Legendarna była pyta Saurona

Orki szeptały, że kraśna jak jabłuszko

Wielkich rzeczy ten tylko dokona

Kto jego ducha zwabi na łóżko ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Kebab puka mi w moje oko saurona,

Na szósty podwieczorek wybiorę jabłuszko,

Lecz dieta taka cudów raczej nie dokona,

Więc wstać muszę nim miesiany pójdzie w łóżko.

Zaloguj się aby komentować

503 + 1 = 504


Tytuł: Podróż do wnętrza Ziemi

Autor: Juliusz Verne

Kategoria: powieść przygodowa

Ocena: 8/10


Na początku wydawało się co może być ciekawego w schodzeniu w głąb ziemi ? Za połową już było konkretnie - fantastycznie czasem aż nadto ale tak miało być . Także Verne się spisał kolejny raz.

#bookmeter

38bd858b-8e8f-4ae0-940a-6e518ec58572

@b0lec też. McGuuvery 19 wieku a jednocześnie tasowanie się do potegi ludzkiego umysłu który nagina brutalną przyrodę do swojej woli.

Zaloguj się aby komentować

Dobra, to teraz będzie o śnie, jak ma być o śnie. Trochę erotyk, trochę psychotyk xD


Zmora z otwora


Kręciłam się w łóżku niby baletnica

Potrójne tulupy, dziwne piruety

Chyba jakowejś szukałam podniety

Bo się wić zaczęłam, niby ulicznica


Żeby ulgę poczuć ciało wyprężyłam

Naraz mnie złapały przeokrutne poty

Coś mnie dusiło w jądrze mej istoty

Od nadmiaru wrażeń ledwo co już żyłam


Życiodajny oddech spokój by przywrócił

Dał w końcu odzyskać władzę nad zmysłami

Co splecione zostały cienkimi więzami

Stwora plugawego, co mi sen zakłócił


Drogi Merfeuszu, ratuj mnie z tej męki!

Bo ja nie wytrzymam dłużej tych katuszy

Bądź tym, co wstrętne okowy te skruszy

I zanuci znowu kołysanki dźwięki


I wtedy też się stało. Modły wysłuchane

Uderzenie tlenu jak o klify fala

Rozbiło się o nos mój, przegnało bąkala

Co mi sen zakłócił o 3 nas ranem...


#nasonety #tworczoscwlasna #zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

504 + 1 = 505

Tytuł: Złota gałąź

Autor: James George Frazer

Tłumacz: Henryk Krzeczkowski

Kategoria: antropologia

Ocena: 10/10


#bookmeter




Mit bowiem się zmienia, natomiast niezmienny pozostaje obyczaj; ludzie czynią nadal to, co czynili ich ojcowie, chociaż powody, którymi kierowali się ojcowie, dawno już uległy zapomnieniu. Historia religii jest długotrwałą próbą pogodzenia starych zwyczajów z nowymi uzasadnieniami, znalezienia rozsądnej teorii wyjaśniającej absurdalną praktykę.



Pierwsze oryginalne wydanie tej książki, która była (nadal jest?) rozprawą naukową pochodzi z roku 1890. W roku 1900 opublikowano jej wydanie drugie, wówczas już dwutomowe. Trzecie wydanie ukazywało się w latach 1911-1915 i liczyło tomów dwanaście. Edycja polska, w tłumaczeniu pana Krzeczkowsiego oparta jest na opublikowanym w 1922 roku przez pana Frazera wydaniu skróconym. Ja bardzo lubię ten okres, z którego Złota gałąź pochodzi, szczególnie zaś lubię końcówkę XIX wieku. Lubię ten okres z całą jego ówczesną butą, na przykład w sprawie ogłaszanego tu i ówdzie końca fizyki, w której to ponoć wszystko miało już zostać odkryte (a później przyszedł pan Niels Bohr no i to wszystko spieprzył), ale moje sympatie do okresu to jedno, a lektura, przynajmniej w założeniu krytyczna, to rzecz całkowicie odrębna. Z tego powodu przystępując do czytania Złotej gałęzi powziąłem dwa założenia polegające na uwzględnieniu w moim odbiorze dwóch faktów.


Na przełomie XIX i XX wieku antropologia wyglądała inaczej niż wygląda dzisiaj, uprawiano wówczas tę dyscyplinę w sposób, który spowodował nadanie mu później nazwy „antropologia gabinetowa”. Polegało to na tym, że antropolodzy, zamknięci w swoich gabinetach, na podstawie dostarczonych im opowieści i przedmiotów odgadywali ich znaczenie, szukali drugiego dna i w ogóle próbowali te otrzymane puzzle poukładać w jakąś lepiej lub gorzej spinającą się całość. Antropolodzy sami raczej nie podróżowali, podróżowali za nich inni, ale że byli to między innymi kupcy czy inni misjonarze, ich głównym celem nie było zbieranie materiału dla antropologów, ten materiał zbierali niejako przy okazji. Jednym z pionierów badań terenowych był pochodzący z Krakowa (Poland stronk!) profesor Bronisław Malinowski, który zresztą w pewnym okresie z panem Frazerem miał okazję (a pewnie i przyjemność) współpracować.


Drugim faktem, który ciągle miałem w czasie lektury na uwadze, to dominujący wśród antropologów końca XIX wieku pogląd, że istnieje jedna ścieżka (albo drabina) rozwoju cywilizacji. Chodziło o to, że wymyślono sobie, że cywilizacje rozwijają się liniowo (trochę jak w drzewkach kultury i technologii w grach z serii Cywilizacja), a ludy prymitywne są po prostu wcześniej (albo niżej) od nas na tej uniwersalnej ścieżce czy drabinie.


W związku z tymi dwoma opisanymi wyżej faktami nie jestem pewien, czy dalej można traktować Złotą galąź jako książkę naukową, a już mam bardzo silne wątpliwości, czy można traktować ją jako naukową w dziedzinie antropologii. Może dziś bardziej należałoby podejść do niej jako do dokumentu w zakresie, który moglibyśmy nazwać czymś w rodzaju historii nauki? Nie zmienia to jednak w niczym tego, że lektura Złotej gałęzi była dla mnie przygodą wspaniałą i niezwykle fascynującą.


***


Problemem, który postawił sobie pan Frazer w Złotej gałęzi jest próba wyjaśnienia tradycyjnej sukcesji urzędu kapłana bogini Diany z Nemi zwanej niekiedy Dianą Leśną. Urząd ten kolejni kapłani obejmowali po spełnieniu dwóch warunków: po pierwsze należało zerwać gałąź ze „świętego drzewa” znajdującego się w tym zagajniku, co samo w sobie nie było łatwe, bo ponoć dniem i nocą drzewa tego pilnował strażnik, który był postacią nadprzyrodzoną. Kiedy śmiałkowi udało się już jakimś sposobem wystrychnąć strażnika na dudka i tę gałąź zerwać, czekało go wówczas jeszcze jedno zadanie – musiał zabić człowieka, który aktualnie sprawował ten urząd, o który śmiałek się starał. Sam w sobie ten rytuał już wydaje się być ogromnie ciekawym – kapłan musiał bowiem wiedzieć i ciągle spodziewać się tego, że ktoś czyha na jego życie. Śmiałek musiał zdawać sobie z tego sprawę, że jeśli jemu się uda i obejmie urząd kapłana, to prędzej czy później uda się też komuś innemu, a wówczas on będzie musiał zginąć. Wydaje mi się niesamowitym to, jak bardzo sposób pojmowania świata przez starożytnych daleki jest od tego, jak my widzimy go dzisiaj. Przecież instynkt przetrwania wydaje się być jednym z najbardziej podstawowych instynktów wbudowanych nie tylko w człowieka.


Pan Frazer prowadzi czytelnika po kolei poprzez czas i przestrzeń do różnych zakątków Ziemi przytaczając kolejne mity i opowieści, ceremonie i rytuały wywodzące się z rozmaitych kultur, a przykładów takich jest w książce całe mnóstwo, a nawet takie mnóstwa ze dwa, jeśli by to dokładnie policzyć. O ile same w sobie te przykłady już są niezwykle ciekawe, tak jeszcze ciekawsze staje się ich zestawienie ze sobą, szczególnie kiedy już dojdzie się do wniosku, że obyczaje te są do siebie bardzo podobne (stąd może być usprawiedliwione wyciągnięcie błędnego – co wiemy dzisiaj – wniosku o jednej ścieżce rozwoju kultur). Pan Frazer prowadzi ten swój bogato ilustrowany przykładami wywód w sposób wysoce merytoryczny, a nade wszystko uporządkowany. Tę książkę, choć gatunkowo z literaturą piękną nie ma ona nic wspólnego i siłą rzeczy nie ma ona fabuły to, za sprawą tego uporządkowania, ale też za sprawą pięknego, literackiego języka (Czarownice pędzą w swych niecnych sprawach, niektóre okrakiem na miotłach, inne galopując po drogach na burych kotach, które na ten jeden wieczór zamieniają się w czarne jak węgiel rumaki. – tak pan Frazer opisuje święto Hallowe’en, a przykładów takich mógłbym podać dużo więcej) sprawia, że Złotą gałąź czytałem z zapartym tchem. Czytałem ją tak, jak zdarza mi się czytać najlepsze, najbardziej wciągające powieści, w których tak przecież uwielbiam się zatopić.


Nie będę tutaj streszczał wykładu autora, nie to jest celem tego wpisu. Kilka tylko słów o najsilniejszych wrażeniach i wnioskach, jakie z tej lektury pewnie mi w głowie zostaną. Pan Frazer robi to bardzo rzadko, ale ja, mocno jednak osadzony w kulturze wywodzącej się z chrześcijaństwa, na każdym kroku widziałem analogie do rytuałów chrześcijańskich. Od tych najbardziej podstawowych, jak dogmat o karmieniu się ciałem boga (w Złotej gałęzi choćby przykład Ozyrysa), do poświęcenia życia boskiej istoty po to, żeby zapewnić możliwość przetrwania jego wyznawcom. Duże wrażenie zrobiło na mnie postulowane przez pana Frazera następstwo wyjaśniania świata poprzez kolejne, następująco po sobie zastosowanie magii, religii i nauki, a już na pewno zapamiętam proponowane przez niego tej magii, religii oraz nauki definicje. I, na koniec: choć, jak pisałem, mam duży problem z postawieniem się w sytuacji człowieka sprzed setek czy tysięcy lat, który w imię rytuału zdawał się godzić na poświęcenie swojego życia, tak, po lekturze tej książki, mam nieodparte wrażenie, że cała ludzka kultura oparta jest na potrzebie zaspokojenia dwóch absolutnie podstawowych potrzeb: po pierwsze, żeby się dobrze nażreć, po drugie, żeby sobie poruchać.


***


Tak jak napisałem wcześniej: ja nie mam pojęcia, czy dzisiaj traktować tę książkę w kategorii „naukowej” czy „nienaukowej”, a jeśli „naukowej” to w jakiej dziedzinie nauki. I właśnie z tego powodu oceny, którą jej wystawiam nie traktuję jako określenia jej wartości merytorycznej – ku temu nie mam w końcu ani żadnych kompetencji, ani (przede wszystkim) ochoty. W niczym nie zmienia to jednak faktu, że Złotą gałąź uważam za jedną z najbardziej fascynujących pozycji jakie miałem przyjemność w życiu przeczytać i jako taką będę ją pamiętał, a na pewno będę do jej fragmentów wracał.

38e38b59-c64d-4efd-a456-10eeb590dd2e

Zaloguj się aby komentować

Pani redaktor! Ja napisał! Nie widział co! Nawet nie sonet! A oni każą teraz organizować!


No cóż... przypadł mi LEKKO naciągany zaszczyt otwarcia CXIX edycji bitwy #nasonety ! Od razu ostrzegam, że nie mam pojęcia co robię!


Natchnieniem dla kawiarenkowych artystów niech będzie dzisiaj senny sonet szanownego pana Antoniewicza.




Karol Antoniewicz "Sen"


Już się zamknęły błękitne powoje;

W słodkim pokoju zaśnij mi aniele,

Niech noc kwiatami twe łoże wyściele

I wkoło ciebie spuści szaty swoje.


Niech snem miłości poi duszę twoję;

Lecz ja tych słodkich uczuć nie podzielę.

Niestety! szczęścia mając tak niewiele,

Myśli o tobie nigdy nie rozdwoję. 


Dokąd w głębokim nie złożą mnie grobie,

Ja tylko w tobie i przez ciebie żyję;

Dokąd to serce, ach! tak tkliwie bije,


Wszystkie me myśli obracam ku tobie.

Zamknij twe oko, zaśnij jako w niebie,

Zaśnij spokojnie, ja czuwam za ciebie.




No to widzimy się ponownie 28.03.2026. Kryteria oceniania jeszcze nie są znane, może się jakoś zemszczę


---


Miłej zabawy w #zafirewallem , z #poezja i #tworczoscwlasna własna.

8cfc049d-f516-4668-b19a-341e5ad9a988
sireplama userbar

Macie w temacie jakieś reguły?

Sonet to włoski ma być i czuły?

I abba rymy, wersów czternaście?

Może napisałbym coś po flaszce.

@swansu

Pisz co lubisz, jak uznajesz albo szanujesz.

Niby rymami trzeba ze źródłem się spotkać,

Ale jeśli w innych sylabach teraz gustujesz,

Możesz dowolnie zew swojej duszy oddać...

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

A, jeszcze jeden:


***


Pięć posiłków

czyli Dieta zbilansowana


Śniadanie w postaci pięciu parówek

(takie serdelki, tylko że długie),

a na późniejsze, drugie śniadanie

wjechał był konkret: golonka w chrzanie;

obiad to była przyjemność wielka:

duszone we własnym sosie żeberka;

i o podwieczorku też będzie wzmianka:

z cebulką smażona to była kaszanka;

wieczorem zaś: w miasto! – na dłuższy moment,

więc na kolację burger. Z bekonem.


Najlepiej się myśli o pełnym żołądku,

więc, gdym się najadł, to głos rozsądku

szepnął: “Przy diecie tak opartej na wieprzowinie,

być może sam w końcu zamienisz się w świnię?”


***


#wolnewiersze

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Newsy książkowe od Whoresbane'a!

Dom Wydawniczy REBIS ogłasza nową książkę historyczną. "Kartagina. Nowa historia starożytnego imperium" Eve MacDonald w księgarniach od 19 maja 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie obejmie 336 stron, w cenie detalicznej 79 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.


Kartagina, w starożytności prosperująca pośrodku wybrzeża północnej Afryki, przez niemal sześć wieków była potęgą dominującą w zachodniej części Morza Śródziemnego, nim padła pod naporem Rzymu. Zdobywcy zawłaszczyli nie tylko samo państwo, lecz także jego historię – tak że ta prawdziwa poszła w zapomnienie. Dziś Kartagina kojarzy się nam przede wszystkim z Dydoną oraz Hannibalem i jego słoniami bojowymi; wiemy, że była niezmiernie bogatym mocarstwem i że została totalnie, bezlitośnie zniszczona.

W tej przełomowej książce Eve MacDonald, wykorzystując najnowsze analizy archeologiczne, odkrywa przed czytelnikiem ukrytą pod legendami rzeczywistą historię tego miasta-państwa, na nowo plasując je w centrum dziejów regionu śródziemnomorskiego.


#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach

Chcesz mnie wesprzeć? Mój Onlyfans ( ͡° ͜ʖ ͡°)

⇒ patronite.pl/ksiazkiWhoresbane

suppi.pl/ksiazkiwhoresbane

#ksiazki #czytajzhejto #rebis #historia #starozytnosc #kartagina #evemacdonald

2e49f60a-4a90-4bff-bf29-ae0b74f2ce02

Zaloguj się aby komentować

505 + 1 = 506


Tytuł: Perfekcyjna śmierć

Autor: Helen Fields

Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Wydawnictwo: Amber

Format: e-book

Liczba stron: 416

Ocena: 7/10


Kolejny tom serii z Lucem Callanachem i Avą Turner ponownie zabiera nas do Edynburga, gdzie para śledczych mierzy się z wyjątkowo brutalną sprawą. Tym razem na pierwszy plan wychodzi zabójca o bardzo specyficznym podejściu do swoich ofiar - metodyczny, precyzyjny i przekonany o własnej racji. Śledztwo szybko zaczyna się komplikować, a presja rośnie, bo każdy kolejny krok przybliża policję nie tylko do rozwiązania zagadki, ale też do kolejnych makabrycznych odkryć.


Seria Helen Fields jest dość równa i "Perfekcyjna śmierć" dobrze wpisuje się w ten schemat. Dostajemy solidny thriller kryminalny, w którym najmocniejszym elementem pozostaje relacja między głównymi bohaterami. Callanach i Turner to sprawdzony duet - różnią się charakterami, podejściem do pracy i emocjami, ale właśnie to napięcie między nimi napędza historię i sprawia, że chce się śledzić ich dalsze losy. Turner została niedawno awansowana, a co za tym idzie, jej udział w śledztwie i presja ciążąca na jej barkach będą delikatnie inne niż w poprzednich 2 tomach.


Jak zwykle u Fields nie brakuje brutalności. Opisy zbrodni przypominały mi te znane z książek Chrisa Cartera, co akurat dla mnie jest dużą zaletą, bo lubię ten poziom dosadności i bezpośredniości. Jednocześnie to zdecydowanie nie będzie atut dla każdego, więc warto mieć to na uwadze przed lekturą. Sama intryga jest sprawnie poprowadzona, choć nie wykracza poza ramy, które autorka wypracowała w poprzednich tomach. Jeśli ktoś zna serię, raczej nie będzie tu dużych zaskoczeń, a tym bardziej zawodów. Ta seria jak żadna inna, kładzie nacisk na presję ciążącą na policjantach i nie mówię tu o tej czasowej, co bardzo dobrze obrazuje trud tego zawodu.


"Perfekcyjna śmierć" to kolejny solidny, równy tom serii, który nie rewolucjonizuje formuły, ale dostarcza dokładnie tego, czego można się po niej spodziewać.


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Osobisty licznik: 61/128

#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

d637a94d-b7c0-4895-b7b9-dc803f8fd8f7

Zaloguj się aby komentować

502 + 1 = 503


Tytuł: Pochłaniacz

Autor: Katarzyna Bonda

Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Wydawnictwo: Muza

Format: książka papierowa

Liczba stron: 672

Ocena: 8/10


Pierwsza (choć dla mnie ostatnia) książka z serii o Saszy Załuskiej. Imo najlepsza.

Ciekawie było przeczytać początek historii, będąc świeżo po zakończeniu.

Napisana solidnie, z czasem pozornie niepowiązane wątki łączą się w logiczną całość. Ma wszystko czego szukam w kryminałach, i mimo że nie jest to już mój ulubiony gatunek to przeczytałam całą serię z wielką przyjemnością.


#bookmeter

09116940-d730-443c-ad40-a05ebd65e1c5

Zaloguj się aby komentować

Cytat na dziś:


Nijel doszedł do wniosku, że zawsze będzie o tym myślał, szczególnie w burzliwe noce około trzeciej nad ranem. Rzecz w tym, że śmierć od magii może być o wiele bardziej... pomysłowa, niż - powiedzmy - zadana zimną stalą. Pojawiają się wtedy liczne całkiem nowe sposoby umierania. Chłopiec nie mógł się pozbyć wspomnienia kształtów, które widział przez jeden moment, zanim litościwie pochłonął je strumień oktarynowego ognia.


Terry Pratchett, Czarodzicielstwo


#uuk

Zaloguj się aby komentować

Do tego trzeciego to w zasadzie zostałem zmuszony. No bo miałem już wyłączać komputer i iść poczytać, a tutaj kolega @sireplama nam tak pięknie kolejną edycję zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem otworzył:


***


Wyznanie piromana


Czasem się dwoję, czasami troję,

nie mogę jednak zdziałać zbyt wiele,

niewiele sił zostało mi w ciele,

że się nie uda, bardzo się boję.


Tak jak Ich Troje, nas też było troje,

a troje to nie jest jednak zbyt wiele,

szczególnie kiedy nieprzyjaciele

zdają wygrywać się wyścig zbrojeń.


Bo straż pożarna kupiła sobie

ołtarz polowy i dwie Maryje

i pędzą teraz, na łeb na szyję

żeby cię gasić.


. . . . . . . . . . . . . . . . . . Lubuski Gorzowie!

Tego jednego możesz być pewien –

i tak cię spalę! Bo mnie rozjebie!

Zaloguj się aby komentować

To jedna z tych natrętnych myśli, które czasami się pojawiają i za nic nie chcą pójść sobie gdzieś w cholerę dopóki się czegoś z nimi nie zrobi. Wczoraj wieczorem, przy okazji rozmowy na tematy ogóle, kiedy nadeszła moja kolej żeby coś powiedzieć, żeby nie tylko jakoś odnieść się do tego, co mój rozmówca powiedział wcześniej, ale i podsumować pewną część rozmowy, posłużyłem się słowami z utworu pana Manu Chao, które jakoś same przyszły mi w tamtej sytuacji do głowy: Welcome to paradise! Today is raining. No i od wczoraj tak mnie te dwa wersy męczyły, że trzeba było się nimi zająć:


***


Witamy w raju


Kiedy do raju w końcu wkroczyłeś

to wybuchnąłeś po chwili płaczem;

mocno zdziwiony tym rajem byłeś,

bo jawił ci się jednak inaczej.


Raj miał być celem całej twej drogi,

tam miały się spełnić twoje marzenia,

tam żywot miałeś wieść w końcu błogi,

tam światło miało nie rzucać cienia.


Tymczasem, gdy wokół się rozejrzałeś,

własnym nie mogłeś uwierzyć oczom:

niebo płakało, jak ty płakałeś,

i było ciemno, zupełnie jak nocą.


I wtedy właśnie wąż wypełzł z gaju,

ten, który miał cię tam oprowadzać,

przywitał cię chłodnym – „Witamy w raju!

Ostatnio u nas dość często pada.”


***


A teraz, już po napisaniu wytworu powyższego, pojawiła się jeszcze jedna myśl, która, nawet jeśli okaże się równie natrętna jak ta opisana na początku, to przynajmniej wprawia mnie w dobry nastrój. Ten wąż, rajski przewodnik, który mi tam do tej ostatniej strofy przypełzł, przypomniał mi przeżycie z gorzowskiego slamu i wspaniały wiersz o tym, że kto wierzy w Boga, ten wierzy w diabła.


#wolnewiersze

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

@Heheszki

Ale ja nie rozumiem tego typu poezji. Jeden rozwleczony żart podany niechlujnie jak pomyje.

Flaki z olejem rozlane na podłodze.


Doklejam imię, nazwisko, podkreślam, że to poezja i jestę poetą?

Już nie trzeba igrać słowem, wykazać się finezją?

Dopomóż ktoś jak myśleć, by móc doceniać i taką sztukę?

Zaloguj się aby komentować