Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 744wpisy
  • 3808komentarzy

Ksiądz też człowiek, więc nic co ludzkie nie jest mu obce. Czasami taki ksiądz ma ochotę wybrać się na przykład do kina, w towarzystwie oczywiście, żeby mieć z kim po seansie przeprowadzić interesującą konwersację na temat właśnie obejrzanego filmu. Czy jakoś tak:


***

W kinie w Gorzowie, a nawet jeszcze przed kinem


Z sześćdziesięciu krzeseł kinem

i dość urodziwą panią

zaplanował już godzinę

choć nie wyszło wcale tanio.


Dziarskim jednak krokiem zmierzał

spryskał się Eau de Cologne,

pomodlił się do papieża…

naraz dziwną poczuł woń.


Spalenizny zapach dobiegł,

on sam nagle zaczął świecić,

później biegał po Gorzowie

i pożar rozniecił.


To historia duszpasterza,

który chciał z przeciwną płcią…

co z przeciwną płcią zamierzał…

Płoń w Gorzowie, księże płoń!


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Drodzy Najmilsi!


W CX edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem oprócz tego, że zajmiemy się układaniem wierszy, to zajmiemy się jeszcze ważnym problemem społecznym. Problem społeczny jest mianowicie taki, że, jako społeczeństwo, jesteśmy coraz bardziej skłóceni. Żeby rozwiązać problem, należy wyeliminować jego przyczyny a nie objawy (czego uczą nas reklamy leków), a żeby wyeliminować przyczyny, to należy je najpierw ustalić. Ta robota z ustaleniem przyczyn została już na szczęście wcześniej wykonana i wiemy, że przyczyną skłócenia społeczeństwa są anioły (o czym uczy nas pan Artur Andrus), a są te anioły tak wredne, że nie odpuszczają nawet mechanikom samochodowym (o czym informuje nas podmiot liryczny w wersie leżę sobie pod Lublinem).


***


Artur Andrus

Leszku, synu Kazimierza

(fragment)


Odurzony tanim winem

i rozrywką równie tanią

leżę sobie pod Lublinem,

a tu nagle anioł


identyczny jak z pacierza,

skrzydło kładzie mi na skroń

Leszku, synu Kazimierza,

goń za wrogiem goń!


Ledwo co przysnąłem sobie,

a ten mi do ucha skrzeczy

Śniło mi się siedem kobiet,

z tego trzy do rzeczy


A tu anioł do mnie zmierza,

miecz mi wciska w prawą dłoń

Leszku, synu Kazimierza,

goń za wrogiem goń!


***


Zasady są takie, że układamy swoje wiersze do minimum trzech (lub czterech, jeśli ktoś chciałby zastosować refren) pierwszych strof wyżej podanego tekstu di proposta, a ja w najbliższy piątek według zasad nawet mnie jeszcze w tej chwili nieznanych wyłonię zwycięzcę.


Proszę się bawić dobrze i uczestniczyć, w miarę możliwości, licznie.




A ponieważ powyższy tekst to jedynie fragment tekstu całego, podaję również link do miejsca, gdzie tekst w całości (i przyjemniej bardzo aranżacji muzycznej) można sobie odsłuchać.

"wesoło" dr Zwierachs


Rzeczywistość poza naszymi objęciami

Starta na proch przyszłość pomiędzy butami

Dookoła świat szalony nikt w niego już nie wierzy

System moralności padł, więc na czym nam zależy?


A wokoło szarych ścian

Wiszą portrety samych znanych gości

Jakie miejsce i jaki czas?

Byś nie musiał mieć już wątpliwości

Na plakatach miejskich bram

Wciąż te same osobistości

Jakie miejsce i jaki czas?

Już nie musisz ich mieć!


Wesoło ręce w górę!

Wszak Tyś jest wybranym!

A tamci co pod murem

Też mogą mieć własne zdanie!

Jak szczur tu egzystyuję

Na WŁASNE rządanie!

Uśmiechem promieniując

Psychiatrom darowanym

Zaloguj się aby komentować

63 + 1 = 64

Tytuł: Na południe od Brazos

Autor: Larry McMurtry

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 9/10

#bookmeter

[…] toteż ludzie od Calla oczekiwali rozkazów, a pili z Gusem.


Czasami człowiek coś powie, a później głupio już jest się z tego wycofać, no i trzeba ponosić konsekwencje, tak jak na przykład w przypadku Woodrowa Calla, który złożył obietnicę Augustusowi McCrae i słowa musiał dotrzymać, choć to nie miało już żadnego znaczenia. Albo jak ja, kiedy na ostatnim, grudniowym spotkaniu kieleckiego Klubu z Kawą nad Książką wyrwany z rozmowy pytaniem o propozycję na kolejne spotkanie rzuciłem Na południe od Brazos. – „Przecież się nie wylosuje” – myślałem. Ale się wylosowało.


Już kiedyś czytałem tę książkę (cztery i pół roku temu, jak ustaliłem po zakończeniu lektury) i bardzo mi się podobała. Nie pamiętałem co prawda, że jest ona aż tak długa (to zaleta czytania na czytniku – kiedy wyłączy się te wszystkie wskaźniki postępu i widoczność numeracji stron, nie wie się jak dużo jeszcze do końca, więc można się bardziej zagłębić w opowieść), bo gdybym pamiętał, to pewnie wymieniłbym inny tytuł. No ale wymieniłem ten, on się wylosował i przyszło mi po raz kolejny wyruszyć z kowbojami pędzącymi bydło przez całe Stany Zjednoczone. Kolejny raz w towarzystwie Augustusa McCrae, Woodrowa Calla, Jake Spoona, Newta Doodsa, Joshuy Deetsa, P.E. Parkera i innych przyszło mi przebyć drogę spod granicy z Meksykiem aż do granicy z Kanadą i kolejny raz była to podróż fascynująca.


Fabuła tego utworu w zasadzie jest prosta. Dwóch dawnych pograniczników, Woodrow Call i Augustus McCrae po bodaj dwudziestoletniej służbie założyło w Teksasie przedsiębiorstwo handlu bydłem. Być może żyliby tam sobie spokojnie, bo i niewiele się w tym przedsiębiorstwie działo, gdyby w tarapaty nie wpadł ich dawny kompan, Jakie Spoon. To właśnie przybycie Spoona i przyniesione przez niego informacje o dostępie do ziemi w Montanie spowodowały, że Call zdecydował się zebrać bydło, zebrać ludzi i wyruszyć na północ. I tak sobie na tę północ wędrowali.


Ten akapit wyżej to w zasadzie całkiem niezłe streszczenie tych blisko dziewięciuset stron westernu, ale to nie jest wszystko co można w Na południe od Brazos znaleźć. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że Na południe od Brazos westernem nie jest, ja nazwałbym tę książkę raczej powieścią obyczajową osadzoną w estetyce westernu. Bo faktycznie, to co dla mnie wybija się w tej opowieści na pierwszy plan, to wcale nie wydarzenia, ale postaci. Pan McMurtry stworzył je fantastycznie, każdy z bohaterów Na południe od Brazos jest tak krwisty, jak dobry wołowy befsztyk, przy czym od takiego befsztyku sporo jednak żywszy. Na pierwszy plan wybijają się oczywiście Woodrow Call i Augustus McCrae, bo to oni dowodzą całym tym przedsięwzięciem. Ciekawą rzeczą jest to, że o ile o Gusie dowiadujemy się w zasadzie wszystkiego od razu, tak na pełną diagnozę charakteru Calla (wypowiedzianą zresztą ustami Gusa) należy poczekać na koniec książki. W ogóle Calla jest, jak na głównego bohatera, w opowieści mało – wspaniały zabieg, coś jak z Hanibalem Lecterem w Milczeniu owiec. Wspaniały jest też kontrast między tą dwójką, tak bardzo przywodzący mi na myśl kontrast, który znalazłem (albo sobie dopowiedziałem) w postaciach Ala i Ptaśka z Ptaśka pana Williama Warthona.


Postaci w tej książce jest mnóstwo i każda z nich jest jakaś, o każdej można by napisać coś ciekawego (co zresztą autor zrobił – niemal nikt nie pojawia się znikąd, a nawet jeśli się pojawia, jak na przykład Duży Zwey, to ma to swoje uzasadnienie). Każdy z bohaterów ma siłę postaci literackiej przejawiającą się przez jakąś jej słabość z którą sobie radzi (albo w którą ucieka, bo i tak się u pana McMurtryego zdarza). A silne, wyraźne postaci to i silne między nimi relacje. I tego w tej książce nie brakuje. Autor wrzuca kowbojów w rozmaite trudne sytuacje z którymi ci muszą sobie lepiej lub gorzej poradzić, a każda ich decyzja ma swoje konsekwencje. Tak, pan McMurtry zdecydowanie zrobił to bardzo dobrze – tak się, moim zdaniem, powinno pisać powieści.


Ale nie tylko to w tej książce można znaleźć. Można w niej znaleźć również przygodę, można znaleźć co najmniej kilka problemów natury moralnej, można znaleźć sporo niezłego humoru. I można naprawdę poczuć gorąc i suchość południa Stanów Zjednoczonych (ale i mróz północy), a to za sprawą między innymi doskonałego języka jakim jest napisana. Tu ciekawostka – czytałem książkę w polskim przekładzie autorstwa pana Michała Kłobukowskiego, uhonorowanym nagrodą Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich w roku 1991 i kilka rozdziałów przeczytałem w oryginale. Co ciekawe dużo bardziej podeszła mi wersja polska – być może ze względu na to, że ten język jest mi po prostu bliższy. W każdym razie Na południe od Brazos to jedna z tych książek, o których mogę powiedzieć po lekturze „byłem tam”.


Na południe od Brazos jest książką generalnie chwaloną i docenianą, choć spotkałem się z zarzutami w jej kierunku. Przede wszystkim dotyczą one rozwleczonego początku (nie zgadzam się – faktycznie dzieje się tam powoli, ale ma to swój urok) oraz trochę urwanej końcówki (tutaj akurat częściowo się zgadzam – o ile nagłe i niespodziewane wprowadzenie przełomowego wydarzenia ma swoje uzasadnienie, o tle sama końcówka jest napisana bardzo skrótowo i trochę po łebkach; o ile potrafię sobie wyobrazić dlaczego autor napisał to tak a nie inaczej, o tyle czuję lekki niedosyt, bo przyzwyczajony do tego, co zaprezentował mi wcześniej, chciałbym jednak móc poczuć te wydarzenia mocniej i być może warto byłoby je opisać w kolejnym tomie).


Wydaje mi się, że największą zaletą Na południe od Brazos jest to, że można znaleźć w niej tak wiele rozmaitych rzeczy, że wielu osobom coś będzie się podobać. Sam, czytając tę książkę po raz kolejny, zwróciłem uwagę na inne rzeczy niż poprzednio (choć niektóre się pokryły – znów zaznaczyłem sobie ten sam cytat, którym otworzyłem wpis sprzed tych czterech i pół roku). Ja znalazłem takich rzeczy kilka, a najsilniejszą chyba z nich jest pytanie ile chciałbym w sobie Gusa McCrae, a ile jest we mnie Woodrowa Calla. I nad tym właśnie idę się zastanowić, bo mógłbym o tej książce jeszcze pisać i pisać, ale lepiej chyba czytać ją niż o niej.

ba291e0a-bd56-4a13-a525-47a92b7fcdd1

Zaloguj się aby komentować

Jest taka piosenka zespołu Perfect, nazywa się Lokomotywa z ogłoszenia. Dalszy ciąg tej historii brzmi następująco:


Lokomotywa z ogłoszenia – ciąg dalszy


Był posiadaczem lokomotywy,

stąd transport morski mocno go złościł,

tor żaden nie był dla niego krzywy,

szant czasem słuchał, lecz bez przyjemności.


Przewoził różne czipsy, batony,

trafiał się czasem mu wywóz złomu,

a mocno zrobił się raz rozdrażniony

gdy mu kotwicę wieźć przyszło promu.


Lecz nie dał się skusić żadnym pieniądzom,

ale nie myślał machać szabelką:

– „Że wszystko dobrze, niech sobie sądzą”

– myślał, wrzucając węgiel szufelką.


Później w Koluszkach przestawił zwrotnicę,

do czeskiej stoczni zawiózł kotwicę.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Mroczne to byli czasy, kiedy w Landsbergu nie tylko mówiono, ale i sonety pisano w języku niemieckim. Jest taki jeden, a raczej był, bo zaginął (mówią, że spłonął) i dziś sonetu nie ma, ale za to ciągle żywa jest jego legenda. Całe szczęście, że zanim sonet zaginął, doczekał się dwóch tłumaczeń. One poniżej:


***


Sonet 66-400

tłumaczenie George Stark:


I w Parku Róż nawet spłonęły pokrzywy,

nic nie zostało tam z roślinności;

płomienie szalały, jak końskie grzywy,

a teraz ostał się tylko chwościk.


Nie ma co płonąć – Gorzów spalony

i jeśli nawet żal było by komuś,

to przecież on też spopielony

został, gdy nocą spał sobie w domu.


Lecz to nie koniec, jak niektórzy sądzą –

bo choćbyś poszedł z wody butelką

ognie zobaczysz, ognie, co błądzą;

być może spotkasz się też z Niszczycielką


która wśród mogił i zgliszcz kapliczek

rozpala jeszcze w Gorzowie znicze.


***


Sonet 66-400

tłumaczenie Jerzy Ostrowski:


Kaczuszek w parku nie biją już serca,

kaczuszka już żadna w parku nie mieszka

bo przeszedł przez miasto pożar-morderca,

kaczuszki spalił. I spalił pieska.


Administracyjnie – to Gorzów jest dalej,

choć nie Wielkopolski, a Popielisty,

można by nawet nazwać go Salem,

choć tu spalono wszystkich. Bez listy.


I choć już wszystkie remizy padły,

i już podpalić się zda – nie ma czego,

mówią, że ciągle grasują tam diabły

a jako dowód podają tego


nocą świecące, niczym latarnie,

tam gdzie był cmentarz, ognie cmentarne.


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark tak mnie urzekło to zachowanie konwencji różnych tłumaczeń, że tak jak @splash545 odpowiem wierszykiem :P

Chociaż zadanie było dość trudne,
To radę dali panowie tłumacze,
Bo tłumaczenia tak są przecudne,

Że mnie z wrażenia puściły zwieracze.

Zaloguj się aby komentować

Moi Drodzy!


Jakiś czas temu ja i kolega braliśmy udział w konkursie literackim. Żaden z nas nie został w tym konkursie nawet wyróżniony, no ale to za sprawą kumoterstwa i układów w jury, wiadomo. Niemniej, nawet pomimo tego kumoterstwa i układów, a także pomimo wynikających z nich wyników, które to wyniki wcale mi się nie podobały, muszę przyznać, że podobały mi się zasady tego konkursu. A w konkursie chodziło o to, że skorumpowany (ale kreatywny) Organizator podał dziesięć zwrotów, które należało wpleść w opowiadanie. I właśnie w taki sposób będziemy się w miesiącu bieżącym, czyli w styczniu bawić w naszej wspaniałej zabawie #naopowiesci w równie naszej i równie wspaniałej kawiarni #zafirewallem. Zwroty do wplecenia poniżej:

- skorumpowany organizator;

- prawie wygrał;

- tona twarogu;

- hejże, na Wiedeń;

- tuszem sympatycznym;

- zaśpiewał serenadę;

- opar nad mokradłem;

- rumuńskiemu jogurtowi,

- Stańczyk się uśmiechnął,

- płakała jak bóbr.


***


ZASADY (do ewentualnej własnej interpretacji lub całkowitego zignorowania).


1. Najważniejszą Zasadą jest Zasada numer 2.

1. Do końca stycznia układamy opowiadanie o dowolnej długości na dowolny temat i w dowolnym gatunku, ale zawierające wszystkie dziesięć podanych wyżej zwrotów.

1. Wszystkie wyżej wymienione zwroty powinny być użyte dokładnie w takiej formie, w jakiej są podane; wstrzymujemy się z zapędami deklinacyjno-koniugacyjnymi oraz wprowadzeniem dodatkowych znaków przestankowych tudzież dzieleniem słów.

1. W podanych zwrotach dopuszcza się zmianę wielkości liter ze względu na wprowadzenie nazw własnych bądź umiejscowienie ich w zadaniu (przykład: wprowadzając bohatera imieniem Bóbr, dopuszczalne jest zapisanie Płakała jak Bóbrl użycie zwrotu na początku zdania dopuszcza rozpoczęcie go wielką literą).

1. Kolejność użycia zwrotów jest dowolna.

1. Wyniki zostaną ogłoszone w niedzielę, 01.02.2026.

1. Zwycięzcą zostanie osoba, w której opowiadaniu stosunek liter „e” do liter „s” będzie najmniejszy.

1. Jeśli jakiś cwaniak będzie próbował zmusić mnie do dzielenia przez zero i nie użyje żadnej litery „s”, to pierwszy, który się o to pokusi, z automatu zostanie zwycięzcą.

2. Bawimy się wyśmienicie i mamy mnóstwo radości, tak z pisania opowiadań swoich, jak i z czytania opowiadań cudzych.


***


Dziękuję.

Weźcie mi napiszcie, o co z tym zafirewallem chodzi, bo naopowiesci ogarniam. Aż chyba sam spróbuję sił, coś trzeba wreszcie zacząć bazgrać.

Co do konkursu to mam taka ciekawostkeXD W gimbazie jako zadanie mielismy napisac jakies opowiadanie. A, ze wtedy robilem podchody do pewnej dziewczyny, to ona odwalila to zadanie za mnie(laureatka paru konkursów polonistycznych) zadanie oddalem OCENA -3 z dopiskiem ubogie slownictwo. No cóż, pomyslalem, ze zrobila to zadanie jako tako na odpierdol, zreszta -3, to dobra ocena(jak na moje ambicjeXD) minął jakis czas i okazało sie, ze kolega z klasy nie oddal tego opowiadania i brakuje mu oceny... odpisal calosc odemnie, oddal i... 5 z dopiskiem, ze wspaniałe. Wtedy 1 x stracilem wiare w jakakolwiek sprawiedliwośćXD

Zaloguj się aby komentować

Moi Drodzy! Dziś w nocy zmienia się coś więcej niż tylko data i jest to zmiana dużo bardziej znacząca! – data w końcu zmienia się codziennie, ortografia zmienia się znacznie rzadziej:


***


2025/2026


Ta noc będzie dziwna –

bo jeszcze zanim północ nastanie

pisać „kielczanin” ciągle należy


ale, z dwunastym zegara biciem,

wejdą już nowe zasady w życie:

gdy jutro wstaniesz (nawet na bani!),

pamiętaj! – należy pisać „Kielczanin”.


W ortograficznym stojąc rozkroku,

życzę Wam wszystkim dobrego roku!


***


#wolnewiersze

#zafirewallem



Ujednolicenie zapisu (małą literą) przymiotników tworzonych od nazw osobowych, zakończonych na  -owski, bez względu na to, czy ich interpretacja jest dzierżawcza (odpowiadają na pytanie czyj?), czy też jakościowa (odp. na pytanie jaki?), np. dramat szekspirowski, epoka zygmuntowska, koncert chopinowski, koncepcja wittgensteinowska, wiersz miłoszowski.

@George_Stark Oooo, w końcu ktoś to ogarnął.

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry.

Ja tych zasad obecnej edycji to nawet nie będę komentował. Przestrzegał nie będę tym bardziej.




Nic nie uczy tak jak życie


Gdyby tak może leżał nad Wartą

nie doszłoby wtedy do tylu spaleń?

I nie musieliby na sygnale

strażacy pędzić? Gdyby nad Wartą...


Warta i koc gaśniczy może rozścielić,

a ci nad Odrą się zwodowali!

i teraz jeszcze próbują się żalić,

że dym i ogień. I brak nadziei.


I tak nad Odrą Gorzów wciąż gorze,

i dym, i ogień, i iskier trzaski,

i nikt niestety, poradzić nie może


bo to jest magia: to piromancja!

Więc, nauczone życiem strażaki,

leżą i drapią się tylko po jajcach.




#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark o ty gnoju, to chociaż powiedz co ci się nie podoba w zasadach, bo to było moje pierwsze otwarcie w zabawie, w której nigdy na powazniennie uczestniczyłem.

@plemnik_w_piwie Wszystko mi się podoba, tylko nie będę ani komentował, ani przestrzegał. Przecież nigdzie nie napisałem, że mi się nie podoba.

Zaloguj się aby komentować

1747 + 1 = 1748


Tytuł: Wczoraj byłaś zła na zielono

Autor: Eliza Kącka

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 9/10


#bookmeter


***


Miasta traktuje jak zadanie. Odrabia lekcję zachwytu. Wzrusza mnie, jak solennie wykonuje swoją pracę domową.


Od razu się przyznam, że podszedłem do tej książki z nastawieniem i nie było to bynajmniej nastawienie pozytywne. Wczoraj byłaś zła na zielono została uhonorowana tegoroczną nagrodą Nike, a mnie jest od jakiegoś z nagrodzonymi książkami zupełnie nie po drodze (choć akurat te, które zdobyły Nike zaskakująco często mnie pozytywnie zaskakują). I tak zabrałem się za czytanie z nadzieją, że, według naszych najlepszych wzorców narodowo-patriotycznych, utwierdzę się w przekonaniu, że tylko ku gorszemu idzie. Ze zdobędę kolejny dowód na to, że literatura nie zmierza w dobrym kierunku, że tylko pauperyzacja i degrengolada, a to, że moje dokonania na niwie literackiej w wymiarze obiektywnym nie są nawet mierne, bo ich po prostu zupełnie nie ma, to wcale nie jest wina moja, tylko jest to wina świata staczającego się po równi pochyłej. Tak, przed rozpoczęciem czytania byłem do tej książki mocno (choć, teraz widzę, że bezzasadnie) uprzedzony. I może dobrze, że podszedłem do niej z takim nastawieniem, bo to właśnie z tego powodu spotkało mnie ogromne zaskoczenie. Zaskoczenie bardzo pozytywne, zaskoczenie z gatunku tych, których życzyłbym sobie jak najwięcej w moim życiu, nie tylko tym czytelniczym.


Nie miałem pojęcia o czym jest ta książka, znałem tylko jej tytuł i wiedziałem o nagrodzie. Wczoraj byłaś zła na zielono – brzmi nieźle. Brzmi ciekawie, brzmi intrygująco, choć, jak na mój gust, brzmi trochę zbyt tajemniczo i zbyt nowocześnie. Brzmi jak tytuł, który można by nadać jakiemuś pseudoartystycznemu wypierdowi, wybieranemu do zachwycania się, zdaje mi się, w sposób losowy, przez snobistyczne czytelnicze elity; wypierd, który w zasadzie nie tylko jest o niczym, ale momentami brzmi jak zlepek przypadkowych słów, które nie tylko jako całość wydają mi się całkowicie pozbawione sensu (i nie mam tu na myśli linii fabularnej), ale też nawet nie brzmią dobrze, co dla mnie bywa nawet od linii fabularnej istotniejsze. Wczoraj byłaś zła na zielono, tytuł tej książki to nie jest jednak pseudoartystyczny zabieg, to słowa skierowane do matki przez Rudą, córkę pani Elizy Kąckiej, autorki tej książki.


Bo ta książka jest właśnie opowieścią o relacji matki z córką. Córką trudną, córką inną (albo nieprzeciętną), córką w spektrum autyzmu. Tak, ta książka jest pozbawiona linii fabularnej, a przynajmniej tę linię fabularną ma porozrywaną tak, że czytelnik sam sobie musi opisywane sceny umiejscowić w czasie, co nie zawsze jest łatwe, a często jest chyba niemożliwe, ale też i w niczym to nie przeszkadza, bo zwykle nie jest to czytelnikowi do niczego potrzebne. To nie jest reportaż, to nie jest książka o faktach. To jest książka o emocjach, jest to zapis wspomnień i forma tego zapisu, właśnie taka urywana i postrzępiona, doskonale przystaje do jej treści i, moim zdaniem, nie tylko dodaje jej autentyczności, ale wpływa też na jej odbiór. To nie była książka, którą czytałem rozumem, to rczej książka, którą się chłonie sercem albo duszą, zależy co tam kto w środku ma. I to jest jej ogromna zaleta. Czytając Wczoraj byłaś zła na zielono przypominałem sobie dwie inne wspaniałe książki o relacji dziecka z rodzicem: Rzeczy, których nie wyrzuciłem pana Marcina Wichy (Nike 2018) i Bezmatek pani Miry Marcinów (finał Nike 2021) i choć były one pisane z perspektywy dziecka, a nie matki, emocje przy ich lekturze przeżywałem bardzo podobne. Jest we Wczoraj byłaś zła na zielono wszystko: jest ona bardzo intymna, jest przepełniona miłością, uważnością, jest w niej silne skupienie na szczegółach, na małych wydarzeniach dnia codziennego, które urastają do wielkiej rangi nie tylko dlatego, że tego wymaga sytuacja, ale również dlatego, że to właśnie one wywołują silną reakcję emocjonalną i chyba właśnie z tego powodu tak głęboko zapadają w pamięć. Ale jest też w tej książce strach, niepewność, czasami bezradność. Jest brak zrozumienia i empatii (świetne interludia Rzeczy, które usłyszałam jako matka!), a wszystko to bez żalenia się i oceny, wszystko to wydaje się po prostu przedstawione tak, jak autorka to zapamiętała.


To, o czym jest ta książka, to jednak tylko jedna strona medalu. Drugą stroną, równie dla mnie ważną, jest to jaka ta książka jest. Jak jest ona napisana, a napisana jest wspaniale. Pani Kącka opowiedziała mi o Rudej językiem tak barwnym, tak pełnym pięknych, obrazowych porównań, tak płynącym, że nie potrafiłem się od lektury oderwać również z powodu wrażeń estetycznych. I, tak jak podałem tytuły książek, które wywołały we mnie podobne do Wczoraj byłaś zła na zielono wrażenia emocjonalne, tak wrażenia estetyczne były podobne do tych, które miewam w czasie lektury esejów pana Andrzeja Stasiuka (Nike 2005 za zbiór Jadąc do Babadag), momentami w czasie czytania twórczości pana Jerzego Pilcha (Nike 2001 za książkę Pod Mocnym Aniołem) czy pana Wiesława Myśliwskiego (Nike 2007 za powieść Traktat o łuskaniu fasoli), a w moim rozumieniu literatury jest to naprawdę zacne grono.


Wydaje mi się, że ta książka przybliżyła mi temat macierzyństwa ze wszystkimi jego blaskami i cieniami i to nie tylko macierzyństwa w sytuacji trudniejszej, w przypadku dziecka innego, ale macierzyństw w ogóle. Myślę, że wiele obrazków z tej książki we mnie zostanie (jak choćby relacja Rudej z Grubym Stasiem). I tylko jeszcze dwie rzeczy na koniec:

- ponieważ każda relacja zawsze jest dwustronna, bardzo bym chciał (to takie czytelnicze marzenie ściętej głowy chyba, ale pomarzyć zawsze przecież wolno, prawda?) przeczytać kiedyś wspomnienia tego okresu z perspektywy Rudej; kto wie? – być może byłaby to kolejna nagroda Nike w rodzinie?;

- z perspektywy mojego nastawienia do Wczoraj byłaś zła na zielono ogromnie się cieszę, że ta książka ma tak paskudną okładkę – skoro nie mogę się przyczepić do treści, to przynajmniej w warstwie wizualnej mogę dać sobie upust i krzyczeć o upadku i degrengoladzie polskiej literatury współczesnej; a teraz, kiedy już sobie ulżyłem, muszę jednak przyznać, że okładka, choć zupełnie mi się nie podoba, pasuje jednak do treści i nie umiałbym chyba wymyślić lepszej.

40a90315-30ad-4f67-962f-612e0bccbbbb

Zaloguj się aby komentować

Proszę:


***


Wiersz na temat prymatu w województwie Lubuskim,

co w zasadzie jest sprawą oczywistą, ale przypomnieć warto (tfu! – Odro!)


Nad Odrą gród leży,

choć nikt nie wie czemu;

chwałę Gorzowowi,

miastu płonącemu


Falubazy oddawajcie,

a jak nie to gumę palcie

aż na żużel – do ekstremum.


Z nami zaś, gorzowianami

wam zadzierać nie radzimy

bo, jak tego ostatniego,

was weźmiemy i spalimy.


Stos już został ułożony,

zaraz będzie podpalony,

zaraz zaczynamy dymy!


***

#nasonety

#zafirewallem


***


Dziękuję.

Zaloguj się aby komentować

Jest chyba w grudniu coś magicznego, choć ta magia raczej wydaje mi się czarna (albo może szara, zważywszy na polską paletę barw?) niż biała. Niemniej, trudny jest ten grudzień, a grudniowy trud objawia się u mnie między innymi tym, że jakoś nie potrafię ułożyć nic sensownego do wiersza zadanego (choć od rana próbuję!). Ciągle wychodzi mi jednak inaczej.


W związku z powyższym, chciałem zaprezentować Państwu w ramach tagu #wolnewiersze jeden z takich wytworów, który powstał w czasie tych prób; wytwór, który, co prawda, nie rymuje się z niczym, ale przynajmniej zanurzony jest we wszystkich głównych nurtach (ściekach?) naszej kawiarenki #zafirewallem. No i przy okazji, z racji tematyki, składam za jego pomocą Państwu świąteczne życzenia, bo później może na to albo nie być albo czasu, albo nie być natchnienia (albo nawet obu naraz):




Gdyby miał zostać świętym Mikołajem


Na szczęście do szczęścia nie trzeba wiele –

ot: buteleczka, a w niej bimberek;

więc, gdyby to ja miał być Mikołajem,

wrzucałbym ludziom przez komin zajzajer.


Choć wiąże się to z pewnym problemem:

w spadku swobodnym jest przyspieszenie:

gdy prezent będzie przez komin spadał

to grawitacja prędkość mu nada,

a masa razy kwadrat prędkości

jest mniejsza od szkła wytrzymałości

bowiem butelka, choć twarda – krucha,

więc się wyleje z niej berbelucha

i żal samogonu bardzo by było

gdyby „rozlało” zamiast „wypiło”

przyszło określić mi jego stan.


Dlatego właśnie, zsiadając z sań,

opuszczę spodnie, w komin nasram

i sam samogonem się będę zachwycał

pijąc w grudniowym świetle księżyca.


***


A później, jak to po alko, nadejdzie chcica:

przed mrozem ochronię się kremem Nivea

i zwalę na dachu se renifera.




WESOŁYCH ŚWIĄT!

Zaloguj się aby komentować

1724 + 1 = 1725


Tytuł: Przygody lorda Ślizgacza

Autor: Bruce Dickinson

Tłumacz: Wiesław Marcysiak

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10


#bookmeter


***


Kerczum, kerczum, kerczum, pss, kerczum, kerczum, pss.


Pan Bruce Dickinson. Absolwent historii na Queen Mary University of London i doktor honoris causa tejże uczelni, choć w dziedzinie muzyki jednak. Licencjonowany pilot samolotów, szermierz, prezenter radiowo-telewizyjny no i obdarzony wspaniałym głosem wokalista bez którego (moim zdaniem) zespół Iron Maiden w ogóle nie ma sensu. Człowiek energiczny, charyzmatyczny i po prostu ciekawy. Nic więc dziwnego, że, kiedy dowiedziałem się, że nakładem wydawnictwa SQN (co prawda w roku 2017, ale ja nie należę do ludzi przesadnie dynamicznych) ukazała się na polskim rynku jego autobiografia, to zachciało mi się ją przeczytać. Coś jednak poszło nie tak.


Pan Bruce Dickinson mówi płynnie w dwóch językach: po angielsku (to jego język ojczysty) oraz po francusku. Po lekturze Przygód lorda Ślizgacza, powieści ukończonej w roku 1987, naszła mnie taka refleksja, że szkoda, że wśród jego rozlicznych zainteresowań nie znalazł się język polski. Wydaje mi się, że mógłby wówczas z powodzeniem dołączyć do naszej wspaniałej kawiarni #zafirewallem, bo poruszane w jego powieści tematy okazały się być wyjątkowo zbieżne z naszą twórczością. Książka opowiada bowiem o sprawach, które są człowiekowi (i ptakom) najbliższe, a więc o seksie i defekacji (kolejność przypadkowa). No i jeszcze trochę o chciwości.


Tematy te, podniosłe i ważkie, przedstawione są w krzywym zwierciadle groteski o krzywiźnie dokładnie takiej, jaką bardzo lubię, a w temacie krzywizn groteskowych jestem niezwykle wybredny. To oczywiście nie jest literatura najwyższych lotów, podejrzewam zresztą, że nie taki był zamiar autora. Sam pan Dickinson we wstępie przyznaje, że powieść powstawała w hotelach w czasie trasy koncertowej. Czuć w tym tekście zabawę i radość autora, która czytelnikowi (jeśli tym czytelnikiem jestem ja) mocno się udziela i chyba właśnie o to w tym wszystkim chodziło. Oczywiście, można wykonać kilka wolt alegorycznych i znaleźć w tej powieści jakieś prawdy uniwersalne albo inne trafne obserwacje (w zasadzie to można tam znaleźć wszystko co się chce, jeśli tylko chce się tego wystarczająco mocno i potrafi się wyszukiwać nieoczywiste – a czasami nielogiczne – skojarzenia, ale tak to się da z każdą książką przcież). Można też na przykład utożsamić się z którymś z bohaterów. To ostatnie spotkało mnie w czasie lektury i to na dodatek już w pierwszym rozdziale! I nie chodzi nawet o to, że lord Iitam chodzi w pończochach i jest prawiczkiem, ale powieść zaczyna się od tego, że rzeczony lord Iitam, główny (chyba) bohater, ma pewien problem, a problemem tym jest brak pieniędzy. No i jak się tutaj w taką powieść nie zaangażować?


Lord Iitam, dwudziesty piąty dziedzic Findidnann, nie poddaje się jednak (działanie bohatera bez względu na przeciwności – samo mięsko literatury!) i organizuje tradycyjne w swojej familii polowanie na kuropatwy (z powieści można również dowiedzieć się jakie te kuropatwy są okropne! – walor edukacyjny). Zaprasza na to polowanie trójkę swoich przyjaciół z dawnych lat, którzy przybywają z żonami (cudowne kobiety!; sami przyjaciele zresztą też niczego sobie) i właśnie w ciągu tych niecałych dwóch dni rozgrywa się cała akcja powieści (coś jak W kręgu Crome pana Aldousa Huxleya), która opiera się na rozmaitego typu akcjach z zaangażowaniem tych części ciała, o których bardzo obrazowo lubił pisać pan Charles Bukowski. A na koniec

---- SPOILER! ---


.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.


wszyscy umierają. No, prawie wszyscy, bo sam lord Iitam i Lokaj niestety przeżywają, ale tę małą niedogodność autor rekompensuje czytelnikowi stylem, w jakim umierają pozostali bohaterowie, więc mogę mu tę nie do końca satysfakcjonującą końcówkę wybaczyć.

93e3abfd-8941-4e69-bab5-3d88df609aaf

Zaloguj się aby komentować

Nie miałem czasu podziękować koledze @fonfi za wspaniałą poprzednią edycję. Nie miałem czasu pogratulować koledze @CzosnkowySmok zwycięstwa we wspaniałym stylu (a także ogromnego, choć ukrywanego talentu – tak duży talent chyba trudno jest ukrywać?). Nie miałem nawet czasu napisać sonetu gorzowskiego, co nadrabiam teraz, tak jak i dwie wymienione wcześniej zaległości:


***


Gorzowska piętka


Nad Odrą gorącą, rzeką ogniową

radni zajęli się urzędową

sprawą i radzić poczęli o nazwy zmianie

żeby miast „Gorzów” dać „Głodowanie”


Nie byłby to żaden powód do ujmy,

radnych motywy pojąć spróbujmy,

bo gdy spłonęła piekarnia „Chlebowo”

Gorzów śmierć poznał. I to głodową.


Spłonęła. Żaden nie zjawił się strażak Sam,

a po dwóch latach stanął u bram

bohater, co podjąć chciał się wypiekania.


Nie koniec to jednak był głodowania

bo chleb zwęglony wychodził mu cały:

ot taki punkt słaby – gorzowska piętka.


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark "gorzowska piętka" - urocze A za edycję dziękuję, ale jej wspaniałość jest wynikiem tylko i wyłącznie wspólnego wysiłku i przede wszystkim zaangażowania

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ zwycięzca @Kronos nie odebrał zaszczytów, odbiorę je ja, skoro (o dziwo) jeszcze nie śpię:


temat: Kielce;

rymy: życie - tycie - lustrzyca - okolica.


Bardzo dobrze się bawić proszę, a wręcz nalegam.


#naczteryrymy

#zafirewallem

Nie oszczędza kielczan ich trudne kieleckie życie.

Octowy rarytas przynosi smutek i tycie,

Kazda szara twarz wokół to smutna lustrzyca,

Depresje niesie majonez, ludzie i okolica.

Zaloguj się aby komentować

Pomysł edycji anonimowej zabawy #nasonety, której w dodatku nie jestem organizatorem podoba mi się niezmiernie, no ale Cykl Gorzowski rządzi się swoimi prawami (i nie ryzykuję, że wygram! :D):

***

Szalet-alejkum


Terrorystyczna organizacja

popłoch przestała siać już na stacjach,

jarmarkach, w metrach, kościołach, ale

za swój cel nowy obrała szalet.

Eksplozja to dym jest przecież i ogień,

nic więc dziwnego, że to w Gorzowie,

gdzie z dymem poszło i tak już wiele,

ostatnio w powietrze wyleciał kibelek.


Niedługo potem do urologa

gość jakiś przyszedł: turban i broda

i żalił się mocno, że się kłopocze

i martwi się nagłym swym częstomoczem.

A mama mówiła, ściągając z nocnika:

– „Nie baw się ogniem, bo będziesz sikał”.

***

#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Prezent Plus


– Mogłyby te małe k⁎⁎⁎ie coś pomóc, no bo jak tak dalej pójdzie, to przecież nigdy nie zdążymy! – powiedział Kamil K⁎⁎as odrywając na chwilę wzrok od ubieranej właśnie na Rynku choinki i spojrzał w stronę, z której dobiegał dźwięk dzwoniących dzwonków i dzwoneczków. Dzwonki i dzwoneczki przyczepione były do sań, sanek i saneczek, a sanie, sanki i saneczki zaprzęgnięto do koni tworząc w ten sposób kulig, który mknął ulicami Ch⁎⁎⁎wa i dostarczał miejscowej dzieciarni mnóstwa radości. Kulig wyjechał przed chwilą zza węgła i zamkniętą tymczasowo dla ruchu kołowego ulicą Orła Białego zbliżał się do Rynku.


– Daj spokój – odpowiedział Kamilowi Filip Fiut. – Niechże chociaż dzieciaki coś z tej zimy mają.


– Niech mają. Niech mają… – Kamil zamyślił się. – Mają to się te małe szczyle uczyć! Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie*, jak to powiedział… Jak to powiedział… No, nieważne, ktoś mądry tak kiedyś powiedział. Ale miał rację. A tu co? Nic tylko śmichy i wygłupy jakieś. I jak tu ma być w tym kraju dobrze? Zresztą, dobrze to już tutaj było. Weź na przykład choćby i ten kulig. Ledwo trochę śniegu popadało i co? Pozamykali drogi, pozamykali szkoły, a przecież to nawet jeszcze prawdziwa zima nie jest! Kiedyś to zimy były! W latach siedemdziesiątych to były zimy! Pamiętasz, Filipie lata siedemdziesiąte? Wstawało się o czwartej rano, brało się ten plecak, poprzedniego dnia już porządnie spakowany, lekcje ładnie odrobione, bo to i dzieciaki były wtedy porządniejsze, i zarzucało się ten plecak na plecy, szuflę się w rękę brało i szuflowało się tunele do szkoły. No i na siódmą zawsze człowiek był, punktualnie. Nikt się nigdy nie spóźniał.


– Prawda, Kamilu. Święta prawda. Tak było. A w adwencie to jeszcze po drodze i na roraty się zaglądało. No i plusy tego były, władza nie widziała, kto w adwencie do kościoła chodził – zgodził się Filip. – No ale to minęło i już nie wróci. Czasy się zmieniają. My mieliśmy ciężko, ale może trzeba się cieszyć, że dzieciaki mają teraz lepiej?


– Lepiej mają, bo to my żeśmy im to lepiej swoją ciężką pracą zbudowali! A one co?! Patrz jakie wesołe! Bo uczyć się nie trzeba! Bo nic robić nie trzeba! A nawet z choinką nie pomogą, robota prawie że nie idzie. Zabrałby się jeden z drugim, to by szybciej poszło i byłoby już z głowy. No i wtedy można by było się bawić. Zresztą, latem bez żadnej zachęty to te szczyle po drzewach łażą, w sadzie Wacka Gruchy przecież w zeszłym roku wszystkie młode jabłonki połamały, a teraz, jak trzeba choinkę ubierać, to jakoś ich to łażenie pod drzewach nie interesuje. I trzeba się straży pożarnej o wóz z wysięgnikiem prosić, a i to nie daje rady. No i jest jak jest, drabinę trzeba na wysięgniku stawiać żeby czubek założyć, a to, jak się okazuje, niebezpieczne. Już trafili na OIOM przecież Krzysiu Kuśka i Patryk Pała, jak ten czubek próbowali założyć i razem z nim spadli. Dobrze, że jest z włóczki, to przynajmniej się nie potłukł. Ale żadnemu z nich się tego czubka założyć nie udało! A taki gówniarz to mógłby się raz dwa wspiąć i czubek byłby już założony.


– Właśnie z tym czubkiem. Może lepiej było zamówić żurawia albo jakiś helikopter… – zaczął Filip, ale Kamil już go nie słuchał. Kamil K⁎⁎as w tym momencie biegł już w stronę wozu strażackiego.


– Zbysiu! Zbysiu, tylko uważaj! – krzyczał do wchodzącego właśnie do podnośnikowego kosza Zbigniewa Zaganiacza. – Jak już koniecznie będziesz musiał spadać, to spadnij przynajmniej po tym, jak już ten czubek założysz. Nie możemy sobie przecież pozwolić na to, żeby drugi rok z rzędu w Uprzejmości mieli wyższą choinkę niż nasza chujowska!




***


Kamil K⁎⁎as patrzył na w pełni ubraną zdobiącą Rynek choinkę. Choinka miała wysokość pięćdziesięciu jeden metrów, była więc nie tylko wyższa od wszystkich Chrystusów świata, zarówno tego w Świebodzinie, jak i tego w Rio, pomijając Chrystusów pomniejszych, stojących i klęczących w przydrożnych kapliczkach i przy ołtarzach, ale również była o jeden metr wyższa od choinki dortmundzkiej, uznawanej do tej pory za najwyższą na świecie.


– „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz**” – pomyślał z dumą Kamil, którego mieszkańcy Ch⁎⁎⁎wa wybrali na Pierwszego Sekretarza Komitetu Choinkowego, uroczyście wręczając mu kilka tygodni wcześniej legitymację w barwach Bożego Narodzenia, to jest książeczkę z okładką w kolorze czerwonym i widniejącą na niej złotą pięcioramienną gwiazdą oraz zielonymi, jak igły choinki, stronami. Kamil K⁎⁎as był z siebie dumny. Czuł, że dobrze wykonał powierzoną mu przez chujowian pracę – wyrobił w końcu ponad pięćset procent normy, gdyż plany zakładały postawienie choinki o wysokości ledwie dziesięciu metrów. I tylko jedna myśl mąciła jego spokój, spokój wynikający z dobrze wypełnionego obowiązku. – „Jeszcze tylko, k⁎⁎wa, ten j⁎⁎⁎ny prezent kupić.”




Kamil K⁎⁎as niekoniecznie zgadzał się ze wszystkimi planami ogłaszanymi przez Władze Centralne, choć, jako wzorowy obywatel, plany te wypełniał skrupulatnie. Jednym właśnie z takich planów był ogłoszony w tamtym roku program Prezent Plus, który miał na celu niesienie pokoju i miłości pomiędzy obywatelami w mocno spolaryzowanym wówczas społeczeństwie. Program ten polegał na organizacji Narodowej Loterii Prezentowej imienia Jana Pawła II, w której to loterii każdemu z obywateli wylosowano innego obywatela, dla ułatwienia mieszkańca tego samego powiatu, któremu miał za otrzymany Bon Prezentowy kupić świąteczny prezent. Bon Prezentowy miał wartość pięciuset złotych, co w skali kraju dawało niecałe dwadzieścia miliardów złotych, czyli około dziesięciu procentu rocznego budżetu NFZ, z którego to budżetu zresztą te środki zostały przesunięte. Budżet NFZ na tamten rok i tak się nie spinał i było wiadomo, że będzie z tego powodu medialna awantura, więc Władza Centralna doszła do wniosku, że to w zasadzie żadna różnica, czy wybuchnie ona miesiąc wcześniej czy miesiąc później, a po wprowadzeniu nowego programu przynajmniej pod koniec roku będzie miło. Pomysł ten nie podobał się Kamilowi Kutasowi z kilku względów. Pomysł ten nie podobał się Kamilowi Kutasowi z tego względu, że uważał on, że pieniądze te powinny być przeznaczone na jakiś inny, pilniejszy cel, na przykład waloryzację emerytur, bo taka waloryzacja bardzo by się Kamilowi Kutasowi, który sam był emerytem, bardzo przydała. Pomysł ten nie podobał się Kamilowi Kutasowi również i z tego względu, że w Narodowej Loterii Prezentowej imienia Jana Pawła II wylosował Filipa Fiuta, za którym, delikatnie mówiąc, przepadał nieszczególnie. – „No ale: jak mus, to mus. Z władzą się przecież nie dyskutuje” – myślał Kamil K⁎⁎as, choć był taki moment, kiedy zastanawiał się nad tym, kogo zamiast Fiuta wolałby wylosować. Nikt konkretny nie przyszedł mu jednak wtedy do głowy.




***




– „I co ja mam mu kupić?” – już od jakiegoś czasu zamartwiał się Filip Fiut, który w Narodowej Loterii Prezentowej imienia Jana Pawła II wylosował Kamila K⁎⁎⁎sa. – „Przecież jemu i tak nic nie będzie pasowało.”


Filip Fiut w podstawówce uczęszczał do jednej klasy z Kamilem Ku⁎⁎⁎em. Kamil K⁎⁎as, który mieszkał wówczas dwa domy za Filipem Fiutem często zimą korzystał z jego wykopanego w śniegu tunelu. Filip ciężkimi zimami lat siedemdziesiątych na lekcje przybywał punktualnie, choć przybywał wyczerpany kopaniem dwukilometrowego tunelu w śniegu. Kamil K⁎⁎as również przybywał na lekcje punktualnie, choć zmęczony był znacznie mniej od Filipa. Kamil K⁎⁎as sprawiał wówczas dobre wrażenie przodownika pracy, bowiem to właśnie on odsypywał resztki śniegu w prowadzącym do szkoły tunelu, kończąc ten tunel, który Filip Fiut wykopywał tylko do wysokości sąsiadującego ze szkołą kościoła. Kamil K⁎⁎as do kościoła nie chodził. Partia zabraniała.


Filip Fiut znał więc Kamila K⁎⁎⁎sa od wczesnej młodości, znał go niemal przez całe swoje życie i może właśnie dlatego, że znał go tak długo i tak dobrze, miał tak ogromny problem z wyborem dla niego prezentu. Filip Fiut wiedział, że czego by nie wybrał, Kamil K⁎⁎as i tak będzie niezadowolony. Filip Fiut długo wędrował od sklepu do sklepu w poszukiwaniu prezentu, który mógłby sprawić Kamilowi Kutasowi choć odrobinę przyjemności, prezentu, który mógłby spowodować to, że Kamil K⁎⁎as się uśmiechnie. Filip Fiut z niemałym zaskoczeniem uświadomił sobie, że pomimo trwającej niemal sześćdziesiąt lat znajomości, nie ma pojęcia jak wygląda uśmiech Kamila K⁎⁎⁎sa. Filip Fiut rozważał różne warianty prezentów. Rozważał wariant edukacyjny – chciał kupić ładne wydanie Opowieści wigilijnej, ale kosztowało ono mniej niż pięćset złotych, zresztą nie był pewien, czy Kamil K⁎⁎as zrozumiałby przesłanie tej historii. Rozważał wariant medyczny i zastanawiał się nad zakupem rocznego zapasu witaminy D, wiedział bowiem, że Polacy są tak agresywni, a to dlatego że nie ma słońca nieomal przez siedem miesięcy w roku***, ale cały chujowski zapas witaminy D został wykupiony przez mieszkańców, którzy wszelkimi sposobami próbowali się bronić przed ogarniającą ten kraj na ponad pół roku pogodową depresją. Filipowi Fiutowi przyszedł do głowy również wariant prezentu skrojonego idealnie pod Kamila K⁎⁎⁎sa, przyszły mu do głowy nawet dwa takie warianty, no ale za pięćset złotych nie da się ani zmodernizować armii na tyle, żeby ponownie zdobyć Berlin, ani nie da się zrobić skutecznej kampanii prezydenckiej tak, żeby Kamil K⁎⁎as mógł zostać zwierzchnikiem sił zbrojnych. W końcu, za radą żony, w przeddzień wigilii, Filip Fiut, nie mając innego wyjścia, dokonał zakupu.


– „Jeśli nie wiesz, co jemu może sprawić przyjemność, kup mu coś, co sprawiłoby przyjemność tobie. No bo co innego możesz zrobić?” – powiedziała Filipowi Krystyna.




***




Nadeszła wigilia. Zgodnie z Rozporządzeniem Rady Ministrów mieszkańcy Ch⁎⁎⁎wa zgromadzili się na Rynku o godzinie szesnastej i, w porządku alfabetycznym, złożyli pod choinką zakupione dla innych mieszkańców prezenty. Mieszkańcy zjawili się w komplecie. Zjawił się wśród nich i Filip Fiut, który złożył pod drzewkiem pięknie zapakowany w zielony papier z reniferami i przewiązany błyszczącą czerwoną kokardą prezent przeznaczony dla Kamila K⁎⁎⁎sa, choć zrobił to z niepewnością, czy aby na pewno podarunek spodoba się obdarowanemu. Zjawił się też Kamil K⁎⁎as, który rzucił na ziemię owinięty szarą taśmą karton z nabazgranym na nim wysychającym czarnym markerem nazwiskiem Filipa Fiuta.


– „Świecą, sk⁎⁎⁎⁎syny, tymi latarniami, nawet pierwszej gwiazdki nie będzie się dało dojrzeć!” – myślał Kamil K⁎⁎as, kiedy wracał do domu. Zauważył bowiem, że od strony Rynku bije niezwykle jasna poświata. – „Zresztą nie tylko o tę gwiazdkę się tutaj rozchodzi, tutaj Władza Centralna akurat dobrze rozwiązała sprawę i wyznaczyła Narodową Godzinę Rozpoczęcia Wieczerzy na dziewiętnastą, ale te pieprzone latarnie światełka mi na choince przyćmiewają! Już nie mówiąc o tym, ile takie bezsensowne rozświetlanie miasta kosztuje! Po co to tak rozświetlać, kiedy Rozporządzenie mówi, że wszyscy i tak od osiemnastej mają siedzieć w domach? A podatki miejskie ciągle w górę, takiego to, k⁎⁎wa, burmistrza-kretyna kretyni nam wybrali! No nic. Przynajmniej choinka lepsza niż w Uprzejmości, nawet w Echu Chujowskim o niej i mnie napisali. A za rok wybory, to ja sobie w końcu na burmistrza wystartuję i, jak już wygram, to taką wtedy postawię, że aż samego Pana Boga w niebie czubkiem po d⁎⁎ie posmyra!”


Kamil K⁎⁎as był jednak w błędzie, to nie blask latarni rozświetlił tamtego wieczoru chujowski Rynek. Z niekompletnych i chaotycznych relacji żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej oddelegowanych do pilnowania prezentów wywnioskowano później, że na chujowskim Rynku pojawił się wtedy anioł. Ustalono, że pokręcił się chwilę przy choince, zdjął z niej wykonany z włóczki czubek narzekając na to, że ludzie nie wyciągnęli nauczki przy okazji wieży i on teraz znowu musi tę samą robotę odwalać. A później pozamieniał karteczki przy prezentach.




!!! - - - MORAŁ - - !!!:


Aż do Sylwestra Filip Fiut pogrążał się w iście dziecięcej radości, bawiąc się ze swoimi dwoma synami elektyczną kolejką świąteczną pomalowaną w barwy Coca-Coli, której żona od dawna zabraniała mu kupić, bo „przecież były pilniejsze wydatki”. Kamil K⁎⁎as zaś co chwilę wydobywał z kartonu następną ze stu przeciętych w połowie czekolad Wedla i próbował osłodzić nią sobie gorycz kolejnych spędzanych w samotności świąt Bożego Narodzenia, od czego w końcu popsuły mu się zęby.



* – Takie będą Rzeczypospolite, jak ich młodzieży chowanie – cytat przypisywany hetmanowi Janowi Zamoyskiemu;

** – Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz – Maria Konopnicka, Rota;

*** – Polacy są tak agresywni, a to dlatego że nie ma słońca nieomal przez siedem miesięcy w roku – Kazik, Cztery pokoje;


#naopowiesci

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Cyklu Sonetów Kieleckich nie będzie. Nie będzie go z tej prostej przyczyny, że nie sra się przecież do własnego gniazda. Ale bąka to chyba czasami puścić można?


***


Kielce


Są mi, cholera, miastem ojczystym.

Za co spotkało mnie to pokaranie?

I chrzest przecież miałem, i bierzmowanie

więc nastąpiło zatarcie listy


grzechów, co przyrodzone człeku każdemu.

Zły trochę jestem, lecz nie do kości,

się miłym być staram, nie czynić złości

a mieszkam w Kielcach. Właściwie czemu?


Mogłem się przecież urodzić w Rijadzie,

modelki bym miał brązowouste…

mogłem w Irlandii, jakiejś Kanadzie,


lub w Mikołajkach – z nudystów plażą

bym cieszył się życiem, jak jędrnym biustem,

a tu mam życie jak inny narząd.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

No i zakończyliśmy kieleckie #hejtopiwo, czyli #hejtopiwokielce, które odbyło się w tym mieście ze słabą legendą założycielską z okazji drugich urodzin kawiarni #zafirewallem (aż dziw (a nawet podziw!), że to już dwa lata). Należałoby więc jakoś to wszystko podsumować, ale nie bardzo mam na to siłę, nawet zdjęcia nie bardzo mogę wrzucić, no bo nie robiłem (ale kilka jest na tagu, więc chyba rzeczywiście takie wydarzenie miało miejsce, tak przynajmniej na ich podstawie przypuszczam i tłumaczę sobie, że nie przyśniły mi się te miłe chwile). Zamiast więc podsumowania i zdjęć, wierszyk z podziękowaniem dla tych, którzy przyjechali:


***


Chciałem powiedzieć, że miło mi wielce,

że się Wam chciało odwiedzić Kielce,

pomimo nawet, że wciąż się dziwię –

jechać aż tyle, by siąść przy piwie?


No bo: listopad – więc w Kielcach piździ.

Klnie na ulicy co drugi bliźni,

a ten, co nie klnie tu na pogodę,

zaklnie, gdy na lustrze postawi nogę


i, upadając, obije kolanka,

bo taka czeka go niespodzianka,

jak scyzoryki z szwajcarskiej stali,

cośmy się nimi pozacinali;


no bo majonez schować kazali,

bo to nie Gorzów – nic się nie pali,

bo to nie Grudziądz – nie mamy Wisły…

i kończą mi się na wersy pomysły,


więc tylko jeszcze dodam na koniec,

żeby spotkaniu pomnik w betonie

odlać, żeby w pamięci naszej utrwalić,

żeśmy w tych Kielcach poświętowali:


bardzo mi miło było Was gościć,

znalazłem z Wami moc przyjemności –

osłodzić umiecie nawet i ocet!

Lecz raz następny, nasz trzeci roczek

gdzie indziej zrobimy. To na sto procent.


EDIT:

A wybierzemy choćby i Krosno,

bo może będziemy świętować wiosną?

Zaloguj się aby komentować

Lubisz zajadać się czipsami i chrupkami?

We krwii 50% alkoholu, 50% majonezu?

To nie jest dobre i długo nie pożyjesz tak między nami

Kurczak z przyprawami zdrowszy i jaki smaczny, o Jezu!

@George_Stark Przy poruszaniu stawy hałasują jak torba z chrupkami We krwi stężenie cholesterolu jak dla czystego majonezu Nie wiem czy długo jeszcze będzie tutaj z nami Jak się można było tak utuczyć, Jezu

Zaloguj się aby komentować

Kolego @Rozpierpapierduchacz!


Sprawa jest taka, że dostałem na kieleckim #hejtopiwo pióro i mam dołączyc do Waszej sekty, ale nie wiem jaki tusz mam kupić. Czy mógłbyś mi, proszę, coś doradzić?


#tusze #piorawieczne #hejtopiwokielce

7b9eea54-3d35-4e6e-a542-43c624fd458c

@George_Stark 

Najtaniej jak możesz pójść, to jakieś hero, ale lepiej dołożyć te 5-10 złotych do Pelikana 4001, który już oferuje sporo kolorów, włącznie z highlighter yellow. Jeszcze troche drożej, bo za 25 za butelkę 15ml masz Diamine, i tam już świat stoi przed tobą otworem, bo oni mają absolutnie wszystko.


A jak chcesz patriotycznie, to KWZ też ma od zapierdolenia.


Witamy na tagu i pozdrów tam ekipę

I zapytaj tego wąsatego c⁎⁎ja, co mi pomysły kradnie XD

Zaloguj się aby komentować