Zanim powstał "Kieł" Lanthimosa, była "Twierdza cnoty".
Tutaj zamknięta rodzina wytwarza domową trutkę na szczury. Trójka dzieci, w tym dorastający syn i córka, całe życie żyją w zamknięciu, nie wychodzą z domu. Ojciec uczy ich sam, bo świat jest do d⁎⁎y i to ma niby ich ochronić.
Ale kto ochroni ich przed samym ojcem? Oprawcą, cholerykiem i przemocowcem? Na pewno nie stłamszona matka, która stara się jak najbardziej przypodobać mężowi, któremu wciąż jest za mało jej uczuć.
Dla mnie bardziej thriller niż dramat, szaleństwo ojca pogłębia się, a może zawsze takie było, ale rodzina wierzy mu na słowo, więc wytrzymuje wszystko, nawet jego bezpośrednie groźby, że ich zabije.
Zaskakująca końcówka, ładny smash tam mamy - choć ja podejrzewałam, że skończy się jednak trochę inaczej i co innego rozwali ową "twierdzę cnoty". Polecam film, warto nadrobić.
"Czarna kula" to tytuł zaginionej, niedokończonej sztuki teatralnej hiszpania, poety i dramaturga Federica Garcíi Lorki.
Hiszpańska wojna domowa. Historie kilku mężczyzn, które się łączą. Carlos chce być członkiem kasyna, ale chodzą plotki, że jest gejem, więc przy każdym głosowaniu dostaje tzw. czarne kule. Żołnierz po stronie nacjonalistów poznaje Rafaela, jeńca, który walczy dla drugiej strony hiszpańskiej. Są ze sobą blisko, ale zbliża się dzień, gdy Rafael będzie rozstrzelany.
Ma prośbę do żołnierza, by przechował sztukę jego przyjaciela (to sztuka o Carlosie – Czarna kula). Równocześnie obserwujemy czasy współczesne, wnuka tego żołnierza, który sam jest gejem i w spadku przypada mu ta sztuka.
Mimo rozmachu, pięknych zdjęć i charyzmatycznych aktorów nie miał jednak dla mnie ten film ducha czy tam serca, albo może miał za dużo serca? Nie znam też żadnej twórczości Lorki, może dlatego mi nie siadł ten film?
Dzień świra trochę? Ale poziom amatorski, niskobudżetowy.
Dwie młode nauczycielki, które są parą, z dnia na dzień tracą mieszkanie i ruszają w odyseję poszukiwań nowego lokum, co okazuje się okazją do zrewidowania swoich oczekiwań wobec życia.
Dużo gagów słownych, jazda samochodem z rejestracją KWA 2137, neutralne relacje z rodzicami.
Ogólnie film śmieszny, choć po zastanowieniu te sytuacje, z jakimi borykają się młode dziewczyny, wcale nie są w gruncie rzeczy śmieszne. Śmieszne teksty lecą, ale reszta realizacyjna nie do końca styka się z dziełem filmowym, można wybaczyć, bo debiut za małą kasę.
Obserwujemy dwie równoczesne historie: opowiadaną w 2004 roku historię (opisywaną przez scenarzystę) Elsy, reżyserki reklam i jej boyfrienda, strażaka i striptizera, oraz dziejący się współcześnie proces twórczy starszego nieco reżysera i scenarzysty, który coraz więcej zaczyna czerpać z życia innych niż ze swojego, jak np. z życia swojej przyjaciółki agentki, co naraża ich na spory konflikt.
Zaczyna też nieco olewać swojego partnera, co ma swoje odbicie w książce. Proces twórczy wybucha z siłą po kłótni z przyjaciółką.
Można się wściekać na wiele niewspółmiernych rzeczy w obu historiach, ale warto wziąć pod uwagę, że to samokrytyczny film Almodovara, w którym rozlicza się z samym sobą, z tego jak pracuje, jak mu to idzie coraz toporniej i on jest tego świadomy i jak wybuch inspiracji bierze go w posiadanie mimo wszystko.
Ta kwestia bardzo mi podwyższyła ocenę filmu - wiadomo, bez zrozumienia tego, kim jest Almodovar, może być ciężko, chociaż konkluzja wciąż pozostaje ta sama: twórca mierzy się z rzeczywistością w ten sposób, że bierze sobie z niej co chce i przekształca na swój wzór. I chociaż często wydaje się to złe, to dla twórcy zawsze będzie takie samo - proces twórczy musi się toczyć bez względu na wszystko.
Ciekawy był to seans zaraz po "Historiach równoległych", które przecież również opowiadają o tworzeniu w oparciu na obserwacji, tego co widzimy.
Baaaardzo luźna adaptacja "Krótkiego filmu o miłości" Kieślowskiego.
Adam pomaga odzyskać portfel młodej kobiecie, a ona zatrudnia go do pomocy przy pakowaniu i sprzątaniu mieszkania ciotki, z którego ta ma się wyprowadzić. Ciotka to pisarka, która inspiracje czerpie z obserwacji sąsiadów przez teleskop. Sama sobie interpretuje to, co widzi, dopisuje do tego pseudohistorie.
Ale wydawczyni nie podoba się książka, więc ciotka podrzuca ją Adamowi: „Przeczytaj, jak chcesz, i wyrzuć”.
On jednak poznaje sekret podglądania i w pobliskiej kawiarni udaje pisarza przed sąsiadką podglądaną przez ciotkę. Sąsiedzi to ekipa dwóch braci i żona starszego z nich. Ekipa robi dźwięk do filmów. Gdy rękopis książki ciotki trafia w ich ręce, ich relacje ulegają przeobrażeniom.
W filmie Kieślowskiego podglądanie miało ukoić samotność i dać fikcyjny strzęp bliskości, u Farhadiego podglądanie to przede wszystkim interpretacja. Tutaj mamy takie wymieszanie, że rzeczywistość obserwowana wpływa na fantazję, a ta znów wpływa na rzeczywistość.
Wielu widzę po ocenach to nie pasuję, ale mi się wiele wątków podobało - sam aspekt pisarski i jak to przerzuca się na świat zastany w postaci Adama, który postanawia przedstawić fantazję rzeczywistości i jak wypada ta konfrontacja.
Ogólnie można mieć wrażenie, że historia przerzuca się z wątku na wątek, ale musimy zrozumieć, że poruszamy się po różnych obszarach, a nic nie jest takie, jakie się wydaje (jak np. to że były złodziej ratuje przypadkową kobietę przed aktem złodziejstwa w wybuchu niespodziewanego bohaterstwa, a potem sam kradnie powieść).
Gdyby drogim krytykom chciało się oceniać skutki i powiązania, zamiast koncentrować się na porównaniu do filmu Kieślowskiego, to może miałby lepsze oceny ten film. Ale nawet, tam gdzie krytycy odpuszczają porównania to określają to miszmaszu, artystycznej soap-opery.
Szkoda, bo fakt, film jest pomieszany na maksa, ale nie jest wcale trudno definiować co się dzieje na ekranie, a można by z tego wyciągnąć wiele rzeczy na temat twórczości i relacji ludzkich.
Smutny los młodych dziewczyn w Mumbaju. Jedna pracuje w call center IT, druga jest sexworkerką. Są współlokatorkami i odnajdują w sobie przyjaźń i bliskość. Krótki film, nie wiadomo, czy przesuwa granice kobiecej bliskości. Jest tu sporo niedopowiedzeń, broni się klimatem, ale głównie mamy średnie aktorstwo i film, który nie wiadomo do końca co chce nam przekazać.
Spore rozczarowanie, przyciągało zdjęciami, a niestety - to niewybuch.
Młoda Daphne ma talent do judo i trafia do zespołu uznanego trenera Yuriego, który ma na koncie jedną zawodniczkę ze złotym medalem. Zoe jest w przeciwnej drużynie i na sparingu szybko i łatwo pokonuje Daphne, ale po wszystkim zawiera z nią bliską relację.
Daphne łatwo daje się manipulować dziewczynie, przez co traci zaufanie do trenera. A jednak w końcu dowiaduje się prawdy i zostaje powołana do pierwszego zespołu. Tam pokonuje wszystkich i w finale czeka ją pojedynek z Zoe.
Miły, lekki grecki film o odkrywaniu siebie i tego, co się liczy. Wysoka ocena, bo lubię filmy sportowe. No i naprawdę dobrze się bawiłam.
O rany, taka kolorowa, dynamiczna opowiastka o chłopaku, który chce zostać szamanem. Bierze udział w turnieju na szamanów, poznaje dziewczynę, walczy o utrzymanie rodzinnej ziemi, mimo że ojciec chce wyjechać do miasta.
Veska wraca po latach do rodzinnej miejscowości na wykopaliska, jest archeolożką. Od razu spotyka Saida, kolegę, który kiedyś jej pomógł, więc chce się odwdzięczyć. Czuć chemię między nimi, ale Said nagle znika.
Za to pojawiają się kolejni starzy znajomi, jak Ilja, miejscowy szef gangsterów. Ogólnie przez cały film Veska błąka się po miasteczku i okolicach, poznaje nowych ludzi i starych znajomych. To taka jej osobista odyseja.
Pięknie zrealizowany film o tym, jak przeszłość wpycha się z powrotem w życie dojrzałej kobiety, a jedynym znajomym z dawnych czasów wydaje się właśnie Said, który też niechętnie chce dalej uczęszczać ścieżką przestępczą.
Ogląda się wybitnie. Mimo że film trwa prawie 3h i niewiele się dzieje akcyjnie, to nie czuć powolności obrazu. Wprost przeciwnie, podążamy zawsze i wszędzie za Veską, ciekawi, gdzie zaprowadzi nas teraz.
Gorąco polecam, sama byłam w szoku jak gładko mi wszedł ten obraz. Jest tam pewien urok lokalności na obrzeżach, a zarazem mrok, krążący niespokojnie pod skórą tej specyficznej bułgarskiej społeczności.
Etienne oprócz siostry nie ma rodziny. Całe życie jeździ ciężarówką. W trasie poznaje innego kierowcę, Bartosza (w tej roli Julian Świeżewski), i od razu iskrzy między nimi.
Jednak oprócz rozmów online nie mogą się spotykać regularnie - mimo, że ich uczucie rozkwita, czasem mijają się tylko gdzieś na trasie. To jednak za mało dla nich obu. Po kłótni Bartosz rezygnuje z jeżdżenia i wraca do kraju. Etienne mocno tęskni, więc bierze kilka dni wolnego, by pojechać do Warszawy i odnaleźć Bartosza.
Taki "tirowy" Brokeback Mountain, ale cała iskra wspaniałości to fakt, że i Etienne i Bartosz to zwykli faceci. Nie przypominają pięknych lic kowbojskich znanych z gejowskiego westernu. Etienne jest w średnim wieku, mógłby spokojnie trochę schudnąć, ale poza tym to grzeczny facet (no, może też trochę grzeszny, bo na "pauzach" lubi chodzić do parków, gdzie tirowiec-gej może znaleźć "obsługę" - tam zresztą poznaje Bartosza).
Całe jego życie to te jeżdżenie ciężarówką w trasy. Ma swoje problemy w pracy, bo widzi jak firmy z innych krajów podbierają rynek, bo właśnie takim kierowcom jak z Polski płaci się mniej.
Bartosz ma więcej werwy niż spokojny "misiu" Etienne. Dla niego praca na ciężarówce to nie jest całe życie, a raczej przymus by zarabiać. Te światopoglądy kłócą się ze sobą. Ale może jednak uczucie będzie ważniejsze?
Jedyny film festiwalu na którym płakałam ze wzruszu jak dzieciak. Milutko było na serduszku po takim filmie. I sam fakt, że ci panowie nie byli zbytnio atrakcyjni tylko podbijał realizm i zarazem romantyzm sytuacji
Opowieść o takiej rodzinie, gdzie w sumie wszystko gra. Mieszkają na wsi, żyją ze sprzedaży mleka. Ale pewnego dnia brat Sabana kradnie krowy i jego rodzina jest zmuszona wyjechać do miasta, by mieć za co żyć.
Zatrzymują się u siostry żony Sabana i jej bogatego męża. Saban niechętnie przyjmuje wszelką pomoc, szuka dorywczych prac. Unoszony honorem nie chce specjalnych przywilejów.
Jednak za cenę honoru i utrzymania swojej rodziny w takim podejściu Saban może zapłacić dużą cenę – swoim własnym szczęściem lub spełnionym życiem, którego już nie ma.
Film o tym, że niektórym starcza takie życie jakie jest. Ale gdy powinie się noga, a raczej nastąpi na ścieżkę twego losu pech (tu w postaci ujowego brata-kradzieja), to nagle życie bez kasy i oparte na pomocy innych może położyć się cieniem w umyśle gospodarza owej rodziny.
Możliwe, że patrzymy na ten film inaczej - podejrzewam, że większość z nas, gdyby popadło w tarapaty, raczej bez przeszkód korzystałoby z wyciągniętej "ręki pomocy". I dlatego postawa Sabana może wydawać się nam nie do końca zrozumiała.
A jednak umiałam empatować w jego kierunku, poniekąd rozumiałam wewnętrzne rozterki, ale czy tym samym nie pokonał samego siebie?
Też jeszcze jedna obserwacja: na tej wsi to rodzina Sabana nie była jakoś "bogatsza". Mieli swoje źródło utrzymania, by wiązać koniec z końcem. Żyli swoim życiem, można prosto napisać. Natomiast miasto rządzi się innymi prawami, które zapewne w niczym mężczyźnie nie przypominają warunków, które miał wcześniej i to może tłumaczyć jego postawę.
Młody zakochuje się w Ryanie, koledze ze szkoły. Ryan ma też innego „kolegę” i zazdrosny młody sypie na nich. Chłopcy przechodzą dziwną konwersję u jakiegoś dziwnego pastora „uzdrawiającego” homoseksualizm.
Z czasem uberreligijna matka nasyła go też na młodego. Od tego czasu chłopcy widzą kogoś w postaci samych siebie, a to jakaś demoniczna siła przybierająca postać kogoś, do kogo czują pożądanie. Niby horror coming out of age, ale podprogowe przesłanie jest zbyt proste: nie lękaj się kochać, kogo chcesz.
Niestety w warstwie horrorowej również dostarczył film zaledwie podstawę.
Córka, w tej roli Juliette Binoche, przyłapuje ojczyma na seksie ze swoją zdemenciałą matką. To uruchamia lawinę wydarzeń.
Martina na chwilę aresztują, a matka trafia na nieprzyjemne badania. Binoche szybko zaczyna żałować swojej decyzji. Matka trafia jeszcze do domu opieki, gdzie obsługa nie potrafi jej upilnować, więc znów wraca pod opiekę Martina (btw bardzo kochającego męża i opiekuna) i dodatkowo pielęgniarki.
Wraz z postępem choroby postępują problemy – ot, starcze przypadłości, level hard, jakim jest ostra demencja.
W tle młodość córki Binoche, która uczy się korzystać z przyjemności życia i młodości.
Trochę mi początkowo przypominał "Fiorda", w sensie nie do końca prawidłowej reakcji systemu zobligowanego do pomocy. Ostatecznie to obraz o radzeniu sobie ze starością bliskiej osoby i wiecie co? Nie ma na to sposobu.
Pani grająca Leslie (zdemenciałą do granic matkę) to sztosiwo totalne w tym filmie, jeśli chodzi o aktorstwo.
Przychodzi baba do innej baby. Nie rozumieją się, bo każda mówi w innym języku. Jedna jest żoną jednego chłopa z osady, który stąd wyjechał. Druga musi samotnie pilnować obejścia, gdy reszta osady wypasa owce w wyższych partiach gór.
Obca baba zaprzyjaźnia się z miejscową, nawet uczy się kilku słów, a potem wyrusza, by znaleźć resztę ludu i braci swego zmarłego męża.
Ogólnie krajobrazy, nie do końca zrozumiałe postawy bohaterów, ale na koniec wygrywają kobiety – te dwie baby z początku, które zganiane przez facetów odchodzą razem z tego męskiego, chujowego świata.
Piękne widoki, ładne zdjęcia, fajne aktorstwo, ale przez to, że film sam nie wiedział gdzie ma skręcać czy już w totalne slow cinema, czy w coś z przekazem w fabule to nie miałam siły go rozkawałkować. Tutaj zawiodło moje filmowe doświadczenie, obawiam się, bo ludziom z mojej festiwalowej ekipy ten film bardzo się podobał.
Silvia ze swoim partnerem żyje z połowu alg. Nie może mieć dzieci, ale gdy przygarnia suczkę Yuri, dużo się zmienia.
Silvia czuje dużą więź z psem, ale gdy suczka dorasta i ucieka, podążając za swoim instynktem, kobieta przywołuje traumę z dzieciństwa, gdy w trakcie zabawy zgubił się jej rówieśnik nad morzem.
Relacja z Yuri przybiera skomplikowaną formę, która tworzy konflikty pomiędzy psem a kobietą.
Bardzo ciekawy film, który początkowo oceniałam na 6/10 ale po rozmowie z kolegą, który też był ze mną na seansie, doszłam do wniosku, że kumpel ma rację i całkiem inaczej spojrzałam na ten film i nagle to, co mi tam nie pasowało, wszystko wskoczyło na swoje miejsce.
To zobligowało mnie do dyskusji z koleżanką z festiwalu - że czy ja jestem ujowa w ocenie filmów, bo jako jedyna potrafię elastycznie zmieniać zdanie, a na przykład inni trzymają się swojej oceny i nawet jeśli kiwają głową, rozumiejąc tłumaczenia innych to już nie zejdą z raz obranej oceny?
A może wprost przeciwnie, może dzięki otwartemu umysłowi jestem wręcz idealnym krytykiem filmowym, który lubi zyskiwać różne perspektywy na jeden film i analizować więcej "po" niż "w trakcie seansu"?
W każdym razie był to przez to jeden z ciekawszych seansów festiwalu.
"Nie widzę swojego życia poza granicami oblężenia. I nie widzę końca oblężenia poza granicami mojego życia." - napis na drzwiach mieszkania jednego z bohaterów filmu.
Palestyna. Oblężenie widziane z różnych perspektyw.
Arafata już psychicznie zjechanego, grupki znajomych chowających się w czasie ostrzału w wypożyczalni filmowej. Na sam koniec mamy akcję w szpitalu. Codzienność ludzi, którzy postanowili tu zostać.
Nie jest to na pewno mocno depresyjne kino, to raczej tak wygląda codzienność ludzi - ludzi, którzy są zdolni przystosować się do wszystkiego, dalej kochać, przyjaźnić się, kochać, rozsiewać dobrą energię. Ale jednak więcej tych przeszkód w nawet takich ograniczonych warunkach codzienności - bo przecież gdy chowacie się w zimnej starej wypożyczalni kaset video to warto by wykorzystać stare kasety do rozpałki, ale jedna z osób oburza się, bo dla niej te kasety to niezrównany symbol "życia przed", symbol kultury i wspaniałości życia, gdy nie było oblężenia. Dziś jednak nikt nie ogląda kaset, a ogrzać się trzeba, gdy na zewnątrz trwa ostrzał.
Wisconsin, lata 80. XIX wieku, czyli Dziki Zachód.
Szeryf i pastor równocześnie zanosi z innymi znalezione ciało żołnierza do miasteczka (Jacob też kiedyś był żołnierzem). Ale doktor mówi, że to choroba zakaźna i że trzeba działać bardzo ostrożnie.
Na razie nie chcą wzniecać paniki, ale zaczyna chorować coraz więcej osób. Do tego zbliża się prawdopodobnie wielki pożar do ich miasteczka.
Śmierć zbiera swoje żniwo. Horror, groza, piekło.
Bardzo mocny film, w pewnym momencie czułam, że wchodzę do piekła i bam! nagle tam jestem ze wszystkimi bohaterami. Jeszcze na początku czy w środku filmu można trochę brechnąć śmiechem, ale im dalej tym groza zabiera fun i wkraczamy na depresyjne klimaty gdzie śmierć jest codziennością.
Turcja. Udane małżeństwo z czternastoletnią córką. On dramaturg i wykładowca na uniwersytecie, ona główna aktorka Teatru Narodowego w Ankarze.
Ale pewnego dnia wszystko rozsypuje się jak domek z kart. On zostaje wydalony z uczelni za to, że namawiał studentów na wykładzie do wyjścia na demonstrację, ona za to, że po spektaklu nie poszła zrobić zdjęcia z gubernatorem.
Polityka wchodzi i psuje całkiem satysfakcjonujące życie tych ludzi. Bez pracy i pieniędzy są zmuszeni wyjechać do Stambułu i zamieszkać u teściowej. On jeździ taksówką, ona zapewne zaraz będzie grała w jakichś telewizyjnych serialach.
On pisze nowy dramat Żółte listy i postanawia wystawić go w małym lokalnym, zaprzyjaźnionym teatrze. Ogólnie film o tym, że tacy ludzie i tak sobie poradzą, tylko kosztem rozpadu rodziny, gdy zmieniają się podejścia jego i jej, wobec zmian polityczno-społecznych, które dotykają klasę średnią w dużych miastach.
Ciekawostka: niemieckie miasta udają Ankarę i Stambuł (Berlin i Hamurg).
Jakkolwiek oceniać temat filmu - sam obraz ogląda się dobrze, aktorzy top, akcja leci, nie nudzi się widz.