Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 782wpisów
  • 3875komentarzy

Dawno w sumie erosomańskiego nie było. Aż prawie zapomniałem jak się je pisze.


Dwa ostatnie wersy mi rymami nie pasowały, to je wypieprzyłem z wiersza. Proszę mnie za to zdyskwalifikować.


***


Niedzielny poranek


Ależ mnie zebrało nagle na amory! –

Żona leży obok, tyłek ma odkryty;

zrobiłem się twardy, jak Stefan Batory,

aż ze dwa bym na niej wykonał audyty.


Gdyby nie te nasze za ścianą bachory,

gdybym chociaż trochę przed snem był umyty,

może i otworem stałyby otwory,

może mógłbym liczyć na jakieś ri-ti-ti.


Nie mam się co łudzić – me nadzieje płonne,

choćbym ją próbował pieścić i całować,

nie wiem czy wciąż umiem – nawet już nie pomnę

ostatniego razu, gdym z żoną spółkował.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

554 + 1 = 555


Tytuł: Frankenstein

Autor: Mary Shelley

Tłumaczenie: Paweł Łopatka

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 9/10


#bookmeter


***


Gdzież więc teraz, mając przed sobą cały ten świat, miałem skierować swe kroki?


Frankenstein, jak twierdzi (a ja się z nią zgadzam) pani Marzena Kwietniewska-Talarczyk, autorka dość ciekawego posłowia do wydania, które czytałem, to książka z kategorii […] o których wszyscy słyszeli, ale mało kto je czytał. Sam zbierałem się do jej przeczytania już od kilku lat i pewnie poczekałbym z tym kolejnych kilka, gdyby nie to, że przygotowuję się do lektury Biednych istot pana Alsadira Graya (ciekawe ile ma twarzy?), a ta książka jest ponoć na Frankenstenie w jakiś tam sposób oparta. I choć już przed lekturą wiedziałem, że Frankenstein to nie ten powołany do życia potwór, ale jego twórca – ten, który go do życia powołał, to i tak miałem przecież przed oczami obrazek z ucharakteryzowanym panem Borisem Karloffem, tak silnie ten motyw został przemielony przez popkulturę. Pani autorka natomiast w swojej książce nie opisuje dokładnie wyglądu potwora (w przeciwieństwie do przyrody – tak szwajcarskiej, jak i angielskiej, choć daleko jej w tym jeszcze do pani Orzeszkowej).


Zabierając się do lektury nie bardzo wiedziałem czego się po niej spodziewać, choć czułem swego rodzaju ekscytację, bo lubię śledzić to, jak powstawały i jak później rozwijały się motywy literackie. Zresztą sam Frankenstein (którego podtytuł brzmi Nowoczesny Prometeusz) również nie jest niczym nowym, a, ni mniej ni więcej, tylko opowieści opartą na micie o Prometeuszu (tylko że na tej jego części o stworzeniu człowieka, a nie o kradzieży ognia czy przykuciu do skał Kaukazu i całej tej późniejszej historii z wątrobą), o czym zresztą w tym dość ciekawym posłowiu pani Marzena Kwietniewska-Talarczyk również napisała.


Frankenstein to książka z roku 1818, nie ma więc co spodziewać się po niej nowoczesnej, dynamicznej narracji (choć nie jest w odbiorze tak ciężka, jaką być by mogła). Sama opowieść prowadzona jest ramowo (jak twierdzi pani Marzena Kwietniewska-Talarczyk) lub szkatułkowo, jak ja bym to raczej nazwał. Opowieść ta przedstawiona jest w trzech planach narracyjnych – w listach podróżnika Roberta Waltona pisanych do jego siostry, listy te zaś zawierają spisaną przez niego opowieść Wiktora Frankensteina, w której z kolei przedstawiona jest również obszerna relacja z życia demona (jak Frankenstein nazywał stworzoną przez siebie istotę), opowiedziana tego demona własnymi słowami. Pani Marzena Kwietniewska-Talarczyk twierdzi, że pani Shelley nie do końca wykorzystała możliwości, jakie daje taka konstrukcja powieści (z czym również się zgadzam, ale co mogę pani Shelley wybaczyć – wszak Frankenstein ukazał się przed Nędznikami pana Vicotra Hugo, autorzy mieli więc wówczas prawo nie wiedzieć jeszcze jak należy pisać powieści), natomiast od pewnego momentu zupełnie mi to nie przeszkadzało. Tym przełomowy momentem w książce był dla mnie rozdział XI (z dwudziestu czterech), w którym to zaczyna się opowieść stwora. O ile wcześniej miałem do czynienia z opisem wydarzeń, które mocno wpływały na narratora (ach, ta literacka egzaltacja, której w książce nie brakuje!), to mnie pozostawiały jednak wobec tego wszystkiego obojętnym, tak los demona i ultimatum, które postawił swojemu stwórcy zaangażowało nie tylko moją uwagę, ale również emocje. A już największą zaletą drugiej części książki było to, że moje sympatie rozkładały się po równo w kierunku obu wrogów – stwórcy i jego stworzenia. Nie wiedziałem komu w tym starciu mam kibicować (choć teraz, po odetchnięciu i przemyśleniu sprawy, skłaniam się raczej trzymać stronę potwora).


To, co wiedziałem przed lekturą, to liczne interpretacje wskazujące samotność jako główny motyw Frankensteina. Mądrzejszy już po zakończeniu lektury, zgadam się z nimi, choć niekoniecznie w całej ich rozciągłości. Tematów, które znalazłem w książce jest dużo więcej – choćby odpowiedzialność stwórcy za stworzenie (lub szerzej: za własne czyny) czy poszukiwanie przyczyny zła w tym, jak istotę kształtują okoliczności. Choć, jak pisałem wcześniej, momentami przedstawione to wszystko jest trochę niezgrabnie (ale nie jakoś bardzo źle), to lektura zostawiła mnie, tak mi się wydaje, bogatszym o kolejne spojrzenie. A chyba o to w czytaniu książek chodzi. Przynajmniej mnie.


***


Ciekawe w ogóle są też okoliczności tego, że Frankenstein w ogóle powstał. Jest ta historia zarysowana w posłowiu pani Marzny Kwietniewskiej-Talarczyk, a pojawia się w niej angielska bohema literacka tamtych czasów (łącznie z niejakim Georgem Byronem), skandale obyczajowe, konkurs (albo zakład). I chyba trochę nudy (albo innego zblazowania).

f8aaaf3e-afac-436e-80a0-d35864e86273

Zaloguj się aby komentować

Dwa ostatnie wersy mi rymami nie pasowały, to se zmieniłem kolejność. Proszę mnie za to zdyskwalifikować.


***


Dziewczynka z zapałkami


Co drugi w Gorzowie leżał w łóżku chory

podczas zeszłorocznej epidemii grypy;

wirusy szalały tam w grudniu, jak zmory –

a więc aspiryna, łóżko, kocyk, Wi-Fi.


A ona? – na stopach w zniszczone buciory,

połatanym płaszczem grzbiet był jej okryty

i wczesnym wieczorem – w porze na nieszpory

trudniła się – biedna! – handlem obwoźniczym.


„– Jeśli po zapałki, no to tylko do mnie!

Ogień wam przynoszę, mieszkańcy Gorzowa!

Ogień, który siarką w nos uderza wonnie!”


Gorzowianie zaś woleli zapalniczek powab –

dziewczę żyć musiało skromniej niźli skromnie,

w akcie zemsty za to wywołało pożar.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Korzystając z tego, że CXIX edycja zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem nie została jeszcze zakończona, a także z tego, że można w niej pisać co się chce, nawet niekoniecznie sonet, no to chciałem Państwu przedstawić taki oto wytwór:

***


Wiersz dla bibliotekarki


Tak bardzo chciałbym ci zaimponować!

Siadam więc pisać, układać słowa

i kartkę kolejną zapełniam wersami,

a pisząc, ciebie mam wciąż przed oczami.


Mówią niektórzy, że kobieta zmienną –

czy się zmieniłaś? Mnie tam wszystko jedno –

nie znam cię przecież! Ot, tych razy parę

siedzącą widziałem cię za kontuarem.


Więc o czym ci pisać? – się głowię i głowię

myślę o tobie, myślę o sobie,

bo gdyby to miało twą przykuć uwagę,

to i o miłości napisałbym nawet.


Tymczasem w ogromnej znalazłem się biedzie,

bo chcę coś napisać! Lecz co pisać? – nie wiem!

– I co tu robić? – wzdycham jak Platon,

bo nie mam pojęcia co powiesz na to


co mi się tutaj udało wyskrobać.

Czy czeka mnie za to jakaś nagroda?

Wszak to ty jesteś, jednoosobowo,

komisją najwyższą – bo konkursową.


***


EDIT: A ponieważ ja bardzo lubię moje inspiracje, nawet te, które mnie samemu czasami wydają się podświadome albo przypominają mi się już po napisaniu, to chciałem dodać, że – przynajmniej w kwestii tytułu – inspiracją podświadomą mogła być ta bardzo ładna piosenka.

Zaloguj się aby komentować

504 + 1 = 505

Tytuł: Złota gałąź

Autor: James George Frazer

Tłumacz: Henryk Krzeczkowski

Kategoria: antropologia

Ocena: 10/10


#bookmeter




Mit bowiem się zmienia, natomiast niezmienny pozostaje obyczaj; ludzie czynią nadal to, co czynili ich ojcowie, chociaż powody, którymi kierowali się ojcowie, dawno już uległy zapomnieniu. Historia religii jest długotrwałą próbą pogodzenia starych zwyczajów z nowymi uzasadnieniami, znalezienia rozsądnej teorii wyjaśniającej absurdalną praktykę.



Pierwsze oryginalne wydanie tej książki, która była (nadal jest?) rozprawą naukową pochodzi z roku 1890. W roku 1900 opublikowano jej wydanie drugie, wówczas już dwutomowe. Trzecie wydanie ukazywało się w latach 1911-1915 i liczyło tomów dwanaście. Edycja polska, w tłumaczeniu pana Krzeczkowsiego oparta jest na opublikowanym w 1922 roku przez pana Frazera wydaniu skróconym. Ja bardzo lubię ten okres, z którego Złota gałąź pochodzi, szczególnie zaś lubię końcówkę XIX wieku. Lubię ten okres z całą jego ówczesną butą, na przykład w sprawie ogłaszanego tu i ówdzie końca fizyki, w której to ponoć wszystko miało już zostać odkryte (a później przyszedł pan Niels Bohr no i to wszystko spieprzył), ale moje sympatie do okresu to jedno, a lektura, przynajmniej w założeniu krytyczna, to rzecz całkowicie odrębna. Z tego powodu przystępując do czytania Złotej gałęzi powziąłem dwa założenia polegające na uwzględnieniu w moim odbiorze dwóch faktów.


Na przełomie XIX i XX wieku antropologia wyglądała inaczej niż wygląda dzisiaj, uprawiano wówczas tę dyscyplinę w sposób, który spowodował nadanie mu później nazwy „antropologia gabinetowa”. Polegało to na tym, że antropolodzy, zamknięci w swoich gabinetach, na podstawie dostarczonych im opowieści i przedmiotów odgadywali ich znaczenie, szukali drugiego dna i w ogóle próbowali te otrzymane puzzle poukładać w jakąś lepiej lub gorzej spinającą się całość. Antropolodzy sami raczej nie podróżowali, podróżowali za nich inni, ale że byli to między innymi kupcy czy inni misjonarze, ich głównym celem nie było zbieranie materiału dla antropologów, ten materiał zbierali niejako przy okazji. Jednym z pionierów badań terenowych był pochodzący z Krakowa (Poland stronk!) profesor Bronisław Malinowski, który zresztą w pewnym okresie z panem Frazerem miał okazję (a pewnie i przyjemność) współpracować.


Drugim faktem, który ciągle miałem w czasie lektury na uwadze, to dominujący wśród antropologów końca XIX wieku pogląd, że istnieje jedna ścieżka (albo drabina) rozwoju cywilizacji. Chodziło o to, że wymyślono sobie, że cywilizacje rozwijają się liniowo (trochę jak w drzewkach kultury i technologii w grach z serii Cywilizacja), a ludy prymitywne są po prostu wcześniej (albo niżej) od nas na tej uniwersalnej ścieżce czy drabinie.


W związku z tymi dwoma opisanymi wyżej faktami nie jestem pewien, czy dalej można traktować Złotą galąź jako książkę naukową, a już mam bardzo silne wątpliwości, czy można traktować ją jako naukową w dziedzinie antropologii. Może dziś bardziej należałoby podejść do niej jako do dokumentu w zakresie, który moglibyśmy nazwać czymś w rodzaju historii nauki? Nie zmienia to jednak w niczym tego, że lektura Złotej gałęzi była dla mnie przygodą wspaniałą i niezwykle fascynującą.


***


Problemem, który postawił sobie pan Frazer w Złotej gałęzi jest próba wyjaśnienia tradycyjnej sukcesji urzędu kapłana bogini Diany z Nemi zwanej niekiedy Dianą Leśną. Urząd ten kolejni kapłani obejmowali po spełnieniu dwóch warunków: po pierwsze należało zerwać gałąź ze „świętego drzewa” znajdującego się w tym zagajniku, co samo w sobie nie było łatwe, bo ponoć dniem i nocą drzewa tego pilnował strażnik, który był postacią nadprzyrodzoną. Kiedy śmiałkowi udało się już jakimś sposobem wystrychnąć strażnika na dudka i tę gałąź zerwać, czekało go wówczas jeszcze jedno zadanie – musiał zabić człowieka, który aktualnie sprawował ten urząd, o który śmiałek się starał. Sam w sobie ten rytuał już wydaje się być ogromnie ciekawym – kapłan musiał bowiem wiedzieć i ciągle spodziewać się tego, że ktoś czyha na jego życie. Śmiałek musiał zdawać sobie z tego sprawę, że jeśli jemu się uda i obejmie urząd kapłana, to prędzej czy później uda się też komuś innemu, a wówczas on będzie musiał zginąć. Wydaje mi się niesamowitym to, jak bardzo sposób pojmowania świata przez starożytnych daleki jest od tego, jak my widzimy go dzisiaj. Przecież instynkt przetrwania wydaje się być jednym z najbardziej podstawowych instynktów wbudowanych nie tylko w człowieka.


Pan Frazer prowadzi czytelnika po kolei poprzez czas i przestrzeń do różnych zakątków Ziemi przytaczając kolejne mity i opowieści, ceremonie i rytuały wywodzące się z rozmaitych kultur, a przykładów takich jest w książce całe mnóstwo, a nawet takie mnóstwa ze dwa, jeśli by to dokładnie policzyć. O ile same w sobie te przykłady już są niezwykle ciekawe, tak jeszcze ciekawsze staje się ich zestawienie ze sobą, szczególnie kiedy już dojdzie się do wniosku, że obyczaje te są do siebie bardzo podobne (stąd może być usprawiedliwione wyciągnięcie błędnego – co wiemy dzisiaj – wniosku o jednej ścieżce rozwoju kultur). Pan Frazer prowadzi ten swój bogato ilustrowany przykładami wywód w sposób wysoce merytoryczny, a nade wszystko uporządkowany. Tę książkę, choć gatunkowo z literaturą piękną nie ma ona nic wspólnego i siłą rzeczy nie ma ona fabuły to, za sprawą tego uporządkowania, ale też za sprawą pięknego, literackiego języka (Czarownice pędzą w swych niecnych sprawach, niektóre okrakiem na miotłach, inne galopując po drogach na burych kotach, które na ten jeden wieczór zamieniają się w czarne jak węgiel rumaki. – tak pan Frazer opisuje święto Hallowe’en, a przykładów takich mógłbym podać dużo więcej) sprawia, że Złotą gałąź czytałem z zapartym tchem. Czytałem ją tak, jak zdarza mi się czytać najlepsze, najbardziej wciągające powieści, w których tak przecież uwielbiam się zatopić.


Nie będę tutaj streszczał wykładu autora, nie to jest celem tego wpisu. Kilka tylko słów o najsilniejszych wrażeniach i wnioskach, jakie z tej lektury pewnie mi w głowie zostaną. Pan Frazer robi to bardzo rzadko, ale ja, mocno jednak osadzony w kulturze wywodzącej się z chrześcijaństwa, na każdym kroku widziałem analogie do rytuałów chrześcijańskich. Od tych najbardziej podstawowych, jak dogmat o karmieniu się ciałem boga (w Złotej gałęzi choćby przykład Ozyrysa), do poświęcenia życia boskiej istoty po to, żeby zapewnić możliwość przetrwania jego wyznawcom. Duże wrażenie zrobiło na mnie postulowane przez pana Frazera następstwo wyjaśniania świata poprzez kolejne, następująco po sobie zastosowanie magii, religii i nauki, a już na pewno zapamiętam proponowane przez niego tej magii, religii oraz nauki definicje. I, na koniec: choć, jak pisałem, mam duży problem z postawieniem się w sytuacji człowieka sprzed setek czy tysięcy lat, który w imię rytuału zdawał się godzić na poświęcenie swojego życia, tak, po lekturze tej książki, mam nieodparte wrażenie, że cała ludzka kultura oparta jest na potrzebie zaspokojenia dwóch absolutnie podstawowych potrzeb: po pierwsze, żeby się dobrze nażreć, po drugie, żeby sobie poruchać.


***


Tak jak napisałem wcześniej: ja nie mam pojęcia, czy dzisiaj traktować tę książkę w kategorii „naukowej” czy „nienaukowej”, a jeśli „naukowej” to w jakiej dziedzinie nauki. I właśnie z tego powodu oceny, którą jej wystawiam nie traktuję jako określenia jej wartości merytorycznej – ku temu nie mam w końcu ani żadnych kompetencji, ani (przede wszystkim) ochoty. W niczym nie zmienia to jednak faktu, że Złotą gałąź uważam za jedną z najbardziej fascynujących pozycji jakie miałem przyjemność w życiu przeczytać i jako taką będę ją pamiętał, a na pewno będę do jej fragmentów wracał.

38e38b59-c64d-4efd-a456-10eeb590dd2e

Zaloguj się aby komentować

Do tego trzeciego to w zasadzie zostałem zmuszony. No bo miałem już wyłączać komputer i iść poczytać, a tutaj kolega @sireplama nam tak pięknie kolejną edycję zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem otworzył:


***


Wyznanie piromana


Czasem się dwoję, czasami troję,

nie mogę jednak zdziałać zbyt wiele,

niewiele sił zostało mi w ciele,

że się nie uda, bardzo się boję.


Tak jak Ich Troje, nas też było troje,

a troje to nie jest jednak zbyt wiele,

szczególnie kiedy nieprzyjaciele

zdają wygrywać się wyścig zbrojeń.


Bo straż pożarna kupiła sobie

ołtarz polowy i dwie Maryje

i pędzą teraz, na łeb na szyję

żeby cię gasić.


. . . . . . . . . . . . . . . . . . Lubuski Gorzowie!

Tego jednego możesz być pewien –

i tak cię spalę! Bo mnie rozjebie!

Zaloguj się aby komentować

A, jeszcze jeden:


***


Pięć posiłków

czyli Dieta zbilansowana


Śniadanie w postaci pięciu parówek

(takie serdelki, tylko że długie),

a na późniejsze, drugie śniadanie

wjechał był konkret: golonka w chrzanie;

obiad to była przyjemność wielka:

duszone we własnym sosie żeberka;

i o podwieczorku też będzie wzmianka:

z cebulką smażona to była kaszanka;

wieczorem zaś: w miasto! – na dłuższy moment,

więc na kolację burger. Z bekonem.


Najlepiej się myśli o pełnym żołądku,

więc, gdym się najadł, to głos rozsądku

szepnął: “Przy diecie tak opartej na wieprzowinie,

być może sam w końcu zamienisz się w świnię?”


***


#wolnewiersze

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

To jedna z tych natrętnych myśli, które czasami się pojawiają i za nic nie chcą pójść sobie gdzieś w cholerę dopóki się czegoś z nimi nie zrobi. Wczoraj wieczorem, przy okazji rozmowy na tematy ogóle, kiedy nadeszła moja kolej żeby coś powiedzieć, żeby nie tylko jakoś odnieść się do tego, co mój rozmówca powiedział wcześniej, ale i podsumować pewną część rozmowy, posłużyłem się słowami z utworu pana Manu Chao, które jakoś same przyszły mi w tamtej sytuacji do głowy: Welcome to paradise! Today is raining. No i od wczoraj tak mnie te dwa wersy męczyły, że trzeba było się nimi zająć:


***


Witamy w raju


Kiedy do raju w końcu wkroczyłeś

to wybuchnąłeś po chwili płaczem;

mocno zdziwiony tym rajem byłeś,

bo jawił ci się jednak inaczej.


Raj miał być celem całej twej drogi,

tam miały się spełnić twoje marzenia,

tam żywot miałeś wieść w końcu błogi,

tam światło miało nie rzucać cienia.


Tymczasem, gdy wokół się rozejrzałeś,

własnym nie mogłeś uwierzyć oczom:

niebo płakało, jak ty płakałeś,

i było ciemno, zupełnie jak nocą.


I wtedy właśnie wąż wypełzł z gaju,

ten, który miał cię tam oprowadzać,

przywitał cię chłodnym – „Witamy w raju!

Ostatnio u nas dość często pada.”


***


A teraz, już po napisaniu wytworu powyższego, pojawiła się jeszcze jedna myśl, która, nawet jeśli okaże się równie natrętna jak ta opisana na początku, to przynajmniej wprawia mnie w dobry nastrój. Ten wąż, rajski przewodnik, który mi tam do tej ostatniej strofy przypełzł, przypomniał mi przeżycie z gorzowskiego slamu i wspaniały wiersz o tym, że kto wierzy w Boga, ten wierzy w diabła.


#wolnewiersze

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Towarzysze! Obywatele! Ludu pisujący #zafirewallem!


Pokazaliście co potraficie, a pokazaliście to wspaniale w CXVIII edyzji zabawy #nasonety i to na dodatek w kilku odsłonach:


pierwsza zgłosiła się @Kaligula_Minus z wierszem bez tytułu;


później wspaniały utwór Tycie napisał kolega @sireplama;


następnie, mając pewność, że nie wygram, zgłosiłem się ja i to dwa razy pod rząd – raz z wytworem Talent a później, w ramach Cyklu Gorzowskiego z wytworem Płonie katedra;


po mnie zgłosiła się @KatieWee z wierszem bez tytułu, dając mi nim nadzieję, że po czterdziestce nawet jeśli nie będzie lepiej, to może przynajmniej nie będzie gorzej;


kolejnym, który przystąpił do zabawy był kolega @splash545, któremu również nie chciało się nadać swojemu wierszowi żadnego tytułu;


edycję zamknął, błyszcząc jak mięciutki papier toaletowy, kolega @fonfi, który udzielił marynarskiej Dobrej rady.




Dziękuję bardzo za liczny udział, wszystkim uczestnikom gratuluję, ale zwycięzca może być tylko jeden i jemu za chwilę pogratuluję bardziej. W tej właśnie kończącej się XVIII edycji naszej zabawy postanowiłem, że zwycięzcą zostanie osoba, która pomyli wiersz di proposta. Ryzykownym było ustanowienie takiego właśnie kryterium zwycięstwa, nie miałem bowiem pewności, czy w ogóle znajdzie się ktoś, komu wiersze się pomylą. Na szczęście, co bardzo mnie ucieszyło, znalazł się taki delikwent i takim oto sposobem CXVIII edycję zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem wygrywa kolega @sireplama! @sireplama: gratuluję Ci bardziej!


***


EDIT: A, wiersze układaliśmy do (albo inspirowaliśmy się) utworem pana Juliana Tuwima.

No i tag #podsumowanienasonety

Zaloguj się aby komentować

Kolega @fonfi , wnioskując z jego wczorajszego wierszyka, to wydmuchał chyba tyle, że go zamknęli. Pozdrowienia do więzienia (i dla żony też), ale show must go on, więc ja dodam:


temat: niewyspanie

rymy: obręb - kocyk - dobrej - nocy.


Powodzenia, miłej zabawy i dobranoc.


#naczteryrymy

#zafirewallem

@George_Stark Dziękuję za zastępstwo. Jeszcze wychodząc z pracy pamiętałem, żeby sprawdzić czy to nie moja kolej, ale żona w domu kazała się do teatru szykować i z tej radości na myśl o odchamianiu zupełnie zapomniałem

Zaloguj się aby komentować

Pan Czesław Niemen kiedyś śpiewał, że płonie stodoła. Być może płonęła ona w Gorzowie, to dość prawdopodobne, bo tam, jak wiadomo, wszystko płonie. Ale dziś nie o stodole będzie, a o innym budynku. Choć też dużym.


***


Płonie katedra


Ogień już centrum miasta pożera,

liżą płomienne języki diable

katedrę – właśnie się pali teraz;

Ogniu! – jeszcze się nie najadłeś?


Proboszcz – do Odry! W wodzie się schował,

i modły wznosi, patrząc ku łunom,

a modli się Licheń z nim i Częstochowa

żeby w Gorzowie deszcz w końcu lunął.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

To skoro już tak korespondujemy sobie z panem Tuwimem, to mnie się wczoraj pierwszy wers ułożył, a później skojarzył mi się z biblijną przypowieścią o talentach:


***


Talent


O Wielki Boże i tak dalej,

być może zechcesz to mi wybaczyć,

że zakopałem w ziemi ten talent,

któryś był łaskaw dla mnie przeznaczyć;


bałem się żąć gdzie nie posiałem,

nie chciałem zbierać gdziem nie rozsypał

i ciut za późno się przekonałem

że się łokciami było rozpychać.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Drodzy moi Drodzy!


Rozpoczynamy kolejną, CXVIII edycję zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem!


Wybaczcie, ale nie mam dziś głowy wiele pisać, a nie chciałbym przedłużać, bo niektórych ponoć ręce świerzbią. Wierszyk będzie taki, bo z tym moim nastrojem poniedziałkowym mocno koresponduje:




* * * [O wielki Boże et cetera,]

Julian Tuwim


O wielki Boże et cetera,

Cóż to się ze mną stało nagle,

Że "duch" "sam siebie" już nie "zbiera",

Że opuściłem nagle żagle.


Tak mi coś... psiakrew, braknie słowa,

Tak mi się "poziom" duszy zsunął...

Że gdybym wiedział, gdzie się chowa,

Tobym jej w pysk z przekleństwem plunął…




Jak pewnie zauważyliście, ma on mniej niż czternaście wersów, bo ma ich tylko osiem. Pozostałe sześć można więc sobie dopisać używając rymów z wersów już wcześniej wykorzystanych albo wymyślając sobie zupełnie nowe. Albo można nic nie dopisywać i pozostać przy ośmiu. Albo jeszcze jakoś inaczej. W tej edycji stawiamy na wolność pisania, żeby nam może frekwencja z powodu tej wolności dopisała.


Proszę bawić się dobrze, skończymy w sobotę.

Zaloguj się aby komentować

Wiosna nam się, proszę Państwa za oknem wdzięcznie przechadza, więc nic tylko się z tej wiosny cieszyć. Bo to i mniej się chce spać, i pisanie lepiej wychodzi. Nie odcinajmy jednak przeszłości grubą kreską, nie zapominajmy o tym, co zima nam złego uczyniła:


***

Tak bardzo chciałbym przesypiać zimę


Tak bardzo chciałbym przesypiać zimę

jak jakiś suseł albo muminek;

bym w ciepłym pokoju się kołdrą owinął,

bo pod ciepłą kołdrą mniejsza tam z zimą.


Marzenie to piękne, lecz życie nie bajka –

zostaje mi szalik, czapka, kufajka

i ta przeklęta na jawie senność

kiedy przez całą dobę jest ciemno.


Tak więc z ochotą przespałbym zimę

ale nie mogę, więc kofeinę

stosuję. I jeszcze jeden półśrodek:

zimą się kładę, gdy tylko mogę.


A gdy już mogę i się położę,

to kilka godzin prześpię być może,

bo jest już za mną tyle lat życia,

że często się budzę – by się wysikać.


***


#wolnewiersze

#zafirewallem



Wiosna to jak się wybudzić z horroru.

Szanuj więc zimę, bo słowo honoru,

dzięki niej wiosna nabiera smaku,

gdy wyjdziesz z mglistej krainy strachów.

Zaloguj się aby komentować

Są ponoć tacy, którzy lubią kiedy autor wyjawia inspirację, która stała za wytworzonym przezeń wytworem. Z tym poniższym to było tak, że potrzebowałem kiedyś podjechać autobusem i wówczas zauważyłem, że mamy w Kielcach taki przystanek. To właśnie wtedy stanąłem w prawdzie, doznałem oświecenia i w jednej chwili wszystko się dla mnie w głowie ułożyło:


***


Oni nas oszukują!

(ale popełniają błędy)


„Nauką ścisłą jest geografia” –

tak nam wmawiają, lecz to nie trafia

do wielu światłych, w tym też i do mnie;

wystarczy przecież myśleć przytomnie

i wtedy nagle człowiek odkrywa

że zawiązała się komitywa

reptilian, masonów czy innych księży

(tu jeszcze trzeba umysł wytężyć),

jest w każdym razie ta komitywa,

która przed nami prawdę ukrywa,

bo jak wytłumaczyć inaczej da się

ten fakt, że w Kielcach mamy Podlasie?


***


#wolnewiersze

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Są ponoć tacy, którzy lubią kiedy autor wyjawia inspirację, która stała za wytworzonym przezeń wytworem. Z tym poniższym to było tak, że oglądałem wczoraj teleturniej Jeden z dziesięciu i padło tam pytanie „W którym wieku Pluton stracił status planety i został uznany za planetę karłowatą?” (w wieku XXI, w 2006 roku konkretnie – jeśli ktoś planuje w teleturnieju wystartować, to może mu się ta informacja przydać). A później przypomniał mi się jeden z wierszy pana Norwida i jakoś tak mi się w głowie te dwie rzeczy połączyły i powstał pierwszy wers, który zapisałem sobie na później. No a dzisiaj przyszło później i jakoś udało mi się dopisać do niego całą resztę:


***


Coś astronomom zrobił, Plutonie


Coś astronomom zrobił, Plutonie?

Czemuż tak smutny spotkał cię koniec?

Bo nie rozumiem zupełnie za co

planetą nazwali cię karłowatą.


Niechże mi powie astronom który

w czym Pluton jest gorszy niźli Merkury?

Dlaczego ci nędzni słudzy systemu

Plutona czepili się, a nie jakiejś Wenus?

I czemu ta cała cholerna farsa

nie dotyczyła chociażby Marsa,

Jowisza, Urana albo Saturna?

I czemu cała ta zgraja durna

umiała jednak zachować umiar,

i nie ważyła się ruszyć Neptuna?


I kto dał prawo by Układ zmieniać

mieszkańcom takiej planety jak Ziemia?


***


#wolnewiersze

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Wypowiedź ucznia, który chyba jednak wolał Juliusza


Kiedyś napisał pewien ambicjusz

że „ciemno wszędzie i głucho wszędzie”,

i ”co to będzie”, i „co to będzie...”;

ech, weź Adamie lepiej stul pysk już.


Ot, ta bajeczka o soplicowisku –

historia o pawi i papug grzędzie;

lub to dziadostwo pisane w Dreźnie

po jakimś pewnie sznapsa kieliszku.


Tyś był romantyk, więc o happy endzie

mowy nie będzie, lecz o gruzowisku:

za wszystkie uczniów cierpienia tęgie


niech świat zapomni o twym nazwisku!

Idź precz! Przepadnij! Niech cię nie będzie!

Jak Balladyna – w pioruna błysku.


***


#nasonety

#zafirewallem


A, żeby nie było, ja z tych wszystkich naszych romantycznych asów to chyba najbardziej lubię Kamila.

Zaloguj się aby komentować

427 + 1 = 428


Tytuł: Dom na granicy światów

Autor: William Hope Hodgson

Kategoria: fantasy, science fiction

Ocena: 5/10


#bookmeter


***


Po raz pierwszy uzmysłowiłem sobie, że chociaż wycie wiatru ustało, wciąż jeszcze mam w uszach monotonny daleki szum. Dopiero kiedy stał się wyraźny, zrozumiałem, że musiał mi towarzyszyć przez cały czas. Był to szum poruszającego się wszechświata.


Pan Anton Czechow był panu Williamowi Hodgsonowi współczesnym, w związku z czym potrafię wybaczyć temu drugiemu to, że nie zastosował w Domu na granicy światów tej literackiej strzelby. Choć bohater tej nowelki strzelbę stosuje, nie wiesza jej tylko później na ścianie, a o tę ścianę ją opiera i, jak się okazuje, niepotrzebnie – zupełnie tak jak autor. I to jest chyba mój główny zarzut do książki, którą przeczytałem – jej fabuła zupełnie nie jest zawiązana. Rzeczy się dzieją, kończą się i dzieją się następne. Ani nie wpływają one na bohatera, ani nie mają swoich wyraźnych konsekwencji (przynajmniej w większości przypadków).


Sama treść książki, która jest pewną wizją, wydaje mi się bardzo w porządku, zważywszy dodatkowo na to, że została opublikowana w roku 1908. Tylko właśnie – ta książka to pewna wizja. Nie zachwyca ona ani językiem, ani opowieścią, a sam rozmach tej przedstawionej wizji to dla mnie trochę za mało na to, żebym mógł uznać tę książkę za coś więcej niż – powiedzmy – poprawną. I tak się zastanawiam, bo w tamtym czasie – tak mi się wydaje – tak się właśnie pisało. Bardzo podobna była dla mnie ta książka do twórczości pana Lovecrafta (za którą nie przepadam ze względów opisanych wyżej), trochę do powieści pana H.G Wellsa (choć ten akurat miał jakieś puenty tych swoich powieści następujące po wielkim opisie nieznanego świata albo jakiejś wizji, co poczytuję mu za plus) czy może nawet trochę do W kleszczach lęku pana Henryego Jamesa, która – choć w niej też się nic nie dzieje – u mnie wywołała niepokój. Wszyscy ci trzej wspomnieni wyżej autorzy byli panu Hodgsonowi mniej więcej współcześni i wywodzili się z tego samego kręgu kulturowego (inaczej niż również mu współczesny pan Czechow). Wniosek jest więc taki, że może ja po prostu nie przepadam za tą epoką w brytyjskiej literaturze i nie ma co próbować kolejnych książek?


Z drugiej strony, już pomijając to, że brytyjskie powieści z początku XX wieku mało mi się podobają, ciekawe jest to, że autorzy z wcześniejszego pokolenia (choćby pan Dickens, a przede wszystkim pan Hugo, choć to jednak Francja) potrafili tworzyć rzeczy, które przemawiają do mnie dużo bardziej. Mniejsza jednak o moje osobiste preferencje, bo najbardziej fascynującym wnioskiem z tego wszystkiego wydaje mi się być to, jak mocno literatura oddawała (i być może nadal oddaje) stan świata, w którym jest tworzona – jego obawy i nadzieje, tematy, które w tym miejscu i okresie zajmują ludzi. I niby ten wniosek to nic odkrywczego, niby mówili o tym już w szkole, ale czym innym jest jednak o czymś usłyszeć, a czym innym doświadczyć tego i zaobserwować samodzielnie.

36dd0ae4-915d-43f5-aebc-76e2a54d6f99

Zaloguj się aby komentować

Wiosna przyszła i, choć może nie mieć to z wiosną zupełnie niczego wspólnego, obudziłem się dziś w nastroju buntowniczym. Poczułem w związku z tym silną potrzebę plucia na ołtarze i szargania świętości wszelakich, a żeby tę potrzebę zaspokoić, postanowiłem podjąć polemikę z kimś wielkim. Padło na Horacego, bo – choć, jak zapowiadał, nie wszystek przeminął – to jednak nie bardzo ma jak na ten mój atak odpowiedzieć:


***


Manifest

(chyba stoicki?)


Ciało już stare, a wciąż głupia głowa;

nie żebym się tym jakoś przejmował,

nie żebym w związku z tym zmartwiony siedział,

krótko wręcz powiem: – A, pies to j⁎⁎ał!;


bo jak by nie było, to jakoś bedzie,

czasem przy kasie, czasami w biedzie,

wspierając kogoś lub będąc wspieranym

byleby w zgodzie być z sobą samym,


byleby siebie sam człowiek nie bolał,

dopiero wtedy żyć można i sto lat

nie żywiąc jednak wielkich nadziei –

ci się zawiedli, co zbyt wiele chcieli.


To mój manifest, choć nikt oń nie pytał,

manifest, że wcale nie chcę wiele od życia,

niech sobie to życie najswobodniej płynie,

wszak omis moriar – wszystek przeminę.


***


Tak naprawdę to miałem do wiersza z poprzedniej edycji zapisany ostatni wers, ale jakoś nie chciało mi się to układać w poprzednim tygodniu, a później o tym wersie zapomniałem. Dziś go zauważyłem i tym razem samo mi się ułożyło, stąd, choć pozakonkursowo, taguję #nasonety. No i #zafirewallem.

Zaloguj się aby komentować

Biblijne historie są w naszym kręgu kulturowym inspiracją dość łatwą i oczywistą, a że byłem w Gorzowie i widziałem jak wygląda tamtejsze nocne życie, to wiem, że, tak jak i Sodoma, jest to miasto rozpusty. Za rozpustę natomiast no to już wiadomo jaka kara jest przewidziana:


***


Ostatni sprawiedliwy w Gorzowie Wielkopolskim


Już nie w Gorzowie, a na pogorzelisku,

gdy płomień zgaśnie, stać wówczas będziesz;

będzie już popiół i zgliszcza wszędzie,

po tym, gdy w mieście Święte Oficjum


na skutek wniosku, co zgłosił biskup,

najcięższej kary wybierze narzędzie

ażeby zniszczyć herezje wszelkie

i w świętym zgasić je palenisku.


Później zaś papież wygłosi orędzie

– uwagę swoją na nim zogniskuj! –

przekonasz się wtedy, że byłeś w błędzie


żałując miasta, co w rozlewisku

odrzanym tonęło w grzesznym obłędzie;

choć w słonej postaci już obelisku.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować