W starym domu babci mieliśmy taki obraz, który wisiał nad kanapą. Klasycznie jak u babci - przedstawiał on Jezusa.
I kurde, parę razy w nocy wydawało mi się, że widzę jak tańczy na tym obrazie xd byłem tak przestraszony, że bałem się otworzyć w pełni oczy albo ruszyć, ale no ewidentne widziałem, że tańczy.
Na szczęście przy remoncie poszedł gdzieś na strych i miałem spokój.
I zapomniałem o tym, ale ostatnio go znalazłem jak sprzątaliśmy na tym strychu, i tak patrzę na niego, a nagle moja mała siostra mówi "o, to ten Jezus co tańczy"
Obraz pewnie namalowany w technice która polega na połączeniu dwóch bardzo delikatnie różniących się obrazów w jeden co powoduje że przy odpowiednich warunkach obraz wydaje się poruszać.
To tak jak z obrazami portretów gdzie wydaje się że oczy osoby która jest na portrecie podążają za nami kiedy będziemy się poruszać w odpowiednim zakresie kątów przewidzianymi przez autora obrazu.
@Barcol Tłukę jak wszystkim mogę tylko do głów by trzymać się z dala od religii, to nikt mnie k⁎⁎wa nie słucha.
Każda ideologia która pochodzi od bytów nadprzyrodzonych to zagrożenie poznawcze, bo nie wiemy jakie są prawdziwe cele tych całych bogów, demonów, aniołów i duchów.
Nie ufam nawet buddyzmowi i gnostycyzmowi, bo jakby naprawdę służyły uwolnieniu to złe byty zadbałyby, by obie te religie były starte z powierzchni ziemi.
Polecam Ci opie poczytać wywiady z U.G. Krishnamurtim i blog pewnego amerykańskiego filozofa o nazwie Rants within undead god.
TLDR: jesteśmy w d⁎⁎ie z której nie ma wyjścia ani uwolnienia.
„Spotkanie z Ramą” bardzo ładnie się zestarzało, a książka ma już ponad 50 lat. W większości książek science fiction kontakt z obcą cywilizacją oznacza spotkanie z kosmitami. Clarke zrobił coś znacznie ciekawszego. Nie pokazuje obcych. Pokazuje ich dzieło, które nagle trafia do naszego Układu Słonecznego.
Rama ma około 50 kilometrów długości i 20 kilometrów średnicy. Początkowo wygląda jak zwykła asteroida, ale gdy ludzie zbliżają się do niej, odkrywają, że jest idealnym cylindrem wykonanym z nieznanego materiału. Nie ma żadnych anten, okien, sygnałów radiowych ani oczywistych śladów załogi. Jest jak gigantyczny statek kosmiczny, który od realizuje swój własny cel.
Najbardziej fascynujące jest jednak jej wnętrze.
Po otwarciu śluzy okazuje się, że Rama jest pusta tylko pozornie. W rzeczywistości jej wnętrze stanowi cały świat. Obracając się wokół własnej osi, generuje sztuczną grawitację. Na wewnętrznej powierzchni cylindra znajdują się góry, równiny, zabudowania, a nawet morze. Ludzie, którzy wchodzą do środka, mają wrażenie, jakby znaleźli się na powierzchni nowej planety..
Jeszcze ciekawsze jest jednak to, że Rama sprawia wrażenie całkowicie obojętnej na obecność ludzi. Nie próbuje się z nimi komunikować. Nie atakuje ich. Nie pomaga im. Jest jak mechanizm działający według własnego planu, którego ludzie nie rozumieją.
W pewnym sensie Rama przypomina bardziej zjawisko naturalne niż statek kosmiczny. W środku znajdują się również tajemnicze konstrukcje i biomechaniczne istoty. Nie wiadomo jednak, czy są mieszkańcami Ramy, robotami, narzędziami czy czymś jeszcze innym. Im więcej odkrywają bohaterowie, tym bardziej zdają sobie sprawę, jak niewiele rozumieją. I właśnie to najbardziej mi się podobało.
Współczesne science fiction często stara się wszystko wyjaśnić. Clarke robi coś odwrotnego. To trochę jak wejście do piramidy zbudowanej przez cywilizację miliony lat bardziej zaawansowaną od naszej. Możemy mierzyć ściany, opisywać pomieszczenia i analizować mechanizmy, ale nie jesteśmy pewni, po co to wszystko powstało. I chyba dlatego Rama robi tak wielkie wrażenie. Jest tajemnicą. A Clarke doskonale rozumiał, że czasami największy zachwyt budzi nie odpowiedź, ale rodzące się pytanie.
To jedna z tych książek, które już z samego założenia powinny się nie udać. Kryminał, w którym śledztwo prowadzą… owce? A jednak Leonie Swann zrobiła z tego coś naprawdę inteligentnego, zabawnego i momentami zaskakująco refleksyjnego.
Punktem wyjścia jest śmierć pasterza George’a, którego ciało odnajduje jego stado. Owce, przekonane, że człowieka zamordowano, próbują rozwikłać zagadkę na swój własny sposób. Problem polega na tym, że interpretują świat przez pryzmat owczej logiki - rozumieją tylko fragmenty ludzkich zachowań, często wyciągają absurdalne wnioski, ale jednocześnie potrafią dostrzec rzeczy, które ludziom umykają.
Największą siłą książki są właśnie literackie nawiązania i gra konwencją. Oczywiste skojarzenia z "Folwarkiem zwierzęcym" czy "Wodnikowym Wzgórzem" pojawiają się niemal od razu, ale im dalej w historię, tym więcej można znaleźć kolejnych tropów. Sama konstrukcja śledztwa mocno przypomina klasyczne kryminały w duchu "Morderstwo na plebanii" albo historii z "Przygód Sherlocka Holmesa" - mamy zamkniętą społeczność, obserwację szczegółów i próbę logicznego połączenia faktów.
Ale pod tą lekką formą kryje się też coś bardziej gorzkiego. W kilku momentach książka bardzo mocno skojarzyła mi się z "1984" czy nawet "Procesem". Szczególnie wtedy, gdy bohaterowie próbują zrozumieć system, którego zasad nie pojmują, albo gdy absurd zaczyna być traktowany jako coś normalnego. Owce obserwujące ludzi momentami przypominają czytelnika próbującego zrozumieć świat, który ma sam coraz mniej sensu.
Najlepsze jest jednak to, że Swann bardzo umiejętnie balansuje humor i refleksję. Książka jest zabawna, czasem wręcz absurdalna, ale nigdy nie zamienia się w parodię dla samej siebie. Pod tą "owczą" perspektywą naprawdę kryje się inteligentna obserwacja ludzkich zachowań. To kryminał totalnie nietypowy, ale właśnie dzięki temu tak dobrze zapadający w pamięć.
Świetnie się bawiłam czytając książki z tej serii. Odnośnie okładek wolę polskie wydania z poprzedniej dekady. Gdzieś w internecie mignął mi zwiastun filmu z Hugh Jackmanem z motywem owiec prowadzących śledztwo. Nie wiem tylko czy jest inspirowany tą książką czy nie.
I druga książka o przeżywaniu tragedii, napisana ZUPEŁNIE inaczej.
Bohaterką hipotetycznie jest kobieta w wieku 57 lat, która cierpi z powodu długotrwałego i wyniszczającego PTSD. Wraz z kolejnymi wizytami u swojego terapeuty poznajemy kolejne powody takiego stanu bohaterki - przemoc ze strony ojca, brak zainteresowania cierpieniem córek ze strony matki, zaćpanie się na śmierć przez młodszą siostrę i parę więcej (o tych dowiadujemy się w miarę szybko, na kolejne trzeba czekać przy kolejnych i kolejnych wizytach w ramach terapii, nie zdradzę spoilerów), co wszystko w końcu doprowadziło do przelania czary, po czym organizm i psychika bohaterki powiedziała "dość". Tak więc wraz z bohaterką i kolejnymi stronicami przechodzimy przez kolejne ćwiczenia z ciemności i radzenia sobie z nią, aż w końcu docieramy do jądra ciemności. Terapia została oddana naprawdę znakomicie, widzimy górki i dołki walki bohaterki, na którą naprawdę mocno wpływa zwykła codzienność i problemy m.in. rodzinne (które są naprawdę dużym i ważnym wątkiem w książce, ściśle związanym z ciemnością bohaterki).
Długo się zastanawiałem, czy słusznie ująłem główną postać książki - bo tak naprawdę bohaterem tej książki są kobiety. Bez dwóch zdań jest to powieść bardzo mocno feministyczna, której przesłaniem jest: każdą z kobiet mogło spotkać coś takiego i każda kobieta, nawet ta najbardziej niepozorna, może mieć jakieś traumatyczne przeżycia (kapitalne wtręty o anegdotach na pewnej imprezie). Główna bohaterka nie podołałaby w swojej walce gdyby nie pomoc i wsparcie przyjaciółek: nie zawsze robią wszystko dobrze, czasem chcą więcej niż bohaterka jest w stanie unieść - ale bez wątpienia bez nich nie byłoby możliwości pójść dalej. Wiele mówiący jest również obraz budynku, w którym mieszka bohaterka: 4 piętra zamieszkałe wyłącznie przez kobiety, zaś opuszczony przez mężczyzn (bo byli dziećmi i się wyprowadzili, bo ich nigdy nie było, bo zmarli).
Ale mimo tego, że jest to powieść mocno feministyczna, to jednocześnie na szczęście nie jest również wyłącznie wymierzona w mężczyzn: są postacie męskie zarówno pozytywne, jak i negatywne, są postacie kobiecie zarówno pozytywne, jak i negatywne. Autorka zdołała znaleźć balans zdecydowanie bardziej w stronę pro- niż anty- i za to Jej chwała.
Znowu, zdecydowana polecajka, książka niby podobna w tematyce ale z zupełnie innymi odczuciami. W przeciwieństwie do poprzedniej opisywanej przeze mnie książki, ta jest dużo bardziej miękka narracja, dużo więcej mamy emocji i dużo więcej dzieje się wewnątrz bohaterek. I tutaj światło na końcu tunelu świeci zdecydowanie jaśniej. Ale co to za światło, to już odsyłam do książki
Absolutnie nie jestem obiektywny w kwestii książki i nie mam z tym problemu xD Czytałem pierwszy raz dobre 15 lat temu, wiele sformułowań z książki jest ze mną po dziś (Szpadel to nie choroba!), teraz wraz z filmem w kinach postanowiłem wrócić do książki, kupiłem po taniości na Vinted z sentymentu do starej okładki (to jest owca, a nie jakieś prostokątne coś!)... i bawi dokładnie tak samo jak dawniej Znakomity luźniutki kryminał, w którym owce postanawiają wyręczyć bezużytecznych ludzi i prowadzą samodzielne śledztwo w sprawie morderstwa. Tak, OWCE i trawa (#pdk) mają tutaj główne role, więc zero zdziwienia, absolutnie uwielbiam, dziękuję i pozdrawiam.
Jak ktoś szuka większego obiektywizmu w recenzji, to kolega @WujekAlien niedawno czytał i też mu się bardzo spodobała, zapraszam
Też mam sentyment. Jakiś czas temu (sprawdziłem - 20 lat XD) czytali tę książkę w Trójce, potem kupiłem i czytając słyszałem w głowie głosy aktorów. Po kamykach i patykach! Jest też druga część ale już mniej mi się podobała.
Tytuł: Dobrze wychowani. Jak wytresowana milenialsów
Autor: Ewa Koza
Kategoria: reportaż
Wydawnictwo: MANDO
Format: ebook
Liczba stron: 240
Ocena: 6/10
To jedna z tych książek, które czyta się nie tyle z przyjemnością, co z poczuciem niepokojącej znajomości. Bo choć opowiada o konkretnych bohaterach, ich rodzinach i dzieciństwie, bardzo szybko okazuje się, że wielu czytelników odnajdzie w niej fragmenty własnej historii. Ja również je odnalazłem. I nie wszystkie wspomnienia, które ta książka wyciągnęła na powierzchnię, były przyjemne.
Ewa Koza bardzo trafnie opisuje rzeczywistość wychowania sprzed kilku dekad – świata, w którym dziecko, jak ryba, głosu nie miało. Świata, w którym niemal każdy był „gówniarzem”, „gamoniem” albo „bachorem”, a klapsy, pas czy krzyk były uznawane za normalne i wręcz pożądane metody wychowawcze. Co ciekawe, książka nie próbuje demonizować pojedynczych rodziców czy opiekunów. Pokazuje raczej cały system społecznych przyzwyczajeń, w którym wiele zachowań uznawano za oczywiste i wychowawczo słuszne.
I chyba właśnie to uderzyło mnie najmocniej. Bo czytając Dobrze wychowanych, wracałem nie tylko do własnych wspomnień, ale też do historii kolegów i koleżanek z dzieciństwa. Nagle przypominają się rzeczy, które wtedy wydawały się normalne: wyśmiewanie dzieci przez dorosłych, zawstydzanie, porównywanie rodzeństwa, przemoc fizyczna czy emocjonalna. Dzisiaj wiele z tych zachowań nazwalibyśmy wprost krzywdą. Wtedy były po prostu „wychowaniem”.
Największą siłą tej książki jest to, że pokazuje długotrwałe skutki takich doświadczeń. Trauma nie kończy się wraz z dzieciństwem. Ona dojrzewa razem z człowiekiem, wpływa na relacje, poczucie własnej wartości i sposób budowania bliskości. Bohaterowie tej historii noszą swoje dzieciństwo w sobie jak niewidzialny bagaż – i bardzo wyraźnie widać, że ten bagaż nie zamierza szybko zniknąć.
Jednocześnie książka nie jest oskarżeniem ani aktem zemsty wobec starszych pokoleń. Raczej próbą zrozumienia mechanizmów, które przez lata były przekazywane z rodziców na dzieci. Bo przecież wielu dorosłych wychowywało tak, jak sami zostali wychowani. To nie usprawiedliwia przemocy, ale pomaga zrozumieć, dlaczego tak trudno przerwać ten łańcuch.
To trudna lektura. Nie dlatego, że jest formalnie skomplikowana, ale dlatego, że zmusza do konfrontacji z własną przeszłością. To trudna lektura również dlatego, że autorka spłyciła problem, pokazała go z perspektywy wywiadów, ale bez dodatkowego komentarza, a co za tym idzie trochę chaotycznie i bez stopowania rozmówców, gdy zbyt mocno skupiali się tylko na jednym z aspektów tematu. Dzięki temu książka jest bardziej rzeczywista, ale też dużo trudniej się ja czyta.
Nie powiem, że polecam, bo wyciąga na wierzch to, o czym raczej czytelnik chciałby zapomnieć, a najlepiej nigdy do tego tematu więcej nie wracać.
"Bo przecież wielu dorosłych wychowywało tak, jak sami zostali wychowani." Całkowicie się z tym nie zgadzam. Słaba wymówka. Mnie ojciec lał pasiorem, a mi przez myśl nie przeszło, żeby stosować taki "środek wychowawczy". I tutaj nie chodzi tylko o czasy, w których żyjemy, większą świadomość, ale po prostu zwykłą ludzką empatię. Nie trzeba być kuźwa mistrzem intelektu, aby pojąć, że w takich sposobach jest jednak coś nie tak. I nie wierzę, że takie metody stosowali wszyscy. Raczej ci słabsi psychicznie rodzice, którzy szli na łatwiznę i słuchali co im inny podpowiadali, często właśnie ich rodzice. Zamiast poszukać innych rozwiązań na wychowanie.
Bardzo dobre zakończenie trylogii Millenium. Co prawda, w mojej opinii już nie trzymała tak w napięciu jak poprzednie części ale nadal spoko się czytało. Żałuje jedynie, że nie przeczytałam jej bezpośrednio po zakończeniu drugiej części którą przeczytałam rok temu. Nazwiska już mi się mieszały kto był kim.
Już tuż tuż bo za tydzień! Ale mi ten czas szybko minął. Przypominam o zapraszam o na zbliżające się kawiarenkowe #hejtopiwo w Krakowie 6 Czerwca. Zaproszeni oczywiście są wszyscy, natomiast liczę najbardziej na #kawiarenkazafirewallem
Na dzień dzisiejszy zgłosiła się wspaniała grupa 9 osób, wraz ze mną. Dodaję jeszcze +3 osoby towarzyszące.
I dla formalności wołam @splash545 @Patkapsychopatka , którzy są na ten moment mocno niepewni. Ale życie stoika jest burzliwe i wszystko się może zdarzyć.
Dodam od siebie do wołania @Wrzoo @owczareknietrzymryjski , bo a nóż widelec.
Jak dacie znać w komentarzach to zarezerwuje lokal, pewnie na Kazimierzu lub w okolicach rynku, a jak pogoda będzie sprzyjać to może Zakrzówek. Dam znać na dniach.
“Ubik natychmiast postawi cię z powrotem na nogi.”
Przyszłość, rok 1992 (książka miała premierę w 1969 także ten), rodzaj ludzki wyewoluował: telepaci czy jasnowidze są czymś powszechnym. Szczególnie poszukiwane są osoby obdarzone antyzdolnościami, tłumiącymi zdolności psychiczne innych, chroniąc tym samym prywatność klienta. Nawet śmierć nie jest końcem, organizm można utrzymać jeszcze przez jakiś czas w stanie półżycia.
Dick jak zwykle niczego nie tłumaczy i od razu wrzuca czytelnika w środek swojego świata. Podobnie jak w “Płyńcie łzy moje, rzekł policjant” burzy postrzeganie rzeczywistości, zaciera różnice pomiędzy ułudą a rzeczywistością, pogłębiając iluzję o percepcję bohaterów. Nawet chronologia wydarzeń nie jest do końca jasna, przy czym w “Ubiku” autor nie wskazuje jednoznacznie rozwiązania i wiele pozostawia domysłom.
Fascynujące jest to, że w 1969 roku autor przewidział świat pełen płatnych usług: abonament za kawę, prysznic, a nawet opłata za otwarcie drzwi własnego mieszkania.
Niewątpliwie błyskotliwa i surrealistyczna lektura, pełna typowych dla autora skrótów myślowych. I choć momentami sprawiała wrażenie napisanej na kolanie, to tym razem pasowało to do koncepcji opowieści.
No k⁎⁎wa w koncu dobra lektura w tej kupie empikowego gowna co wstawiaja na #bookmeter ! Grwtulacje jestes drugim laureatem erwinkowego tokenu dobrego gustu ! To unikallny przedmiot jesli kiedykolwiek ktos ci bedzie mowil ile “1984” mowi o naszym spoleczenstwie wystarczy ze wezmiesz token do reki i powiesz 3 razy Erwinku przybywaj pojawiam sie wtedy z nikad i typa napierdalam.
Lubię książki o Polsce prowincjonalnej. Ale to nie jest jedna z tych książek.
To jest książka o Radomsku. O tym, co się ostatnio działo w Radomsku. I w sumie tylko tam.
Dziennikarze "Gazety Radomszczańskiej" napisali książkę na podstawie swoich prac śledczych o działaniach lokalnych polityków, księży, o szkołach. Ale no... nie można powiedzieć, że dzięki opisowi tego, co się działo w Radomsku, można zrozumieć zmiany zachodzące na prowincji całego kraju. Północ różni się od południa, a zachód od wschodu.
To, co się dzieje w Radomsku, dotyczy Radomska. I o ile nie jest się wybitnie zainteresowanym Radomskiem, ciężko tu odnaleźć przyjemność z czytania.
Tomaszewski, Świerzy, Śliwka... Tych wybitnych projektantów grafiki użytkowej zna większość osób interesujących się m.in. polską szkołą plakatu. Ale mamy też szerokie grono graficzek. Zapomnianych przez historię, mniej nagradzanych, a przecież ciężko pracujących.
Ta książka oddaje im hołd. Napisana jest bez zadęcia, bez feminocentryzmu, za to skupia się na kobietach jako osobach. Na ich sztuce, którą kojarzymy z okładek książek, opakowań cukierków, papieru do pakowania.
Pozycja bogato ilustrowana, i — jak to na Karakter przystało — wydrukowana w najwyższej jakości. Bo oni po prostu umieją w książki.
“W żelazie nasza siła. W sile nasza wola. W woli nasza wiara. W wierze nasz honor. A honor nasz jest z żelaza!”
XXIII część cyklu Herezja Horusa
Prymarcha III Legionu - Fulgrim dowiaduje się o tajemniczej broni Eldarów mogącej przechylić szalę zwycięstwa na stronę rebeliantów. Ponieważ broń ukryta jest w twierdzy, namawia Perturaba - mistrza oblężeń i prymarchę IV Legionu do udziału w misji.
Dobrze, że poczekałem z lekturą tej pozycji, gdyż zapoznanie się z Wielkim Oblężeniem Mniejszej Damantyne z “Ery Mroku” jak i bitwy o Phall opisanej w “Cieniach zdrady” pomaga zrozumieć kontekst niektórych wątków.
Książka przedstawiająca doktrynę “Żelaznych Wojowników” oraz Perturaba, o którym do tej pory mówiono tylko tyle, że jest ponury. Perturabo okazał się ciekawą postacią: mistrzem strategii wojennej, budowniczym, wynalazcą, historykiem i przede wszystkim niezrozumianym marzycielem. A także wodzem zmęczonym faktem, że jego legion wykorzystywany jest przez Imperium do prowadzenia żmudnych i wyniszczających oblężeń.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten tom ma w sobie coś z komiksu efektowne narysowanego w jaskrawych barwach. Fulgrim osiąga niespotykany dotąd poziom melodramatyzmu i zepsucia. Fabius - szalony naukowiec, pozbawiony moralnych ograniczeń, przypomina mi złoczyńcę z uniwersum Batmana. Sharrowkyn i Wayland będący parą agentów wyjątkowych nawet jak na standardy Astartes. Stary znajomy - fechmistrz Lucius wciąż szukający przeciwnika mogącego zapewnić mu choć odrobinę rozrywki.
Znów jedna z lepszych części: bogaty język, barwne i pobudzające wyobraźnię opisy, wspaniała scena pojedynku pod koniec oraz emocjonujące zakończenie.
Pandemia koronawirusa musiała być szokiem dla doradczyni politycznej, która praktycznie z dnia na dzień z powodu lockdownu opuściła tętniący miejskim zgiełkiem Londyn i przeniosła się do domu na wsi. Cisza, spokój, niewiele do zrobienia... No, chyba że tuż przy domu natrafi się na małego opuszczonego zajączka, który został porzucony przez matkę. I tak to pojawiło się nowe zadanie w życiu, zupełnie odmienne od wszystkiego innego, co w życiu się robiło.
Książka fantastyczna pod wieloma względami: raz to próby uratowania i wychowania zajączka możliwie w zgodzie z naturą, mimo że fachowej literatury nie ma zbyt wiele i czasem trzeba było sięgać nawet do XVIII-wiecznych ksiąg, by znaleźć możliwe rozwiązanie pojawiających się problemów. Szczególnie dla królikarza takiego jak ja, fascynujące były te opisy autorki zmagania się z "problemem" i stopniowym oswajaniem zajączka z życiem "w cywilizacji", ale jednocześnie daniem mu takiej opieki, by czuł dużą swobodę i by finalnie bez większych problemów mógł finalnie wrócić do natury i do swojego normalnego, zajączkowego życia.
Ale dodatkowym, a może nawet większym smaczkiem było to, jak zmieniała się perspektywa autorki na otaczający ją świat. Jak stała się dużo bardziej uważna na ukształtowanie okolicy pod człowieka, co często niekoniecznie jest tożsame z korzyściami dla zwierzęcia. Jak trochę dostroiła się do zajączka i stała się dużo bardziej wyczulona na dobiegające z zewnątrz szmery, szumy i inne odgłosy. Naprawdę fajnie widoczny proces wyciszania się i przystosowywania do życia w zupełnie odmiennych warunkach.
Pewnie by się można było śmiać, że to kolejne z wieeeeeelu literackich "odkryć" mieszczuchów, jaka to natura jest fajna i że warto czasem wrócić do korzeni i że autorka się zupełnie temu oddała z całą intensywnością i że czasem by chciała podporządkować też życie innych mieszkańców wsi dla dobra małych zajączków - no tak to już bywa, co tu więcej dodać xD Mimo to naprawdę świetna lektura na wakacyjny wyjazd i do czytania na łonie natury.
A że zajączek z czasem okazał się zajęczycą i pojawiają się nowe małe zajączki - myślę, że więcej zachęt nie potrzeba I przy tym naprawdę warto oddać honor autorce, że starała się możliwie mało ingerować w tm fakcie poza po prostu udostępnieniem swojej przestrzeni życiowej - owca z głowy!