Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 816wpisów
  • 3961komentarzy

Inspirację stojącą za poniższym opowiadaniem pozwolę sobie przemilczeć.


***


Defron


– A to weź zrób trochę grubsze – powiedział Księciunio wskazując ręką na nie do końca określony punkt monitora.

– W wytycznych było, że mam wszystkie ścianki pocienić – powiedziałem ja, przenosząc wzrok na stojącego obok Tołdiego.

– Ja się nie będę wtrącał – powiedział Tołdi.


To nie jest opowieść o Gumisiach. Nie będzie tutaj Zamiego i Grafiego, nie będzie Kabiego i Sami. Nie będzie nawet Buni. Musiałem jednak jakoś nazwać swoich bohaterów, musiałem jakoś ich zanonimizować i w taki właśnie sposób Księciunio został Księciuniem – to on ma tutaj władzę, a Tołdi został Tołdim dlatego, że – no cóż – zachowuje się dokładnie tak, jak w Gumisiach zachowywał się Toudi.


To właśnie wtedy coś we mnie pękło – dłoń zaczęła mi pulsować w tym miejscu, w którym poprzedniego dnia oparzyłem się przez przypadek dotykając mocno rozgrzanego pieca.



Cóż, tak to już bywa, że życie okazuje się prozaiczne. Mnie nie ugryzł żaden radioaktywny pająk (nie ugryzł mnie nawet żaden zwykły, choćby z takiego, dajmy na to, Grudziądza), nie zostałem napromieniowany w wyniku nieszczęśliwego wypadku (raz tylko miałem RTG klatki piersiowej), nie przybyłem z odległej planety Krypton (choć ci, którzy nie wątpią w moją męskość mogą przebąkiwać coś o jakimś Marsie, ale nawet jeśli, to Mars nie jest przecież wcale aż tak daleko), nie zostałem nawet, jak pewien inny Stark, zainfekowany X-wirusem (mnie to nawet SARS-CoV-2 chyba ominął) – ja po prosu dotknąłem gorącego pieca.



Stali więc nade mną Księciunio i Tołdi, a mnie pulsowała dłoń. Pulsowała coraz mocniej i mocniej. Pulsowanie rozchodziło się stopniowo przez przedramię do ramienia i dalej, rozchodziło się po całym ciele, a wraz z tym pulsowaniem rozlewała się po mnie frustracja. Ta poparzona dłoń była jak stygmat. Była jak znak. I może rzeczywiście była znakiem tego, co miało stać się za chwilę. Bo ja za chwilę umarłem.



Umarł król, niech żyje Król”, jak to mawiali Francuzi, tylko że w tej historii żaden król nie umarł. Jeśli ktoś miałby być w tej historii królem, to zapewne byłby nim Księciunio, ale Księciunio nie umarł. Umarłem ja, zwykły prostak, a o tym, jak świat traktuje umieranie prostaków pisał choćby, skoro już jesteśmy przy Francuzach, pan Emil Zola w swojej króciutkiej, choć bardzo treściwej książce „Jak ludzie umierają”.



Ja więc umarłem, a kiedy już umarłem, wtedy narodził się on – narodził się Defron.

Defron był wspaniały. Był wysokim, przystojnym, dobrze zbudowanym mężczyzną absolutnie bez żadnego zwisającego znad paska spodni brzuszka. Oczy miał jak sokół – pozbawiony był jakiejkolwiek wady wzroku, która zmuszałaby go do noszenia okularów, a grzywę miał jak lew – żadnych zakoli z przodu, żadnej łysiny z tyłu. Defron był potężny. Jego wspaniale wyrzeźbione ciało kryło w sobie (choć nie kryło do końca, kryło tak, żeby trochę jednak było widać) siłę i zwinność, a jago umysł cechował się wyjątkową bystrością. Defron był Übermenschem, żeby tym razem sięgnąć nie do Francji, a bliżej, bo tylko do Niemiec. To właśnie z powodu tego jego nadczłowieczeństwa Defron nie promieniował, jak zwykły człowiek, tylko w zakresie podczerwonym, ale promieniował również w zakresie nadczerwonym, co, tłumacząc z fizycznego na ludzki, oznacza tyle, że otaczały go płomienie.



Ze względu na ograniczoną w tej edycji liczbę znaków nie będziemy wymieniać wszystkich wspaniałych cech naszego superbohatera, tym bardziej że, ze względu na konstrukcję opowiadania, należałoby każdą z tych cech dodatkowo uwypuklić poprzez jakieś na przykład porównanie, a na to, niestety, nie ma tutaj miejsca. Ograniczymy się więc tylko do tych cech (choć i tak nie wszystkich) wymienienia, a będą to: inteligencja, ogłada, uprzejmość i charyzma. Żeby jednak nie pozostawać gołosłownym postąpimy zgodnie z biblijną maksymą „po owocach ich poznacie” i wszystkie wymienione (a także niewymienione) cnoty Defrona zobrazujemy opisując to, co wydarzyło się chwilę później.



– Ty, k⁎⁎wa, jesteś normalny!? – zrywając się z krzesła Defron wykrzyknął do Księciunia. – Czwarty raz mi zmieniasz, debilu j⁎⁎⁎ny, wytyczne projektowe! A ty, debilu i przydupasie debila w jednym – tutaj Defron zwrócił się do Tołdiego – przyjdziesz jutro i się będziesz, k⁎⁎wa, głupio pytał dlaczego ten projekt idzie tak powoli?!

Powiedziawszy, co miał do powiedzenia, Defron od słów przeszedł do czynów („i słowo ciałem się stało”) i wy⁎⁎⁎ał prawą ręką lutę Księciuniowi a lewą (którą miał tak samo silną i sprawną jak prawą, niczym Leonardo da Vinci) wy⁎⁎⁎ał lutę Tołdiemu.

Książę i Tołdi zostali zatrzymani przez dwie przeciwległe ściany biura, po których się zsunęli i zalegli pod nimi bez przytomności. Pozostali obecni tego dnia w biurze natomiast wstali i zaczęli klaskać.

– Dobrze zrobił! Od dawna im się należało! – rozległy się głosy.

Defron natomiast odwrócił się w kierunku drzwi i wyszedł podśpiewując po drodze, jak na człowieka w świecie obytego przystało, zwrotkę jednego z amerykańskich standardów:


"If you see me coming, better step aside,

a lot of men didn't, a lot of men died;

one fist of iron, the other of steel

if the right one don't get you, then the left one will"*



. . . . .



To wszystko powyżej oczywiście nigdy się nie wydarzyło i pewnie nigdy się nie wydarzy. To wszystko powyżej to bujda – literacka fantazja albo wylew frustracji, którą bezpieczniej jest wylać w taki właśnie a nie inny sposób, bo inny sposób mógłby nieść za sobą utrudniające życie konsekwencje. To wszystko powyżej zostało więc całkowicie zmyślone. No, może poza pierwszym akapitem.



– A to weź zrób trochę grubsze – powiedział Księciunio wskazując ręką na nie do końca określony punkt monitora.

– W wytycznych było, że mam wszystkie ścianki pocienić – powiedziałem ja, przenosząc wzrok na stojącego obok Tołdiego.

– Ja się nie będę wtrącał – powiedział Tołdi.

Przez chwilę milczeliśmy. Nie patrzyliśmy na siebie nawzajem, wszyscy patrzyliśmy w monitor. W końcu to ja przerwałem tę niezręczną ciszę:

– No dobra – powiedziałem. – Poprawię. Powinno być gotowe do końca tygodnia.

Księciunio uśmiechnął się i odszedł zadowolony. Tołdi od razu podreptał za nim.



* – Merle Travis, Sixteen tons


***


6018 znaków ze spacjami.

#naopowiesci

#zafirewallem


EDIT: Dalej mnie straaaasznie irytuje brak możliwości formatownia tekstu. Odpowiednie formatowanie bardzo pozwoliłoby w tym opowiadaniu odpowiednio zaakcentować akcenty w akapitach, ech.

@George_Stark Ja pierniczę, kartka żywcem wyrwana z mojego pamiętnika, którego nigdy nie pisałem i pewnie nie napiszę. Tylko u mnie bohaterem byłby pewnie Safetron albo jakiś inny Safeman... Piękne w treści i piękne w formie, nawet pomimo barku możliwości formatowania.

@fonfi Dziękuję za miłe słowa. Zawsze to cieszy, że nie tylko ja mam źle.


I bardzo mi miło z powodu pochwały formy, z niej faktycznie jestem zadowolony. Tylko to imię, no to nie mój pomysł. Muza mi na spacerze podszepnęła.

Zaloguj się aby komentować

Opowiadanie krótkie, jak się okazuje, trudniej jest napisać niż opowiadanie dłuższe, a już na pewno trudniej niż opowiadanie, które może być tak długie, jak samo tego chce. Zrobiłem sobie wyzwanie i te kilka elementów, które wymyśliłem, chciałem zawrzeć w jak najmniejszej liczbie znaków. Chyba się nawet udało, ja w każdym razie jestem zadowolony. Pewnie dałoby się to jeszcze jakoś skrócić, no ale już mi się nie chce.




Nie każdy bohater nosi pelerynę


W ciągu dnia było gorąco i duszno. W nocy było zresztą dokładnie tak samo, tylko na dodatek było jeszcze ciemno.

– Nie waż się nawet myśleć o żadnym ognisku! Rozmawialiśmy już o tym – powiedziała Klara.

Michał rozejrzał się dookoła. Bliżej lub dalej, w każdym kierunku pomiędzy gęsto rosnącymi pniami bez trudu można było dostrzec migające światełka małych ognisk. Małych, bo rozpalanych tylko po to żeby coś na nich ugotować albo żeby móc widzieć siebie nawzajem. Czasami tylko dlatego, że ogień dawał poczucie bezpieczeństwa.

– Ale… – zaczął Michał.

– Żadnego ale! Jeśli tak chcesz, to droga wolna. Dalej możesz iść sam. Ja tylko nie chcę żeby ktoś się dowiedział, że tutaj jesteśmy.


***


– Zbieraj się! Zachciało ci się tyle siedzieć w krzakach, to wyjdziesz dzisiaj bez śniadania. Myśmy już zjedli – powiedziała Klara do Marty. Podobnie zwracała się do niej każdego ranka. Zawsze coś było nie tak. A to Marta, zdaniem Klary, nabrała zbyt dużo („znowu będzie ci za ciężko i będziesz opóźniać marsz!”) lub zbyt mało wody („znowu będziesz umierać z pragnienia!”), a to zachowywała się zbyt nierozważnie („nie wychodź na ścieżkę, zostawiasz ślady!”), czy zbyt głośno sapała w czasie marszu („ciszej, bo ktoś nas może usłyszeć!”). Michałowi również zdarzało się oberwać od Klary. Trochę tylko rzadziej niż Marcie.

Marta nie odezwała się ani słowem. Nie było sensu tłumaczyć Klarze, że od niegotowanego jedzenia tego, co udawało im się znaleźć w lesie i picia nieprzegotowanej wody dostawała biegunki. Marta bez słowa założyła plecak. Wyruszyli dalej.


***


Ostrożność Klary w końcu jednak zawiodła. Co prawda to nie Hubert ich znalazł, ale to oni trafili na Huberta.

Zbliżał się wieczór i Marta była już zmęczona. Chciała zatrzymać się na polanie, Klara jednak stwierdziła, że polana jest zbyt duża i nazbyt na widoku.

– Chodźmy dalej – powiedziała. – Do całkowitej ciemności mamy jeszcze godzinę. Znajdziemy lepsze miejsce. Poszli.


Żadne z mijanych miejsc nie wydawało się Klarze odpowiednie. Słońce już dawno schowało się za horyzontem i w lesie zapadła całkowita ciemność. Zewsząd dało się dostrzec ogniska rozpalane przez tych, którzy, tak jak Klara, Michał i Marta, szli do morza.

Klara starała się omijać jak najszerszym łukiem miejsca obozowania innych wędrowców. Była zła. Była tak zła, że ani Marta, ani Michał nawet nie próbowali się odzywać. Marta i Michał w milczeniu szli za Klarą.


– Macie może zapałki?

Klarę aż zamurowało. Zatrzymała się nagle w miejscu, ciało jej się napięło i odruchowo przyjęło postawę gotowości do walki.

– Miałem zapalniczkę, ale gaz mi się skończył – kontynuował nieznajomy, który później przedstawił się jako Hubert. – Mam też trochę żywności. Złapałem dwie wiewiórki, tylko nie mam jak ich ugotować. Niedużo to, ale na dziś powinno nam wystarczyć. Jutro możemy poszukać czegoś razem.


***


Do granicy lasu dotarli we czwórkę. Marta miała nadzieję, że kiedy wyjdą wreszcie spomiędzy drzew powietrze stanie się rzadsze i łatwiej będzie oddychać. Myliła się. Na otwartej przestrzeni było tak samo duszno jak w lesie.

– Zaczekaj! – powiedziała do Marty Klara, która ciągle jeszcze stała kilka metrów od miejsca, gdzie las się urywał.

Tak jak w czasie wędrówki przez las niebo przesłaniały im gęste korony drzew, tak teraz nad rozległą przestrzenią łąki wisiały ciężkie chmury. Na otwartej przestrzeni łąki widać było ogrom ludzi. Niektórzy maszerowali, samotnie lub w grupach, niektórzy siedzieli przy ogniskach spożywając posiłki, niektórzy rozbijali namioty. Część z wędrowców, wzorem dawnych karawan, prowadziła ze sobą objuczone zwierzęta, część wędrowała, tak jak Klara, Michał, Marta i Hubert, dźwigając cały swój dobytek na własnych plecach.

– O co ci chodzi? – zwrócił się do Klary Hubert, a Klara nie zdążyła odpowiedzieć, bo w tamtej właśnie chwili niebo jakby się rozdarło i lunął straszny deszcz.


– Nie mam płaszcza! – znad rozgrzebanego plecaka wykrzyknęła Marta. – Musiał zostać w którymś z obozów! Używałam go jako poduszki.

– Z tobą zawsze tak samo… – zaczęła Klara.

– Cisza! – przerwał jej Hubert, po czym zdjął z ramion plecak, a następnie ściągnął pelerynę, którą wcześniej na siebie założył i podał ją Marcie.

– Weź. Ubierz się szybko i chodźmy. Chodźmy tam, gdzie stoi ten biały namiot. Może pozwolą nam się schronić? A może mają coś przeciwdeszczowego na zbyciu?

– A jeśli nie? – zapytał Michał.

– W najgorszym razie nas przegonią. Pójdziemy wtedy do następnych, a jeśli i tam nas przegonią, to będziemy próbować dalej. Aż do skutku. W końcu nam się uda.

Hubert podszedł do Marty, zapiął jej ostatni guzik pod szyją i pomógł założyć plecak.

– Chodźmy – powiedział.

I poszli


Po kilku krokach Hubert odwrócił się.

– Idziesz z nami? – zapytał Klary. – Jeśli nie chcesz, to droga wolna. Dalej możesz iść sama.




4724 znaki ze spacjami (bez tytułu, ale i z tytułem, a nawet i z tym moim pobocznym przynudzaniem nadal się mieści w żądanych ośmiu tysiącach).


#naopowiesci

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Żart to stary jak klatka Schodowa czy d⁎⁎a Wołowa, no ale ja też jestem stary. Mnie śmieszy.

***


Gałka Muszkatołowa


Dziś będzie krótko i raczej marnie,

ale przynajmniej zamieszczę tu cosik –

za sprawę zabrałem się kulinarnie

i przygotowałem na obiad sosik:


zanim karkówkę jeszcze dodałem

to podsmażyłem najpierw cebulę,

a pomyślałem, gdy nad kuchnią stałem

(skąd takie myśli się biorą w ogóle?),

że wieńczy to danie wspaniałe zioło,

choć w głowę zachodzę – kim był Muszkatołow?


***


#wolnewiersze

#zafirewallem

9bab4233-f8f4-4fd1-b05e-ab7404422540

@splash545 Ale ja mniej niż te 6 gramów. No i to, że mi sos smakował to przypisuję swoim umiejętnościom kulinarnym, a nie halucynacjom (z niedożywienia).

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ motyw d⁎⁎y w poezji może być rozumiany dwojako (poprzednie wykorzystanie w tym miejscu), nie mogłem, jako artysta jasny, wolny i swobodny, odmówić sobie jeszcze jednego wiersza:


***


Do ekspertów od wszystkiego


Murarz domy buduje,

krawiec szyje ubrania,

Ale gdzieżby co uszył,

gdyby nie miał mieszkania?


Tymczasem:

rosną w Polsce domy z czerwoniutkiej cegły,

domy wznosi piekarz, bo w tej pracy biegły;

handel zagraniczny rozwijają zduni,

znają koninktury z gawędzeń babuni.


A gdyby tak każdy zechciał swoim się zająć –

murowaniem domów czy szyciem ubrania?

Byłby – nic nie przymierzając! –

jak d⁎⁎a jest od srania.


***

Nie wiem czy wiersz powyższy, który w ogóle nie jest sonetem, więc jako nie-taki nie spełnia wymagań konkursu w ogóle, spełnia wymagania punktu szóstego (on niczego nie parodiuje, po prostu ukradłem jedną strofę stąd , a drugą stąd ). Na szczęście decyzja o tym czy spełnia czy nie, nie należy do mnie!


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Skandal! Nie tylko nie mam pojęcia po co, ale nie mam nawet pomysłu jak można było rozdzielić na liście wymagań sonetowych punkty trzeci i piąty:


***


Impresja wiosenna


Sonet to będzie pochwalnej treści,

bo jest się przecież nad czym zachwycać –

choć najparszywsze miałaby lica,

gdzie indziej się mieści urok niewieści.


To wiaterek zawiał, a jakby unieśli

ją aniołowie – tak się podwija spódnica!

I odcień skóry! – jak w sierpniu pszenica!

Marzę o żniwach – rżnąć, się nie pieścić!

Światu niech będą za d⁎⁎ę dzięki,

choć tylko patrzeć, a nie dotykać

mi dane, to jednak do głębi przejęty pięknem


czasami aż muszę oczy przymykać

żeby natychmiast nie wziąć do ręki

i samemu z sobą nie zacząć się bzykać.


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark Przerzutnia na przerzutni, jak to czytać?! I przyłączam się do zachwytów nad wersem, na który uwagę już zwrócił kolega @splash545

Zaloguj się aby komentować

8. wiersz o Gorzowie:


***


O tytanie


To był chrzest ognia, nie żaden chrześcik,

Gorzowska go przeszła dzielnica –

piątkowy wieczór, osiedle Staszica

i takie gorące wieści:


ten tytan, co ogień miał nieść ci,

ten, co z Olimpu umykał

(a że droga długa, trochę utykał

i rzepka zaczęła mu chrzęścić)


na skrzyżowaniu Fredry z Matejki

nie zauważył patyka;

stąd właśnie całe nieszczęście

bo zadziałała fizyka –


ogień żarłoczny był, bardzo był prędki…

A tytan? Do dzisiaj Gorzowa unika.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Po szybkim riserczu wychodzi mi tak:


@splash545 – punkt 3, 4, 5;
@Endrevoir – punkt 6;

@George_Stark – punkt 1;

@Evivalarte – punkt 2.


Zapisywałem tylko tych, którzy wypełnili wymagania danego punktu jako pierwsi, więc pozostałych, nieuwzględnionych w liście powyższej przepraszam. A byli i inni, bo wierszy w sumie mamy już osiem, czyli więcej niż siedem. Został nam punkt siódmy, a wiersz poniższy, który jego wymagania wypełnia, jest wierszem numer dziewięć, co ciągle daje więcej niż siedem:




Pracownia Specjalne Troski


Słoneczko świeci i ptaszek śpiewa –

początek wiosny! – czas więc wagarów.

Zebrało się w kupie leserów paru

co od obowiązków swoich nawiewa.


Próżno tłumaczyć im, że coś trzeba,

że okna umyć czy stanąć do garów –

to jest zew weny (lub jakiś narów),

to jest silniejsza niż „trzeba” potrzeba.


I nie w monopolu się obkupili,

choć niosą płyny – multum odcieni!

i przez Dziwena uduchowieni

troską specjalną się wzajem okryli!


***


A kto z rysunkiem nie jest obyty,

ten nieporadnik ma znakomity!




#nasonety

#zafirewallem

no i chyba #narysunki, skoro miałem zareklamować.

Zaloguj się aby komentować

775 + 1 = 776


Tytuł: James

Autor: Percival Everett

Tłumaczenie: Kaja Gucio

Kategoria: Literatura piękna

Ocena: 7/10


#bookmeter


***


Ja to widze tak. Jak kto bez specjalnych reguł nie umi sam odróżnić, co dobre, a co nie, jak mu trza takie rzeczy tłumaczyć, to nie może być dobry. Jak ci jakiś Bóg musi mówić, co dobre, a co złe, to nigdy sie tego nie dowiesz.


Na samym początku chciałem podziękować koledze @JapyczStasiek za podrzucenie mi tego tytułu. Zaburzył mi tym, oczywiście, zaplanowaną kolejność czytania, ale chciałem zapoznać się z Jamesem w miarę na świeżo po lekturze Przygód Hucka Finna. Niczego nie żałuję, a co za tym idzie nie mam do kolegi żadnych w związku z tym roszczeń ani pretensji.


Pan Everett zrobił w Jamesie kilka rzeczy kapitalnych. Po pierwsze sam pomysł na to żeby przedstawić tę samą, dobrze znaną historię z perspektywy innego bohatera już zasługuje na uwagę, jeśli nie na szacunek. Na szacunek natomiast na pewno zasługuje to, że panu Everettowi udało się ten zamysł zrealizować – sam w końcu miewałem podobne pomysły, ale u mnie na pomysłach się kończyło. Drugą sprawą jest wykreowanie świata, który w żadnym momencie nie jest sprzeczny z tym, który opisał pan Mark Twain. To poprzednie zdanie zasługuje na szczególną uwagę, bo pan Everett nie zrobił czegoś, co zrobić mógłby i co byłoby ze wszech miar słuszne, uzasadnione i całkowicie poprawne (choć książka wiele by na tym straciła, a nawet byłaby książką całkowicie inną niż jest), nie osadził mianowicie swojej opowieści po prostu w świecie stworzonym przez pana Twaina. Pan Everett zrobił coś więcej, pan Everett wykreował świat znajdujący się jakby obok świata z książki pana Twaina. I nie chodzi tutaj wcale o jakieś paranormalne byty, o których Jim w Przygodach Hucka Finna opowiada Huckowi, koncept pana Everetta jest o wiele bardziej interesujący. Nie będę jednak zdradzał tutaj o co chodzi – wydaje mi się, że to powinno rozjaśnić się każdemu, kto na lekturę Jamesa by się zdecydował.


Opowieść przedstawiona w tej książce początkowo biegnie całkowicie zgodnie z tym, co opowiedział pan Mark Twain w roku 1884, a później się rozjeżdża. Oczywiście, pan Everett, decydując się na uczynienie narratorem Jima, musiał uzupełnić te luki, które pan Twain zostawił w swojej historii rozdzielając w niej na jakiś czas Jima i Hucka. Tyle że – tak mi się wydaje – opowieść (albo sam Jim) wymknął się w pewnym momencie autorowi spod kontroli (to podobno często zdarza się w czasie pisania i przynosi zaskakująco dobre efekty względem tego, co napisać się zaplanowało, o ile w ogóle nie umożliwia czasami opowiedzenia historii do końca, bo ta złośliwa małpa jakoś nie chce poddawać się wymyślonemu i skrupulatnie dopracowanemu planowi) i James od pewnego momentu podąża swoją drogą, całkowicie inną niż u pana Twaina. Tutaj powstaje u mnie pytanie, podobne do tego jakie powstało kiedy śledziłem różnice w Królu pana Twardocha w jego w jego wersji książkowej i serialowej: czy jest to jedna historia w dwóch wersjach, czy może jednak są to dwie różne historie? (Nawet zadałem kiedyś to pytanie panu Twardochowi – odpowiedział mi na nie, co słusznie przewidział kolega @CzosnkowySmok, „Nie wiem”; może spróbuję się z tym problemem zwrócić do pana Everetta? – ma ktoś może jego maila albo numer telefonu?)


I tak, James bardzo mi się podobał. Podobał mi się tak w kwestii na tę książkę pomysłu, tak w kwestii tej historii opowiedzenia (literacko i narracyjnie), jak w końcu w kwestii problemów, które poruszał (o, ile znalazłem analogii do tego, co dzisiaj obserwuję na co dzień!). Problemem okazała się dla mnie tylko tej książki końcówka. Po pierwsze od pewnego momentu (od kiedy autor rozstaje się z wersją – przyjmijmy roboczo ten wariant – pana Twaina) opowieść przyspiesza i miałem wrażenie, że, względem tego, co było wcześniej, jest napisana trochę po łebkach. Druga rzecz to to, że rozochocony wspaniałym, płynącym początkiem, gdzie sam sobie wyciągałem sądy na podstawie tego, co przeczytałem, byłem dość zdegustowany końcówką, która – w mojej ocenie – bardzo bezpośrednio i wprost narzuca (i tak zresztą oczywistą i jednoznaczną, ale to samo w sobie jeszcze nie jest wadą) interpretację całej historii.


James jest dla mnie bardzo ciekawą książką również z tego względu, że rzuca całkowicie inne światło na postaci, które znalem czy to z Przygód Tomka Sawyera czy też z Przygód Hucka Finna. Przykładem takiej postaci niech będzie sędzia Thatcher. Czy był on postacią, którą polubiłem – w utworach pana Twaina być może tak, a przynajmniej nie pojawiała się u mnie myśl, że może on być postacią złą. Po lekturze Jamesa mam już w tej sprawie wątpliwości – sędziego Thatchera już niekoniecznie lubię (to też ciekawa rzecz jak inne spojrzenie na to samo może odmienić sąd), jednak miałbym też wątpliwości czy można wprost nazywać go złym. To czasy, przynajmniej z przedstawionego w książce punktu widzenia były złe, sędzia Thatcher był po prostu tych czasów przedstawicielem. Z drugiej jednak strony, to przecież ludzie stworzyli tamte czasy i tamtą rzeczywistość. Zastanawiając się więc nad tym, czy sędzia Thatcher był postacią złą odpowiem, cytując pana Twardocha – „Nie wiem”. Ale ta niewiedza to dla mnie tylko dodatkowa wartość wynikająca z zestawienia tych trzech pozycji.


Jeszcze tylko słowo w kwestii tłumaczenia. Wydawca opisuje je jako „brawurowe” z czym absolutnie się nie zgadzam, a nawet co mnie drażni – nie lubię nadużywania wielkich słów, choć i mnie samemu w przypływie emocji się zdarza. Jestem akurat w czasie lektury książki Ocalone w tłumaczeniu pana Stanisława Barańczaka (ależ jej czytanie jest przyjemne, ale jest również mozolne! – idzie mi to bardzo powoli, bo czacha dymi) i stałem się (przynajmniej tymczasowo) dość uważny na kwestie związane z przekładem. To właśnie z tego powodu, chcąc zweryfikować to, co napisał wydawca, sięgnąłem do fragmentów oryginału. Jeśli możemy (a uważam, że możemy) mówić o brawurze, to taką językową brawurą wykazał się raczej pan Everett. Pani Gucio wykonała natomiast, moim zdaniem, kawał ogromnie solidnej (i pewnie równie trudnej) pracy translatorskiej. Jej przekład jest i piękny i wierny (przynajmniej w tych fragmentach, które sobie porównałem) ale brawury w nim jakoś znaleźć nie potrafię. Chyba że, co byłby uzasadnione, za brawurę, zgodnie z tego słowa definicją , uznać już sam fakt porwania się na tłumaczenie tej książki – wówczas zgoda, ale brawurową w tym przypadku byłaby sama pani Gucio, a nie jej tłumaczenie.


Skoro i tak jest już długo, to nie zaszkodzi jeszcze trochę tego wpisu przedłużyć informacją zupełnie bezużyteczną, choć dla mnie ważną. Otóż do lektury bardzo pozytywnie nastawiło mnie również i to, że książkę otwiera kilka tekstów piosenek folkowych z opisywanego okresu (dziś nazywanych niekiedy "standardami"), a pierwszym z nich jest tak lubiany przeze mnie Old Dan Tucker (tutaj w świetnym wykonaniu pana Bruce’a Springsteena, tutaj w wykonaniu naszego Kraków Street Band, a tutaj – co mnie zdziwiło, że w takie coś w ogóle istnieje – cała playlista z różnymi wykonaniami tego utworu, choć nie jest ta playlista kompleta, sam znam jeszcze kilka innych). No i to tłumaczenie tego tekstu na język polski – pan Barańczak chyba mnie zepsuł, bo o ile uważam, że pani Gucio z prozą poradziła sobie świetnie, tak w jej przekładzie poezji – jaką, uważam są teksty piosenek – moim zdaniem trochę nie poszło. Brakuje mi w tych polskich tekstach czegoś, co ja nazwałbym „poetyckością”, a co pan Barańczak, dużo ode mnie jednak mądrzejszy, nazywał w swojej książce „dominantą semantyczną”.

985dbd21-9cb3-4dd4-a532-b6d629a7370f

W sumie jakaś moda teraz na premiery osadzone w klasykach, teraz słucham Julia i jest 1984 opowiedziane z perspektywy głównej kobiecej postaci :p

(nie podoba mi się)

1aec01df-9fd2-4670-868a-023dc0656a0c

Zaloguj się aby komentować

770 + 1 = 771


Tytuł: Ostatnie rozdanie

Autor: Wiesław Myśliwski

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 10/10


#bookmeter


***


Tylko że według mnie fikcja prawdziwsza jest od rzeczywistości. Fikcja ustanawia wymiar naszych doświadczeń, naszą pospolitość podnosi właśnie do rangi losu.


Jeszcze nie zacząłem o tej książce pisać, a już pojawił się problem. Problemem było wybranie z Ostatniego rozdania cytatu otwierającego wpis, bo z pół książki sobie w czytniku przy lekturze tego dzieła pozaznaczałem. Kiedy już poradziłem sobie (raczej gorzej niż lepiej, przynajmniej w moim odczuciu) z wybraniem tego jednego, pojawił się zaraz kolejny problem. Chciałbym tutaj napisać coś ładnego albo może coś mądrego, a najbardziej to chciałbym napisać i ładnie i mądrze naraz. Tymczasem nie mam nawet pojęcia jak zacząć.


Ja lubię pisać o książkach. Lubię o nich pisać (i rozmawiać, choć – czy pisanie nie jest formą rozmowy?) prawie tak bardzo, jak lubię je czytać. A jednak, i jest to kolejny raz po lekturze którejś z książek pana Myśliwskiego, że nie bardzo wiem co mógłbym napisać. Chcąc być dokładnym, to właściwie nie bardzo wiem co wybrać z tego, co napisać chciałbym. I na dodatek nie bardzo wiem jak ubrać to w słowa. Bo ubieranie w słowa jest ważne, tak zresztą uważał sam autor Ostatniego rozdania twierdząc, że najważniejszą sprawą w całej powieści jest jej język (jako że w moim małym małym, prywatnym świecie moje zdanie jest dla mnie ważne, pozwalam się sobie z nim zgodzić i mnie ta moja zgoda interesuje). Więc tak, pan Myśliwski pięknie ubierał rzeczy w słowa i – wydaje mi się – pisząc o jego książkach warto byłoby się również posługiwać najpiękniejszym dostępnym mi językiem. Nie po to jednak żeby z autorowi próbować dorównywać, a już, nie daj Boże, próbować robić to lepiej od niego. Wydaje mi się (a w moim małym, prywatnym świecie moje zdanie jest dla mnie ważne), że tak po prostu wypada.


No tak. Pisać ładnie. Ale żeby pisać ładnie, to trzeba najpierw wiedzieć o czym. A o czym można napisać w przypadku dzieła, które jest kompletne? Które broni się samo i w którym – mam wrażenie (a w moim małym…) nie ma ani jednego słowa za mało i ani jednego słowa za dużo? Można napisać na przykład o swoich skojarzeniach. Literacko, wśród tych książek, które znam, w czasie lektury przychodziły mi do głowy takie pozycje jak Spis cudzołożnic pana Jerzego Pilcha (tam też cała opowieść osnuta jest wokół notesu) czy Septologia pana Jona Fosse (może dlatego, że Asle, bohater pana Fosse, również jest malarzem, tak jak bezimienny narrator pana Myśliwskiego; a może z powodu ogólnego klimatu obu tych utworów, dla mnie (a w moim małym…) tak bardzo zbliżonego?). Również literacko, choć już nie szukając śladów w twórczości, a raczej w ogólnym podejściu do literatury (a może i do życia?) prezentowanego w wywiadach i twórczości okołoliterackiej, Ostatnie rozdanie skojarzyło mi się z panem Szczepanem Twardochem. To zaskakujące jak – moim zdaniem – powieści pana Twardocha są literacko (narracyjnie?) odległe od powieści pana Myśliwskiego (choć obu autorów cenię ogromnie), a jednocześnie jak podobne wątki podnoszą. Jak choćby ten, który u pana Myśliwskiego (nie tylko w tej książce, dl mnie w Uchu Igielnym nawet bardziej) wybija się na pierwszy plan – to, że składamy się ze wspomnień i być może nie jesteśmy niemal niczym więcej niż tylko pamięcią.


Skoro już pojawiło się słowo o wątkach, to może krótko o czym jest Ostatnie rozdanie. A jest właśnie o pamięci. Bezimienny bohater-narrator powieści przeglądając swój stary notes, przeglądając znajdujące się w nim nazwiska, adresy i telefony próbuje przypominać sobie kim byli ci ludzie, którzy są w nim zapisani. Przy okazji (a może to jest jego celem) próbuje przypomnieć sobie również i siebie, bo przecież tych ludzi, których ma w swoim notesie, zapisał tam kiedyś z jakiegoś powodu. Coś kiedyś splotło jego los z ich losami. To przypominanie sobie nie idzie narratorowi dobrze: Pamięć czy niepamięć to tylko różne odmiany tej samej udręki – stwierdza w którymś momencie.


Oczywiście to nie jest tak, że cała książka skupia się wokół człowieka ślęczącego nad notesem. Narrator opowiada o tym, co wiąże się z tymi nazwiskami, które w swoim notesie znajduje. Przypomina sobie, że tego czy innego człowieka, którego nie jest pewien czy dobrze pamięta i czy nie pomylił go z kimś innym spotkał na przykład w pensjonacie prowadzonym przez jego matkę. Tę książkę skończyłem jakiś czas temu, ale zanim zabrał się o pisanie o niej musiałem ją trochę przetrawić. To, co w czasie tego trawienia uderzyło mnie, to fakt, że w notesie nie było nazwisk tych, o których w opowieści jest najwięcej: matki bohatera, krawca Radzikowskiego czy szewca Matei. Tak jakbyśmy tych, którzy w naszym życiu zajmują najwięcej miejsca, w ogóle nie mieli potrzeby zapisywać czy w jakikolwiek inny sposób utrwalać. Jakbyśmy zakładali, że oni po prostu są i będą. Że nie będziemy musieli ich szukać.


Ja bym tu jeszcze mógł dużo napisać, bo jest przy okazji Ostatniego rozdania pisać o czym. Mógłbym napisać o listach Marii albo mógłbym napisać o moim zachwycie nad dygresjami-rozważaniami we wspomnieniach bohatera, jak choćby ta dotycząca zmiany kolejności liter w alfabecie, która przecież, choć byłaby zmianą w czymś dla nas absolutnie fundamentalnym, w żaden sposób nie zmieniłaby naszego życia. Mógłbym pisać wiele, ale tylko, w nawiązaniu do ostatnich zdań poprzedniego akapitu, do tego co w Ostatnim rozdaniu uderzyło mnie najbardziej, sięgnę po cytat z zupełnie innej estetyki, można by wręcz rzec, że z całkowicie przeciwnego krańca estetyki niż ta reprezentowana przez pana Myśliwskiego. Bo równie zaskakujące (dla mnie) jest to, że choć forma skrajnie różna, treść wydaje mi się dokładnie taka sama:


Z każdym dniem łapię chwile

Ulotne jak motyle

Na stałe

Koduję we fragmentach bądź całe

Zapamiętałem już ich bez liku

Wszystkie mam w sobie

Żadnej w pamiętniku

Zaś w notatniku, bądź w kalendarzyku

Notuję zadania i termin wykonania *




* – Paktofonika, Chwile ulotne




EDIT: A, jeszcze teraz mi się przypomniało, że ten cytat, który wybrałem na sam początek, to niemal kropka w kropkę słowa, którymi pan Szczepan Twardoch tłumaczył to, że jego relacja z pobytu w okolicach frontu w wojnie Rosji z Ukrainą nie ukazała się, jak było zaplanowane, w formie eseju, ale w formie powieści (Null). No w książkach pana Myśliwskiego jest wszystko!

ed637d7f-1280-42b0-acda-8f0fa323d0ae

Zaloguj się aby komentować

Poezja, tak mi się wydaje (przynajmniej dzisiaj), powstaje w wyniku ludzkiej refleksji. Na przykład nad przemijaniem:


***


gdy po prysznicu

opłukuję brodzik

niezmiernie się dziwię

że ciągle mam jakieś włosy

na głowie


***


#wolnewiersze

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Sonet motoryzacyjny, przynajmniej przez trzy strofy


Co sto kilometrów olej dolewam

i stukot słyszę rozrządu wału,

asfalt też widzę obok pedałów –

podłogę tylko miejscami miewam.


Termin przeglądu się zbliża pomału,

kumple mi mówią: – "Raczej się nie da",

ja wątpliwości ich porozwiewam –

jadę! Parkuję na wprost kanału.


Dwie stówy w dowód, to i podbili –

ten kraj się przecież nigdy nie zmieni!

(chociaż ostatnio zaczęli się cenić…)


Lecz policjanci mili nie byli

i teraz mogę jeździć wypity

odkąd przesiadłem się w Intercity.




#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

W poezji to jest tak, że ważny jest epitet. Nie wystarcza powiedzieć o rudym ogonie wiewiórki, to mało poetyckie. Mówić należy o płomiennej kicie. No to proszę:


***


Płomienna kita


Wiewiórki zwykle mieszkają na drzewach,

swój żywot wiewiórczy tam wiodą pomału;

zdarza się jednak, w czasie pożaru,

że i wiewiórka z drzewa nawiewa.


Zdarza się także, że wiatr zawiewa

(a wiatr jest szybszy od wiewiórki cwału),

i wiatr taki wówczas, pod postacią szkwału,

płomienie dalej i dalej rozsiewa.


Więc biegły wiewiórki, aż się zmęczyły,

wtedy zwątpiły, że los mogą zmienić –

nie uszły biedne spode płomieni.


Lecz jedna wiewiórka znalazła siły

i próbowała dalej umykać

choć już jej cała płonęła kita.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Mówi się o lewobrzeżnym albo prawobrzeżnym położeniu miast (albo innych elementów geograficznych) względem rzek. To teraz proszę sobie wziąć mapę, zorientować ją, jak pan Mercator przykazał, górą na północ i powiedzieć mi, po której stronie Odry (kłamliwie na każdej mapie nazwanej Wartą) leży Gorzów Wielkopolski. No właśnie:


***


Po której stronie Odry leży Gorzów Wielkopolski?


To Odry strona prawa czy lewa?

Atlasie! Weź mi to proszę wyklaruj!

Od tej zagadki dostaję udaru,

nad rozwiązaniem krew mnie zalewa!


Raptem na atlas zaczynam się gniewać,

by dać se spokój myślę pomału –

nie dość że udar, to jeszcze zawału

zaraz dostanę. Choć ubolewam


że miasto właśnie tak założyli,

bo myśląc o tym można się wpienić:

jak Gorzów leży? – trudno ocenić.


Nie tracę więcej już ani chwili,

atlas porywam, gniewem owity;

biorę zapałki – płoń, Gorzów city!


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Jako zadeklarowany miłośnik formalizmu, którego hobby jest w dodatku liczenie sylab nie mogłem się powstrzymać żeby nie wypełnić wymagań punktu pierwszego:


***


Wiersz modernistyczny, wysokoartystyczny, w dodatku trzynastozgłoskowy coby punkt pierwszy mieć od razu z głowy


To drzewa? To drzewa. To drzewa! To drze-drze-wa!

To twaróg? To twaróg. To twaróg! To twa-twa-róg!

To raróg? To raróg. To raróg! To ra-ra-róg!

To mewa? To mewa. To mewa! To me-me-wa!

To śpiewa? To śpiewa. To śpiewa! To śpie-śpie-wa!

Do baru? Do baru. Do baru! Do ba-ba-ru!

Subaru? Subaru. Subaru! Su-ba-ba-ru!

Cholewa? Cholewa. Cholewa! Cho-le-le-wa!

Popili? Popili. Popili! No – popili!

Jak feniks? Jak feniks. Jak feniks! Jak fe-fe-niks!

Seplenisz? Seplenisz. Seplenisz! Se-se-ple-nisz!


Ech – za bardzo się pan autor nie chciał wysilić,

i trzy strofy przedstawił słów ledwie co zbitych

lecz wiersz mu wyszedł – bynajmniej! – niepospolity.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

724 + 1 = 725


Tytuł: Czarny kot

Autor: Edgar Allan Poe

Tłumaczenie: Bolesław Leśmian

Kategoria: horror

Ocena: 6/10

#bookmeter


***


Któż, popełniając czyn niedorzeczny lub nikczemny, nie dziwił się po stokroć tej prostej oczywistości, iż wiedział, że winien go był n i e popełniać? Czyż pomimo doskonałości naszego rozsądku nie mamy nieustannych zakusów do naruszania tego, co jest Prawem, dla tej po prostu przyczyny, iż wiemy właśnie, że jest to — P r a w o? Powtarzam — ów duch przekory przyczynił się do ostatecznego mego upadku.


Muszę się przyznać, że sięgnąłem po tę książkę z dwóch powodów. Po pierwsze, przygotowując się do dyskusji na temat Biednych istot pana Graya miałem wskazać palcem miejsca, gdzie znalazłem paralele do twórczości pana Poe, bo tak napisałem w swoim wpisie, że je znalazłem (jak się okazało, napisałem tak nie wiem czemu, bo nie pamiętam o co mi chodziło). Po drugie zachęciło mnie nazwisko pana Leśmiana na okładce. No i jeszcze po trzecie, to Czarny kot jest krótki, więc dałem radę przeczytać go w międzyczasie.


Studium szaleństwa – tak piszą, albo opowieść o tym, że duże zło zaczyna się od małego zła, jak ja bym to bardziej napisał (coś trochę jak kryminologiczna teoria zbitej szyby albo jak biblijne Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie). Opowieść zaczyna się od tego, że chłop zabija kota. Kończy na tym, że


=== SPOILER ===


.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.



chłop zabija żonę.



.

.

.

.

.

.

.

.

.



=== KONIEC SPOILERA ===


Ileż tam może być rzeczy pomiędzy! I trochę nawet jest, ale – moim zdaniem – pan Poe to jest kopalnia zmarnowanych (z punktu widzenia możliwości eksploatacyjnych) pomysłów. Z dzisiejszej perspektywy (ale nie tylko, wszak współczesnymi panu Poe byli chociażby pan Hugo, pan Dickens czy pan Dostojewski) ta historia jest płytka. To, że jest jednowątkowa to jedno, ale pan Poe opisał zdarzenie (z kapitalną końcówką) ślizgając się tylko po bohaterze. Ja nie jestem ani historykiem literatury ani człowiekiem, który uważałby że są książki które należy przeczytać i autorzy, których należy znać, więc nie będę pisał, że mi się podobało. Ale nie będę też pisał, że mi się nie podobało, bo to byłaby nieprawda. Pan Poe, jak to zwykle w przypadku tego autora mi się zdarza, zostawił mnie z cholernym niedosytem. Niestety, nie jest to niedosyt taki, jakie w książkach lubię, bo tutaj musiałbym sobie dopowiedzieć bardzo dużo, musiałbym stworzyć sobie całego bohatera (bo uważam, że autor tego nie zrobił), a nie tylko wypełnić małe jego luki swoim postrzeganiem świata, co czyniłoby mi go bliższym i bardziej dla mnie zrozumiałym.


Czuję się po lekturze tego Czarnego kota tak, jakbym przeczytał streszczenie jakiejś bardzo dobrej opowieści i trochę mi jednak szkoda, że ta pełna opowieść niestety nie istnieje.

88dfc974-c713-41c7-a3cf-eb36ece377f4

Zaloguj się aby komentować

Opowiadanie do napisana którego zostałem zachęcony (popchnięty?; zmuszony?) wczoraj. Jakby nie było, dziękuję za to, bo bawiłem się przy nim cały dzień bardzo dobrze i może zwiastuje ono przełamanie niemocy?


Ono miało wyglądać zupełnie inaczej, ale wyszło jak samo chyba chciało (co znajduję jako jego zaletę). I, mimo że jeszcze to i owo bym w nim poprawił, to publikuję jak jest, bo już nie będę miał raczej w kwietniu czasu nawet na krótką redakcję. Proszę bardzo:


=====================================================================


Przysięga


Monika otworzyła oczy. Oślepiona intensywnym światłem zamrugała i, zanim jeszcze zdążyła oprzytomnieć do końca, naciągnęła na twarz przykrywającą ją kołdrę. Monika poczuła strach. Oślepiające ją światło dostawało się do pomieszczenia przez prowadzące na korytarz drzwi, które były uchylone. Te drzwi nie powinny być uchylone. Powinny być zamknięte. Monika, zanim się położyła, zamknęła je własnoręcznie, pamiętała o tym doskonale, zresztą robiła tak co wieczór od dnia, kiedy wprowadziła się do tego pokoju. Jedyny klucz do znajdującego się w drzwiach zamka wciąż spoczywał tam, gdzie go odłożyła. Monika była tego pewna. Czuła, jak gniecie ją przez poduszkę.


***


– Ja ci nie mówię żebyś nie ufała ludziom. Po prostu bądź ostrożna – powiedział tamtego dnia Monice ojciec. Rodzice przywieźli ją do klasztoru, matka udała się poczynić ostatnie ustalenia z siostrą przełożoną, a ojciec, obejrzawszy pokój, zszedł na dół do wozu i przyniósł worek z rzeczami Moniki. Nie było tych rzeczy dużo – trzy skromne sukienki, w tym jedna, ładniejsza, na niedziele i święta, tygodniowa zmiana bielizny oraz odkładane przez rok najlepsze wiktuały, których przez cały poprzedni rok rodzice odmawiali sobie nawet w święta, chcąc wyposażyć swoją córkę na nauki najlepiej, jak tylko było to możliwe. To właśnie rok temu rodzina dowiedziała się, że Monika została wybrana.

Zanim matka zdążyła wrócić, ojciec wymienił zamek w drzwiach klasztornej celi. Spieszył się przy tej pracy, trzęsły mu się ręce i co chwila spoglądał nerwowo w głąb korytarza, tak jakby sprawdzał czy ktoś tym korytarzem nie nadchodzi.

– Pilnuj go i nie zgub. Nie ma zapasowego – powiedział Monice, kiedy skończył pracę, a skończył ją w samą porę, bo kiedy tylko Monika zawiesiła klucz na szyi i schowała go za ubraniem, usłyszała na korytarzu kroki. Zza załomu wyłoniły się matka i siostra przełożona. Kierowały się w stronę nowego lokum Moniki.

Siostra przełożona stanęła z założonymi rękami w kącie i stała tam przez cały ten czas kiedy rodzice żegnali się ze swoją córką. Wydawała się zniecierpliwiona tym i tak niedługim pożegnaniem, matkę Moniki rozpierała zaś duma. Ojciec z kolei, tak się Monice wydawało, żegnając się z nią miał łzy w oczach.

– Uważaj na siebie – powiedział, po czym odwrócił się i, nie czekając na żonę, ruszył w stronę prowadzących do wyjścia schodów. Matka uśmiechnęła się jeszcze do siostry przełożonej i podążyła za nim.

– Kiedy usłyszysz dzwonek, przyjdziesz do refektarza. Zejdziesz tymi schodami, którymi tu przyszłaś, ale nie skręcisz w prawo, tak jak do wyjścia, tylko w lewo – powiedziała do Moniki siostra przełożona i również ona opuściła pokój.


Monika została sama. Podeszła do okna i wyjrzała przez nie w nadziei, że uda się jej dostrzec odjeżdżających rodziców. Z okna swojego nowego pokoju nie widziała placu znajdującego się przed wejściem do klasztoru, na którym ojciec zostawił wóz, widziała za to w oddali wyłaniającą się lekkim zakosem prowadzącą do domu drogę. Wpatrywała się w tę pustą drogę aż nie pojawił się na niej wóz. Czy byli to jej rodzice? – Monika nie potrafiła tego odgadnąć. Wóz był zbyt daleko. Upływ czasu wcale nie ułatwiał jej zadania – wóz stawał się coraz mniejszy i mniejszy. Zanim jednak zdążył zamienić się w znikający w lesie punkcik rozległ się dźwięk dzwonka. Monika musiała udać się do refektarza.


***


Minęło pół roku, a w tym czasie Monika nauczyła się klasztornego życia. Nauczyła się modlitwy i pracy, nauczyła się również być posłuszną siostrze przełożonej, bo za każde nieposłuszeństwo groziły surowe kary. Kara taka spotkała Monikę już na samym początku pobytu, wtedy gdy siostra przełożona poprosiła ją o oddanie żywności, którą zostawili jej rodzice, bo jej posiadanie, jak stwierdziła przeorysza, było zabronione. Monika odparła, że ona żadnej żywności nie posiada, na co natychmiast dostała w twarz, a kiedy zapłakana wróciła do swojej celi, do której została przez siostrę przełożoną odesłana, zauważyła, że zniknęły suszone mięsa i konfitury malinowe, w które wyposażyli ją rodzice. Przez następny miesiąc Monika w czasie każdego posiłku dostawała tylko kromkę chleba i szklankę wody. Z zazdrością przypatrywała się wyjątkowo wykwintnym i smakowitym posiłkom jakie jadały Klara, Weronika, Justyna i Joanna – pozostałe adeptki, które wraz z Moniką zostały wybrane, nie narzekała jednak na swój los. Od tamtej pory Monika wykazywała się całkowitym posłuszeństwem wobec siostry przełożonej.



Mimo że była pewna, że nie zrobiła nic niestosownego, Monika czuła się nieswojo, kiedy siostra przełożona po śniadaniu poprosiła ją o to, żeby została w refektarzu. Siedziała niecierpliwie na swoim miejscu zastanawiając się o co może chodzić i przyglądała się, jak przeorysza niespiesznie ociera usta po posiłku. Kiedy zostały w sali same, siostra przełożona podeszła do Moniki.

– Pewnie zastanawiasz się po co się w ogóle tutaj znalazłaś? – zapytała.

Monika nie wiedziała co odpowiedzieć. Na szczęście nic odpowiadać nie musiała, bo siostra przełożona po chwili milczenia sama odpowiedziała na swoje pytanie:

– Ten klasztor, w którym się znajdujesz jest, Moniko, tak stary, jak stary jest świat. On nie został zbudowany, on został razem z tym światem stworzony, a więc stoi tutaj od zawsze i również zawsze będzie tutaj stał. Klasztor musi mieć jednak swoją przełożoną, tak również było od zawsze i zawsze tak będzie, bo taki jest porządek świata. Właśnie teraz nadszedł czas żeby wyłonić kolejną przełożoną, tę która mnie zastąpi, a zostanie nią jedna z waszej piątki. Wszystkie pięć zostałyście wybrane, ale prawdziwą Wybraną może zostać tylko jedna i o tym, która to będzie, zadecyduję ja. Po tym czasie, który już tutaj spędziłyście, wydaje mi się, że mój wybór padnie na ciebie. A jest się o co starać. Ta, która zostanie Wybraną będzie się cieszyć długim życiem. Tak długim, jak tylko tego zapragnie, bo sama będzie o tej długości decydować. Będzie miała możliwość pozyskiwać dla siebie wszystko, czego tylko zapragnie. W istocie to właśnie ona obejmie ten klasztor w posiadanie, a to jak dalej potoczą się jego losy będzie zależeć wyłącznie od jej woli. Będzie też po części panią całego świata, bo jej jurysdykcja, o czym być może się przekonasz, będzie obejmować właśnie cały świat. Moje życie było długie i skosztowałam w nim wszystkiego co chciałam, wszystkiego o czym tylko marzyłam, przychodzi więc pora aby wybrać tę, która mnie zastąpi. Zapałałam do ciebie, Moniko, wyjątkową sympatią, dlatego mówię ci to wszystko w zaufaniu i mam nadzieję, że tego zaufania nie nadużyjesz. A teraz przysięgnij! Przysięgnij na swoje życie, że żadnej z pozostałych dziewcząt nie powtórzysz tego, co tutaj usłyszałaś!



Tamtego dnia Monika taką przysięgę siostrze przełożonej złożyła.


***


Cisza nocna rozpoczynała się wraz z zachodem słońca i nigdy wcześniej nie zdarzyło się żeby wypoczynek adeptek został przerwany. Monice dłuższą chwilę zajęło zorientowanie się w sytuacji, kiedy w środku nocy została nagle wyrwana ze snu donośniejszym niż zwykle i jakby bardziej nerwowym dzwonieniem. Wciąż zaspana miała problemy nie tylko z kojarzeniem, ale też z otwarciem drzwi. Przez jakiś czas nie mogła zrozumieć dlaczego drzwi nie chcą się otworzyć. Pomimo dwóch lat spędzonych w klasztorze, wciąż nie mogła przyzwyczaić się do tego, że drzwi należy otwierać kluczem. Razem z rodzicami Monika mieszkała w jednej tylko izbie, a jedyne drzwi tej chaty, te prowadzące na zewnątrz, były zamykane na zasuwę. Zaspana Monika zmitrężyła trochę czasu zanim przypomniała sobie, że klucz, zgodnie z zaleceniami ojca, trzyma schowany pod poduszką.


Monika stawiła się w refektarzu. Przywitał ją tam chłodny wzrok stojącej w drzwiach siostry przełożonej, dziewczyna jednak nie zwróciła na to uwagi. Jasna w ciągu dnia sala, rozświetlana od rana do wieczora promieniami słońca wpadającymi przez ogromne, znajdujące się na trzech ścianach zdobione witrażami okna, tym razem tonęła w mroku. W szczytowej części pomieszczenia, przy stole, przy którym zazwyczaj w samotności swoje posiłki jadała siostra przełożona, stały cztery rozstawione w narożnikach świece. Przed stołem stały odwrócone tyłem trzy dziewczęce postaci. Monika odetchnęła, uświadamiając sobie, że nie jest ostatnia. Ostatnią z adeptek, jeśli siostra przełożona uznała, że pojawiła się na wezwanie zbyt późno, zdarzało się, że spotykała kara.

– Wreszcie jesteś! Chodźmy! – rzuciła siostra przełożona i porwała rękę Moniki prowadząc ją w stronę stołu.


Kiedy Monika została doprowadzona w miejsce, w którym stały Klara, Weronika i Justyna okazało się, że jednak dotarła do refektarza jako ostatnia. Siostra przełożona zwolniła uchwyt na przedramieniu Moniki i popchnęła ją w stronę stołu, a dziewczyna zauważyła wówczas, że na blacie leży Joanna. Joanna oddychała ciężko, miała zamknięte oczy, ręce splecione na piersiach, a jej piękne, ciemne włosy, których Monika w skrytości tak bardzo koleżance zazdrościła, okalały twarz bledszą nawet niż sukienka, w którą Joanna była ubrana.


– Joanna, wasza siostra i przyjaciółka ciężko dzisiaj zachorowała. Módlmy się o jej wyzdrowienie – powiedziała siostra przełożona, która zajęła miejsce za stołem, po przeciwnej jego stronie niż stały Klara, Justyna i Monika. Siostra przełożona opuściła głowę i pogrążyła się w skupieniu, adeptki po chwili poszły w jej ślady. W całym refektarzu zapadła pełna skupienia cisza.

– Do świtu pozostało sześć godzin – skończywszy się modlić, odezwała się siostra przełożona. – O świcie poślemy po księdza Antoniego, a do tego czasu będziecie czuwać przy swojej siostrze w półtoragodzinnych zmianach. Pierwsza zostanie Justyna, później zastąpi ją Weronika, następna będzie Klara, na koniec zaś przyjdzie Monika. Po upływie półtorej godziny usłyszycie dzwonek. Będzie to oznaczało, że nadszedł czas na zmianę.

Klara uklęknęła przed stołem, pozostałe dziewczęta skierowały się do wyjścia. Tuż przed drzwiami prowadzącymi na korytarz zatrzymał je głos siostry przełożonej:

– Zaczekaj Moniko. Ciebie poproszę ze mną.


***


Monika po raz pierwszy w czasie swojego pobytu w klasztorze weszła do pokoju siostry przełożonej. Zdziwiło ją to, że jest on urządzony równie skromnie jak ten pokój, który został przydzielony jej samej. Monika, po tym co usłyszała od przeoryszy w refektarzu półtorej roku temu, często zastanawiała się jak może być urządzone jej mieszkanie. Spodziewała się luksusów, co najmniej takich jak w tych baśniach o księżniczkach, których słuchała w rodzinnej wsi wieczorami, zanim jeszcze została wybrana i zamieszkała w klasztorze. W pokoju siostry przełożonej znajdowała się jednak dokładnie taka sama prycza, taki sam kufer, taki sam stolik z krzesłem, na którym siedziała teraz siostra przełożona i taka sama miska na wodę do mycia jaki Monika miała w swoim. Monika przypatrywała się tym wszystkim tak dobrze jej znanym sprzętom z zainteresowaniem, a robiła to tylko po to, żeby zająć myśli czymś innym niż mającą odbyć się za chwilę rozmową i karą, którą spodziewała się otrzymać.

– Joanna umrze dzisiaj nad ranem – po chwili milczenia odezwała siostra przełożona. – Jutro umrze Justyna, później Klara, a ostatnia będzie Weronika.

– Ale… Ale jak to?! – spytała przerażona Monika. – Ale jak to? Epidemia? Tyfus? Ospa? Cholera? Przecież to było dawno! Mówili, że pokonaliśmy już epidemie! Że to już skończone!… – Monika urwała, a następnie zapytała po chwili zawahania. – A ja? Ja kiedy umrę?

– Ty nie umrzesz, Moniko. Ty je zabijesz.

– Słucham?… – rzuciła Monika bez zastanowienia, a nim zdążyła w pełni wypowiedzieć to krótkie pytanie, głos jej przygasł. Kwestionowanie poleceń siostry przełożonej, a nawet samo zadawanie na ich temat pytań wiązało się przecież z surowymi karami.

– Zastanów się, Moniko, kiedy ostatni raz uczestniczyłaś w pogrzebie? Kiedy ostatni raz widziałaś jakiś pogrzeb? Kiedy ostatni raz w ogóle słyszałaś żeby ktoś umarł?

Monika zamyśliła się. Jak przez mgłę przypomniała sobie pogrzeb babci Franciszki, matki jej matki. Babcia Franciszka umarła dawno temu, umarła kiedy Monika miała pięć lat. Monika pamiętała smutek swojej matki i łzy dziadka Józefa, męża babci Franciszki, obraz ten mocno wyrył się w jej pamięci, ale to był ostatni pogrzeb, który Monika potrafiła sobie przypomnieć. I choć zastanawiała się długo, choć szukała głęboko we wspomnieniach, nie potrafiła znaleźć tam żadnego innego pogrzebu. Owszem, ludzie we wsi mówili, opowiadali o pogrzebach, wspominali zmarłych. Owszem, Monika wraz z rodzicami odwiedzała groby – co roku pierwszego listopada ojciec zaprzęgał wóz i jechali we trójkę na cmentarz, i palili światło babci Franciszce a także babci Anieli i dziadkowi Klemensowi, rodzicom jej ojca, których Monika nie zdążyła poznać. Ale żeby po babci Franciszce ktoś umarł? – nie, tego Monika nie potrafiła sobie przypomnieć.

– Sama więc widzisz. – Siostra przełożona, jakby czytając jej w myślach, przerwała Monice przeszukiwanie jej wspomnień. – I tak jest nie tylko u was, nie tylko w waszej wsi. Wszędzie jest tak samo. A teraz przypomnij sobie wszystkich tych starych, zmęczonych ludzi, których znasz. Przypomnij sobie swojego dziadka Józefa. Pomyśl o tym, jak bardzo tęskni za babcią Franciszką. Ile razy powtarzał, że bez niej życie nie jest już wiele warte. Albo pomyśl o ojcu Weroniki. Weronika opowiadała wam o nim. Pomyśl o tym, jak leży przykuty do łóżka, jak co dzień zmaga się z toczącą go chorobą. Jak modli się o to, żeby już rozstać się z życiem, bo jego życie jest już tylko bólem. Pomyśl o tym jak on jest już tym bólem zmęczony. Jak bardzo chciałby umrzeć. Tylko ojciec Weroniki nie może na razie umrzeć. Nie może na razie umrzeć, bo ja też już jestem ogromnie zmęczona.

– To znaczy, że ty…?

– Tak, Moniko. Jeszcze przez chwilę.

– A my? Mówiłaś… Mówiła siostra, że jedna z nas ma ją zastąpić. To znaczy, że od początku było wiadomo, że jedna z nas miała zostać…

– Tak, Moniko. Po to zostałyście wybrane. Zupełnym przypadkiem, odpowiadam uprzedzając twoje pytanie. Każda istota ma bardzo ograniczony wpływ na swój los. Żadna z was nie zrobiła nic, co by ściągnęło na was ten wybór, żadna również nie mogła zrobić nic, co mogłoby go od niej odsunąć. Nazwij to jak chcesz: przeznaczeniem, losem, szczęściem, pechem, przypadkiem albo rachunkiem prawdopodobieństwa, każda z tych odpowiedzi będzie równie dobra, jak i równie zła. Ja nie mam pojęcia dlaczego tak się stało, tak jak nie mam też pojęcia dlaczego musiałam przychodzić w danym momencie właśnie do tego, a nie innego człowieka. Ja tylko wykonywałam rozkazy,, że tak powiem, choć o tym, kto te rozkazy wydawał, o tym również nie mam żadnego pojęcia.

– No dobrze. Ale było nas cztery…

– Pytasz dlaczego ty? Bo kogoś musiałam wybrać. Tak, decyzja należy wyłącznie do mnie i, możesz mi wierzyć albo nie, ale nie było mi łatwo ją podjąć. To nie jest łatwa praca, sama się o tym przekonasz. Owszem, bywa satysfakcjonująca, bo zdarzają się ludzie źli, którzy żyć nie powinni. Zdarzali się czasem na przykład pozbawieni wszelkich skrupułów mordercy. Muszę ci się przyznać, że lubiłam do nich przychodzić. Lubiłam widzieć ten strach w ich oczach, to przerażenie, kiedy wreszcie przychodziła ich kolej. Wiesz, to było to samo przerażenie, które widziałam w oczach tych, do których byłam wzywana za ich sprawą. Nie, znów odpowiadam zanim zapytasz, nic nie mogłam na to poradzić, jak już mówiłam, ja tylko wykonywałam rozkazy. Tyle co mogłam, to uczynić to w miarę szybko i bezboleśnie. Choć, tak jak w przypadku tych morderców, czasami wcale się nie spieszyłam… – siostra przełożona urwała i podniosła się z krzesła. – Przepraszam na chwilę, zaraz wrócimy do rozmowy.

Siostra przełożona opuściła swoją celę pozostawiając w niej Monikę samą. Dziewczyna próbowała zebrać swoje rozbiegające się myśli i kiedy już wydawało się jej, że choć mniej więcej pojęła znaczenie tego, co przed chwilą usłyszała, myśli znów się jej rozproszyły za sprawą przenikliwego dzwonienia, które rozległo się na korytarzu.

– Na czym to ja skończyłam? – zapytała siostra przełożona kiedy wróciła do celi. – A, tak. Dlaczego ty? Zdecydowałam się na ciebie z kilku powodów. Z was czterech to ty nie masz problemu z samotnością, to ty na noc zamykałaś się w pokoju podczas kiedy pozostałe wymykały się i zabawiały rozmowami czy buszowaniem po klasztorze albo w sadzie. Z was czterech to ty najszybciej nauczyłaś się być całkowicie posłuszną i nie kwestionować poleceń, w dodatku zwykle nie z obawy przed karą, ale z powodu uznania słuszności polecenia, nawet jeśli jego sensu nie rozumiałaś. Z was czterech to ty, po usłyszeniu ode mnie sekretu to ty nie zmieniłaś swojego zachowania, nie zaczęłaś spiskować i próbować podstępem zdobyć dla nagrody dla siebie. Z was czterech to to okazałaś się sprawiedliwa. Wreszcie z was czterech to ty, jako jedyna potrafiłaś dochować sekretu, a co za tym idzie tylko ty dotrzymałaś przysięgi. A wszystkie cztery przysięgałyście przecież na swoje życie, stąd pozostałe muszą umrzeć. Idź, Moniko, odpocznij jeszcze chwilę. Później zabijesz Joannę, zabijesz Justynę, Klarę i Weronikę, a ja ci w tym pomogę, pokażę ci jak należy to zrobić. Później zabijesz i mnie i zostaniesz tutaj zajmując moje miejsce. Ale teraz idź, odpocznij. Przyjdę po ciebie, kiedy nadejdzie właściwy moment.


***


Monika otworzyła oczy. Oślepiona intensywnym światłem zamrugała i, zanim jeszcze zdążyła oprzytomnieć do końca, naciągnęła na twarz przykrywającą ją kołdrę. Monika poczuła strach. Oślepiające ją światło dostawało się do pomieszczenia przez prowadzące na korytarz drzwi, które były uchylone. Te drzwi nie powinny być uchylone. Powinny być zamknięte. Monika, zanim się położyła, zamknęła je własnoręcznie, pamiętała o tym doskonale, zresztą robiła tak co wieczór od dnia, kiedy wprowadziła się do tego pokoju. Jedyny klucz do znajdującego się w drzwiach zamka wciąż spoczywał tam, gdzie go odłożyła. Monika była tego pewna. Czuła, jak gniecie ją przez poduszkę.


Mimo tego drzwi były jednak otwarte. Do pokoju Moniki wlewało się jasne światło. Pomimo wciśnięcia głowy w poduszkę, pomimo nakrycia uszu kołdrą, Monika usłyszała dźwięk trzeciego dzwonka. Nie podniosła się z łóżka.

– WSTAWAJ, MONIKO. JUŻ CZAS – do uszu dziewczyny dobiegł spokojny, choć nieco zmieniony, trochę jakby chłodniejszy głos siostry przełożonej.


=====================================================================


#naopowiesci

#zafirewallem


2771 słów, choć to przecież nie ma żadnego znaczenia.

Zaloguj się aby komentować

Wyznaczony, zgodnie z regulaminem przez koleżankę @KatieWee, odpowiadam, również zgodnie z regulaminem, a szczególnie z tym jego fragmentem: OSOBĄ WYZYWANĄ DO PISANIA WIERSZY NIE MOGĘ BYĆ JA, niemniej dopuszczam ataki na siebie, tyle że potem w ostatnim wersie musi znaleźć się właściwa osoba wyzywana do kolejnego pisania wiersza.


***


Pierwsze życzenie


Szanowny Panie Moderatorze!

Kaganiec Panu, a i obrożę

za wymyślenie do bitwy zgłoszeń

poprzez poddanie kogoś dissowi!

Szanowny Panie! – tak się nie robi!


Lecz co poradzić? – do bitwy wkroczę!

(Najpierw się jednak podrapię w krocze

by rzeczy właściwą kolejność miały…

i zjem coś jeszcze, bo jestem głodny…)


Moderatorze szanowny, wspaniały!

Jakoś tak mało jestem dziś płodny,

jakoś poezja się mnie nie trzyma,

krótko więc powiem: sam się wydymaj!


A że wyznaczyć kogoś wypada,

@Evivalarte zadanie zadam.


***


#diriposta

#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Zasady zasadami, moje skłonności piromańskie swoją jednak drogą:


***

Biada Gorzowowi!


Dobry Boże! Gorzów gorze!

To czerwonych kurów zorze

do leżących wokół wiosek

niosą tę najgorszą z nowin –

Biada! Biada Gorzowowi!


Tak karmelitanki bose

zawodziły wniebogłosem:

„Gorzów spłonąć musi cały!

Na nic teraz nasze modły!

W grzechu Gorzów zatwardziały!

Gorzów zły był! Gorzów podły!

Już i tak się Pan Bóg wstrzymał,

wahał, jak na wietrze trzcina,

ale dzisiaj tak powiada –

Biada Gorzowowi! Biada!"


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

693 + 1 = 694

Tytuł: Przygody Hucka Finna

Autor: Mark Twain

Tłumaczenie: Teresa Prażmowska

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 6/10


#bookmeter


***


Tak jak nie moją jest winą, że się urodziłem królem, tak nie twoją, żeś się nim nie urodził. Wszak to jasne.


Będą chyba spoilery.


Przygody Tomka Sawyera podobały mi się tak bardzo, że nawet bez rekomendacji kolegi @trixx.420 (choć za nią dziękuję) miałem zamiar zabrać się za Przygody Hucka Finna. No i zabrałem się, nawet tę książkę skończyłem, choć miałem taki moment, że już myślałem, że to mi się nie uda. Ja nie mam pojęcia czy jest to kwestia tłumaczenia (jest jakieś inne niż pani Prażmowskiej?) czy zmiany narracji na pierwszoosobową, czy też może po prostu opowieść nie przypadła mi do gustu, ale po całkiem niezłym początku zacząłem się tą książką męczyć. O ile podobał mi się opis pobytu Hucka u wdowy Doulasowej (w tłumaczeniu Przygód Tomka Sawyera autorstwa pana Jana Bilińskiego po prostu „wdowy Douglas”, co brzmi dla mnie dużo lepiej, tak jak i brzmiały dla mnie dużo lepiej oryginalne brzmienie imion pozostawione przez pana Bilińskiego – „Joe Harper”, a nie „Józio Harper”, jak to przełożyła pani Prażmowska, co ogromnie mnie denerwowało, ale może to kwestia przyzwyczajenia), o ile sposób w jaki Huck Finn uwolnił się spod „opieki” ojca podobał mi się, tak później zaczęło wiać nudą. Rzeczy działy się, ale nie bardzo moim zdaniem prowadziły do czegokolwiek, a i ani jakoś szczególnie zabawne ani pouczające również nie były. Wszystko wróciło jednak na właściwe tory kiedy pojawiły się postaci króla i księcia. Od tego momentu książka znów zaczęła mnie interesować, a późniejsze ponowne spotkanie Hucka z Tomkiem Sawyerem przyjąłem z ogromnym zadowoleniem i pojawiły się wtedy oczekiwania. Na szczęście pan Twain (albo Tomek Sawyer) te oczekiwania spełnił.


Siłą rzeczy będę te dwie książki – Przygody Tomka Sawyera i Przygody Hucka Finna ze sobą porównywał. Nie tylko w kwestii opowieści, ale i narracyjnie, jak już wspomniałem, Przygody Hucka Fina również wypadają, moim zdaniem, gorzej. Wspominałem o tłumaczeniu, być może to jest przyczyną, choć nie chcę w tej sprawie wyrokować – nie sięgałem do oryginałów, nie czuję się więc uprawniony do zabierania głosu. Wydaje mi się, że moje wrażenie może być wynikiem splotu powyższych składowych, a na dodatek samych głównych bohaterów – Tomek Sawyer działał i był aktywny, Huck Finn przeciwnie, Huckowi Finnowi rzeczy po prostu się przydarzały, a on często zastanawiał się jak w takiej sytuacji zachowałby się Tomek Sawyer. Tomek Sawyer jest dla mnie postacią dużo wyraźniejszą (ale może pan Twain chciał tak te postaci napisać?), a sama o nim opowieść jest dużo bardziej zawadiacka i może dlatego bardziej mi się podobała?


To co upatrywałbym jako przewagę Przygód Hucka Finna nad Przygodami Tomka Sawyera to wartość edukacyjna tej drugiej. Dużo częściej jest w niej poruszany problem tego, że wychowanie i status quo niekoniecznie są tym, co należy uważać za dobre. Huckowi zdarza się w kilku miejscach poczucie, że jego wewnętrzny kompas moralny pokazuje coś zupełnie innego niż „powinien” i ma w związku z tym wyrzuty sumienia. Wydaje mi się, że ta książka, odpowiednio skomentowana, mogłaby bardzo pomóc kształtować młodzież i jako lektura szkolna pod tym względem sprawdziłaby się dużo lepiej niż Przygody Tomka Sawyera. No tylko dwa zastrzeżenia – trzeba by na początek znaleźć nauczycieli, którzy chcieliby ten temat uwypuklić a nie zajmować się „charakterystyką postaci i planem zdarzeń”, a poza tym to po co karać dzieciaki tak toporną narracją? No i rzecz trzecia – czy komuś zależy na tym, żeby dzieciaki, kiedy już dorosną, umiały podejmować decyzje nie tylko samodzielnie, ale nawet poza schematem?


Kilka słów o wydaniu, bo ściągnąłem sobie wersję ze strony Wolnych Lektur. Kilka ostatnich pozycji, które przeczytałem w wydaniu tej fundacji zaniepokoiło mnie ubogością przypisów. Pragnę uspokoić – w przypadku Przygód Hucka Finna przypisów jest tyle ile przystało na książkę opublikowaną przez Wolne Lektury, a więc całe mnóstwo. Druga natomiast rzecz, której przeboleć nie mogę (ale to może mój autyzm), to błąd ortograficzny. O ile przecinki jestem w stanie wybaczyć, sam mam z nimi problem, o ile przeboleję kiepskie formatowanie, nawet literówki zniosę, to co musiało się stać żeby opublikować książkę ze słowem „wój”?


A! Jeszcze jedno! Wydanie dostępne na stronie Wolnych Lektur zawiera ciekawą, poważną przedmowę autorstwa pana Juliana Święcickiego dotyczącą humoru. No i trochę dotyczącą też pana Marka Twaina.

29fddc8d-51b9-4330-8579-1d32632c1783

Gdybyś nie miał dość, to ta książka była dość głośna w książkowym środowisku

Odważna i brawurowo przełożona przez Kaję Gucio reinterpretacja Przygód Hucka Finna Marka Twaina: zniewolony Jim odzyskuje głos i przeciwstawia się konwenansom, które zepchnęły go na margines.

f59c4b0f-8535-4a0a-9b58-6ee25dc123b9

Zaloguj się aby komentować

@George_Stark i *** (Może gdyby wtedy zakręcili gaz);

@splash545 i O sonecie oraz Interes życia;

@fonfi i Tęsknota, @bojowonastawionaowca - Ty już wiesz co… oraz Niedzielny poranek;

@Marvin i Erotyk;

@Kaligula_Minus i Krótkie rozważania o pierwszej miłości i perturbacjach z nią związanych oraz „Pierdolety wierszoklety”;

@KatieWee i sonet bez tytułu;

@hejtoanonim (to sprytne zagranie!) i Nie ma już nas;

@Dziwen i Pomysł na wiersz;

@Statyczny_Stefek i Sobotni, leśny spacer;


***


Zanim do rzeczy, to chciał podziękować i pogratulować wszystkim uczestnikom oraz powitać debiutantów – może zostaniecie z nami na dłużej? Jak wynika z powyższego zestawienia, udział wzięło dziewięć osób, które napisały trzynaście utworów. Piękny wynik! Liczę, że będziemy takie utrzymywać.


Ponieważ trzynaście to więcej niż dziesięć, a dziewięć to więcej niż siedem, zgodnie z tym co obiecałem tydzień temu, nie mam wyboru i ogłaszam, że zwycięzcą CXXII edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem zostaje kolega @bojowonastawionaowca! – gratuluję serdecznie!


***


Wywiązawszy się ze zobowiązania i dotrzymawszy słowa, ogłaszam teraz co następuje dalej. Zwycięstwo kolegi jest zwycięstwem honoris causa, nie będzie się więc wiązać z nagrodą w postaci kary zobowiązania do organizacji kolejnej edycji naszej zabawy – o nagrodzie w zasadach nic nie pisałem przecież, o zwycięstwie tylko. Prosiłbym natomiast kolegę-zwycięzcę o wskazanie spośród osób uczestniczących tego szczęśliwca, który nagrodę otrzyma (wiem, mogę to być i ja, ale nie jest też wykluczone wskazanie przez zwycięzcę samego siebie).


Tym sposobem, zrzuciwszy z siebie odpowiedzialność (wilk jest, mam nadzieję, syty, a i owca – he! he! – cała) żegnam się z Państwem. Dobrej nocy i miłej kolejnej edycji!



#podsumowanienasonety

@bojowonastawionaowca gratuluję!


@George_Stark

oraz powitać debiutantów

Chyba nie było debiutantów, chyba że piszesz o tym anonimowym.

@splash545 A @Marvin z nami pisał? Jeśli tak, to przepraszam za niedopatrzenie. Trochę się zająłem życiem dorosłego człowieka i, niestety, nie mam już na kawiarnię aż tyle czasu co wcześniej, więc coś mogło mi umknąć.

Zaloguj się aby komentować