Dbania o zdrowie nigdy za wiele, szczególnie z naszym podejściem: poboli i przestanie, to po co zawracać tyłek lekarzowi.
Mój wuj (chodzący okaz zdrowia - typowy wiejski zdrowy chłop), nie chodził do lekarzy, no bo po co. W lutym źle sie poczuł, karetką trafił do szpitala i tam dowiedział się, że ma raka. Zanim ogarnęli mu wszystkie badania i podali pierwszą chemię był kwiecień. Później było już tylko gorzej - w maju diagnoza: czwarte stadium nowotworu z przerzutami, w czerwcu - odrzucenie przyjęcia na onkologię: jest pan za słaby na kolejną chemię, połowa lipca - informacja od lekarza: zostało panu kilka dni życia, proszę się pożegnać z rodziną. Minęło pół roku i chłopa nie ma :(
#badajciesie #zdrowie #choroby
@WujekAlien Dokładnie, dużo nowotworów prawie do końca jest bezobjawowych. Teść kuzyna przypadkowo się dowiedział że ma raka odbytnicy w tak zaawansowanym stadium, że od razu trafił do hospicjum, a po miesiącu już nie żył
@WujekAlien nie tylko badajcie się, ale żyjcie i jedzcie zdrowo. Fajki, alko, ch⁎⁎⁎we jedzenie, siedzący tryb życia... to wszystko się nawarstwia przez dekady, a potem kumuluję się i daje o sobie znać w postaci wszelkich chorób cywilizacyjnych.
Do sięgnięcia po 1 tom serii zachęciła mnie zapowiedź premiery 3 tomu, która ma mieć miejsce za około 2 tygodnie.
Przyznam, że po "Rzekach Londynu" spodziewałem się trochę więcej. Sam pomysł na połączenie kryminału z urban fantasy jest naprawdę świetny. Główny bohater, młody policjant Peter Grant, podczas zabezpieczania miejsca zbrodni przesłuchuje... ducha. To wydarzenie sprawia, że trafia pod skrzydła inspektora Thomasa Nightingale'a – ostatniego angielskiego czarodzieja-policjanta zajmującego się sprawami, których zwykłe wydziały Scotland Yardu nie potrafią wyjaśnić. Od tego momentu Peter uczy się magii, poznaje ukryty świat Londynu zamieszkiwany przez duchy, bóstwa rzek i inne nadprzyrodzone istoty, jednocześnie próbując rozwiązać sprawę serii brutalnych morderstw powiązanych z tajemniczym Panem Punchem. Sam zarys fabuły brzmi naprawdę intrygująco i właśnie dlatego miałem wobec tej książki spore oczekiwania.
Największym problemem okazało się jednak wykonanie. Przez dużą część książki miałem wrażenie, że autor bardziej skupia się na przedstawianiu zasad funkcjonowania magicznego Londynu (a i to wychodzi mu słabo) niż na prowadzeniu samej historii. Kolejne elementy świata są ciekawe - personifikacje londyńskich rzek, magia oparta na nauce czy policyjne podejście do zjawisk nadprzyrodzonych naprawdę mają potencjał, ale sama intryga kryminalna często schodzi na dalszy plan. Tempo jest nierówne, pojawia się sporo dygresji i momentami trudno poczuć, że fabuła rzeczywiście zmierza do jakiegoś konkretnego celu. Dopiero pod koniec książka wyraźnie przyspiesza, ale dla mnie było to trochę za późno.
Jeśli chodzi o bohaterów, również pozostał pewien niedosyt. Peter Grant jest sympatycznym protagonistą i jego droga od zwykłego posterunkowego do ucznia Nightingale'a zapowiada się interesująco, jednak w pierwszym tomie nie zdążyłem się z nim mocniej zżyć. Thomas Nightingale to chyba najciekawsza postać całej książki - tajemniczy, opanowany i sprawiający wrażenie człowieka, który wie znacznie więcej, niż mówi. Szkoda tylko, że autor nie poświęca mu więcej uwagi. Podobnie jest z postaciami trzecioplanowymi. Każda z nich ma potencjał, ale na razie bardziej zapowiada przyszłe wydarzenia, niż rzeczywiście odgrywa dużą rolę w tej historii.
Mimo wszystko nie żałuję czasu spędzonego z tą książką. Świat ma spory potencjał i widać, że autor stworzył fundament pod dłuższą serię. Jestem jednak trochę zawiedziony tym pierwszym tomem. Liczę, że kolejne części rozwiną się nie tylko pod względem bohaterów, ale również samej historii. Bo na razie "Rzeki Londynu" bardziej sprawiają wrażenie długiego wprowadzenia do uniwersum niż samodzielnej, w pełni satysfakcjonującej opowieści. A potencjał jest tu zdecydowanie większy niż to, co udało się pokazać w pierwszym tomie.
Jak mnie wpienia, jak firma blokuje dostęp do aplikacji, albo ich funkcjonalności, za które sama płaci xD
Poprzednia firma blokowała ustawianie spotkań na Teams, bo Webex był standardem. Obecna blokuje notatnik i workspace w Loop, choć wszystkie spotkania mają transkrypcję Copilota i trafiają do Loopa z automatu, ale notatnika sobie tam stworzyć nie mogę
@SilverMonkey nie, po prostu wiem, w których miejscach są te mniej płochliwe, jesienią i zimą zabieram orzechy, a do tego czasem daje im sobie wchodzić na rękę lub nogę. Da się je nawet pogłaskać po brzuchu i uszach :)
@Trypsyna po prostu do większości "problemów" nie opłaca się siadać, a jednak operowanie myszką na stojąco jak blat jest niżej niż koniec zwisającej ręki jest mega niewygodne, dlatego człowiek się podpiera żeby nieco odciążyć zgarbione plecy.
@WujekAlien Pamiętam pierwszą pracę w IT. Mój przełożony był takim alfa wymiataczem co to wszystko klepał w terminalu, biblioteki kompilował w głowie i większość nierozwiązywalnych problemów rozkminiał bez patrzenia w monitor ćmiąc papierosa. Jak prosiłem go o pomoc i po czasie mówił, żebym zwolnił mu krzesło to aż zaczynałem się pocić bo wiedziałem, że tym razem srogo zjebałem xD
Kontynuując czytanie Manna, tak, żeby przypadkiem nie przeczytać "Czarodziejskiej góry" - odcinek 4
To jedna z tych książek, które bardziej się analizuje niż czyta. Fabuła jest tu zaledwie pretekstem do rozważań o sztuce, pięknie, starości, przemijaniu i cienkiej granicy między zachwytem, a niezdrową obsesją. To kolejna książka, którą z początku wrzuciłbym do jednego worka z "Lilitą", "Hańbą" czy "Stonerem", ale jednak obsesja i zauoczenie są tu inne.
Ale zacznijmy od początku:
Thomas Mann nie spieszy się z opowiadaniem historii i od samego początku daje do zrozumienia, że najważniejsze wydarzenia rozgrywają się nie w Wenecji, ale w głowie głównego bohatera.
Gustav von Aschenbach, uznany pisarz, przyjeżdża do Wenecji w poszukiwaniu odpoczynku i twórczego natchnienia. Tam poznaje Tadzia - młodego Polaka, którego niezwykła uroda staje się dla niego symbolem idealnego piękna. Z czasem niewinny zachwyt przeradza się w obsesję, a jednocześnie nad miastem zawisa widmo epidemii cholery, skrzętnie ukrywanej przed turystami. Mann prowadzi tę historię bardzo subtelnie, bardziej sugerując emocje i motywacje bohatera, niż nazywając je wprost.
Największym atutem tej noweli jest klimat. Wenecja staje się niemal osobnym bohaterem – piękna, elegancka, ale jednocześnie powoli gnijąca i skrywająca niewygodną prawdę. To świetna metafora samego Aschenbacha i jego stopniowego rozpadu. Podobało mi się również to, jak autor pokazuje konflikt między rozsądkiem a namiętnością oraz pytanie o to, czy pogoń za absolutnym pięknem zawsze musi prowadzić do samozniszczenia.
Jednocześnie jest to książka, która wymaga od czytelnika sporo cierpliwości. Styl Manna jest ciężki, pełen opisów i filozoficznych odniesień. Chwilami miałem wrażenie, że więcej czasu poświęca analizowaniu symboli niż prowadzeniu samej historii. Dodatkowo fabuła jest bardzo skromna, więc jeśli ktoś oczekuje dynamicznych wydarzeń, raczej się rozczaruje.
"Śmierć w Wenecji" to ponad 100-letnia klasyka, którą warto znać, ale zdecydowanie nie jest to lektura obowiązkowa. Doceniam jej warstwę symboliczną, atmosferę i ponadczasowe pytania o naturę człowieka, choć momentami brakowało mi większego zaangażowania emocjonalnego i bardziej wyrazistej historii.
To książka, która zostawia po sobie sporo tematów do przemyślenia, ale jednocześnie nie zostawia przyjemności z samego czytania. Choć to przecież nie jest obowiązek. Mnie lekko rozczarowała i była najsłabszą książką w dorobku autora.
Jednym z moich celów czytelniczych na ten rok było sprawdzenia jak sobie radzą autorzy, od których się odbiłem oraz serie, które porzuciłem. I tu z pomocą w jego realizacji przyszedł 20 tom przygód Chyłki i Zordona.
Tak, dobrze czytacie - 20. Trudno mi trochę uwierzyć, że seria która jawiła mi się jako odtwórcza już po 4-5 tomach (bo chyba wtedy ją porzuciłem), dotrwała do 20 tomów. No ale może to tylko moje złudne wrażenie, że było aż tak źle. Po przeczytaniu kilku pierwszych tomów odłożyłem ją na bok i przez długi czas nie czułem potrzeby, żeby kontynuować tę historię.
Teraz postanowiłem sprawdzić, co słychać u Chyłki i Zordona oraz jak przez ten czas rozwinęły się ich losy. "Bezprawie" okazało się dla mnie bardziej spotkaniem ze starymi bohaterami niż książką, która rozbudziła moją fascynację tą serią.
Tym razem duet prawników podejmuje się obrony policjanta oskarżonego o śmiertelne pobicie młodego mężczyzny. Szybko okazuje się jednak, że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana, bo oskarżony przed lata działał pod przykrywką w świecie przestępczym i do tego odegrał ważną rolę w życiu samych bohaterów. Równolegle Chyłka mierzy się z osobistymi problemami dotyczącymi rozwodu siostry i szansą na odebranie jej siostrzenicy, przez co zawodowe i prywatne wątki nieustannie się przeplatają. Aż do tego stopnia, że dzieci Chyłki i Zordona zostają porwane, a oni dostają prawnicze ultimatum, którego niedotrzymanie zakończy żywot maluszków.
Największym atutem książki pozostają sami bohaterowie. Ich relacja, wzajemne docinki i charakterystyczny sposób prowadzenia rozmów nadal mają w sobie coś, co wyróżnia tę serię. To właśnie ten element i ich relacja, sprawiły, że wróciłem do ich świata.
Niestety sama fabuła mnie mocno zawiodła. Miałem wrażenie, że wiele rozwiązań jest mocno przerysowanych, a kolejne zwroty akcji bardziej próbują zaskoczyć niż wynikają z naturalnego rozwoju wydarzeń. Im dalej w książkę, tym częściej łapałem się na tym, że zamiast angażować się w śledztwo, po prostu płynę z nurtem wydarzeń, czekając na kolejny obowiązkowy twist.
Być może właśnie dlatego uświadomiłem sobie, dlaczego kiedyś porzuciłem tę serię. Mróz nadal potrafi pisać bardzo dynamicznie i trudno odmówić mu umiejętności budowania tempa, ale dla mnie coraz trudniej zawiesić niewiarę i zaakceptować niektóre rozwiązania fabularne. W efekcie zamiast emocji pojawiało się raczej poczucie, że historia mogłaby być znacznie bardziej wiarygodna. Sam wątek porzucenia zwłok w lesie, tuszowania godziny śmierci denata, z oszukaniem GPSu w aucie, jest mocno naciągany. A jeszcze bardziej, to jak szybko polskie służby wpadają na to, że to była jednak Chyłka. Te same służby, które w ostatnich aferach, o których czytamy, tygodniami jak nie miesiącami, czekają na przesłuchanie kluczowych świadków i głównych podejrzanych. A tu nagle w niecały tydzień po "zbrodni" na gangusie, wjeżdzają Chyłce do biura i ją aresztują, jako jedyną podejrzaną. Bo przeciesz szczupła kobieta spokojnie sama dała sobie radę z rosłym napakowanym czeczenem, a później go jeszcze wtargała do auta, wywiozła do lasu i wyrzuciła między drzewami. Brzmi jak jedyny słuszny trop, nie ma sensu szukać dalej xD
Nie żałuję jednak tego powrotu. Fajnie było sprawdzić, co przez te lata wydarzyło się u Chyłki i Zordona, nawet jeśli nie przekonało mnie to do stałego powrotu do całej serii i nadrobienia poprzednich tomów. To było bardziej spotkanie z bohaterami, których kiedyś polubiłem, niż lektura, która na nowo rozbudziła mój entuzjazm.
Czy zaskoczyło mnie to, że ich ralacja jest dalej w trybie, jak status związku "to skomplikowane" na Facebooku, mają 2 dzieci i co chwilę wpadają w tarapaty, które mogą się zakończyć śmiercią kogoś z członków rodziny? Nic a nic. Bo już to czytałem w pierwszych tomach.
Ostatecznie "Bezprawie" pozostawiło mnie z mieszanymi odczuciami. To książka, którą czyta się szybko (audiobooka wciągnąłem w nieco ponad 3h), ale zapewne równie szybko o niej zapomina. Dla wiernych fanów serii będzie kolejnym rozdziałem dobrze znanej historii. Dla mnie okazała się raczej potwierdzeniem, że choć do Chyłki warto czasem zajrzeć z ciekawości, to dalej mam do niej takie zarzuty, jakimi kończyłem poprzednią z nią przygodę.
@Mr.Mars ja zawsze jestem zdziwiony, że Ty robiąc niemal zawsze 2 cyfrowy wynik, się tu z nami nie bijesz o pudło. Szczególnie, że w tym miesiącu to ja chodzę dosłownie do pracy i z powrotem ( ͡~ ͜ʖ ͡°)
@WujekAlien dosłownie do pracy i z powrotem a potem cyk i 400 km miesięcznie... Nie mam pojęcia jak Ty to robisz.
@Mr.Mars to jest walka na noże, na śmierć i życie 😉