcześniej (jeśli był jakiś rewatch po drodze to pamięć mi to wypłukała), 10 lat temu na festiwalu.
Pamiętam, że bardzo mi się podobał, coś 8/10.
Dziś, po powtórnym seansie jestem zobligowana podwyższyć ocenę. Ten film oglądało mi się o niebo lepiej niż po raz pierwszy, może dlatego, że rozwiązania fabularne były znane, więc mogłam się skoncentrować na innych rzeczach.
To drugi taki melodramat Haynesa, który bezczelnie kopiuje styl Douglasa Sirka - stylowego twórcy melodramatów z lat 50. To znaczy bezczelnie kopiuje to na wyrost, ale chciałam podkręcić jak mocno "Carol" jest melodramatem.
Melodramat często kojarzy się z czymś przesadzonym, kinem emocjonalnym, gdzie miłość bardziej przypomina morderczy bieg przez płotki niż romantyczny spacer jesiennym parkiem.
Tu też mamy bieg przez płotki: to w sumie miłość od pierwszego spojrzenia - młodej ambitnej Therese i starszej Carol, która jest na granicy rozwodu. Akcja dzieje się w latach 50., więc niezbyt fajowe czasy by odkrywać uroki swojej orientacji. Obie wydają się mieć głęboko w poważaniu środowisko dookoła, problemy i inne rzeczy, jeśli mogą tylko z sobą przebywać.
Oczywiście życie pozostawione szybko zacznie się upominać o swoje, szczególnie w kontekście Carol, której mąż wciąż nie może przeboleć rozstania. Dramatyczne losy postawią przyszłość związku dwóch w kobiet w dużej niepewności.
Czym więc objawia się owy melodramatyzm? Na przykład powtórzoną gadką Carol, że Therese spadła jej z nieba, została zesłana, niczym nadzieja na pogrążonego w nienawistnej rzeczywistości człowieka.
Co do ujęć, to korzystano z wyświechtanych symboli melodramatycznych - przeciągłe spojrzenia, zbliżenia przez szybę (np. w podróży autem) lub lustro, dużo znaczących zbliżeń, które zostawiają dla widza tropy niczym w wykwintnym kryminale (np. rękawiczki zostawione w sklepie).
Najciekawsze jest to, że to wszystko działa i przywraca melodramatowi jako gatunkowi szacunek. Przynajmniej mi, bo dla mnie melodramaty zawsze wydawały się takie na wyrost. Tutaj jednak Haynes pięknie unika ckliwości, chociaż często w nią bezpośrednio celuje, a dzięki aktorskim wyżynom Blanchet i Mara możemy obserwować rodzącą się miłość zarówno ze skandynawską obojętnością, czekając na pierwszy upadek w tym biegu z przeszkodami, albo z drżeniem serca, czując ogromne uczucie, które przyciąga główne bohaterki i nie chce za nic odpuścić.
W "Daleko od nieba" Haynes dotarł w swoim kopiowaniu klisz melodramatycznych do samego końca, bo często regułą melodramatu jest także tragiczny koniec, no - tragiczny powiedzmy w takim sensie, że jest dosłownie "daleko od happy endu (nieba)".
W "Carol" jednak nieco nagina reguły i tutaj miłość wygra to nierówne starcie. A mimo to i tak końcówka dalej wpisuje się w reguły gatunku - reżyser przez cały film trzyma w ryzach gatunkowość.
Czasami się jednak zastanawiałam na ile to robota aktorek, które potrafiły tak zagrać, by spuścić naleciałości melodramatu a zostawić sam środek, wokół można zbudować na wpół nieszczęśliwą relację.
Kostiumy, muzyka, zdjęcia, montaż wtórują ręce reżysera we współudziale aktorów.
Trochę szkoda, że Haynes porzucił drogę "melodramatyzowania", jego kolejne filmy są zaledwie poprawne, ale nie bawią już tak realizacją i wczutką i jak się okazało w "December" tutaj akurat dwójka aktorek nie podołała podniesieniu jakości filmu (Natalie Portman i Julianne Moore - która przecież była znakomita w "Daleko od nieba").
Mimo wszystko nie jestem pewna, czy "Carol" kiedykolwiek zachęci mnie do nadrobienia filmografii Sirka - co innego jest jednak gdy twórca podpiera się specjalnie gatunkiem, a co innego gdy ktoś po prostu kręci w takim stylu.
@gwf-hegel-fangirl Nie każdemu musi się podobać, nie ma co mieć wyrzutów. Jeśli oglądałaś kilka lat temu, to możesz spróbować sobie odświeżyć i podejść ponownie - polecam szukać detali, skoro fabuła już znana - mi dzięki temu szukaniu detali chemia pomiędzy bohaterkami podskoczyła masakrycznie w stosunku do pierwszego seansu np. A wcale nie oglądałam ponownie pod względem emocjonalnym, tylko technicznym.
Nie jest to niestety poziom poprzedniego z serii "Martwe zło: Przebudzenie".
Podobnie jak w Przebudzeniu mamy tutaj rodzinkę, która po śmierci syna, brata i męża, próbuje ogarnąć się w żałobie. W tym przeszkodzą demony systematycznie opętujące po kolei każdego.
Gore się sprawdza, aktorsko też nie jest źle, ale te rodzinne konflikty wyostrzone przez ostry język demonów nie miał takiej siły rażenia co "Przebudzenie". Tam działała klaustrofobiczna atmosfera, no i jednak wszystkie postacie wpadające w łapy demonów były sympatyczne, znaczy do polubienia.
Tu jest ciężej, prawie każdy z rodziny ma jakąś niefajną przywarę, może tylko Alice (żona zmarłego) jest "likeable".
Ale i tak bawiłam się wyśmienicie - demony są wredne, krew się leje, sposoby zabijania odkrywamy przeróżne (nie dla wrażliwych widzów, ale chyba przy tej serii to wiadomo).
Ot, solidny horror. Ale niestety, nic poza tym, aż sprawdziłam i "Przebudzenie" dostało ode mnie 8/10. Tu spadek o dwa punkty.
@Mahjong Miałem podobne odczucia, szczególnie wątek sztyletu wypadł słabo. Natomiast wciąż jest to przyzwoita pozycja i jak każde Martwe Zło warta obejrzenia.
@Mahjong Akurat dopiero co obejrzałam. Zdecydowanie nie mój typ kina. Naprawdę nie jestem wybredna, ale lubię, jak horror ma jakąś fabułę. Tutaj mamy jakąś szczątkową historyjkę na początku, a później to już właściwie tylko bohaterowie uciekający i zabijani przez demony. Dużo lepiej by to wyszło, gdyby chociażby historia dziadka objaśniała się stopniowo w trakcie całego filmu, a nie, że dowiadujemy się wszystkiego dosłownie w pierwszej scenie.
Pamiętam, że film z 1973 zrobił na mnie ogromne wrażenie, ale ta nowsza wersja umknęła mi i dopiero niedawno ją nadrobiłam.
Niestety, aktorsko to zaledwie poziom solidny, ale ciężko konkurować przecież z aktorskimi pokazami Steve'a McQueena i Dustina Hoffmana. Tutaj Papiego gra Charlie Hunnam, a Degę Rami Malek.
Mimo wszystko dobrze się oglądało, co prawda chyba moc rażenia była silniejsza w starszej adaptacji, ale ową nowsza ekranizację wspomnień Herniego "Papilona" ogląda się całkiem dobrze.
Sama historia? Ucieczka z kolonii karnej, gdzie życie to gehenna, lub raczej piekło, chociaż złapanie na ucieczce wrzuca więźniów w jeszcze gorsze koszmary. Henri, niesłusznie skazany za morderstwo, chce uciec stamtąd za wszelką cenę. Szansy upatruje w Loisie Dega, który ma forsę potrzebną na ucieczkę, ale warunki fizyczne i inne rzeczy raczej nie wróżą mu długiego życia w kolonii. Henri postanawia mu pomóc w przeżyciu, w zamian chce forsy.
Z czasem mężczyźni mocno zaprzyjaźniają się, i postanawiają razem uciec z kolonii.
W postapokaliptycznym świecie cyborgi są wampirami - muszą przyjmować krew, by żyć wiecznie. Są też złymi bandytami, którzy chcą podbić cały świat i wyssać z niego krew.
W tej beznadziei jest jednak jeden bohater, a raczej bohaterka - Nea, która spotyka na swojej drodze zwykłego cyborga, który jest zaprogramowany by bić się z tymi złymi. Nea dostaje porządny trening od niego i z czasem jego gotowa by stanąć w szranki z bandytami.
Niesamowicie wszedł mi ten film - fajne waleczki, bohaterka "piorunująca" #pdk, świat postapo i Lance Henriksen jako największy złol.
Niby to miał być kolejny gniot VHS, a okazał się całkiem sprawnym i wciągającym obrazem.