Nie był zły jak na kontynuację, ale nie był też dobry. Boyle miał swoją koncepcję kręcenia, tutaj to trochę się rozmywa, tak naprawdę nie wiadomo kto jest głównym bohaterem - to się co chwilę zmienia.
Sam pomysł ciekawy z zarażoną, ale nie chorą i z powrotem do pandemii - natomiast fundament psychologiczny, choć mocno zarysowany, rozpływa się zbyt szybko. Don, który uciekł ratować swoje życie zamiast pomóc żonie, teraz chce wynagrodzić owe zachowanie swoim dzieciom, a jednak ostatecznie to obcy amerykański żołnierz pokaże, że potrafi poświęcić życie dla innych jednostek. Ale powiedzmy sobie szczerze - jemu oraz Scarlett przyświeca wdzięczna idea ratowania ludzkości przed re-pandemią.
Samo oglądanie nie bolało, akcja jest, zarysowane wystarczająco postacie by się przejmować - więc lecimy z zabawą.
Czy ktoś miał kiedyś problem, z kotem, który nagle jest w stanie podwyższonej czujności i napięcia?
Chat GPT określił mi to jako klasyczny etap obronnego napięcia środowiskowego/przejściowy stres, i że cokolwiek to jest powinno minąć z czasem - prawdopodobnie kotkowi coś się nie spodobało w psie i tak reaguje, ma niby uspokoić się z czasem.
Kotek po sterylce, dorosły już - koło 3 lata, mała ale wariacik. Wychowywała się u nas w domu od maleńkości ze starszym psem, który no co tu mówić - widać, że się starzeje, jest głuchy i ledwo widzi, do tego ciężko mu utrzymać czystość, ale poza tym jest dalej normalnym pieskiem, lubi chodzić na spacery i pieszczoty.
I kotka też taka jest - lubi się bawić, przymilać, pieszczoch straszny, chodzi za mną jak pies, reaguje na komendy typu "chodź" czy "przysmak" lub "nie wolno". Jak śpi z człowiekiem, to koniecznie musi się przytulić! Zazwyczaj można było bez konsekwencji wziąć ją na ręce i miziać, jak jej się nie podobało, to dawała subtelne znaki i tyle.
I było wszystko ok, a nagle od wczoraj syczy i napina się, puszy gdy tylko pies przechodzi obok lub podchodzi do niej. Do tego ową mowę ostrzegawczą stosuje wobec człowieka - nie można jej już pogłaskać ot tak jak jeszcze dwa dni temu, bo zaraz ostrzegawczo miauczy, źrenice szerokie i wygląda jakby chciała zaatakować.
Kota z psem relacje były dość neutralne, czasem ją gania ale tylko ją poślini nigdy nie ugryzł, natomiast jej się zdarza go drapnąć, chociaż wie, że nie wolno - pies to york, więc jest niewiele większy od niej, do tego stary i praktycznie bezbronny. Nie spały nigdy przytulone, ale nie miały np. problemu spać obok siebie niedaleko. Ogólnie mają na siebie wyjebane jajca, nie przeszkadzają sobie, ot, bytują w tym samym środowisku.
Teraz jest inaczej od wczoraj. Mimo to nie ma agresji stosowanej, ogólnie to ona chodzi za nim napuszona, przygięta do podłogi i syczy, ale nie atakuje, chociaż wygląda to mega groźnie.
Czy to faktycznie minie? Myślałam, że znam tego kota na wylot... Czy to faktycznie stres, wywołany jakąś sytuacją i minie z czasem?
Czy ten film wymaga oceny? Niekoniecznie. W sumie każda ocena będzie prawidłowa bowiem to film dziwny, inny i krytyczny wobec popkultury, a równocześnie sam obraz wprost rozpływa się w odniesieniach popkulturowych. Więc moim zdaniem nie ma co mieć wyrzutów jeśli daje się 2/10 i nie ma co też uważać się za mega znawcę, bo spodobał nam się taki popaprany film i dajemy 10/10.
"Urodzeni mordercy" to przede wszystkim kino ekspresji. W tym sensie dużo nie różni się od mrocznych acz moralistycznych opowieści z początków kina. Tyle, że różni się etapowaniem owej mroczności, obraz jest dostosowany do czasów - a te, co ciekawe, jakoś za specjalnie nie zmieniły się od lat 90., przynajmniej w sensie mediów i popkultury.
Ten film już oficjalnie wsadził kwestię morderców do popkultury - powieść czy film bez porządnego złola często nie ma szans się obronić. Zło jest wszędzie i my to wiemy i akceptujemy.
Natomiast w filmie Stone'a zło zyskuje jeszcze jedną cechę - zachwyt. Mickey i Mallory zabijają dla przyjemności. Romans bohaterów oscyluje trochę wokół "Dzikości serca", ale tam na miłość czyhali gangusy, a nie popierdolony policjant. W filmie Lyncha główny bohater robił co musiał - zabijał jakby to było codzienność, ale zabijał bo musiał się bronić. W "Urodzonych mordercach" zabijanie jest po prostu elementem życia - niczym zaspokojenie własnych potrzeb.
Do tego mamy media, które nakręcają z lubością machinę uwielbienia - nie liczy się co temat przedstawia, liczy się sam TEMAT, czyli młoda ładna para, która lubi zabijać. Nikogo nawet nie przeraża jak łatwo udaje się zrobić z Mallory i Mickeya idoli społeczeństwa. To jest naturalne, tak jak chęć zabijania tłumaczy Mickey - mamy to w naturze i już.
Czy to jest także krytyka popkultury, która wypluła na swoje tereny seryjnych morderców i następnie pozwoliła im tam wsiąknąć? Możliwe, że tak, skoro w jednych z pierwszych scen oglądamy klimat rodzinny, w którym żyła Mallory za pomocą sitcoma - molestujący, obleśny ojciec wyrzuca z siebie obrzydliwe gadki, które są kwitowane salwą śmiechu.
Sam film zrealizowany jest w różnych kolorach, kompozycji, sposobie kręcenia - to ma oddać klimat wszechobecnej telewizji, oglądamy "Urodzonych morderców" jak typowy widz z pilotem w ręku - częste i zauważalne zmiany zdjęć mają potęgować "przełączanie kanałów".
Bardzo ciekawy re-seans. Pamiętam jak mocno mną wstrząsnął ten film gdy oglądałam go po raz pierwszy - dla mnie to była historia trochę też o mnie, bo wtedy bardzo mocno interesowałam się tematyką seryjnych morderców.
Stone trochę romantyzuje głównych bohaterów - ale robi to specjalnie, na co nam idea filmu, skoro sami widzowie filmu zawiodą? Zresztą owe romantyzowanie też polega na tym, że dookoła wszędzie są równie źli, jeśli nie gorsi ludzie - psychopatyczny policjant czy pozbawiony totalnie empatii i uczuć wyższych reporter. Więc motyw miłości, która łączy Mallory i Mickeya daje nam oddech jakiegoś tam "dobra".
Ciekawy film, do wielu długich analiz jak widać. Polecam każdemu kto jeszcze nie widział i kto nie boi się brutalności w kinie.
@zuchtomek Tak, ale Stone dużo pozmieniał i miał kompletnie inną koncepcję przez co Tarantino zażyczył sobie by wykreślono jego nazwisko z autorów scenariusza jest tylko wymieniony jako "story by".
On ogólnie napisał dwa scenariusze (jeszcze "Prawdziwy romans"), których nie reżyserował i zawsze miał wąty do twórców, chyba taki typ
@Mahjong z 300 jak nie więcej razy obejrzałem ten film. Oboje zagrali za⁎⁎⁎⁎ście. Ehhh. Potem był film z nią: dziwne dni " Strang Days" a potem kariera Juliette Lewis sie poplątała...
Nie no, gdy grała w Urodzonych była w peaku po "Co gryzie Gilberta Grape'a" i "Kalifornii" (co ciekawe, tam też grała dziewczynę seryjniaka, tyle że sama nie zabijała, wprost przeciwnie - była słodka i naiwna).
Jeszcze miała rolę w "Od zmierzchu do świtu". Potem faktycznie jakby zleciała z piedestału i stała się "mniej znaną aktorką".
Ostatnio fajnie zagrała w serialu "Yellowjackets" - taka klasyczna Juliette Lewis
Komedia, w której dwóch facetów zamienia się na życie za sprawką dobrego, lecz niskiego rangą anioła Gabriela (w tej roli Keanu Reeves). Jeden jest biedakiem Arj, śpi w samochodzie, wykonuje gówniane prace by zarobić mało pieniędzy, ale zakochuje się w koleżance i Gabriel pokazuje mu, że z czasem jakoś tam się im ułoży. Jako dowód na to Gabriel zamienia życiami go z życiem Jeffa, który jest bogaty, ma fajną chatę, mało pracy i ogólnie pławi się w luksusie.
Oczywiście Gabriel nie bierze pod uwagę materializmu ludzi i Arj nie chce już wrócić do dawnego życia, Jeff musi zaznać za to życia bidoka, a szefowa aniołów stróżów degraduje Gabriela do bycia zwykłym człowiekiem, dopóki nie naprawi tego całego zamieszania.
Ogólnie fajna komedia, można się pośmiać, o to właśnie chodzi. Tylko kaszaniło mi to wszystko wyolbrzymianie zwykłego biedackiego życia, jakby każdy musiał dostosować się do swojej roli. Rozumiem morał historii, ale jakoś tak wyszło, że ok może jesteś bidokiem bez kasy, ale za to z dziewczyną i jakoś to będzie. Brzmi trochę niesprawiedliwie mimo wszystko. Jakby ktoś mówił Amerykanom - taki mamy system (klimat!).
Nowy Jork, lata 90. XX wieku. Wszystko zaczęło się od kota sąsiada, którym Hank (pozbawiony już ambicji były basebalista teraz pracujący za barem i w alkoholu topiący smutki, czasem radość przynosi bliskość jego dziewczyny) miał się zaopiekować. Nagle po wyjeździe sąsiada pojawiają się gangsterzy i akcja rusza z kopyta rozwalając życie Hanka na miazgę.
Akcja goni akcję, humor jest, ciekawe złole, zarysowane postacie, zdjęcia, muzyka, montaż.
Ale to dalej zwykły akcyjniak w moim mniemaniu, z fajną dynamiką. Tym bardziej dziwne, że przecież nazwisko reżysera nie wskazuje na coś takiego.
W tym sezonie najdłuższy dystans, nie pamiętam jak było rok temu, ale chyba "pięćdziesiątki" zaczęłam robić dopiero pod koniec kwietnia kolarką.
Lokals wjechał mi na czołówkę, jechał z naprzeciwka, patrzył się do przodu, więc byłam pewna, że mnie widzi. Nagle zaczął się na coś gapić z boku i jep! jego rower skręcił prosto na mnie, ja szybko po poboczu by uniknąć kolizji, próbując nie wjebać się do rowu, udało się - pożegnałam typa niezbyt miłą wiązanką Dalej nie wiem jakim cudem się udało, już widziałam jak wjeżdżam w typa. Pewnie jakiś pijaczek z okolicznych wiosek.
Mimo, że ledwie 10 stopni C, to nie było jakoś super zimno, lżejszy wiatr, do tego słoneczko i było dość komfortowo jak na takie warunki.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Nie rozumiem zarzutów, że ten film nie oddaje piękna muzyki Chopina oraz wykrzywia go jako człowieka. To jakby rozumieć fabułę "Amadeusza" dosłownie i mieć tylko taki obraz Mozarta w głowie. Ten film to fikcja, kolejne fakty obleczone wymyślonym mięsem, a tym mięsem jest młody topowy artysta Paryża, który jedyne co pragnie to grać i żyć pełnią życia, a obie te rzeczy są nieco poza jego zasięgiem gdy straszliwa choroba przybiera na sile.
Tak też mamy dwóch Chopinów - tego zdrowego, który korzysta z lepszych dni w pełni, grając, ucząc, prowadząc bujne życie towarzyskie, - i tego chorego, który ledwo chodzi, blady, kaszlący, zmęczony, czasem zmuszający się na siłę by jeszcze "działać" jako ten pierwszy lepszy Chopin.
Cień gruźlicy unosi się nad Chopinem także w jego otoczeniu - na "suchoty" umiera jego przyjaciel i najlepszy uczeń.
Eryk Kulm sprostał roli obu Chopinów - jako ten pierwszy lepszy Chopin jest młody, pełen werwy, wesoły, towarzyski, chętny do miłości i do pracy, jako ten drugi po prostu wygląda jak trzaśnięty śmiertelną chorobą człowiek, która z czasem postępuje.
Bardzo ładne kostiumy i scenografia, gra aktorska oraz zdjęcia. Wiadomo, fabuła nie trzyma się dokładnie faktów z życia Chopina, jedynie je wykorzystuje by zobrazować Chopina jako żarliwego wesołka, zarażonego muzyką już na stałe - będzie już tworzył do ostatnich chwil swojego życia.
Jedyne co mi zgrzytało to ten z rzadka pojawiający się patriotyzm Chopina, jakby wklejony na siłę, a z drugiej strony widocznie twórcom zależało by ową faktyczną cechę artysty zaznaczyć w filmie.
Ogólnie seans uważam za bardzo udany - właśnie z punktu zagrania dwubiegunowym Chopinem oraz oddania życia rozchwytywanego artysty w Paryżu. Na serio to zapewne można przyczepić się do wielu rzeczy, że jednak ten film nie oddaje nawet w kilku procentach prawdziwego Szopena, że wiele rzeczy tam wyglądało całkiem inaczej niż w jego życiorysie, ale gdyby właśnie spojrzeć na ten aspekt podwójnego "chopina" w tytule i zarys ostatnich lat życia muzyka to myślę, że widz może być spełniony tym co otrzymał.
Wątpię by "Chopin Chopin!" oddawał klimat "sfilmowanych lektur szkolnych", to dość dynamicznie zrealizowana opowieść, wręcz uwspółcześniona - sam Fryderyk jak i jego otoczenie mówią normalnie, zrozumiale, bez staroświeckości tamtych czasów -ot, młody facet pragnący korzystać z życia, które wiążę się głównie z muzyką.
@Mahjong pisałem na hejto o tym filmie tuż po seansie. Dla mnie jednak za mało muzyki a za dużo umierania Jednak rozumiem, że twórcy musieli postawić na jakiś wątek, bo całej biografii Chopina nie sposób ukazać w jednym obrazie. Jednak im więcej czasu mija od obejrzenia, tym bardziej mi się podoba
Niestety, pierwszy i jedyny seans pierwotnego Toxic Avengera zaliczyłam wiele lat temu, więc ciężko mi bawić się w porównania, ale był to seans współtowarzyszący więc z relacji towarzyszy filmowej niedoli wiem, że wykorzystano wiele scen z pierwszego filmu.
Fabuła? Znana i lubiana - przynajmniej dla miłośników produktów Tromy. Pogardzany woźny, wychowujący syna swojej zmarłej partnerki ulega wypadkowi w swojej firmie - zamienia się w straszliwego Toxiego. Mściciel z zabójczym mopem w ręku postanawia wymierzyć sprawiedliwość swoim oprawcom i ochronić swojego syna.
W roli Toxiego Peter Dinklagem którego niskorosłość podkreśla tylko fizyczne braki pierwotnego woźnego.
Sam film? Czysta zabawa, dużo śmiesznych tekstów, jucha i flaki są, starano się też zachować ten sznyt Tromy.
Dla mnie udany seans, dawno się tak nie uśmiałam. Fun TOP!
Wyprawa do El Dorado pod przywództwem buntownika Lope de Aguirre. Peru, wiek XVI. Aguirre wraz z grupką buntowników postanawia samemu odnaleźć i zdobyć mityczną krainę złotem płynącą. Podróż do jądra ciemności peruwiańską rzeką odsłoni stopniowo szaleństwo hiszpańskiego konkwistadora.
Film był kręcony w bardzo trudnych warunkach, bowiem Herzog uparł się kręcić film w peruwiańskiej dżungli - analogia do tytułowego bohatera narzuca się sama.
Z drugiej strony gdyby nie to ten film nie miałby tej atmosfery - faktycznego obcego lądu z całym wachlarzem niebezpieczeństw, z czego największym jest sam bohater, który nazywa siebie Gniewem Bożym. Jest przekonany o swojej boskości, chociaż dookoła niego ludzie padają jak muchy przez choroby i ataki Indian.
Aguirre o twarzy Klausa Kinskiego hipnotyzuje, on nawet nie jest pełen wiary w to, że może sam zmienić historię, on to po prostu chce zrobić, chociaż w filmie jego droga to powolna męczarnia przez trupy swoich towarzyszy. Jednak zbuntowany konkwistador nie widzi tego.
Dla mnie ten film to właśnie takie conradowskie "Jądro ciemności", tylko zamiast podróżować rzeką do szaleństwa, podróżujemy rzeką z szaleństwem (prawdziwy Aguirre, na losach którego oparto fabułę filmu miał resztą przydomek "Szalony").
Nie masz cwaniaka nad Warszawiaka! Młodzieńcze historie i wspomnienia Grzesiuka sprzed wojny. Wychowany i urodzony w tych mniej lepsiejszych dzielnicach stolicy Grzesiuk opowiada o twardym uliczno-podwórkowym życiu, ale z dużym humorem i lekkością, przywołując międzywojenną gwarę i świat, który nie nadawał się dla każdego, ale był przynajmniej wypełnionym honorem. I taki też był sam młody Grzesiuk - narwany jak burza, ale z logicznymi myślami pod kopułą, który za przyjaciół i rodzinę oddałby serce.
Słuchało się bardzo dobrze, książka czytana przez Józefa Pawłowskiego, który ładnie nadaje sznyt grzesiukowy.
Teraz czas na mroczniejszą część biografii Grzesiuka, także z głosem Pawłowskiego.
@Mahjong rewelacyjna książka. Pierwszy raz czytałem jako bodaj 12 czy 13-letni dzieciak a później wielokrotnie do niej wracałem. Zresztą podobnie, jak do pozostałych dwóch książek Grzesiuka.
Na steamie można zakupić za dyszkę świetną gierę The Long Dark. Polecam gorąco, sama mam, od lat już praktycznie w nic nie gram (choć kiedyś byłam zapaloną graczką), ale TLD gram regularnie i kocham tę gierkę!
Niestety, nie gram w fabułę tam, ale sandboxa mogę polecić z czystego serca - świetna symulacja zbierania patyków
A dołączę też, chociaż pewnie nie będę wrzucać regularnie wszystkich przejażdżek.
Dziś najdłuższy dystans póki co w tym roku - kolarką się bujałam wokół komina. Czas odbudowy formy po ciężkiej zimie - to już moja któraś przejażdżka, więc źle nie jest. Dużo dziś kolarzy spotkałam, prawie każdy ładnie się witał - wiosna sprzyja kulturze wśród rowerowej braci.
Z nieprzyjemnych rzeczy to spotkałam dwóch wyrostków na rowerach - zawsze jak widzę dzieciaki to zwalniam - jeszcze mi się nie przydarzyło, żeby bez problemu takich wyprzedzić i tym razem też tak było. Jechali środkiem, lekkim slalomem i już miałam dzwonić ale zjechali na lewo i przez chwilę tak jechali więc sądziłam, że zdążę sobie przejechać zanim coś odwalą - tjaaa... Jeden zaczął nagle zjeżdżać znów na środek chyba celem zsiądnięcia i kierował rower na prawo. Ledwo ledwo, myślałam, że będzie kolizja, ale udało się na styk.
Nie mogę się doczekać cieplejszych dni i lepszej formy by robić sobie w weekendy pełnoprawnie 60-70 km!
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Dużo dziś kolarzy spotkałam, prawie każdy ładnie się witał - wiosna sprzyja kulturze wśród rowerowej braci.
Wiele lat jeździłem całkiem długie trasy ale na zaadaptowanym MTB - flatbar i amor z przodu, nigdy mi nikt nie machnął. Po zakupie gravela pierwsze machnięcie miałem po 4km jazdy, no ale wiadomo, baranek. Kultura? Spandeksiarze tworzą podziały wydajniej niż politycy.
@wonsz gdybym miał machać wszystkim, w tym tym na MTB, trekkingach, miejskich to bym czasami nic nie robił tylko machał. Dlatego macham tylko na sportowo ubranym szosowcom, ale widzę że ty potrafisz sobie dorobić agresywną narrację i podziały, a oskarżasz o to kogoś innego xD
Widać, że to scenariusz by Krzysztof Kieślowski i Krzysztof Piesiewicz. Widać i czuć. Ale co "ręka boga" to ręka boga, a Tom Tykwer chociaż starał się przekazać klimat i metafizykę dzieła panów Krzysztofów, to jednak zabrakło tej iskry.
Moim osobistym zdaniem głównym czynnikiem tego jest złe poprowadzenie aktorów, zdjęcia oraz montaż. Kieślowski miał oko do aktorskich zdolności, wiedział czego chce, czego oczekuje, a tutaj arcyaktorstwo (chociaż wtedy młodej jeszcze) Cate Blanchett nie zostało wykorzystane w pełni. Za to Giovanni Ribisi trzyma poziom od początku do końca.
Do tego zabrakło mi skrupulatności w zdjęciach - pan reżyser Kieślowski lubił szukać szczegółów, ujęcia, które miały przedstawiać perspektywę, szukać znaczenia, tutaj są skondensowane do typowych dłuższych ujęć, zbliżeń i oddaleń - wystarczy, baza Kieślowskiego zaliczona, reszty nie trzeba. No ale niestety, trzeba, no ale jeszcze raz niestety - to umiał tylko jeden reżyser, a pan Tykwer musiał radzić sobie sam z tym skryptem.
Oczywiście nie ma co rzucać pomidorami w niemieckiego reżysera - moim zdaniem całkiem sprawnie sobie poradził, gdzieś tam przeciska się duch Kieślowskiego.
Sama fabuła? Dziwna, i później zmierzająca ku braku logiki, ale na to można przymknąć oko. Phillipa planuje zamach na szefa dilerów narkotyków, ale nie wychodzi, bomba wybucha, szefa nie zabija, ale ginie czwórka niewinnych ludzi, w tym dwoje dzieci. Kobieta zostaje aresztowana i jest zdewastowana ową informacją - myślała, że zamach jej wyszedł skoro ją aresztowali, nie chciała przecież by zginął ktoś niewinny.
Podczas przesłuchań młody policjant, Filippo, stopniowo zakochuje w kobiecie i postanawia pomóc jej uciec. Potem obserwujemy ich losy na wolności.
Natychmiast przyszedł mi właśnie w drugiej połowie Nieba film "Podwójne życie Weroniki" i to, że wszyscy jesteśmy połączeni: Philippa i Filippo - podobne imiona. Ten sam dzień urodzenia, i w trakcie ucieczki oboje golą głowy na łyso i ubierają te same ciuchy - wyglądają jak bliźnięta.
Ogólnie polecam, ale bardziej wyrobionym miłośnikom filmów, bo "Niebo" nie jest ani filmem akcji ani romansem. To wyciągnięcie ręki ku metafizyce, duchowości i odczuciu odkupienia.
Dobrze, że seans współdzielony inaczej bym wyłączyła po 10 minutach. Z moim osobistym klubikiem filmów "niszowych" naprawdę odkrywam kino na nowo. Chociaż głębiny, w które wchodzę mogą wydać się mało ambitne, to cieszę się, że poznaję filmy także z tej innej strony.
Tytułowa baba po prostu jedzie z pośrednikiem zobaczyć dom, ale nie będzie to jej dane, gdyż podczas wymiany koła zauważa niezbyt legalne rzeczy na podwórku u sąsiadów. Banda patałachów, o przepraszam, banda złowieszczych dilerów rusza w pościg za niechcianym świadkiem. Gdzieś tak w połowie typowa baba odnajduje porzucony warsztat i tam transformuje się w Macho Babę by ostatecznie zlikwidować problem ścigających ją złoli.
Złole to istne patałachy, przez pół filmu ganiają babę, która wiecznie im ucieka, a potem giną jeden po drugim z rąk już Macho Baby.
Najczęstsze słowa, które pojawiają się w filmie to "shit" oraz "bitch". Na początku filmu sama baba wypowiada "shit" regularnie co kilka minut, ale co się dziwić skoro banda patonarkobiznesmenów ją ściga, chce zgwałcić, zabić, albo doprowadzić ją żywą do szefa - choose one.
Niektóre teksty były tak kuriozalne, że ciężko nie wybuchnąć śmiechem: "I'am bad bitch!" albo "Uważajcie, ona ćwiczyła balet!".
Szczytem kuriozum był całkiem nieźle widoczny dźwiękowiec złapany w całej okazałości w jednej ze scen przez kamerę gdy kucał w krzakach z mikrofonem.
Normalnie dałabym 2/10, ale to ten film z rodzaju "tak zły, że aż dobry". Zresztą to film związany z Tromą, co dużo mówi także o poziomie filmowym tego dzieła.
Ależ ten serial jest za⁎⁎⁎⁎sty! Pierwszy sezon był znakomity, ale drugi wchodzi na kolejny poziom. Ponownie mamy dwie linie czasowe - czyli czas teraźniejszy w Dubaju, gdzie Louis opowiada dziennikarzowi o swojej historii i czasach z jego wspomnień.
SPOILERY jak coś!
Tym razem przenosimy się z Nowego Orleanu do Europy. Lestat został tam pozostawiony na pastwę śmierci, a Louis z Claudią przemierzają kolejne rumuńskie wioski próbując odnaleźć podobnych sobie. Szybko czeka ich rozczarowanie, wyruszają więc do powojennego Paryża. Tam poznają w końcu wampirów bardziej podobnych sobie. Władcą wampirzego klanu paryskiego jest enigmatyczny Armand, który z miejsca zakochuje się w Louisie.
Wampiry w francuskiej stolicy mają swój własny teatr - z której robią nie tylko uciechę dla zwykłych widzów, ale także dla samych siebie - bez konsekwencji mogą pożywiać się ludźmi na scenie, bo widzowie myślą, że to po prostu kolejna część przedstawienia. Louis nie jest zainteresowany klanem ani teatrem, za to zbliża się coraz bardziej z Armandem. Tymczasem Claudia wstępuję do teatru z chęcią.
Jednak wampiry zaczynają coś podejrzewać, coś co wie już Armand - że stwórcą Louisa i Claudii był Lestat - były aktor z ich teatru, którego para z Ameryki zabiła, albo próbowała zabić. Gdy tylko francuskie wampiry odkrywają prawdę los Louisa i Claudii jest zagrożony. Czy pomoże Armand?
A może pomoże ktoś inny, ktoś kto w sumie powinien kroczyć ścieżką zemsty a nie im pomagać?
Dziennikarskie śledztwo, szukanie luk, pozwoli Molloyowi (przeprowadzającemu wywiad) przedstawić inną wersję wydarzeń w Paryżu i odkryć niewygodną prawdę o Armandzie.
Teraz moja wstawka: Louis jest chaosem, bazuje na swoich szybkich uczuciach, jest egocentryczny i zachłanny - on chce mieć dziecko! panie Lestat zrób mnie dziecko, chociaż konsekwencje tego będą ponure. Louis działa często impulsywnie, ale zarazem na tym zbiera swoją siłę - jego zdecydowanie w newralgicznych momentach jest wręcz potężne. Czy to się poprawia gdy wlatuje w związek z Armandem? Może, chociaż wspomnienia z wydarzeń gdy Louis udzielał po raz pierwszy młodemu wtedy Molloyowi wywiadu świadczą inaczej.
Louis jest pewien miłości Armanda, deprecjonując zarazem dawne uczucie wobec Lestata. W trakcie wywiadu w Dubaju z czasem cała paryska historia układa się w całość i co się okazuje? Że to nie Lestat był zły, egoistyczny i władczy. Nie, Lestat to bardzo kochliwy wampir - jak już raz się zakocha to na zabój. To Louis był w tym związku właśnie chaosem i manipulatorem, a nie dziwaczny Francuz zrodzony wampirem ponad sto lat temu.
Świetna to była psychoterapia, którą przechodzimy razem z Louisem. Naprawdę, nie spodziewałam się takiego potraktowania tematu, fabuła z książki jest tutaj obrośnięta solidnym mięchem - każda ważniejsza postać jest super zarysowana, relacje są skomplikowane, a prawda chowa się w zakamarkach pamięci, które uruchamia sprytny umysł rozmówcy Molloya. Nie wspominając o wspaniałej scenografii i kostiumach.
Widzę, że już jest zapowiedziany trzeci sezon - normalnie łapałabym się z a głowę, że dość! przecież sezon 2 może spokojnie być zamknięciem całości. Ale ten klimat, wspaniali aktorzy - budzą tylko ciekawość.
O ile w sezonie pierwszym bardziej ceniłam aktora, który zagrał Lestata, tak tutaj w pełnym wachlarzu pokazał swoją klasę Jacob Anderson - grający Louisa. Reszta niewiele odstaje.
Skoro jest na Netflix to postanowiłam nadrobić oscarową pełnometrażową animację. To film animowany, musical w sumie, ale napakowany także akcją, morałem, dobrze opakowany i skonstruowany. Jest fun, jest wyższa ocena niż "mheh".
Gwiazdy K-popu Rumi, Mira i Zoey nie tylko śpiewają i tańczą, ale także bronią ludzkość przed demonami. Władca demonów sfrustrowany porażkami postanawia postawić na inną kartę - w szranki o miano najlepszego k-popowego zespołu staje boysband stworzony z demonów.
I wydawałoby się, że tyle wystarczy w muzycznej bajeczce dla dzieci, ale owa animacja proponuje trochę więcej - pogadankę o tym jak warto zaakceptować całego siebie, wraz z wadami, złymi cechami - tylko wtedy jest się sobą w pełni i można pokonać zło na świecie! The End!
Początek był bardzo typowy, ale potem fabuła nieco się zagęszcza i z głupiutkiej bajki robi się naprawdę fajna fabuła.
Piosenki i muzyka są git.
Był fun a to najważniejsze, szczególnie przy takich mainstreamach - wiadomo, że one muszą być sprawne, ale często nie mają duszy, zrobione co do linijki - ale "K-popowe łowczynie demonów" mają ducha, można się wczuć w historię, przeżywać przygody, po prostu bawić się.
Oglądałem to z siostrzenicami jakiś czas temu. Typowa bajka dla dzieci 6-7+. Nie lubię musicali, chociaż kpop przynajmniej nie zamula w tej bajce. Ostatnio nawet główna piosenka często bywa w radiu. Mocne 5 na 10, a nominacja do oscarów tylko pokazuje, jak zepsuty jest ten plebiscyt.
Mnie ciekawi, czy takie "Belle " (czyli uwspółcześniona wersja "Pięknej i Bestii", jako anime) odniosłoby podobny sukces do "K-popowych..." gdyby trafiło do Netflixa...
Coraz ciężej ogląda mi się gale oscarowe, to chyba wiek XD Ale i tym razem się udało zarwać nockę. Uważam, że nie ma co rozpaczać, że wygrał ten a nie tamten, a tamten przecież słaby.
W nominacjach było dość jednak wyrównanie i gdzie by nie spojrzeć te rozdane w nocy Oscary wyglądają na zasłużone.
Najlepszy film - Jedna Bitwa Po Drugiej.
Konkurencja deptała temu filmowi po piętach, nawet były głosy, że to Sinners jest faworytem i czy byłoby to złe gdyby wygrał? Nie, byłby to pierwszy horror z najważniejszym Oscarem w historii. Z każdego nominowanego filmu można byłoby wyciągnąć coś ciekawego.
Najlepsza aktorka pierwszoplanowa - Jessie Buckley za Hamnet.
Chyba nawet nie ma co dyskutować. Konkurencyjna wydawała się tylko rola Rose Byrne, ale nie na tyle by zagrozić Buckley.
Najlepszy aktor pierwszoplanowy - Michael B. Jordan za Sinners.
Tu pojawiają się głosy, że był najsłabszy i osobiście zgadzam się - dla mnie bezkonkurencyjny był Ethan Hawke niczym Buckley wśród kobiet, ale nie ma co się czarować, że Akademia przyzna nagrodę za taką artystyczną niszową rolę z filmu, którego w USA nikt nie oglądał - więc w szrankach stanęli Chalamet i właśnie Jordan. I szczerze mówiąc? Wolę Jordanowską rolę od Chalameta, dobra rola w Martym, ale czy godna Oscara? A z drugiej strony czy Jordan zagra jeszcze coś lepszego w karierze? Niestety, czasem tak trzeba rozumieć rozdawane Oscary. W każdym razie dobra konkurencja była i nawet nie boli, że nie wygrał najlepszy.
Najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny - Pan Nikt kontra Putin.
Z nominowanych widziałam tylko dwa, i właśnie nie widziałam jeszcze wygranego - ten dopiero wchodzi u nas do kin. Ale mam przemożne wrażenie, że Akademia wolała dać takiemu filmowi Oscara byle nie wyszło, że USA to równie dziki kraj, bo na pewno o tym opowiada Idealna Sąsiadka i Prawo Alabamy.
Najlepszy film międzynarodowy - Wartość sentymentalna.
Tutaj było najgęściej moim zdaniem - nie widziałam Głos Hind Rajab i Tajnego Agenta, ale słyszałam i czytałam, że to bardzo dobre filmy. Myślę, że tu mógłby wygrać każdy tytuł i nie byłoby żadnej kontrowersji - naprawdę wyrównany poziom.
Najlepsze efekty - Avatar: Ogień i Popiół.
Bawiło mnie jak w polskim studio komentujący rugali Avatara za powtarzalnąi prostą fabułę, kompletnie ignorując fakt, że lata mijają, ba! nawet dekady a dalej nikt nawet nie podskoczyć chociaż procentem do poziomu Avatarów. Tam efekty są popchnięte w latach w przyszłość, jedyna gwarancja prawdziwej arcy wysokiej jakości w dzisiejszych czasach. A potem włączasz, nawet jakiś inny wysokobudżetowy film i efekty w nim w porównaniu z Avatarami wyglądają po prostu słabo. Nie średnio, nie trochę gorzej - po prostu słabo. To chyba jedyna kategoria, która nie miała w tym roku absolutnie żadnej konkurencji.
Rok byl na tyle dobry, ze nawet kiedy twój ulubieniec nie zdobywał nagrody to w większość kategorii ciężko sie przyczepić do zwycięzcy. Żałuję tylko ze sirat nie dostał niczego, nawet tego najlepszego dzwieku, ale rozumiem ze to nie jest przyjazny oskarom film