@LaMo.zord mnie rozbawiło narzekanie Hundingera na dinozaury "podłe gady", hipokryta aż miło, albo że by nie zatrudnił typka od dynamitu jakby wiedział że ma siostrzeńca co lubi psi patrol xD
Dopiero pierwszy odcinek za mną (i kilkanaście minut drugiego). Ja się bawię znakomicie, mimo że "Lalka" Prusa to jedna z najlepszych książek ever dla mnie, ale nigdy nie byłam fanką precyzyjnych adaptacji.
W sumie to bardziej wariacja na temat "Lalki" albo raczej baaaaaardzo luźna adaptacja. Nawet dość często się śmiałam, bawi mnie tam kilka wątków.
Ale jedno jest pewne - licealiści, którzy oleją książkę, bryki lub poprzednie adaptacje, a swoją wiedzą postanowią podreperować owym serialem - mają przejebane na maturze XD
Jake Blues (John Belushi) wychodzi z więzienia i wraz z bratem Elwoodem (Dan Aykroyd) otrzymują misję od Boga - mają uratować sierociniec, w którym się wychowali. Żeby zarobić pieniądze, decydują się reaktywować swój stary zespół i dać koncert. Niestety coś, co łatwo brzmi, jest niełatwe do wykonania, zwłaszcza gdy ma się na karku byłą narzeczoną, nazistów z Illinois, policję czy muzyków country.
Wielu ludzi tego nie docenia, a w filmie wystąpiło pełno prawdziwych, bardzo znanych muzykow (John L. Hooker, Ray Charles, Cab Calloway, Aretha Franklin, James Brown...). Wspaniała obsada, świetna muzyka i ten absurdalny humor, wręcz 11/10n
Gdy oglądałam ten film po raz pierwszy (już jako osoba dorosłą) to prawie posrałam się ze strachu. Wyprawa w środku nocą do kibla była nie lada wyzwaniem.
Dziś, po latach, już moja odporność jest mocniejsza, ale i tak były fragmenty gdzie się okrutnie bałam.
Banda lasek lubi ekstremalne wyzwania. Jednak pech sprawia, że po powrocie z jednej z takich wycieczek ginie mąż i córka Sary.
Po roku przyjaciółki organizują wycieczkę do podziemnych jaskiń. Jednak żeby wymaksować ekstremalne doznania jedna z nich, Juno, postanawia zaprowadzić panie do innej, niepoznanej jeszcze jaskini.
Tam kobiety natrafiają na problem, zawala się jedno z przejść i są zmuszone szukać wyjścia. Tymczasem w jaskini żyją człekokształtne potwory. Sprawa wydaje się więc beznadziejna - kobiety muszą walczyć o przetrwanie. W wysokim napięciu ujawniają się wszelkie przywary oraz konflikty pań, chociaż nie ma czasu na ich roztrząsanie - to uwierzcie, widać że to wszystko wylatuje na wierzch.
Reżyseria: Mike Judge, John Altschuler, Dave Krinsky
Ocena: 9/10
Ponownie obejrzałem dolinę. Lubiem.
Lubię ideę gdzie nerdzi są cały czas nerdami. Nie ma ckliwych dodatkowych romasów, przeobrażenia się bohatera w super hero czy tego typu innych zabiegów. Raczej mozolne męczenie się głównego bohatera. Richard ma cały czas za cel postawienie swojego Pied Pipera i tyle. Czasami człowiek myśli że zachodzi przemiana... otóż nie! To dalej ten sam człowiek, tylko próbuje osiągnąć drogę do celu.
Praktycznie wszystkie postacie poboczne są fajnie zrobione od całej ekipy, właściciela domu po prawnika.
Najbardziej podoba mi się domknięcie całości. W teorii jest miejsce na jakiś spinoff ale główny wątek jest zakończony.
Mogę być nieobiektywny, bo "Lalka" była moją absolutnie ulubiona lekturą (może konkuruje sobie z "Obcym" Alberta Camus), więc cenię wierność oryginałowi, ale wersja kinowa wciąga Netflixową nosem.
Twórcy wersji kinowej mieli w ręku diament i zamiast robić retellingi na kiju po prostu go oszlifowali i dostarczyli w formie przystosowanej do wielkiego ekranu. Połączyli kilka postaci, żeby się zmieścić w 3 godzinach, zrównoleglili niektóre wydarzenia, żeby nie mnożyć scen i wątków, ale wszystkie te decyzje były zrobione z myślą o tym, żeby lepiej działała jako film.
No i co najważniejsze, film bierze swój świat na poważnie mniej więcej tak jak ekranizacja Petera Jacksona wzięła "Władcę Pierścieni" na poważnie. Jest to ryzyko, bo w dzisiejszym świecie, kiedy masz szacunek do klasyki i widać, że ci zależy, ocierasz się o groźbę śmieszności.
Nie ma głupich mrugnięć okiem do widza, łamania czwartej ściany i wybijania z immersji topornymi nawiązaniami do współczesnych konfliktów. Kiedy "Lalka" Kawalskiego chce poruszyć temat ponadczasowy, to pozostawia widzowi co najmniej jedną warstwę niedosłowności, żeby sam go sobie rozpakował jak cukierek. Podoba mi się to, bo nie lubię jak film traktuje widza jak debila, któremu nie można zaufać, że da radę wykonać swoją część pracy.
Kilka postaci dostało fajne odświeżenie, żeby były bardziej zrozumiałe. Nie dziwię się, że dla roli TEGO Rzeckiego Marek Kondrat postanowił wrócić z aktorskiej emerytury. Oryginalny Rzecki w książce był postacią otępiałą i komediową, a filmowy robi za sumienie Wokulskiego i kompetentnego powiernika. Jest to rola, za którą będzie zapamiętany na kolejne 20 lat.
Ogólnie jestem cholernie zadowolony, że się wybrałem na film w dniu premiery, na pewno wybiorę się ponownie. Oby więcej takiego kina.
Kolejna przygoda z twórczością pani Ulrike Ottinger. To już czwarty film jej, który obejrzałam i dalej jest cudownie pojebanie.
Nie ma tu gatunku arthouse, zresztą nawet nie wiem jak określić ten film, więc wybrałam "przygodowy".
Na początku przygody trzeba zebrać drużynę. Tajemniczy komunikat dociera do wielu kobiet - o porzuceniu dotychczasowego życia i przyłączenia się do pirackiego statku kobiet, gdzie czeka złoto, miłość i przygoda. Tak więc obserwujemy szereg kobiet, które otrzymują ten komunikat i postanawiają przyłączyć się do Madame X.
Nie wszystko jednak jest zgodne z obietnicą, bowiem szefowa - tytułowa Madame X - jest autorytatywna, zapatrzona w siebie, zazdrosna i wymaga posłuszeństwa od załogi. Jednak kobietom to nie przeszkadza, przyzwyczajone do tego w poprzednim życiu wydają się bardziej skłonne podporządkować kobiecie rzucającej pustymi obietnicami, niż kolejnemu mężczyźnie.
Film jest campowy, arthousowy i jak to bywa w przypadku filmów fabularnych pani Ottinger niezmiernie śmieszny. No przynajmniej mnie śmieszyło tam bardzo wiele rzeczy - sama realizacja nie pomaga zachować powagi.
W roli Madame X Tabea Blumenschein - muza pani reżyser, zresztą pojawia się w wielu filmach reżyserki, grała też główną rolę w "Portrecie pijaczki" - też tam grała postać jakieś Madame, ale już bez "iksa".
Co ciekawe, sama Ottinger dostała po karku za ten film od ówczesnych feministek, bo owy obraz uwydatnia to, że patriarchalne zachowania są kopiowane przez kobiety. Reżyserka skwitowała ową krytykę tym, że to jakieś skrajne przedstawicieli, bo sama zawsze uważała się za feministkę i twórczynię feministyczną.
To ten film wybił niemiecką reżyserkę i dał jej uznanie na całym świecie - powiedzmy sobie szczerze, raczej pośród takich filmowych wariatów jak ja, a nie zwykły widzów.
Wątpię by zwykły widz dał radę obejrzeć takie filmy, które kręciła Ottiner. To czysta, feministyczna jazda, bawiąca się mitami i campowością niczym swego czasu Jarman (tylko oczywiście na swój sposób).
Absurdalne wątki, wklejone niechlujnie i niesynchronicznie dźwięki, dziwaczne stroje - to nie tylko znak tego filmu - jego realizacja przypomina zabawę studenciaka pierwszego roku, który chce się bawić konwencją.
Tyle, że Ottinger nie bawi się konwencją, tylko tworzy swój nowy, własny świat, gdzie reguły gatunków nie docierają. Dzięki temu dowolność realizacji i fabuły rozszerza się niczym kleks na kartce papieru.
Jestem fanką, kocham takie powalone kino, i na pewno duży wpływ na to ma niezwykłe poczucie humoru reżyserki - nie przypominam sobie kiedy ostatni raz poryczałam się ze śmiechu czy nie mogłam przestać się śmiać. Żadna klasyczna komedia nie wywołała we mnie takich salw śmiechu.
Na pewno obejrzę kolejne tytuły tej pani. Zabawo trwaj!
Roboty napierdzielają się z potworami. Zapraszam na #piechuroglada
---------
Tytuł: Pacific Rim
Rok produkcji: 2013
Reżyseria: Guillermo del Toro
Kategoria: #scifi #akcja
Czas trwania: 131 min
Moja ocena: 7/10
Ludzkość musi bronić się przed potworami wyłaniającymi się z głębin oceanu. Do tego celu używa ogromnych, sterowanych przez ludzi robotów.
Oglądam ten film już któryś raz i chyba za każdym razem podoba mi się trochę bardziej. Dalej uważam, że aktorstwo leży i kwiczy, główny bohater i styl w jakim prowadzi narrację jest boleśnie bezpłciowy, fabuła jest durna, a wszystkie sekwencje wypełniające czas pomiędzy kolejnymi starciami mechów i kaiju wywołują uczucie zażenowania. Ale, na rany koguta, te potyczki! Moim skromnym zdaniem do tej pory jeszcze żaden film nie był w stanie oddać w podobny sposób skali takiego pojedynku oraz sprawić by widz poczuł, jak ogromne muszą być mechy i potwory, jaka niesamowitą moc kryje się za każdym ciosem. Walka w Hongkongu to uczta dla zmysłów, mój wewnętrzny chłopczyk tupał nogami z podekscytowania. Zmarnowany potencjał widzę właściwie w tym, że del Toro mógł jeszcze bardziej pójść w klimat anime, zarówno przy prowadzeniu aktorów jak i kamery, no ale nie można mieć wszystkiego. Polecam na seans dla dużych dzieci.
@Piechur czyli to takie coś jak Maszyna do zabijania. Lubię sobie czasem włączyć taki film na odmóżdżenie. A zawsze przechodziłem obok niego obojętnie. Może w weekend sobie włączę
@Hjuman Fajny film, ale przez to, że dość często leci w tv, ojciec katował nim całą rodzinę, co sprawiło, że główny urząd kontroli prasy, publikacji i widowisk (w postaci matki) wpisał ,,na skaju jurta" na czarną listę i jest kategoryczny zakaz włączania go xd
Tyle osób w necie już się rozpisało, że mi się nie chce. Ale dobra, coś sklecić warto.
Więc trochę o mnie - film Hasa znam i kocham (10/10), ale książki nie ruszałam aż do poprzedniego roku i też wpadłam po uszy (10/10).
Byłam świadoma, że serial będzie inny, będzie wariacją na temat prusowej "Lalki" albo bardzo luźną adaptacją. I tak jest. Ale w to mi graj. Bawiłam się znakomicie - aż tyle i tylko tyle.
Rozkmin większych nie mam oprócz jednego - IMO serialowa "Lalka" to wyłożenie przeróżnych skrajności postaci lalkowych oraz akcji lalkowej i połączenie tego w całość. Na przykład w książce Rzecki płacze Stachowi, że wykup kamienicy to będzie katastrofa, co zresztą powtarza serialowy Ignaś, wysyłając paniczny telegram przyjacielowi. Wątek kamienicy jest drastycznie zmieniony i przebiega inaczej niż w książce, ale kontekst zostaje, chociaż w książce Rzecki przestrzegał, a w serialu katastrofa jest już faktyczna.
Największa zmiana to chyba podmiana głównych bohaterów - Izabela na początku wydaje się idealnie książkowa, naiwna, rozpieszczona, głupkowata, ale z czasem przechodzi metamorfozę. Wokulski otumania się swoim zdobytym bogactwem bo jest pewien, że tak zdobędzie swoją idealną żonę, by ostatecznie po prostu pomóc kobiecie, którą kocha.
Co do aktorstwa to dla mnie TOP 3 to: Sandra Drzymalska, Schuchardt i Braciak.
Oczywiście Drzymalska to 10/10 - to już widać po jej karierze, niebanalnej urodzie i potężnym talencie, że to narodziny największej aktorki polskiej ostatnich lat.
Tomasz Schuchardt to profesjonalista, i to czuć prawie w każdym filmie w jakim grał z ostatnich lat. Zbliżenia na twarz Wokulskiego wyjaśniają praktycznie wszystko, mimika aktora opanowana do perfekcji.
Jacek Braciak w roli Tomasza Łęckiego to festiwal po prostu - wsiadamy do pociągu, który pędzi na zbicie karku i Braciak wspaniale pruje w przepaść, uwydatniając wszelkie książkowe przywary ojca Beli na maxa.
Moja ocena ogólna to tak 8+/10. I ok, na pewno zaraz się odezwą głosy, że za wysoko czy coś - ale proszę pamiętać, że to moja ocena i mam do niej prawo. Prawo zabawy. Pan Maślona zabawił się konwencją "Lalki" a ja bawiłam się serialem. Po prostu, łatwiej się nie da tego wytłumaczyć - ale w każdym razie był to bardzo dobrze spędzony czas.
@Mahjong dla mnie to Lalka z mocno przejaskrawionymi odchyleniami bohaterów, co oczywiście dało szansę aktorom na zagranie tego po mistrzowsku. Nie jestem fanem kunsztu aktorskiego Schuchardta, ale tu faktycznie zagrał idealną ciapę, jakiej oczekiwałem i mam wrażenie, że Dorocińskiemu nie uda się go przebić, choć chciałbym się mylić.
OAS szykuje zamach na życie prezydenta Charlesa de Gaulle'a. W tym celu zatrudniają zawodowego zabójcę z Anglii, który ukrywa się pod pseudonimem Szakal.
Film w porządku. Co do wierności z książką to 3/10 dużo pominięto, cześć rzeczy pozmieniano i to bardzo.
Lepiej obejrzeć ten z Willisem - ogólnym zarysem nawiązuje do powieści - dzięki czemu można obejrzeć nawet jeśli nie czytało się.
Pod względem technicznym film zrealizowany tak samo, jak większość filmów i seriali kręconych w PL w ostatnich latach. Fabularnie klasyczny biopicowy schemat. Świetna główna rola (ziobro zdziwienia, bo Kot to wybitny aktor) + mocny drugi plan.
W amerykańskim mieście zaczynają ginąć dzieci. Modus operandi sprawcy niepokojąco przypomina styl Szeptacza, seryjnego mordercy który odsiaduje wyrok dożywocia. Gdy znika wnuk emerytowanego policjanta, który lata temu dopadł Szeptacza, ten włącza się do śledztwa by pomóc odnaleźć chłopca i ująć naśladowcę.
Całkiem zgrabny dreszczowiec z niezłym klimatem, w sam raz na jesienny wieczór. Miejscami niestety fabuła trochę zawodzi, ale mimo tego oglądało się dobrze. Do tego gwiazdorska obsada.
Są takie dwa wydarzenia we współczesnych dziejach, które nadspodziewanie mocno wpłynęły na moje postrzeganie rzeczywistości która mnie otacza. Jednym z nich są zamachy z 11 września 2001. Miałem wtedy 15 lat, do dziś pamiętam jak wszedłem do knajpy na obiad po całym dniu oderwania od mediów, a tam w radiu leciała transmisja na żywo ze Stanów, która była tak surrealistyczna, że długo myślałem że to słuchowisko a'la "Wojna światów" Wellsa. Dopiero jak dojechałem do domu i spojrzeniu w telewizor zacząłem uzmysławiać sobie skalę tego co się wydarzyło. Mam do dzisiaj zwyczaj, że na początku września wracam do tamtego dnia, czytając lub oglądając coś w temacie, i do dzisiaj czuję dreszcze na wspomnienie tamtych wydarzeń. Dlatego też, gdy zobaczyłem na #netflix nowy dokument z serii "Punkty zwrotne" z 9/11 w tytule to od razu wiedziałem, że muszę go obejrzeć.
Niestety dla mnie omawiana produkcja traktuje ten pamiętny zamach tylko jako punkt wyjścia do rozważań o skutkach jakie przyniósł Ameryce oraz jej mieszkańcom, i to w sposób w moim odbiorze powierzchowny. Brakuje skupienia się na konkretnych historiach, narracja rozmywa się na zbyt dużej ilości wątków, a w drugiej części jest więcej Afganistanu niż powinno być, co w subiektywnym odbiorze nie zachowuje równowagi między elementami opowieści. W konsekwencji trochę nie do końca wiadomo o czym autor chciał opowiedzieć.
@bori Również doskonale pamiętam moment i dzień w którym się to wydarzyło. Choć ja miałem ledwie 11 lat. Cały dzień spędziłem grając w piłkę i wróciłem dopiero wieczorem. Pamiętam jakiś apokaliptyczny klimat w domu, oraz moje własne przerażenie na to co widzę, zwłaszcza, że dorwałem się do informacji jak już przecież było po wszystkim. Nie obserwowałem w trakcie.
Obejrzałem w życiu mnóstwo materiałów na ten temat. Zarówno dlatego, że wywarła spory wpływ na małego mnie, jak i na to, że po prostu rzadko kiedy takie duże tragedie mają tyle materiałów i niecodziennych nagrań. Wszak to centrum Nowego Jorku, choć jeszcze przed erą cyfrową. Dziś byłoby tego jeszcze więcej, a co za tym idzie pewnie i ofiar, które usilnie chcą nagrać, nie wiedząc, że te wieże się zawalą.
Więc rozumiem twoją opinię, bo większość twórczości którą zobaczyłem o tych zamachach, a zwłaszcza amerykańskiego pochodzenia - jest słabe. Skupia się na pierdołach.
Najlepsze są mimo wszystko surówki. Do dziś mam ciarki na plecach do niektórych nagrań, jak ludzie spierdalają w momencie zawalenia się. Cali upierdoleni, już z jakimiś ranami, ale trzymają c⁎⁎j wie po co jakieś swoje aktówki w rękach, jak gdyby z przyzwyczajenia i jak gdyby to było ważne.
I jak widzisz, że 5 minut wcześniej, w stronę tej wieży biegnie kilku strażaków. Kamerzysta ledwie przeżył i wiesz, że biegli na śmierć, bo nie mogli wiedzieć, że to się zaraz zawali.
Masakra. Wiem, że w historii ludzkości jest to w sumie pikuś. Byle wojenne oblężenie gównomiasta jakich było dziesiątki, jak nie setki tysięcy, potrafiło generować większe straty w ludziach i większą hekatombę. Ale tego nie mogłem sobie obejrzeć z tak różnych stron i z ręki postronnej osoby, która była turystą z kamerą. Ze stu ujęć, bo takich turystów było wielu, ale także z helikoptera, z pobliskich bloków, czy z naramiennej strażaka który zginął. Popierdolone.
Początkowe odcinki wprawiały mnie w śmiech, bawiłam się całkiem dobrze, ale czasem bywało zbyt akcyjnie lub zbyt poważnie. Serio, szkliste oczka Anieli za Maciejem jakoś nie pasowały do rubasznego klimatu tego serialu.
Ale i tak tyle co się wybawiłam przy żartach to moje. Już zaczęłam 3 sezon - mi tam odpowiada schemat tego serialu i te żarciki. For fun watch only!
@Mahjong ten serial przeszedł ten sam cykl co Simpsonowie, tylko w ciągu 3 sezonów. Postacie są karykaturami samych siebie, żarty same się piszą. Mimo że traci to na uroku dość szybko, myślę że może się to podobać jeżeli się z kimś ogląda