Wiało, ale już nie wytrzymałam i wsiadłam na kolarkę. I nie było tak źle , ale jednak trasy kolarkowe 50+ o wiele przyjemniej robi się w pełnym słoneczku.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Nie do końca wiedziałam o czym będzie film - wiedziałam tylko, że na 25. rocznicę ślubu swoich rodziców typo przyprowadzi nową swoją laskę - radykalistkę, co zderzy się z poglądami reszty rodziny. Myślałam, że film będzie opierał się na tej jednej rocznicy, a jednak w trakcie filmu skaczemy co rok w czasie, by przekonać się jak wygląda "nowy, wspaniały świat".
Ellen to doświadczona i uznana wykładowczyni, wykazująca mocne wsparcie dla celów demokratycznych, jej mąż Paul to właściciel ekskluzywnej restauracji. Mają do tego czwórkę dzieci: trzy córki, każda inna od kolejnej i syna, i to on właśnie na 25. rocznicę przyprowadzi Liz. Ogólnie, bogata klasa średnia, spełniona i szczęśliwa.
Liz była studentką u Ellen i nasza matrona dość dobrze kojarzy niepokorną dziewczynę, która już na studiach zastanawiała się nad wywróceniem systemu politycznego w USA, co obrończynię wartości demokratycznych mocno zaniepokoiło. Jak się dowiadujemy Liz nie zaprzestała swoich marzeń o autorytatywnym, jednopartyjnym systemie, wręcz przeciwnie - napisała książkę, którą sponsoruje wielka korporacja, i niebawem zacznie sponsorować wdrożenie systemu młodej kobiety.
Tak z niepokojącej rocznicy zaczynamy przeskakiwać w latach (mniej więcej co roku rodzina znów spotyka się przy różnego rodzaju okazjach), aż całą rodzinkę ogarnie owa dystopia z książki Liz.
Niezwykle niepokojąca wizja, gdzie wielkimi populistycznymi hasłami antydemokraci zyskują władzę i przejmują pełną kontrolę nad państwem. Jedna z córek głównej pary jest np. na co dzień standuperką, dość znaną. W czasie dystopii będzie ścigana za swoje "dowcipy" z obecnego systemu politycznego w USA.
To tylko jeden z przykładów jak rodzinę Taylorów zniszczy coś, co zaczyna się zaledwie lekką polaryzacją na rodzinnej imprezie.
Destrukcja rodziny to zarazem destrukcja demokracji, niestety wg akcji w filmie, można dojść do wniosku, że taka destrukcja wcale nie jest trudna i długotrwała. Parę lat i cyk, godziny policyjne, zatrzymania, cenzura, pełna kontrola państwa nad życiem społeczeństwa.
Welcome to the faszyzm 21. wieku.
Film Komasy można brać jako dobitne ostrzeżenie, bo film nie pozostawia wątpliwości - reagujmy teraz, bo za parę lat może być za późno.
Przerażająca wizja na swój sposób, choć na sam koniec miałam trochę wrażenie, że to wszystko to po prostu wyrafinowana zemsta i chęć pokazania "a zobacz, że potrafię!".
Przejażdżka mieszana asfatowo-lasowa z cumplem. Sprawdziliśmy taką jedną leśną ścieżkę, wiedzieliśmy, że jest "ślepa" i będzie trzeba zawrócić, ale chcieliśmy sprawdzić - okazało się, że bardzo fajna droga nieodkryta, zawsze to milutkie kilka kilometrów w lesie jak za darmo.
Z powrotem gdy wracaliśmy ścieżką, machaliśmy do mijanych wojskowych ciężarówek, kierowcy odtrąbywali, mega to było, stary chuop i stara baba cieszyli się jak dzieci, bo pan żołnierz zrobił TRĄB TRĄB XD
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Dzisiaj wracaliśmy z kumplem z trasy rowerowej i w stronę poligonu jechały wojskowe pojazdy. Kumpel zaczął do nich machać, więc ja też. I co chwilę kierowcy wojskowych ciężarówek trąbili do nas w feedkacku. Aż mi łezka się w oku zakręciła, poczułam się jakbym znów była dzieckiem
Przypominajka sprzed lat, jakoś zblakł mi ten obraz w pamięci, a słusznie majaczyło mi po łbie, że był to seans za⁎⁎⁎⁎sty.
Cała opowieść dzieje się w pociągu, lub tuż obok niego, który jedzie nad morze. Mamy szereg różnych postaci, jak to bywa w zatłoczonych pociągach, ale na główny plan wysuwają się dwie postaci: Jerzego i Martę.
Oboje, w związku z okolicznościami, zmuszeni są dzielić przedział sypialny. Oboje mają swoje rozterki w głowie, i niby pragną spokoju i samotności, ale ostatecznie znajdują z sobą wspólny język. Wokół nich, w pociągu, toczy się życie przypadkowych jednorazowych pasażerów. Nad samym pociągiem unosi się historia o zabójcy-uciekinierze.
Cudowne zrywanie warstw opowieści pociągowej, która ciągnie się niczym film akcji, co minuta fabuła posuwa nas dalej i przylepia naszą ciekawość - przynajmniej ja tak miałam.
I znów nie wiem co napisać, to było mocne przeżycie, bardzo emocjonalne, dużo łez, dużo przeżywania, mimo że przecież znam trylogię - widziałam już kilka razy.
A jednak zawsze robi wrażenie. Ten emocjonalny stan Frodo, który jest niczym najgłębsza studnia depresji i mroków wewnątrz, ale obok stoi jak skała wspaniały przyjaciel Sam. Ich relacja jest filarem powodzenia misji.
Tymczasem Sauron musi jednak swoje oko zwrócić w stronę toczącej się wojny odkąd stracił swojego czarodzieja-namiestnika. Bitwa pod murami Minas Tirith robi OGROMNE wrażenie (jestem przekonana na 99 proc., że te sceny służyły wiele razy za inspirację przy tworzeniu serialu GOT).
Powrót króla pasuje idealnie w sensie jednego z głównych wątków tej części - Aragorn w końcu akceptuje swoją rolę, musi by pomóc Frodo. W tle szaleństwo namiestnika, który prawie zabija swojego syna, Gandalf szaleje w scenach bitewnych, gdy odbiera przywództwo, a Merry i Pippin mają swoje role do wypełnienia.
Jest to po prostu SPEKTAKULARNY film i mam łzy w oczach gdy piszę o tym, tak mocno jeszcze mnie trzyma po seansie.
Ech, do zobaczenia za kilka lat kochana trylogio...
Mamy rok 1920 i wybucha drugie powstanie śląskie. Siedmiu braci dołącza do oddziału Erwina, w tym najmłodszy Gabriel i to z jego perspektywy oglądamy wydarzenia.
Nawet w pewnej chwili kradnie niemiecki mundur i obserwujemy jego poczynania w obozie wroga.
Nie będę się rozpisywać o śląskiej tożsamości i historii, bo to nie moja bajka, ale ogólnie film jest sprawny realizacyjnie: ładnie kamera jeździ, czuć odór kopalniany i widać brud walki na twarzach.
Niektóre sceny robią mocarne wrażenie, jak właśnie przygody Gabriela po stronie wroga, ale największe jednak pozostają sceny walk, które ocierają się trochę o krindż aż! ale może tak było, te przedarcia i cofki żołnierskie. Scena z kurą to majstersztyk.
A jednak zabrakło mi trochę emocjonalnego mięsa. Aktorzy robią swoją robotę, ale w sensie walk i rozterek takowych, czasem tylko Gabriel pokazuje taką "czystą" twarz nastolatka, który rozgląda się za piękną panną.
Dla neutralnego widza więc ten film może wydawać się wybrakowany, jest raczej bardzo wojenny - powstańcze walki to sól tego obrazu.
@Mahjong też bardzo fajna i mimo trudnego tematu z elementami humoru i jakiegoś takiego ciepła.
Dodatkowo można jeszcze sobie zapodać dużo późniejszą "Śmierć jak kromka chleba" o strajku w "Wujku". Na mnie ten film zrobił ogromne wrażenie, gdy go widziałem pierwszy raz. Swoją drogą muszę do niego kiedyś wrócić.
Po H1 (ocena 9/10) i H2 (10/10) nastał czas na mocny zjazd w dół.
Niespełniona reporterka trafia na trop Pinheada i kostki. Pan Gwoździe W Głowie jest uwięziony w zastygłej "rzeźbie". Tylko krew może go ożywić i tak się dzieje. Cenobit jest rozbity w tym sensie, że po śmierci w drugiej części jego ludzka część odseparowała się od tej piekielnej, więc zostało w nim samo zło.
Co zresztą widać w filmie - w poprzednich częściach Pinhead wywoływał głęboki niepokój, był spokojny lecz przerażający. Emanował potęgą piekielnego miejsca, nawet gdy krzyczał czy podnosił głos - człowiek przystawał z przerażeniem. Tutaj jednak Cenobit cały czas jest głośny i ekspresyjny, przez co znika cały lęk.
Sama fabuła jest nudna i nie wprowadza żadnego nowego elementu. Aktorstwo jest na poziomie niskośrednim, budżet na efekty jakiś poszatkowany, a zamiast piekła mamy popisy scenarzysty w dialogowym szaleństwie postaci - no proszę was, w poprzednich Hellraiserach leciały one-linery, takie jak "Come to daddy" czy "Go back to hell!", tu brzmią nijako w zalewie słowotoku.
Akcja się dusi, widz nerwowo odlicza minuty do końca.
Rosie mieszka w zamkniętej społeczności chrześcijańskiej - w sekcie w Wielkiej Brytanii. Ma męża i córkę. Dopóki jednak nie pozna zbiegłego więźnia Sama, nie traktuje swojego życia jakoś podejrzanie, chociaż obecność obcego zaczyna powoli wpływać na światopogląd młodej kobiety.
Gdy tylko na wierzch wychodzą nieścisłości małżeńskie, Rosie szuka w przystojnym Samie, tego czego nie otrzymała od swojej społeczności. Z czasem też na jaw zacznie wychodzić hipokryzja i zamknięcie seksty. Rosie zacznie się wahać między ucieczką a pozostaniem w sekcie. Tymczasem Sam postanawia wykorzystać sektę jako kryjówkę.
W sumie mamy tu trochę wywróconą typową fabułę sekciarską - bo zło nie wypływa z sekty (znaczy, tak, wypływa też), ale zło wpływa do niej pod postacią ściemniacza, którzy wykorzystuje naiwność dziewczyny. To na pewno jest dość ciekawe - bo od razu wiadomo, że serialowa sekta święta nie jest, pod wierzchnią warstwą kryje się sporo brudu: ostry szowinizm, hipokryzja rządzących, kłamstwa i wykluczenie najbliższych.
Tymczasem to wszystko może wyglądać słabo przy powolnym przenikaniu zła w postaci obcego, który wydaje się dość długo świeżym oddechem życia dla Rosie, a z czasem staje się śmiertelnym niebezpieczeństwem.
I w tym względzie - tego wywrócenia trochę sekciarskiej tematyki - broni się tym serial, oprócz sprawności realizacyjnej, która też stoi na solidnym poziomie.
Wkraczamy w trochę mroczniejszą część opowieści. Piękne, zielone Shire blaknie w naszych wspomnieniach, gdy wraz z Frodo zbliżamy się do Mordoru.
Sauron jest opętany chcicą na pierścień, więc to jego sługa - Saruman - zajmuje się toczeniem wojny na razie. Biały czarodziej w szale tworzenia wielkiej armii sam napotka problemy. Ale największym będzie inny biały czarodziej, który tym razem dorasta poziomem, a nawet przewyższa zdrajcę na rzecz zła.
Ogólnie ta część opowiada właśnie o upadku pewnego swojej mocy Sarumana.
Ale nie to robi największe wrażenie, a podróż Froda, który postanawia zabrać ze sobą tylko Sama. W trakcie doczepia się do nich przewodnik - Gollum, pragnący odzyskać pierścień, ale też czujący nieodpartą mięte do Frodo - może zaczyna wyczuwać w nim samego siebie sprzed lat?
Sam Frodo także feedbakuje empatią do stwora. Widzi w nim siebie i zaczyna naprawdę rozumieć władzę pierścienia, ale zarazem staje się coraz bardziej bezwolny w starciu z siłą magicznego przedmiotu. Tu już mamy powolny rozkład psychiki, nad którą pieczę próbuje mieć wierny przyjaciel. Musi tego wystarczyć tyle, by zniszczyć pierścień.
Ciekawe jest to, że Frodo prosi Sama by przestał wyzywać Golluma. I co się okazuje? Miał w pewnym sensie rację, bo Gollum szybko oddaje uwagi w stronę wrogo nastawionego hobbita, tym razem słownie obrażanego jako "głupiego i tłustego".
Jednym z moich ulubionych scen, takim swoistym przebłyskiem nadziei w „Dwóch wieżach”, jest moment przybycia elfów do Helmowego Jaru tuż przed bitwą. Nagle całe to zmęczenie, strach i przygnębiające przeczucie przegranej na chwilę ustępują.
W ogóle ta część emanuje wieloma emocjami, bardzo różnymi, od skrajnej manipulacji po pustkę i beznadzieję, przez zauroczenie po odzyskanie sensu. Mamy tam właśnie ważną scenę gdy Arwena nagle odnajduje coś, dla czego warto jest jednak zostać z ukochanym śmiertelnikiem.
Dwie Wieże niekoniecznie opowiadają o dwóch wieżach, a o dwóch podejściach: tam gdzie panuje chęć władzy i destrukcji, tam też niebawem może nastąpić koniec takich "dóbr". A tam, gdzie zbliżamy się by pokonać zło, zło coraz bardzie bywa bliżej, wnikające i przejmujące władzę.
Punkcik niżej zaledwie i to też w sumie za drobnostkę: bo fazy śmiechowe wplecione w bitwę (chodzi o Gilmiego i Legolasa) nie rozluźniały mi atmosfery, a raczej nadawały lekko krindżowy ton. Ale jak pisałam, to zaledwie drobnostka w tej drugiej części legendarnej trylogii.
Nie wiem dokładnie ile km ale coś pomiędzy 68 a 70 km, bo źle sprawdziłam stan kompiuterka i bateria siadła 15 km przed metą. Ogólnie to przekombinowałam, bo miało być klasycznie i lekko ale dodałam sobie 10 km dodatkowe, których nie sprawdziłam i okazały się 15 km, i nie w tym problem, ale w tym, że dzięki temu poszło około 35 proc trasy w gęstym piachu (welcome to the susza time), na szczęście traska już znana więc wiedziałam gdzie dam radę a gdzie wolno mi postawić nogę i podprowadzić trochę rower, bo piach zbyt gęsty.
Mocno wyczerpująca przez to trasa, ale byłam gotowa - bułka posmarowana masłem orzechowym i z bananem, dała radę, boost taki, że ledwie kilka żelek musiałam dołożyć, a mogłoby się i bez nich obejść.
Już na końcowych km w lesie nagle przestraszyłam myszołowa - wyleciał mi chyba z 3 metry przed twarzą, zanim zdołał załopotać skrzydłami mocniej to sama byłam przestraszona, że się zderzymy. Za⁎⁎⁎⁎sty moment na trasie.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
@dzangyl mi jeden z drapieżnych wyleciał tak, jak akurat jechałem autem. Musiałem przyhamować, bo chyba bym w niego wjechał. Bardzo powoli startują takie ptaszory, skrzydła miał o rozpiętości jak przednia szyba.
Na dojazdówce asfaltowej do Ustki masa rowerzystów, ale jak już minęliśmy obleganą trasę to może jeden rowerzysta gdzieś mignął, tak w lasach brak cywilizacji, zielono, dziko, pięknie
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Ładniejsza pogoda to udało się więcej pokręcić. Mimo godzin popołudniowych-wracających-z-pracy drogi pustawe, mało aut na mojej trasce - asfalcik tylko dla mnie.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Nie polecam tego filmu dość wrażliwym ludziom. Film jest przygnębiający, przeraźliwie smutny, z dość bezsilnym przekazem - już mi się robi smutno gdy o tym piszę.
To film o traumie - głębokiej, najgłębszej wręcz, która tyka niczym bomba w ciele człowieka, w którym mało już zostało tego człowieka co kiedyś.
Film nie pokazuje nam wszystkiego, bo trafiamy w środek egzystencji powojennej Róży, i jej męża Juliusza. Możemy tylko domyślać się, z pozostawionych tropów, że Róża spodziewała się po wojnie, że jej mąż nie żyje i szukała już bliskości z pewnym profesorem. Ale Juliusz wrócił, ocaleniec z obozu koncentracyjnego. Tyle, że to nie jest ten sam Juliusz co kiedyś. To praktycznie wrak człowieka, niewiele zostało z tego wspaniałego ukochanego przecież.
Róża więc trwa przy swoim mężu, chociaż przypomina on bardziej niepełnosprawne dziecko niż prawdziwego dorosłego, nie chcąc go jeszcze bardziej skrzywić, chociaż profesor zaczyna nalegać by kobieta wybrała pomiędzy nim a mężem. Róża jednak ma sporo empatii dla Juliusza i nie umie podjąć decyzji.
Dużym wsparciem dla Julka jest ich gosposia, która w sumie mówi do niego jak do dziecka. Julek potrafi całkiem sporo, może pójść do sklepu, uśmiecha się, czasem wydaje się, że tli tam się iskra nadziei na powrót dawnego mężczyzny. Ale to ułuda. On jest już tak zniszczony, że byle wspomnienie może znów zamienić go w obłąkańca.
Juliusz (tego też domyślamy się ze scen, nie jest powiedziane nigdzie wprost) był ofiarą ssmanów, którzy lubili "zabawiać się" znęcaniem nad więźniami - na przykład kazali im tańczyć w kółko aż padnie ostatni - i tym ostatnim, który walczył o życie był właśnie Juliusz. I cóż, może uratował życie, ale tylko fizyczne. W środku siedzi już tylko roztrzaskana na kawałki dusza o ranach, których nie da rady opatrzyć.
Bardzo, bardzo smutny film... Jeszcze nie widziałam tak mocnego przekazu o traumie powojennej.
Co prawda czasy Wielkiej Rewolucji Francuskiej to nie moja bajka i nie rozumiałam do końca powiązań, spraw, i ogólnie historycznych i politycznych powiązań w tym filmie, ale nie przeszkadzało mi to oglądać obrazu z zachwytem.
Wielu zachwyca się rolą Depardieu w tytułowej roli, ale dla mnie sztos-aktorem tego tytułu był Wojciech Pszoniak jako Robespierre. Zresztą same rozmowy Dantona z Robespierre to bezsprzecznie najlepsze fragmenty filmu.
Nie ma tam dużo akcji, za to dużo gadania, kombinowania jak pozbyć się Dantona i jego kolesiostwa (fun fact: Robespierre'a i jego stronników grają Polacy, zaś "dantonistów" - Francuzi).
Nie ma tam miejsca na nic innego, oprócz politycznych rozgrywek. Żadnych miłostek, pobocznych wątków.
Sprawa toczy się o kształt demokracji, a jednak mamy na koniec wrażenie, już po zgilotynowaniu Dantona, że to puste hasła, a równość to tylko demagogia, za którą kryją się polityczne i brutalne szachy, nie ma w tym żadnej chwały - jeden z dantonistów, mimo że ma żonę i świeżo urodzone dziecko i boi się śmierci, to jednak mimo, że ma wybór - może uratować skórę - postanawia zginąć razem z kolegami, chociaż każdy mówi - ratuj się ty chociaż.
Tylko potem Robespierre choruje fizycznie złożony w łóżku na wyrzuty sumienia.
Oprócz potyczek słownych dwóch szefów rewolucji i scen w sądzie, jedną z najbardziej wstrząsających scen jest śmierć Dantona. Koniec końców symbolem wielkiej rewolucji stała się także przecież gilotyna.
Polecam, nawet jeśli mało się zna historyczne podstawy - jak ja - to film ogląda się z szeroko otwartymi oczami. Aktorzy są poprowadzeni mistrzowsko, ogląda się wybornie, ale w końcu to dzieło pana reżysera Wajdy, więc co się dziwić.
To chyba jeden z najbardziej piekielnych horrorów ever - dosłownie. Bowiem opowiada o ucieczce z piekła i tego, co z tego wynika.
Frank to zły człowiek pod przykrywką hedonisty. Uwielbia korzystać z uciech życia, ale i to dla niego za mało. Zdobywa tajemniczą kostkę, która ma otworzyć przed nim drzwi do nowych, kompletnie niepoznanych doznań. To są drzwi do piekła tak naprawdę, ale strażnicy kostki, czyli Cenobici nawet gdy odrywają kolejne kawałki ciała z ofiary tajemniczej kostki, dalej zachwalają swoją działalność - bo czyż ból nie jest przez niektórych pożądanym doznaniem? A w wymierzaniu bólu kto może być lepszy niż mieszkańcy piekieł?
Tak się składa, że dom, w którym bawił Frank, przejmuje jego brat wraz z żoną i swoją córką, Kirsty (która jednak bywa tam tylko gościem, nie przepadają ze sobą z Julie, i młoda woli mieszkać sama). Larry nie wie, że lata temu, jeszcze przed ich ślubem, Julia wpadła w romans z przystojnym i pewnym siebie Frankiem. Wtedy też przeżyła ruchańsko życia, i stary dom przywołuje te wspomnienia.
Przypadkowo przelana krew Larry'ego na strychu (rani się wystającym gwoździem) przywraca części Franka z piekieł. Ale wciąż jest niepełny i słaby, więc prosi Julie by mu pomogła - w końcu lata temu powiedziała mu, że zrobi dla niego WSZYSTKO. Tak też Julie wyrusza na łowy, przyprowadza randomowych facetów na strych, Frank ich pożera i zbiera więcej ciała i sił.
Jednak ich sekret odrywa pasierbica Julie - młoda Kirsty, która na pewno urody i sprytu nie odziedziczyła po swoim ojcu. Niby młoda dziewczyna, ale udaje jej się uciec z łap Franka. Mając w rękach kostkę, postanawia poszukać w niej tropu, który wyjaśni jej czego doświadczyła w domu ojca. Przywołani Cenobici za nic jednak mają jej tłumaczenia, ale sprytna Kirsty układa się z nimi, że w zamian za siebie wystawi im uciekiniera z piekieł.
Dalej już nie opowiadam, bo to i tak prawie połowa filmu. Filmu mocnego, krwawego, pełnego ludzkich niegodziwości (vide Frank i Julie), piekła od środka, do którego zaglądamy dzięki kostce, wypełnionego zdeformowanymi poczwarami i strażnikami kostki, którzy "świadczą" usługi pleasure+pain.
Na pewno był to i w pewnym sensie wciąż jest nietypowy horror - chyba niewiele rzeczy potrafi tak przerazić jak przekonująco pokazane piekło od wewnątrz, rzadko wygląda krindżowo (poza poczwarką goniącą Kirsty, ale można to zrzucić na bakier efektów z tamtych czasów). Sami Cenobici wyglądają silnie niepokojąco, a flaki i krew to rzeczywistość piekła i ludzi, którzy z nim igrają.
Na mnie ten film wpłynął bardzo mocno - widziałam go za dzieciaka, i potem kilka razy także i za każdym razem zaskakuje mnie, jak świetny to horror, który daje widzowi oberwać obrzydliwościami, gore i narastającą grozą, za którą w sumie stoi nadal ludzka psychika.
PS I: W tłumaczeniu (oglądaliśmy w odnowionej kopii ale z lektorem vhsowskim - czytał Marek Gajewski) ostatnia legendarna już fraza "Jesus wept" została przetłumaczona jako... "Chrystusa nie było".
PS. Za tydzień mamy seans drugiej części Hellraisera, którą już tu opisywałam, więc nie wiem jeszcze czy będzie sens dodawać kolejny opis w ciągu pół roku - ale umówmy się, że jeśli odkryję coś nowego lub współdzielony seans przyniesie nowe doznania - to opiszę to tutaj