Nie wiem co mi odwaliło, ale wystraszyłam się, że zaraz premiera trójki i trzeba sobie odświeżyć poprzednie części. No ale pierwotny plan miałam taki, by to poszło ciągiem dosłownie kilka dni przed pójściem do kina.
Niezrozumiały impuls nieco nadpsuł ten plan, ale trudno - drugą część rewatchnę sobie dopiero przed wyjściem do kina.
Co tu dużo pisać? Bardzo zgrabne wejście do historii - poznajemy rodzinę Atrydów i całą resztę, tylko Chani pojawia się dopiero pod koniec.
Zdjęcia sztos, muzyka, fajni aktorzy, ale bez efektu wielkiego ekranu ucięło mi punkcik w ocenie.
Musiałam sprawdzić o co chodzi z ową pastą, nie znałam jej przyznaję i chatgpt wyskoczył mi z fajna nazwą "horroru atmosferycznego".
Tak, to coś w tym stylu.
Czyli Clark, właściciel salonu meblowego znajduje tajemnicze przejście do przedziwnego świata, pozbawionego innych ludzi, żółte ściany, jakby niedokończone pomieszczenia, które istnieją w niekończącym się labiryncie.
Ale ktoś tam jest, ktoś tam przebywa. Kto? Tego dowiemy się dopiero wtedy, gdy do tego dziwnego świata przejdzie zaciekawiona terapeutka Clarka.
/możliwe spoilery/
Czy mi podpasowało wyjaśnienie? Nie do końca, bo albo to jest dekonstrukcja psychiki złamanego człowieka w skrzywionej nadrzeczywistości, albo naprawdę to miejsce istnieje, niczym Strefa X w "Anihilacji". Bo w końcu terapeutka kończy jako kolejny NCP w Backrooms, a z drugiej strony mamy wątek tajnej organizacji badającej to miejsce.
Widocznie to wszystko w jednym - a Bacrooms niczym solarisowa planeta reaguje na człowieka.
Fajny klimat, to muszę przyznać, ale owo wyjaśnienie-niewyjaśnienie nieco mi zepsuło seans. Ok, nadaje się to do przemyśleń, ale czegoś ewidentnie tam brakuje, więc czy nie lepiej było zawiesić tajemnicę jeszcze wyżej i nie bawić się w rozwiązanie? Trudno mi powiedzieć.
W każdym razie oglądało się dobrze, podobało się to dla mnie.
@Mahjong - backrooms to projekcja wspomnień (głównie traum - bo te są najsilniejsze) ludzi, którzy tam się znaleźli.
Szczegóły tych wspomnień, w zależności od warunków, się powoli rozmywają oraz nadpisują aż zostaje jedynie faksymila. Jest wiele wejść do bakrooms i film sugeruje, że ciągle pojawiają się nowe. Moja teoria jest taka, że wygląd backrooms jest zlokalizowany oraz płynny i na ich obecny wygląd na pewnym obszarze oddziaływują najsilniej osoby tam przebywające - dlatego dla każdego backrooms będą wyglądać inaczej i jeśli jest więcej niż jedna osoba w pobliżu to jej wspomnienia zmienią trochę wygląd już wcześnie zbudowanego backroom utworzonego ze wspomnień osoby, która była tam wcześniej.
@Mahjong mi ta końcówka z tajną organizacją nie podeszła, sztampa w stylu X-files, chyba lepiej by wyszło, jakby Mary po prostu zwiała, a jej kopia pozostała w Backroomsach.
No ale mimo wszystko szacun, że tak młody reżyser mimo wszystko dowiózł pełnometrażówkę. Mam nadzieję, że będzie umiał pokierować swoją karierą i nie skończy się na debiucie.
Ups, zapomniałam dodać jednego wpisu z października, ale że to było tydzień temu to dodaję - niestety, pracę kończę gdy robi się już ciemno i zimno, więc pozostają tylko weekendy, a też trzeba trafić w ładny dzień. Nie jestem hardkorem - nie przepadam za zimowym ubieraniem się, by wyskoczyć na 30 km, więc tym mniej tego będzie...
77 km - lasami z kumplem, jesienny rajd, zachwycaliśmy się płonącymi kolorami drzew.
wczoraj 51 km, ale asfaltem, nie chciało mi się kombinować, ani wyciągać kolarki - zajechałam do portu zobaczyć jak tam prace na molu - wciąż trwają.
#rowerowyrownik
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
@Mahjong skoro to takie dla kinomaniaków to bardziej mnie zastanawia, czy będą tam porządne tłumaczenia, a nie takie dziadostwo jak na tych netfliksach itp.
@Hilalum hm, wiem z zaufanego źródła, że tłumaczenie robili prawdziwi tłumacze, a nie żadne AI - ale nie mogę potwierdzić jakości tych tłumaczeń, dopóki sami się nie przekonamy gdy ten streaming wejdzie.
Za filmwebem: Grupa dziewczyn ze stowarzyszenia studenckiego w towarzystwie kilku chłopaków wybiera się do domku w lesie. Na miejscu trafiają na zbiegłego skazańca, który okazuje się być wujkiem jednej z dziewczyn. Na ich nieszczęście jest on opętany przez indiańskiego ducha, który zmienił go w żądnego ludzkiej krwi potwora.
Nie wiem o co chodziło w tym filmie, nie pytajcie się.
Można włączyć dla beki, bo film jest tak cholernie SŁABY, że nie pozostaje nic więcej jak śmiać się, a śmiałam się sporo.
Kijanka jak zwykle drewniano ale stabilnie. Za to pięknie wypadła Tilda Swinton jako archanioł Gabriel.
Adaptacja komiksu, więc wiele można wybaczyć, a wręcz trzeba. Ogólnie walkę Johna Constantine z siłami Piekła ogląda się wybornie, jest wiele fajnych wątków i najlepszym pomysłem jest właśnie to, by najlepszego egzorcystę ever zagrał zwykły typek, cyniczny ale z dobrym sercem, a nie kolejny dzielny klecha.
Dopiero po wyjściu z kina skojarzyłam, że ten film był na Nowych Horyzontach. No nic, nadrobione.
Potężna pozycja. Oglądało mi się wybornie, opowieść pod koniec ostro skręca, co wkręca spory szok, przynajmniej u mnie tak było, ale w sensie pozytywnej oceny na ogół obrazu.
Ella ma dwie córki, 17-letnią Jesse i młodszą Melli. Mają wyruszyć na wakacje, ale noc wcześniej Jesse wymyka się ze swoim chłopakiem Luxem. Dochodzi do tragedii.
Rok później znów wszyscy się spotykają, już bez Jessie - Lux mimowolnie szuka obecności matki jego zmarłej dziewczyny i siostry, zapewne burzony wyrzutami sumienia. Ale życie toczy się dalej, widocznie żałoba zaschnęła gdzieś w środku. Lux nie jest niemile widziany u Elli, nie przeszkadza jej nadmierna obecność nastolatka w ich życiu uboższym o jedną córkę.
Ella postanawia, że wyruszą w trójkę na te same wakacje, na które mieli wyruszyć rok wcześniej, tuż przed śmiercią Jessie. Tam dopiero kumuluje się w onirycznym klimacie żałoba, która zdziera strupy i domaga się swojego istnienia.
Wspaniały to był film, cudowny snuj codziennego życia, pogodzonych (czy w ogóle można być pogodzonym ze stratą dziecka?) z odejściem bliskiej osoby, który lekkim, prawie niezauważalnym krokiem zmierza do przedziwnego finału, którego nie musimy zrozumieć.
Musimy go poczuć.
9/10. Świetne kino, które w zastygnięciu emocji przejawia je w podskórny sposób. Niby w kinie czułam się jak neutralny obserwator, ale po seansie nie mogłam przestać myśleć o tym filmie i przeżywać go na nowo.
Nie dziwię się teraz już wcale Niemcom, że postanowili odrzucić "Ojczyznę" Pawlikowskiego (na rzecz Polski, hihi) i postawić na "Everytime" w wyścigu po tegoroczne Oscary.
Akcja filmu dzieje się w świecie, w którym zdecydowana większość ludzi wybrała rewolucyjną kurację antygeriatryczną - czyli zachowują młodość do końca życia. Ci, którzy wybrali naturalny tok życia, starzeją się w specjalnie stworzonych ostojach.
Jedną z takich osób jest Sara, która jednak ma dość życia tam. To typ babki, która zawsze idzie pod prąd więc udaje jej się uciec z takiego ośrodka (owe ostoje przypominają trochę więzienia - reszta "młodego" społeczeństwa nie chce widzieć staruchów na ulicach, więc tacy ludzie nie mogą opuszczać ostoi).
W wyniku niespodziewanej okoliczności Sara, zamiast od razu wylądować na promie, który ją wywiezie w jakieś bezpieczne miejsce, trafia do miasta. Tam odnajduje Oskara, typa z którym kiedyś była mocno związana, ale ich ich losy rozdzieliły się gdy on wybrał pozostanie młodym. Oskar ma swoje życie, swoją partnerkę i tak sobie dogorywa do tzw. deadlajnu (czyli gdy skończy się jego okres przydatności - jego młode ciało po prostu umrze).
W Oskarze budzą się dawne uczucia i mimo, że Sara wygląda jak 60-letnia babka, postanawia jej pomóc.
Rozumiem wszystko, co chciano przedstawić w tym filmie: rozważania nad sensem starzenia się (w tym filmie zrozumiałam, jak bardzo może być przydatna starość, choćby w identyfikowaniu wieku - np. aktualna partnerka Oskara chyba nawet nie wie, że typowi za kilka lat skończy się okres przydatności - Oskar udaje przed nią, że Sara to jego matka). Do tego okres przydatności widocznie jest z góry narzucony, a starzy żyją aż umrą, jakkolwiek to brzmi.
Rozumiem też, że można postawić pytanie o wielkiej miłości i czy ona przetrwa gdzieś tam w ludziach mimo takich odchyłów w wyborze ścieżki życia.
Ale mimo to nie czułam tam zbyt wiele. Agata Kulesza w roli Sary jest znakomita, ale nie oszukujmy się - miała dziesiątki lepszych ról.
Razi też sterylność "młodych". Wyglądają jak sztuczni ludzie, zmuszeni do cieszenia się swoją młodością, brak w nich naturalności, którą mają dogorywający staruszkowie w ostoi. Co ciekawe, Oskar wraz z obecnością Sary też odzyskuje kawałek dawnej naturalności.
Więc jak widzicie, wszystko jest tu czarno-białe, wyłożone jak na tacy.
O wiele fajniejszy motyw odsuwanych staruszków pojawia się w brazylijsko-meksykańskim "Błękitnym szlakiem", gdzie co prawda nie ma motywu "młodości" ale też jest zamykanie starszych w enklawach i ucieczka przed takim losem.
Ale w gruncie rzeczy to dwa odrębne filmy, choć mają wspólne warstwy - Sarze nie spieszy się na drugi świat, wciąż chce żyć buntowniczo, po swojemu.
Bez oceny, bo pogmatwała mi się fabuła, a nie wiem czy chce mi się oglądać ten film drugi raz tak szybko.
Akcja dzieje się w Brazylii w 1977 roku, w czasach dyktatury wojskowej.
Głównym bohaterem jest Marcelo (Wagner Moura), naukowiec, który wraca do rodzinnego miasta Recife, próbując uciec przed prześladowcami i zapewnić bezpieczeństwo swojemu synowi. Wplątany w konflikt z wpływowymi ludźmi, staje się celem skorumpowanego systemu i musi walczyć o przetrwanie.
Mimo wszystko polecam, bo choć film dość długi, nie ciągnie się ani sekundy i jest tam wiele smaczków typu już na początku filmu: typ ze stacji czeka aż policjanci zajmą się trupem leżącym niedaleko, ale gdy w końcu przyjeżdżają to w innej sprawie. Albo kwestia wynajęcia cyngli za grubą kasę, którzy... za ułamek otrzymanej forsy rekrutują do zadania miejscowego podwykonawcę. No bajer, po prostu takie smaczki.
Wątków jest natrzaskane sporo, ciężko ocenić ile z nich jest potrzebnych do ogółu fabuły, ale w sensie obserwowania trochę absurdalnego świata tamtych czasach sprawdza się dość dobrze.
Dużo tu humoru, akcji i empatii dla głównego bohatera, który wręcz nie ma wielkiego wyboru i jest targany niefortunnym losem.
Czasem film skręca w inne rejony - jak na przykład motyw współczesny z odsłuchiwaniem taśm.
Ten miszmasz moim zdaniem trzyma się ledwo na trytytkach, ale trzyma się. Z 5 nominowanych do Oscarów najmniej mi się podobał, ale to nie jest zła ocena, bo poziom tam był przepotężny w tym roku.
@Mahjong Też się pogubiłam i gdyby nie pomoc mojej dziewczyny, która temat zna dość dobrze, to bym miała problem z oceną, co mnie też skłania do wniosku że drugi seans za parę lat mogę bardziej docenić. W każdym razie Filho trafia na moją listę obserwowanych reżyserów
Moja podróż po filmach średnich trwa w najlepsze. Tym razem na tapetę trafił typowy film akcji z komiksową pojebanowością i dziwną aktorską śmietanką w tym dość krindżowym dziele kina akcji.
Frank Kitchen to bezwzględny i dokładny zabójca na zlecenie. W takim fachu łatwo narobić sobie wrogów. Jedną z nich jest wyniosła i przekonana o swojej wielkości doktor Rachel (w tej roli Sigourney Weaver), której Frank zabił brata.
Porywa więc pani doktor sposobem Franka i zmienia mu płeć w ramach zemsty. Tak, kurka wodna. Robi to idealnie, bo jest za⁎⁎⁎⁎sta w tym co robi - ale jeśli dalej wam to nie pasuje, to niech wytłumaczeniem będzie, że to na podstawie komiksu, a tam zawsze akcyjne po⁎⁎⁎⁎ne pomysły mają większy limit.
Więc Frank budzi się jako laska (Franka gra Michelle Rodriguez) i postanawia wymierzyć zemstę i chodzi sobie i zabija ludzi. To jedna strona tego filmu, druga to rozrywki psychologiczne, gdy po wszystkim już doktor Rachel siedzi w psychiatryku i rozmawia z psychiatrą.
Trzeba powiedzieć jedno, że starano się stosować charakteryzację, by zachować jedną aktorkę do grania i męskiego Franka i po operacji zmiany płci - więc Michelle z gęby wygląda jak facet i nawet mamy obnażenie, owłosiona klata i przyrodzenie, a tymczasem z tyłu kobiece plecy i kształtna dupka - niby chcieli się przyłożyć, ale chyba budżetu starczyło tylko na przednią część ciała XD
Ale już gdy Michelle jest laską i gra Franka w ciele faceta - to wszystko działa.
Dziwny, nierówny film, niepozbawiony wad, a jednak nie narzekam, oglądałam bez nudy, czując ową komiksową formułę przenikającą do filmu, co niwelowało krindż do zaledwie kilku dawek.
Nie polecam ogólnie, bo to można by ocenić jako akcyjne gówno, które mimo, że ma motyw gender, nie ma nic tam genderowego. Ale ja lubię zgłębiać kino na wielu płaszczyznach i od jakiegoś czasu lubię też po prostu to, że się dobrze bawię. Tu się dobrze bawiłam, nic wybitnego, ale dało mi fun, zresztą lubię Michelle, pewnie sentyment po Rain z Resident Evil.
@Mahjong Michelle Rodriguez to niesamowita babka, w elitarnym klubie aktorów, którzy mają tak wąski zakres umiejętności, że w każdym filmie gra tą samą osobę xD
Ten film jest dość słaby, to trzeba przyznać. Scenariusz taki se, dialogi jak wyjęte z harlekina, aktorstwo szoruje po dnie. A jednak ten wzruszający dramacik dostarcza na swój nieco komiczny sposób.
Anika nie ma łatwo w życiu. Sparzyła się na jednym kolesiu i będzie samotnie wychowywać jego dziecko, chce iść na pielęgniarstwo, ale brak kasy na semestr. Do tego musi opiekować się chorą matką, gdy jej siostry mają wyjebane.
Dorabia jako strażniczka więzienna. Pewnego dnia wybucha bunt i więźniowie chcą ją zgwałcić. Z opałów ratuje ją Carousel, młody facet, który resocjalizuje się tutaj już od 14 roku życia (został skazany jak dorosły). Potem wymieniają między sobą listy, a gdy mężczyzna wychodzi na wolność - zaczynają się spotykać.
Oczywiście matka i siostry gdy dowiadują się, że Anika spotyka się ze skazańcem - dostają jobla i suszą głowę dziewczynie.
Cały myk polega na tym, że Carousel to po prosto pan Jezus w ciele młodego, przystojnego mężczyzny, który przez więzienie nigdy nie poczuł co to miłość z kobietą. To znaczy, nie dosłownie Jezus - koleś jest po prosty DOBRY. To chodzące dobro, chce każdemu pomóc, Anice w wychowaniu córeczki, nawet nienawistnej matce, która co chwilę go obraża.
Chociaż to skazaniec i pracuje jako śmieciarz jest najbardziej wartościowym człowiekiem chodzącym po tej ziemi. Dlatego też mocno kibicujemy Anice, by pokochała typa i z nim była, mimo przeciwności losu.
Naprawdę, ten film jest naiwny, ckliwy, dialogi czasem powodowały u mnie wybuchy śmiechu już, a jednak muszę przyznać, że bardzo dobrze mi się oglądało ową historyjkę.
Można powiedzieć, że to taki komfort typu oglądanie bajki dla dzieci, gdzie dobro wygrywa i jest happy end. Comfort movie style.
Tym razem bardzo chcieli mnie zachować bo się świetnie sprawdziłam, ale wraca panna z macierzyńskiego, którą zastępowałam i w kadrach nic nie ugrali niestety.
Boli strasznie, bo choć praca niskołopłatna, to fajna, zdalna, rozwijająca i z przefajną ekipą z mega wsparciem.
Dejcie piorunka na pocieszenie. Przeraża mnie znowu szukanie pracy....
@boogie Nic nie ma dla mnie - szczerze nawet nie mam ochoty szukać... takiej fajnej roboty z taką ekipą już nie znajdę raczej. Na razie pracuję do końca i będę się rozglądać. Jest malutka szansa, że może zostanę w starej pracy - zobaczymy. Trzymajcie kciuki!
@Mahjong szukanie pracy w tym kraju to koszmar bez odpowiednich znajomości bądź jakiś mega kwalifikacji że to firmy o ciebie sie biją. Czym mniej wiecej sie zajmowałac jak mowisz ze taka spoko praca byla??
Po takim se "Życiu Chucka" i takich se serialach jak Zagłada domu Usherów" czy "Klub Północny" (nie byy to złe rzeczy, ale dla mnie poniżej poziomu poprzednich seriali tegoż pana) przyszła kolej na "Carrie".
/mogą być lekkie spoilery/
"Carrie" to klasyk, adaptowana masowo debiutancka książka Stephena Kinga (dziękujemy ci Tabitha, że wyjęłaś tę książkę z kosza). Problem zawsze polegał na tym, że pierwsza adaptacja wyjęła całe mięso z książki i uczyniła historię jeszcze żywszą niż słowo pisane. Więc każda kolejna adaptacja wygląda gorzej, ale też nie dlatego, że były nagrane potem, tylko dlatego, że samą historię starano się dostosować do pewnych ram.
Flanagan postanowił wyjąć mięso i nadać mu trochę inny kształt i dzięki temu ten serial zyskuje całkiem nowy charakter. Niby wszystko jest takie samo, ale dołączone nowe wątki (których nie było w książce) dodają smaczku.
Jednak niczym jest ten smaczek wobec rozbudowanej psychologii postaci, w czym Flanagan wykorzystał formułę serialu idealnie, by przedstawić nam bohaterów bardzo dokładnie. Tylko Tommy Ross nadal pozostaje ciepłymi kuchami - idealnym boyfriendem z liceum, ale możliwe, że i to było specjalnie - w opozycji do naprawdę zdeprawowanej pary antagonistów.
Sama Carrie na początku wyglądała niczym dziecko zamknięte w ciele szarej myszki, ale z czasem zyskuje coraz więcej charakteru, który mimo wszystko nadal próbuje utrzymać w sobie jak najwięcej niewinności i dobra. Co okazuje się bardzo ciężkie w świecie, do którego wkroczyła dziewczyna.
Całkiem nieźle przedstawiono też Chris - typowej przedstawicielki ostrego bullingu. Widać, że dziewczyna ma własne problemy, ale jej największym problem okazuje się to, na kim się wzoruje i jak się okazuje wybrała ten wzór już bardzo dawno temu, więc chociaż ma sporo szans na odbudowanie się - nie korzysta z nich.
Dla mnie jednak najjaśniejszą gwiazdą serialu została Samantha Sloyan w roli Margaret White, czyli matki Carrie.
Jest sporo odniesień do książkowej wersji, a jednak na jakiś pokrętny sposób serialowa Margaret zyskuje kilka więcej warstw - na tyle sporo, by czasem nawet ją lubić. Łapałam się na tym, że często jej kibicowałam, bo szczerze wierzyłam, że zrozumie wszystko i zwykła rodzicielska miłość zwycięży.
Cały serial ma tylko jeden minus - Flanagan przyzwyczaił nas do zamkniętych serii, a tu zapowiada się, że będzie kontynuacja (nie szukałam potwierdzeń tego, ale końcówka to sugeruje nieco). Z drugiej strony już przy "Klubie Północnym" coś tam jęczał pan twórca, że chce się sprawdzić na bardziej długodystansowej pozycji.
Nie wiem czy bez podbicia fabularnego to się uda, ale mam nadzieję na dobry pomysł i kolejne rozbudowywanie postaci i jedziemy z tym. Szczególnie też dlatego, że tak naprawdę "Carrie" mogła by się nazywać "Narodziny Boga"
Trafiła się pogoda i jesienny rajd udany. Do lasu kilkanaście km asfaltem, potem lasem, brak cywilizacji praktycznie. Milutko. Towarzyszyła nam rzeka Wieprza, co się w trasę wpieprz-a ;)
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Taka tam krót kontrolna jazda po robocie, bo może jutro się uda w końcu coś więcej pojeździć.
Kurła, ledwo wjechasłam do lasu para z psem. Wielka amstaffowa świnia puszczona luzem. Po hamulcach i pi⁎⁎⁎⁎lę - zawracm, ja się boję zwykłych psów a co dopiero takiego czegoś. Ale zobaczyli mnie i koleś przytrzymał psa na smyczy.
Ładnie podziękowałam i przejechałam, a typ coś krzyknął, że pies i tak by mnie nie dogonił i go puścił. Faktem jest, że gruba świnia ledwo nogami przebierała, ale po jaki kij coś takiego robić? Żałuję, że podziękowałam, głupi psiarz.
Dosłownie parę kilometrów zza zakrętu następny puszczony luzem pies wybiegł - na szczęście jakiś zwykły "proludzki" pies, zresztą nie był mną zainteresowany i chyba przywoływalny, bo właściciele coś krzyknęli i tyle kundla widziałam.
Chciałam jeszcze kawałek polem przejechać polem i taką wiochą, ale tam też czasem psiarzy można spotkać, a tyle emocji mi wystarczyło.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Ja wiem, że nie należy oceniac książek po okładce, ale mam taką sąsiadkę, właścicielka amstaffa. I może wykładać na uczelni, być astronautką czy cokolwiek. Ale w mojej głowie jest patusiarą, normalnii ludzie nie trzymają takich psów. I na pewno ta cieniutka smycz i 50 kg wagi utrzyma jakby to bydle się chciało na mnie rzucić... Dziękuję za możliwośc wygadania się xD
@Herr_Tygrysek nie śmieszyło mnie tam nic, wczutki zero. Chyba za późno się zabrałam w swoim życiu za to, może powiedzmy 15 lat wcześniej lepiej bym się bawiła, ale wątpię...
Typowy biopic muzyczny, tym razem w wersji polskiej. Obserwujemy życie i początki kariery Jana Borysewicza aż do peaku popularności zespołu Lady Pank.
Znane hity lecą, fajny główny aktor, żwawy dynamiczny film. Można nawet popłakać razem z młodym Jankiem, gdy życie (a raczej śmierć bliskich) daje mu w kość.
Ale ostatecznie to tylko następny solidny biopic. Do obejrzenia na luzaku, nic wyjątkowego, ale ogląda się bezboleśnie, nawet z przyjemnością. Tylko zaznaczę raz jeszcze - dobrze zrealizowany, ale bez specjalnego szału.
W naszym klubie koniec przygody z postapo Alberta Pyuna.
"Dollman" to klimatyczny SF Brudny Harry, który ma... 30 cm. I rozwala złoli ot tak, bez wysiłku.
Co prawda nie ma tu cyborgów (nadrabia mała główa-złol), nie ma też postapo (chociaż zdegenerowane klimaty Bronxu pięknie nadrabiają), ale jest Bardo - bezwzględny glina z planety Arturos. W pogoni za przestępcą Sprugiem (z typa została tylko latająca główka) trafia na Ziemię. Tam niestety ludzie są wielokrotnie więksi niż na rodzimej planecie, ale nie szkodzi. Bardo może jest malutki, ale za to ma superguna, którym może załatwić wszystko.
Pomaga tam młodej kobiecie, która próbuje uporać się z rosnącą przestępczością.
I tyle. Klimat zepsutego Bronxu i muzyka George'a Morodera na duży plus. Reszta jednak nie wypełniła pustki po cyborgach i postapo.