Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 782wpisów
  • 3875komentarzy

426 + 1 = 427


Tytuł: Absalomie, Absalomie!

Autor: William Faulkner

Kategoria: literatura piękna

Tłumaczenie: Zofia Kierszys

Ocena: 4/10


#bookmeter


***


A potem on już miał ten dom i mieszkał tam samotnie, sypiał na sienniku przez trzy lata, dopóki nie stać go było na meble godne tej wspaniałości – przy czym częścią umeblowania, i to wcale nie najpośledniejszą, był właśnie ten akt ślubu.


Ufff. Udało się wreszcie toto skończyć, a wcale nie było to łatwe. I może odłożyłbym tę książkę wcześniej i wcale bym jej nie skończył, gdy nie fakt, że będziemy ją omawiać w niedzielę na spotkaniu ludzi, którym chce się nie tylko czytać, ale i o tym co się przeczytało rozmawiać. I może nawet mimo tego, że będziemy ją omawiać w niedzielę, to i tak odłożyłbym ją wcześniej i wcale bym jej nie skończył, ale sam ją do czytania zaproponowałem.

– „Przecież dwa razy z rzędu nie wylosuje się moja propozycja” – pomyślałem. No i się wylosowała.


Tak więc sam zaproponowałem tę książkę, a zaproponowałem ją dlatego, że stopniowo zapoznaję się z utworami zaliczanymi do great American novels, no i Absalomie, Absalomie! jest jednym z tych utworów z tej „listy”, których jeszcze nie czytałem. Zaproponowałem więc ją, a już przy proponowaniu za tę propozycję przeprosiłem, wcale nie mam więc zamiaru w niedzielę przepraszać za to po raz kolejny. A może ta książka wcale nie jest taka zła, a tylko trafiła u mnie na zły czas na, bądź co bądź, wymagającą jednak lekturę? Bo przecież kiedyś pochłonąłem Ulissesa i nawet mi się podobało (choć, fakt, niewiele z niego zrozumiałem; ale pod wrażeniem lektury aż poleciałem na weekend do Dublina, co prawda tylko po to, żeby przekonać się, że niewiele już tam z tego Ulissesa zostało, no ale poleciałem), a pan Faulkner bywa z panem Joycem zestawiany. I może faktycznie to we mnie coś się zmieniło, bo całkiem niedawno nie dałem przecież rady zmęczyć Pani Dalloway, choć ten utwór pani Woolf bywa z Ulissesem porównywany.


Absalomie, Absalomie! opowiada, jak ponoć większość utworów pana Faulknera, o amerykańskim Południu. Absalomie, Absalomie!, jak ponoć większość utworów pana Faulknera napisana jest w charakterystycznym dla niego stylu, to jest za pomocą strumienia świadomości, częstej i niejasnej zmiany narratorów oraz skoków w czasie. Teoretycznie jest to coś, co bardzo lubię i bardzo mi się podoba i tak samo było w przypadku tej książki. Było tak przez pierwsze jej sto siedemdziesiąt stron (książka ma tych stron 372), do końca piątego jej rozdziału, bo później się w tym wszystkim pogubiłem. Język nadal był ciekawy, ale absolutnie nie wiedziałem już o czym czytam (kiedyś myślałem, że wcale mi to w lekturze nie przeszkadza, ale chyba się myliłem). To, że w ogóle wiem jak ta historia przebiegała zawdzięczam wyłącznie temu, że na końcu książki zamieszczone jest kalendarium i spis bohaterów z ich krótką charakterystyką.


Sama treść tej książki wydaje mi się być czymś w rodzaju wyrzutu sumienia za to, co działo się na Południu w okolicach wojny secesyjnej i choć podejmowanie tego tematu w czasach, kiedy pan Faulkner tworzył wydaje się być ze wszech miar słuszne i uzasadnione, tak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ta książka, przede wszystkim ze względu na jej formę, jest jakimś przejawem snobizmu (choć moje wrażenie może oczywiście być błędne, problemy amerykańskiego Południa dla mnie przecież są ogromnie odległe). Dużo lepiej, moim zdaniem, z problemem (choć przedstawiając go od innej strony) poradziła sobie w Przeminęło z wiatrem pani Margaret Mitchell. I, jeśli dzisiejszy czytelnik nie ma jakichś naukowych, artystycznych bądź snobistycznych powodów ku temu, żeby sięgać konkretnie po pana Faulknera, a chciałby się przenieść na amerykańskie Południe XIX wieku, to ja jednak sugerowałbym zapoznać się z książką pani Mitchell. Jakaś taka wydaje mi się przyjemniejsza w odbiorze. Choć i u pana Faulknera w jego Absalomie znajdzie się wiele (być może nawet więcej) podniesionych istotnych problemó i bardzo dobrze zarysowanych postaci (choć, w porównaniu z Przeminęło z wiatrem, postaci jednak dużo bardziej płaskich), to dokopywanie się do nich naprawdę momentami bywa straszliwą męką. Nawet przy moim umiłowaniu i uznaniu dla języka.

81ab372d-e0c4-401d-9c57-e94bfb5e0fba

Zaloguj się aby komentować

Zmieniają zdanie, kręcą, wprowadzają chaos oraz nagłe i niespodziewane zwroty akcji. Byłem pewien, że XXV (chyba) edycja zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem została przedłużona o miesiąc, a tu się okazało, że jednak ją wygrałem. Jak to mówią: pomyśl zanim napiszesz, a już na pewno pomyśl zanim opublikujesz, a już na pewno na pewno pomyśl zanim się przyznasz, że jako jedyny opublikowałeś. Zwłaszcza wtedy, kiedy organizator tej publikacji nie zauważył. No trudno.


Głupio zrobiłem, że się przyznałem, no i teraz trzeba ponosić tej swojej głupoty konsekwencje. Otwieram więc kolejną, XXVI (chyba) edycję zabawy #naopowiesci! Jej tematem niech będzie porażka, nieporozumienie, albo inny pszypau. Terminem niech będzie koniec marca, przynajmniej terminem wstępnym. Innych zasad nie podaję, bo ich nadmiar może zniechęcić, a z chęcią mamy ostatnio problemy, być może przejściowe, mam nadzieję.


Miłej zabawy i tylko tak na marginesie nadmienię, że kolega @fonfi (proszę pozdrowić żonę), ma już do napisania nie trzy, a cztery opowiadania. Mogą być krótkie.

Zaloguj się aby komentować

Moi Drodzy!


Nikt już chyba nic więcej nie pisze, a nawet jeśli ktoś coś jeszcze pisze, to niechaj pisać skończy i opublikuje, choć już poza konkursem. Poza konkursem, no bo konkurs właśnie kończymy.


W konkursie wzięły udział trzy osoby:

@Kaligula_Minus z wierszem Bajka o tym, że kiedy moc traci "co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie", budzą się upiory

@George_Stark z wytworem Stefan

oraz @splash545 z wytworem Historia jednego gościa,

a wierszyki układali do utworu di proposta autorstwa Patyczaka, czyli Brudnych Dzieci Sida.



Dwa z wyżej wymienionych wytworów zdeklasowały trzeci i jednoosobowa komisja konkursowa, komisja, której wytwór został zdeklasowany, miała duży problem z podjęciem decyzji w sprawie wyłonienia zwycięzcy. Komisja próbowała do wierszy przykładać różne kryteria artystyczne, nie dawało to jednak satysfakcjonujących rezultatów. Komisja nie miała pod ręką monety, co uniemożliwiło wyłonienie zwycięzcy w sposób losowy. Komisja postanowiła przyjąć więc kryterium chronologiczne i na podstawie tego kryterium ogłasza co następuje:


zwycięzcą CXVI edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem zostaje @splash545, od którego ostatniego zwycięstwa upłynęło więcej czasu niż w przypadku @Kaligula_Minus.



@Kaligula_Minus – gratuluję, @splash545 – współczuję. No i dziękuję, bo w tej edycji tytułem #podsumowanienasonety to ode mnie byłoby na tyle. Do zobaczenia w następnej!

Zaloguj się aby komentować

Heh. Wcale tego nie planowałem, ale kiedy, już po opublikowaniu, przyjrzałem się pierwszemu wersowi tekstu di proposta, to przecież nie mogłem zacząć inaczej. A dalej już samo poszło, już nie wypadało przecież nie zachować konwencji:


***


Stefan


Jeżeli chcecie, to posłuchajcie historii prosto z Gorzowa,

choć nic w Gorzowie nowego, a tylko kolejny pożar:

przyjechał tam pewien Stefan, co hobby miał, że świat zwiedzał

i zwiedzić chciał w końcu Gorzów – nie wiedział, że to się nie da.


Stefan! – ty durna pało!;

Stefan! – ty królu fajtłap!;

to jest historia Stefana, co życie ogień mu zabrał.


Pomyślał sobie Stefan: od Odry strony wjedzie

a gdyby płonąć zaczęło, to wskoczy, się schowa za śledziem;

i myślał, że cwany jest Stefan, że jest on przygotowywany,

a choć nos zadarł wysoko, to mocno był obesrany.


Stefan! – ty durna pało!;

Stefan! – ty królu fajtłap!;

to jest historia Stefana, co życie ogień mu zabrał.


Pod boską się oddał opiekę, bo Stefan prawdziwy był Polak:

– „Ocalisz mnie Panie Boże, bo taka jest Twoja Wola” –

tak myślał sobie Stefan tej wyjazdowej niedzieli,

a kiedy zobaczył ogień, do Odry skoczył topieli.


Stefan! – ty durna pało!;

Stefan! – ty królu fajtłap!;

to jest historia Stefana, co życie ogień mu zabrał.


I spłonął Stefan zaraz, na szczęście długo nie zdychał,

bo Stefan tego nie wiedział, Gorzowskich Sonetów nie czytał,

że kiedy Gorzów płonie, Odra też ogniem płynie

i tak zamienił się Stefan w pieczoną stefaninę.


Stefan! – ty durna pało!;

Stefan! – ty królu fajtłap!;

to jest historia Stefana, co życie ogień mu zabrał.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Drodzy Najmilsi!


Nie chciałem, no ale wygrałem i choć kolega @fonfi ulży mi trochę w tym zwycięstwie, to jednak na mnie spada obowiązek (i niewątpliwy zaszczyt i przyjemność, ech) otwarcia CXVI edycji konkursu #nasonety. No to ją otwieram.


Najpierw tekst. Od rana dzisiaj chodzi za mną polski punk rock, niech więc utworem di proposta będą słowa do jednej z największych zdobyczy polskiego punku, czyli kawałka Landryn w wykonaniu Brudnych Dzieci Sida:


***


Jeżeli chcecie to posłuchajcie historii prosto z Krakowa

O jednym panku co słynął z tego że glanów swych nie zdejmował

I z wodą rzadko miał do czynienia co to jest mydło nie wiedział

Z brudu się lepił stąd ksywa „Landryn" no i potwornie j⁎⁎ał


Landryn lepkie twe ciało

Landryn słodki twój zapach

Oto początek historii o tym jak Jolka przegrała zakład


Raz założyły się dwie pankówy o jabłko na imprezie

Że jedna dzisiaj dokona cudu i Landryn z butów wylezie

Jolka to była ostra pankówa więc obmyśliła plany

Że się najebią pójdą do łóżka i wtedy ściągnie mu glany


Landryn lepkie twe ciało

Landryn słodki twój zapach

Oto ciąg dalszy historii o tym jak Jolka przegrała zakład


O drugiej w nocy już byli w łóżku Landryn dokończył jabola

Jolkę rozebrał a sam jedynie opuścił spodnie do kolan

Przeleciał Jolkę obrzygał pościel starannie się odkleił

Pierdolnął drzwiami zostawił odór i syf na Jolki pościeli


Landryn lepkie twe ciało

Landryn słodki twój zapach

I tak się kończy historia o tym jak Jolka przegrała zakład


Morał z historii jest oto taki żebyś zakładów unikał

Bo łacno możesz przegrać jabola chyba że jesteś radykał

Lecz jeśli musisz już się zakładać gdy się okazja nawinie

Pomyśl czy jesteś takim twardzielem żeby się równać z Landrynem


Landryn lepkie twe ciało

Landryn słodki twój zapach

I to jest morał z historii o tym jak Jolka przegrała zakład


***


Jest więc tam wyżej tekst di proposa, ale, tak jak to mamy ostatnio w zwyczaju, proszę potraktować go z przymrużeniem oka. Można rymować do niego w całości albo tylko do zwrotek, można rymować obok niego, albo można olać go całkowicie. Można zaczerpnąć z niego konstrukcję i opowiedzieć historię z początkiem, dalszym ciągiem, końcem i morałem albo napisać coś zupełnie po swojemu. Byle napisać, do czego zachęcam.


Bawimy się jakoś do końca przyszłego tygodnia, do piątku wieczorem przynajmniej, kiedy to razem z kolegą @fonfi wspólnie wyłonimy zwycięzcę. Kryteriów tego wyłaniania nie podaję, no bo ich jeszcze nie zdążyliśmy ustalić.


***


Proszę bawić się dobrze, a na koniec jeszcze fraszka:


I poczułbym bym pewnie dygnięcie ptaszka,

gdyby coś napisała nam @Umypaszka.


Dziękuję.


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark kiedy byłem młody, myślałem, że życie

rzuca

mi pod nogi kłody

a kiedy poznałem Patyczaka, to trochę była draka

bo sprawa była taka:

bierz chłopa w taksę, dużo już nagrał

wyłaził ze śmietnika, tylko nie wieź do Świdnika

bardzo się przejąłem, choć mogłem i dobrze

bo z nim pojechałem, a co z tego wynika?

na lubelski dworzec trafiliśmy prosto

i chyba go poniosło, bo normalnie prosi:

dasz badzika z kapsla Perły, fajny

nie odmawiam, a co, dajmy!

może po dziś dzień go nosi?

Zaloguj się aby komentować

Teraz się wymaga mówić „sprawny inaczej”, „kochający inaczej”, a więc i „mądry inaczej” – tak śpiewał już dawno, bo 27 lat temu, czyli w roku 1999 w utworze No speaking inglese pan Kazik Staszewski. Od tego czasu językowo poczyniliśmy znaczny postęp.


Bardzo lubię ten utwór, a przypomniał mi się ten jego cytowany wyżej fragment dziś, kiedy to przeczytałem w jakimś wyglądającym na poważny artykule sformułowanie, które pozwoliłem sobie zacytować w ostatnim wersie poniższego wytworu, a które to sformułowanie stało się przyczynkiem do tego wytworu napisania:


***


Nowoczesność językowa

(okiem starego pryka)


Gdy byłem młodszy, było mi klawo:

i miałem w sobie świata ciekawość

i więcej werwy, i wiedzy głód;

a teraz jestem już stary. Cóż...


Gdy byłem młodszy i nie rozumiałem,

wtedy najmocniej zrozumieć chciałem;

a dziś? – w wieku już będąc poważnym,

gdy nie rozumiem, to mnie to drażni.


A więc mnie drażni co robią z mową,

że robią to ad hoc, a nie ab ovo,

i że rozumiem co trzecie słowo,

i mało raczej mi z tym morowo.


I choć tak chciałbym uprawiać szpont,

młodzież mi mówi: – Idź, dziadu, stąd!

a to mnie zmusza żebym się przyznał,

że żaden ze mnie, niestety, sigma,

że gonić próbuję odległy już cel,

i uświadamiam sobie, że rel,

że to już raczej w języku mym bessa,

choć tak bardzo chciałbym, by było essa.


Może to kryzys wieku średniego,

a może to id przemawia do ego,

gdy, za języka goniąc trendami,

zechciałem zmierzyć się z zaimkami:

i ja naprawdę wiele bym zniosło,

zaprzyjaźniło się z poprawnością,

lecz kogoś chyba nazbyt poniosło

gdy raczył napisać „osoba z pochwą”.


***


#zafirewallem

I, ponieważ nie ma obowiązku rymować do wiersza di proposta, to pozwolę sobie również na tag #nasonety



***

A ciekawostką niech będzie fakt, że również z utworu No speaking inglese pochodzą słowa najbardziej mnie teraz wkurwia u młodzieży to, że już więcej do niej nie należę.

Zaloguj się aby komentować

363 + 1 = 364


Tytuł: Dzieci Arbatu T.2

Autor: Anatolij Rybakow

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10


#bookmeter



***

No cóż – zażartował Stalin – postaramy się zakończyć pięciolatkę w ciągu czterech lat, żeby cię jak najprędzej mieć w Moskwie.



To taki wpis pro forma, taki trochę meldunek, że przeczytałem dalej, bo w zasadzie o tym tomie, jeśli się nie chce pisać jego streszczenia (a ja nie chcę), nie mam nic więcej do dodania ponad to, co napisałem o pierwszej części cyklu.



Może dodam tylko tyle, taka notatka dla siebie, bo, gdy zapiszę, to lepiej zapamiętuję, że niesamowicie podobał mi się wątek dentysty Lipmana. I że pan Rybakow miał bardzo ambitny plan doprowadzić tę historię do roku 1956, co mu się niestety nie udało. Udało mu się opisać losy bohaterów do II wojny światowej, bo cykl Dzieci Arbatu ma jeszcze trzy kolejne tomy. Jeśli tylko znajdę czas, chętnie się z nimi zapoznam.

681ea431-c6d7-49b1-a9eb-5c1740757866

Zaloguj się aby komentować

Ja to już, proszę Państwa, jestem stary i coraz więcej rzeczy zwyczajnie mi wisi. Nie będziemy tutaj zajmować się jednak tym, czym powinien się zająć lekarz urolog, ale wszelkiej maści napinaczami, w tym (a nawet przede wszystkim) napinaczami internetowymi. I tak, wczorajsza sytuacja wisi mi tak bardzo, że aż postanowiłem o niej napisać, a postanowiłem o niej napisać bo (po pierwsze) i pan Julian Tuwim takie rzeczy pisywał i (po drugie) pomysł, który przyszedł mi na ten wiersz, wydał mi się całkiem zabawny, a przy pisaniu bawiłem się bardzo dobrze:


***


Ktoś się ośmielił napisać o słojach!


Komisja Sędziowska się niemal zebrała

na wniosek Pana Prokuratora:

rzecz skandaliczna wczoraj się stała –

ktoś się ośmielił napisać o słojach!


A przecież wyszło Rozporządzenie

w Dzienniku Ustaw z zeszłego marca:

pierwszym tematem wierszy – cierpienie!;

a tu "poeci" robią se jajca!


Toć stoi: cierpieć! Jak młody Werter!

A gdy nie cierpieć, to choć się starać

o rzeczach ważkich pisać, z zadęciem:

Bóg, honor, Ojczyzna; czucie i wiara;


inne tematy należy ukrócić,

jak szkło słoika czy czoko-oko;

choć metaforą dopuszcza się rzucić,

tylko ostrożnie! – nie za głęboko!


A tak na serio: – Się nie ma co srać

– tak bym powiedział, gdyby ktoś spytał. –

Niech każdy pisze, co mu tam gra

w lirycznej duszy. Albo w jelitach.


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark przeczytałam, spodobało się dla mnie i dałam piorun bo wiersz ten mnie też nic a nic nie obchodzi. Fcale ( ͡~ ͜ʖ ͡°)

Kucaj nad słojem i rób swoje!

Zaloguj się aby komentować

Czy to prawda, że w obecnej, CXV edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem piszemy o słoikach?


***


Słoik w Gorzowie


To dorosłości miał być początek

Marka, co ze wsi pochodził Lubno;

na koniec technikum nazbierał piątek,

chociaż z biologią miał pewną trudność.


To wciąż Lubuskie, nie Illinois,

lecz matki instynkt doszedł do głosu:

napakowała mu w plecak słoi,

jakichś pieniędzy dała do trzosu.


Immatrykulacja tydzień gdzieś trwała,

pieniądze Markowi się szybko skończyły

i faza gastro go wtedy złapała,

bo dawno nie jadł. Tracił więc siły.


Był pożar w Gorzowie – płonęła Krótka,

Marek zaś wspomniał o matki słojach;

skorzystał – taka to kuchnia lubuska:

podgrzał gołąbki i sobie pojadł.

Zaloguj się aby komentować

Drodzy Najmilsi!



Piszę toto podsumowanie półprzysypiając, wybaczcie więc, że będzie krótko i konkretnie, ale obiecałem sobie, że tym razem dotrzymam słowa i nie pomylę dni. Jest więc piątek, 20.02.2026, jakoś wieczór na dodatek, czyli nadszedł czas na #podsumowanienasonety w edycji CXIV!



Bawili się (mam nadzieję, że dobrze):


@George_Stark, który napisał wytwór Arché stanowiący coś w rodzaju wiersza di proposta, wytwór To gówno białe oraz jeszcze jeden Marzenie. O Marzenie;



@splash545, któremu napisał się stoicki sonet Marzenia;



@Wrzoo, która napisała Czytam sobie ostatnio książkę o owadach;



@Kaligula_Minus, która się rozkręciła i popisała mnóstwo wytworów (choć do rekordu jeszcze daleko; nie to żebym podpuszczał, sam nie pamiętam jaki jest ten rekord): Nie zesraj się, smutną historię bez tytułu, wiersz o szczęściu, z gatunku tych, które nie wychodzą, a jednak wyszedł, lament po Cebuli (choć to tytuł uzurpatorsko i po bandycku nadany przeze mnie), i jeszcze jeden wytwór bez tytułu, no i jeszcze jeden;



oraz @fonfi z wytworami Muzyka duszy i Marzenie (proszę pozdrowić żonę, umywszy jednak wcześniej zęby).



Wszystkim uczestnikom dziękuję, wszystkim gratuluję, a współczuję uczestniczce @Kaligula_Minus, która tę CXIV edycję zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem wygrywa.



@Kaligula_Minus – jeśli wiesz, z czym wiąże się zwycięstwo (otwarcie, a później zamknięcie kolejnej edycji), to działaj. Jeśli nie wiesz, to pytaj. Niekoniecznie mnie, bo ja idę spać. Ktoś powinien Ci w razie czego pomóc, a jeśli nie, to ja zrobię to jutro, kiedy już się obudzę. (Chyba, że się nie obudzę. )

@George_Stark nie wiem, do kawiarenki zaglądałam sporadycznie i dopiero teraz zaczęłam korzystać z jej dobrodziejstw. Z racji tego, że aktualnie jestem nieco rozjechana (kto zna , ten wie, że dwie noce na czujce mają kiepski wpływ na procesy myślowe) to pozwolę sobie bezczelnie iść na łatwiznę i zapytać, co teraz powinnam uczynić? Pragnę również podziękować wszystkim tym, którzy dostrzegli w tych moich wypocinach jakąś wartość do tego stopnia, że zostałam tak wspaniale wyróżniona w Kawiarence. Jeśli tylko dacie mi instrukcje, byle jasne ( ͡° ͜ʖ ͡°) zrobię to, co należy zrobić

@Kaligula_Minus wybierasz utwór, (klasycznie sonet, lecz może być inny wiersz lub piosenka) do którego rymów będziemy rymować. Możesz dać jakiś temat, lub nie, tak naprawdę to możesz nie dawać nawet utworu. Czyli scena jest Twoja, to Ty ustalasz zasady - w nowym poście #diproposta - dla nadchodzącej edycji bitwy #nasonety . Możesz ustalić edycję dissową np. Zwyczajowo edycja trwa tydzień i na jej koniec piszesz posta z podsumowaniem i wybierasz zwycięzcę podług jakichś zasad, albo własnego widzimisię.

Zaloguj się aby komentować

Ech.


Najlepsze wiersze pisze życie, szkoda tylko, że tak drogo. Dentysta-sadysta to już rym oklepany a poza tym, to dziś są takie znieczulenia, że nie boli. Przynajmniej w czasie zabiegu:


Wybrałem się dzisiaj do stomatologa.

Przyjemność wątpliwa i cholernie droga,

dlatego po wszystkim, już przy płaceniu

tak zamarzyłem o znieczuleniu.


#wolnewiersze

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Kiedy sugerowałem temat obecnej edycji zabawy #nasonety wcale nie miałem zamiaru pisać takiego wiersza. Dzisiejsze jednak zdarzenie przypomniało mi moje czasy licealne, a co za tym idzie licealne podrywanie, choć nie tylko chyba moje:


***


Marzenie. O Marzenie


Mam marzenie. O Marzenie.

Nogi drepczą, depczą ziemię

takie mnie ogarnia chcenie

gdy spoczywa me spojrzenie

gdzie Marzena ma siedzenie.


I twardnieję niczym pieniek,

myśl przychodzi o Big Benie

bowiem w uchach mych dzwonienie –

aż tak skacze mi ciśnienie.


Się rumienię i czerwienię,

jąkam się jak potępieniec,

cierpię gardła wysuszenie,

bicia serca przyspieszenie.


A Marzena? Cóż – Marzena

jakoś czasu dla mnie nie ma,

jakby głucha na me „siema”,

dość ma chyba moich żenad.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Kurde, pszypau xD


Było tak: wyszedłem sobie w zeszłą sobotę na spacer i patrzę – plakat. Na plakacie napisali, że konkurs, że biblioteka, że wyznanie miłości w formie wiersza, rysunku czy czegoś tam jeszcze i że zgłoszenia do poniedziałku. No i że można mailem. A później była niedziela wieczur i nie bardzo miałem co robić, a że mi się przypomniało o tym konkursie, no to siadłem, napisałem i wysłałem.

– „I tak nic z tego nie będzie” – pomyślałem. – „Wszystkie te konkursy są ustawione, wiadomo.”


Pani z biblioteki zadzwoniła szybko. Zadzwoniła już we wtorek koło dziesiątej, co w zasadzie powinno wzbudzić moje pierwsze podejrzenia, tak się jednak nie stało. Podejrzenia pojawiły się dopiero po tym, kiedy pani zapytała którego liceum jestem uczniem.

– A to był konkurs dla licealistów? – zapytałem lekko zdziwiony, bo na plakacie takiej informacji nie było. Z drugiej strony nie zawracałem sobie przecież głowy czytaniem regulaminu.

– Nie. Dla wszystkich – odpowiedziała pani, choć wydawała się dość zbita z tropu, po czym zapytała: – To jak, przyjdzie pan na wręczenie nagród?

– No, przyjdę – powiedziałem, bo właściwie dlaczego miałbym nie przyjść?


Skoro więc powiedziałem że przyjdę, no to przyszedłem i głupio już mi było uciec kiedy okazało się, że, choć konkurs rzeczywiście adresowany był do wszystkich, no to zgłosili się do niego sami licealiści. Przyszli pod opieką nauczycieli. Ja przyszedłem sam.


Nie wiem czy nie wolałbym zapłacić dwustu sześćdziesięciu pięciu złotych na lotnisku za spóźnienie się z odprawą niż siedzieć tam i kisnąć samemu z siebie i z własnej głupoty. Być może bym wolał, nikt mi jednak nie dał takiego wyboru, więc siedziałem tam i kisłem. A teraz kisnę dalej, choć już w domu, do którego przyniosłem otrzymany dyplom i długopis, a nawet lizaka!


Więc, jeśli ktoś pozazdrościłby mi sukcesu i zapragnął również zostać nagrodzonym w konkursie literackim i zapytałby mnie jak tego dokonać, to poleciłbym mu zgłosić się na jakiś mało rozreklamowany. Taki, do którego niemal nikt się nie zgłasza, a nagradzają w nim każdego, kto tylko zdecyduje się przysłać cokolwiek.




Dziękuję za wypowiedź, idę kisnąć dalej. Przedtem jednak tym wierszem napisanym w niedzielę wieczur pozwolę się sobie z Państwem podzielić. Kto wie? – może ktoś jeszcze mnie za niego zdecyduje się nagrodzić:


Życzenie

albo Sztuka kochania


Być może jest to pewien przywilej,

bo nie każdemu bywa to dane,

że, gdy już odlecą z brzuchów motyle,

dwoje ze sobą dalej zostanie.


Bo nasze wady są do zniesienia,

choć okulary swój róż kiedyś stracą,

optyka trochę zacznie się zmieniać,

gdy zająć się przyjdzie nad nami pracą.


Będzie codzienność, całkiem zwyczajna

hormony nie będą już w nas aż tak szaleć,

a gdy się droga zrobi rozstajna,

chciejmy się na niej razem odnaleźć.


Bo to jest pewnie, że będzie różnie,

czasem się pewnie i zdarzy posprzeczać –

nie odkładajmy wtedy na później

rozmowy o najważniejszych rzeczach


i chciejmy mówić “tak” zamiast “nie”,

i chciejmy godzić dwa różne zdania,

i chciejmy ciągle rozwijać się

w naszej codziennej sztuce kochania.



#wolnewiersze

#zafirewallem

4cfbe0e7-0b6b-4048-96fc-23a5a4c0e8be

@George_Stark fajny wierszyk, taki uroczy. Ja czuję, że pisał to ktoś dojrzalszy niż licealista, bo perspektywa taka bardziej doświadczona. Formę nie mi oceniać, bo nie znam za bardzo poezji. Powiedziałeś pani bibliotekarka, że mamy tu takie forum, gdzie dorośli starcy piszą wierszyki, a nawet sonety?😄

Zaloguj się aby komentować

No dobrze, jeszcze jeden. Pisałem o swoim marzeniu żeby już stopniało prozą, więc teraz to samo, tyle że wierszem:

***

To gówno białe


I znowu za oknem to gówno białe,

choć taką już przecież nadzieję miałem,

bo już na plusie było niemało,

to jednak – niestety! – znów nasypało,


więc znowu auto przyjedzie odśnieżać:

dach, maskę, światła i cały zderzak,

i jeszcze szyby przyjdzie odszronić,

doznając przy tym odmrożeń dłoni.


Takie to właśnie marzenie miałem,

by już stopniało to gówno białe,

czyli niewiele chciałem od życia,

a to „niewiele” śnieg mi przysypał,


więc o czym innym zaczynam marzyć,

bo, choć awersję mam do lekarzy,

to pójdę i udam, że mam przeziębienie.

Na jakiś tydzień wezmę zwolnienie.


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark

Dlatego jest lepiej żyć bez nadziei

Lecz po swojemu, tak jakbyśmy chcieli

I nawet gdy los ześle mrozy lub słotę

To skoczę na plażę, ot tak, na piechotę

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!


Ponieważ w CXIII edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem wygrałem pokonując samego siebie, no to przyszło mi otworzyć CXIV edycję zabawy #nasonety, również w kawiarni #zafirewallem.


Dostarczę Państwu utwór di proposta, on poniżej. Jest to utwór mojego autorstwa, część Cyklu Gorzowskiego (będę już miał z głowy), bo to żywiołowe zakończenie już od dawna za mną chodziło, tylko jakoś mi albo rymy nie pasowały, albo, kiedy nie było narzuconych rymów, nie układał mi się ten wiersz z jakichś innych powodów, których już nie pamiętam.

Wiersz di proposta jest więc w tej edycji narzucony, ale nie wymagam rymowania do niego. Można rymować jak komu w duszy gra, na temat jaki kto tam chce, na przykład o marzeniach. Bo, kiedy dziś rano odsłoniłem okno i zobaczyłem za nim śnieg, którego tak bardzo nie chciałem już oglądać, to od razu mi się zamarzyło, żeby już wreszcie zaczęła się wiosna.


Konkurs kończymy (o ile nie pomylą mi się dni), w piątek, 20.02.2026. Jakoś wieczorem.


Zapraszam do zabawy!


***

Arché


Problem podjęli już antyczni Grecy –

co jest przyczyną wszelakiej rzeczy?;

i rozwijali przeróżne szkoły,

na ogół zgodni, że to żywioły.


Lecz nie obyło się bez awantury,

bo żywioł – zgoda. No, tylko który?

Ksenofanes: – Ziemia! A Tales mu: Woda!

Demokryt: – Z atomów się składa przyroda!


A pośród tego i darcie p⁎⁎dy

Platona: – Przyczyną wszystkiego liczby!

I tak to się Grecy właśnie spierali,

choć nie uwzględnili jednego: Stali.


Miał rację Heraklit, dowiedli w Gorzowie,

że praprzyczyną wszystkiego – Ogień:

Ogień najpierwszym żywiołem w naturze,

bo właśnie w ogniu powstaje żużel.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

313 + 1 = 314

Tytuł: Dzieci Arbatu. Tom 1

Autor: Anatolij Rybakow

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10


#bookmeter


***

Stalin!” To jedyne słowo, wypisane na wszystkich plakatach i transparentach, ludzie wykrzykiwali, skandowali, unosiło się ono w mroźnym powietrzu, wszystkie spojrzenia zwrócone były ku trybunie na mauzoleum, gdzie stał On – w szynelu i prostej czapce uszance z opuszczonymi nausznikami. Wszyscy na trybunie byli w ciepłych czapkach, ale opuszcone nauszniki miał tylko Stalin, było mu zimno, i to czyniło go w oczach miliona manifestantów kimś jeszcze bardziej zwyczajnym i ludzkim – im też jest zimno, ale on marznie dotkliwiej, oni idą, a on przez kilka godzin musi stać bez ruchu na trybunie mauzoleum, żeby ich pozdrowić.


Bohaterów jest w tej książce mnogo. Jest przede wszystkim to tytułowe arbackie towarzystwo, jest Sasza Pankratow, jest Jura Szarok, są Nina i Waria Iwanowne (nazwiska jakoś nie zapamiętałem, a znaleźć nie mogę), jest Lena Budiagina. Jest matka Saszy, Sofia Aleksandrowna i jest wujek Saszy, Mark Riazanow, jest nawet ojciec Saszy, Paweł Nikołajewicz. Są też postaci autentyczne, wysoko postawieni urzędnicy, członkowie KC, tacy jak na przykład Nikołaj Jeżow (ten któremu zdarzyło się w pewnym momencie zniknąć, również ze zdjęcia). No i jest jeszcze towarzysz Stalin.


W związku z takim nagromadzeniem postaci, wątków również jest w tej książce mnogo. Dla mnie, który czytam ją po raz pierwszy przede wszystkim wybijają się trzy z nich: wątek Saszy Pankratowa – ofiary systemu, Jury Szaroka – beneficjenta systemu i Józefa Stalina, tego systemu twórcy, podopory i gwaranta. Szczególnie ten trzeci wątek zasługuje na uwagę, bo pan Rybakow przedstawił bardzo obszerny portret psychologiczny nie tylko wodza, ale i całego stworzonego przez niego paranoicznego reżimu. O ile w sprawie reżimu Dzieci Arbatu przedstawiają solidny, umocowany w rzeczywistości obraz, tak w sprawie wodza nie mam pojęcia ile jest w tym wszystkim prawdy, a ile licentia poetica. Ech, chciałoby się przeczytać coś jeszcze, na przykład to i móc porównać, tylko czasu brak.


Technicznie, tak pod względem konstrukcji fabuły, jak i literacko, ta książka jest na wskroś radziecka (antyradziecką ma wyłącznie wymowę), co akurat mnie niekoniecznie przeszkadza, a w przypadku języka jest nawet swego rodzaju perwersyjną zaletą. I mimo nawet tego, że Dzieci Arbatu niczym mnie nie zaskakują, to, kiedy tylko znajdę czas, pewnie zapoznam się z drugim tomem tej opowieści, choć wiem przecież czego mogę się w nim spodziewać. I ze współczuciem, będę towarzyszył Saszy Pankratowowi w jego zesłaniu na Syberię (ta część ponoć oparta jest na doświadczeniach własnych autora), z pewnym być może niedowarzaniem, a już na pewno z brakiem zrozumienia będę śledził rozwój kariery Jury Szaroka obserwując, jak w imię kolektywu dba o swój własny interes i będę poznawał kolejne odcienie szarości z całej ich palety w sposobie myślenia towarzysza Stalina, ze zgrozą znajdując analogie w tym, co coraz częściej niestety obserwuję na co dzień.

dbf8b6b5-f964-4890-8af1-a74308fb86f6

@George_Stark Coś pamiętam, może warto odświeżyć. Ważna historycznie książka, ale chyba dość smutna, z tego co pamiętam.

@Opornik


ale chyba dość smutna, z tego co pamiętam.


Na a jaka ma być, jak jest o Związku Radzieckim?


Swoją drogą, to stwierdzenie ważna historycznie książka, w zestawieniu z moimi wrażeniami estetycznymi z jej lektury uświadomiło mi, że w zasadzie większość ważnych (głośnych) książek jest napisana literacko dość słabo (pierwsze z brzegu przykłady: 1984, Nowy, wspaniały świat). I może to jest ich zaleta, jeśli chodzi o szeroki odbiór?

@George_Stark Miałem namyśli że pokazuje dobitnie zbrodnie i życie w czasach totalitaryzmu których wielu ludzi nie zna.

O Holokałście i naziolach mamy milion książek i filmów, o Komuniźmie trochę książek z których zaledwie kilka zyskało większy odbiór, a filmów prawie żadnych.

Zaloguj się aby komentować

Sonet z pozdrowieniami

i żonę proszę pozdrowić również


Tak pomyślałem – uczynię podstęp,

żart jakiś zrobię i to małym kosztem,

i siądę sobie nad kartką na moment,

coś tam pokreślę, napiszę sonet!


Weny nie było, lecz było wino

może dlatego wiersz sam mi spłynął

z wargi pijackiej wśród kępek zarostu,

przez ramię do pióra. Tak się tam osnuł.


I teraz błyszczę blaskiem banału

bęcwała pierwszego pośród bęcwałów,

którzy – nie mając co robić w życiu –

siedzą i sobie wierszyki piszą.


A by formalistom napsuć humoru

ten wers ostatni zaburzy rytm i wcale nie będzie pasował do wzoru!


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Ostatnio mylą mi się dni, ale nie tym razem. Pomimo tego, że zdaję sobie sprawę z tego, że dziś jest czwartek i zdaję sobie również sprawę ze wszystkich tego faktu konsekwencji, to nie umyka mojej uwadze to, że sobota zbliża się wielkimi krokami. Wobec tego już dziś przychodzę do Państwa z odpowiednim na jutrzejszy wieczór lamentem, jest to bowiem




Lament piątkowy


O, te soboty wszystkie żałosne!

O, życie moje – tak bezlitosne!

I członki moje już jakby chrome,

a tu sobota jutro! – za moment!


O cóżże, cóżże jest moją winą,

że cierpię, a cierpię nawet pomimo,

że świat za oknem ma kąpać się w słońcu,

trzecią sobotę już w tym miesiącu!


I tak owijam się cały w całun,

całun ze smutku, boleści, żalu,

i życie me pęka – powstają rysy.

Ratuj mnie, matko! Ocal mnie! – słyszysz?!


***


Ani jednego przy tobie wieczoru

spędzić nie mogę w świętym spokoju!

Weź te koszule dzisiaj wyprasuj,

a jutro będziesz sprzątał, Augiaszu!




#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

I z uporem się będę upierał, że wiersz o moim mieście rodzinnym napisałem wcale nie dlatego, że o Gorzowie mi jakoś za cholerę nie chce wyjść, ale wyłącznie z tego powodu, że kolega @splash545 kiedyś wyraził nadzieję, że taki wiersz napiszę.


***

Moje miasto


Miasto na wschodzie – ominął je postęp,

życie mieszkańcy mają tu proste,

a żeby przyjemność móc poczuć przez moment,

można tu tylko przelecieć żonę.


Miasto na wschodzie, co postęp ominął –

z rozrywek jest jeszcze w nim tanie wino

latem pijane na skwerku w słońcu,

zimą na chłodnym i wietrznym dworcu.


Miasto, gdzie wszystko się dzieje pomału,

miasto układów, kolesi i wałów,

miasto znad ścieku, czyli Silnicy,

miasto, które się nigdzie nie liczy.


Miasto bez krzty poczucia humoru,

stolica chamstwa, braku honoru –

większy pożytek byłby już z lasów

niż z tego miasta z poprzednich czasów.

***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Boże, chroń Królową


Karzeł. Knyp. Liliput. Kurdupel. Krasnal. Chujowo jest być niskim.


Mówi się, że metr pięćdziesiąt w kapeluszu. I nawet by to do mnie pasowało, gdyby nie to, że nie w kapeluszu, ale w irokezie, no i nie metr pięćdziesiąt, ale metr czterdzieści osiem. Z tym irokezem zresztą to też same tylko problemy. Stawiało się te włosy, kupę czasu mi z tym schodziło, bo jakoś ani talentów ani zapędów fryzjerskich nigdy nie miałem, a poza tym cukier był drogi, a później szło się w miasto, sztuczny tłum żeśmy zaczynali robić żeby skroić jakiegoś frajera żeby było się za co napić i cukru na jutro dokupić, a w tym tłumie zaraz ktoś ręką machnął jak jakaś p⁎⁎da nieuważna i od razu fryzura zepsuta. Cały mój imidż, półtorej godziny stawiania włosów psu w d⁎⁎ę! A weź tu w ogóle utrzymaj imidż, kiedy masz wzrostu tyle co przedszkolak! Weź tu, k⁎⁎wa, kup jakieś ciuchy, ramonę jakąś weź tu znajdź na swój rozmiar, jak musisz się na dziale dziecięcym ubierać, a tam same, k⁎⁎wa spondżboby i inne spajdermeny zasrane! Tyle miałem farta, że Kura w Cegielskim na krawcową się uczyła, to coś tam mi zawsze skróciła, przeszyła i jakoś się dało podobnie do człowieka wyglądać.


No więc chujowo jest być niskim. Tak jak wtedy, kiedy żeśmy szli przed miasto z Ablem i Kurą, koło katedry żeśmy przechodzili, ludzie akurat ze mszy wychodzili i jakaś dewoty jak tylko nas zobaczyły, to zaraz się zatrzymały i gapić się na nas zaczęły. Jedna to aż się przeżegnała.

– Mój Boże! Diaboł! – powiedziała, a ja wystawiłem język, zrobiłem zeza i rykiem piekielnym ryczeć do niej zacząłem.

– Ładnie państwo synka wychowujecie – rzuciła druga dewota do Kury i Abla, a przecież Abel był z mojego rocznika, a Kura była od nas o rok młodsza. No odpaliłem się wtedy, miałem ochotę wziąć i przyjebać głupiej piździe w ryj, no ale ochotę to mogłem sobie mieć. Co z tego, że miałem ochotę jej przyjebać, jak do tego jej głupiego ryja nie dałbym rady dosięgnąć, nawet gdybym podskoczył.

Podszedłem więc podkurwiony, kopnąłem ją w kostkę i, jako że nie dałbym rady jej w ryj przyjebać, chciałem jej w ten ryj chociaż napluć. Charknąłem, zebrałem najgęstszą flegmę, taką spod samego serca, ściągnąłem usta w dzióbek i strzyknąłem śliną. Nie doleciało. Zatrzymało się na gdzieś na broszce. Chciałem poprawić, ale baba, po kościelnemu, rozdarła się wniebogłosy:

– Ratunku! Ludzie! Ratunku! – krzyczała.

Ludzie odwracali się, patrzyli co się dzieje, niektórzy nawet skręcali w naszym kierunku. Czy chcieli pomóc babie, czy chcieli nam wpierdolić, czy może sami chcieli melę na ryj wyłapać – nie mam pojęcia. Baba krzyczała, darła się coraz głośniej i głośniej, darła się jakby ją ta moja chara jak jakaś siarka piekielna paliła, aż w końcu głośniej od baby krzyknęła Kura:

– Proboszcz! Spierdalamy!

No i żeśmy spierdolili.


Chujowo jest być niskim. Kiedy dobiegłem zziajany do parku, Abel z Kurą już siedzieli na ławce. Dotarli tam sporo przede mną, mieli w końcu dłuższe nogi, to łatwiej im się spierdalało. Mnie samego proboszcz prawie wtedy złapał. Tyle miałem farta, że przy moim wzroście, choć nie jestem szybki, to akurat zwinności odmówić mi nie można. A kiedy zestawić to z tym, że chłop z natury nie jest nawykły do chodzenia w sukienkach, to jakoś udało mi się w ostatniej chwili zrobić unik, a proboszcz wtedy zaplątał się przy próbie nagłego skrętu w tę swoją kieckę i zaliczył glebę. Zanim zdążył z prochu powstać i z tego prochu się otrzepać, ja już zniknąłem mu za winklem.

No więc kiedy dotarłem do parku, Kura z Ablem już siedzieli na ławce. Kleili się do siebie. Kura z Ablem mieli się ku sobie, a mieli się ku sobie zwłaszcza wtedy, kiedy nie udało nam się jeszcze zorganizować jakiegoś wina. Później, kiedy flaszka już się znajdywała, a takim czy innym sposobem znajdywała się przecież zawsze, Abel dużo bardziej niż ku Kurze miał się właśnie ku winu. Co jednak ciekawe, to Kura piła więcej niż Abel. Abel najpierw jakby się delektował tym winem, zresztą zawsze łeb miał słaby i już po pierwszym łyku odpalała mu się filozofia i zaczynał poruszać tematy egzystencjalne:

– K⁎⁎wa, ta polska flaga biało czerwona, zupełnie jak kolory wina. Naród, k⁎⁎wa, alkoholików. A w godle to co? Korona orła to jaka jest? Złota jest, k⁎⁎wa! A browar to jaki ma kolor co? Zresztą, orzeł też biały, a czyściochę to jak się nazywa?

Kura zabierała wtedy od niego flaszkę i pociągała solidny łyk, po którym coraz bardziej przesuwała się w stronę wciąż niemilknącego Abla, przesuwała się bliżej i bliżej, aż w końcu siedziała z nim bok w bok i jej ręka wędrowała na jego udo.

– Albo właśnie, czemu, k⁎⁎wa, nie nosi się naszywek na udach? – wykrzykiwał Abel i wstawał wtedy, choć stał już raczej chwiejnie, i z zainteresowaniem przyglądał się własnym udom. – Tutaj, z przodu, to można by se jakąś anarchię pierdolnąć. A na d⁎⁎ie to bym se flagę naszą narodową przyszył. Albo swastykę. Albo nie! Tego orzełka z policyjnej czapki bym sobie na d⁎⁎ie przyszył! Tylko jak takiego orzełka zdobyć? – zastanawiał się.

Abel, jak już się odpalił, to długo potrafił tak pi⁎⁎⁎⁎lić przeskakując z tematu na temat, choć tematy zawsze poruszał te same, zmieniała się tylko kolejność. Kura w tym czasie osuszała flaszkę do końca. Czasami udało mi się wyrwać to wino z jej rąk i ściągnąć łyka albo i dwa. Mnie, tak jak Ablowi, też niewiele było potrzeba. Co prawda chujowo jest być niskim, ale niekiedy ma to swoje zalety.


– Napiłby się czegoś – powiedział Abel wtedy, kiedy dotarłem zziajany do parku. Abel, dopóki nie pociągnął pierwszego łyka, był bardzo konkretny, mało raczej wygadany.

– No, napiłby się się. Tyle że nie ma za co – stwierdziłem wówczas w stylu Abla, filozoficznie.

Wszyscy wywróciliśmy kieszenie na drugą stronę. Cztery agrafki, skasowany bilet autobusowy i dwie zawleczki z puszek od piwa stanowiły cały nasz wspólny majątek. Wiele za ta kupić się nie dało.

– No to trzeba za⁎⁎⁎ać – wpadłem na genialny pomysł.

– Ta, za⁎⁎⁎ać. Tylko skąd? – Kura obnażyła słabość mojego planu i rzeczywiście, miała rację. W każdym sklepie spożywczym w promieniu kilku kilometrów od centrum, w którym tylko pojawialiśmy się, czy to we trójkę, czy osobno, natychmiast dostawaliśmy obstawę. Co jak co, ale mieliśmy wówczas na mieście wyrobioną renomę.


Siedzieliśmy więc w tym parku o suchym pysku, gadać za bardzo nie było o czym, więc oglądaliśmy pływające w stawie kaczki.

– Ech, przydałby się jakiś Jezus – spoglądając na wodę stwierdził Abel, który w dzieciństwie był ministrantem i znał te wszystkie historyjki, choć tę o zamianie wody w wino to nawet i ja znałem, tyle że nawet w czasie najgorszej posuchy nie przychodziła mi ona do głowy.

– Jezus, mówisz? – spytała Kura. – To ja wiem, skąd możemy wziąć wino.




– My, proszę księdza, chcieliśmy zapisać się na nauki przedmałżeńskie – powiedziała Kura do zdziwionego księdza proboszcza, kiedy zjawiliśmy się w drzwiach zakrystii.

– No.. Ale to trzeba by przyjść do kancelarii, to trzeba by się najpierw zapisać. To termin musi być ustalony, to grupa się musi zebrać, to nie może przecież być tak, że każdy może sobie przychodzić kiedy mu się podoba…

– A takie nauki to długo trwają? A czego na nich się można dowiedzieć? A kiedy grupa się zbierze? A ksiądz ma już jakieś plany co terminu? – Kura zasypywała proboszcza pytaniami.

– Proszę przyjść w czwartek o 17, to się wszystkiego dowiecie. A teraz przepraszam, ale nie mam czasu. Muszę się przygotować do mszy w intencji intronizacji Matki Boskiej na Królową Polski.

– Matki Boskiej na Królową Polski? – spytała Kura z perfekcyjnie udawanym entuzjazmem. – A mógłby ksiądz coś o tym więcej? Bo wie ksiądz, to wydaje się strasznie ciekawe i…

Chujowo jest być być niskim, ale niekiedy ma to swoje zalety. Kiedy Kura zagadywała księdza proboszcza, ja prześlizgnąłem się obok. Myszkując po szafkach w zakrystii słyszałem coraz bardziej zniecierpliwiony ton księdza i coraz bardziej natarczywe pytania zadawane mu przez Kurę. Denerwowałem się. Zastanawiałem się czy zdążę Przeszukiwałem więc kolejno szafkę po szafce, chciałem działać metodycznie, nie chciałem robić niczego na chybił-trafił. Takie działanie zmniejszyłoby prawdopodobieństwo sukcesu. Zacząłem od komody. Otworzyłem pierwszą szufladę. Pudło – jakieś świece, opłatki, nic co by nas interesowało. Nie mieliśmy przecież zamiaru urządzać nie tylko czarnej mszy, ale w ogóle nie mieliśmy zamiaru urządzać żadnej mszy w jakimkolwiek innym kolorze. Druga szuflada, również pudło. Znajdowała się w niej jakieś rzucone niedbale szaty liturgiczne, przeznaczone chyba do prania, a na wierzchu stosu leżały czerwone majtki z napisem „Roma”. Trzecia szuflada, też nic co by mogło się nam przydać – jakieś oprawiane w skórę grube księgi. Następnie otworzyłem drzwi znajdującej się obok komody szafki. Zanim jeszcze zajrzałem do środka, wiedziałem już, że tym razem się udało. Mebel poruszył się przy otwieraniu, a z jego wnętrza wydobył się miły, znajomy brzęk. Nie zdążyłem się jednak nawet ucieszyć, bo usłyszałem krzyk Kury:

– Spierdalamy!

No i żeśmy spierdolili, ale na szczęście udało mi się zabrać ze sobą jedną ze stojących w szafce butelek.


– Ale się wy⁎⁎⁎⁎⁎olił, jak się zaplątał w tę swoją sukienkę! – cieszyła się Kura, kiedy zziajany dotarłem do parku, gdzie na ławce siedzieli wtuleni w siebie moi kompani.

Abel zabrał się za wyciąganie korka z butelki metodą wybijania go od strony denka, a kiedy mu się to udało, skosztował zawartości po czym rozpoczął rozważania na tematy heraldyczne:

– A jakby tak zastąpić orła Matką Boską? Może to i było by lepiej? No ale Matka Boska zwykle przedstawiana jest w niebieskiej szacie, a niebieski zupełnie jak Curaçao…

Kura zabrała butelkę z rąk Abla, swoim zwyczajem pociągnęła solidny łyk i przesunęła się na ławce kawałek w stronę Abla.

A ja byłem z siebie dumny. Chujowo jest być być niskim, ale niekiedy ma to swoje zalety. Zwłaszcza kiedy potrafi się wykorzystywać sprzyjające okoliczności. Sięgnąłem po butelkę, a kiedy Kura niechętnie mi ją oddała, wzniosłem toast:

– Boże, chroń Królową!



***

POSŁOWIE:

Kiedy tylko zobaczyłem te grafiki obrazujące rodzaje punków, które zostały załączone do posta otwierającego bieżącą edycję zabawy #nasonsty w kawiarni #zafirewallem, i zauważyłem na nich napis „nanopunk” od razu przyszedł mi do głowy niskorosły (upośledzony w wymiarze pionowym) punk. Pomysł na opowiadanie, jak to z pomysłami bywa, był oczywiście zupełnie inny niż ten szkic, który mi wyszedł i który tam wyżej zamieściłem, no ale przecież to zawsze tak się zdarza – trzeba się do tego przyzwyczaić. W każdym razie przy pisaniu bawiłem się świetnie, mam nadzieję, że przy czytaniu mieli Państwo podobne wrażenia.


#naopowiesci

Zaloguj się aby komentować