To jedna z tych natrętnych myśli, które czasami się pojawiają i za nic nie chcą pójść sobie gdzieś w cholerę dopóki się czegoś z nimi nie zrobi. Wczoraj wieczorem, przy okazji rozmowy na tematy ogóle, kiedy nadeszła moja kolej żeby coś powiedzieć, żeby nie tylko jakoś odnieść się do tego, co mój rozmówca powiedział wcześniej, ale i podsumować pewną część rozmowy, posłużyłem się słowami z utworu pana Manu Chao , które jakoś same przyszły mi w tamtej sytuacji do głowy: Welcome to paradise! Today is raining. No i od wczoraj tak mnie te dwa wersy męczyły, że trzeba było się nimi zająć:
***
Witamy w raju
Kiedy do raju w końcu wkroczyłeś
to wybuchnąłeś po chwili płaczem;
mocno zdziwiony tym rajem byłeś,
bo jawił ci się jednak inaczej.
Raj miał być celem całej twej drogi,
tam miały się spełnić twoje marzenia,
tam żywot miałeś wieść w końcu błogi,
tam światło miało nie rzucać cienia.
Tymczasem, gdy wokół się rozejrzałeś,
własnym nie mogłeś uwierzyć oczom:
niebo płakało, jak ty płakałeś,
i było ciemno, zupełnie jak nocą.
I wtedy właśnie wąż wypełzł z gaju,
ten, który miał cię tam oprowadzać,
przywitał cię chłodnym – „Witamy w raju!
Ostatnio u nas dość często pada.”
***
A teraz, już po napisaniu wytworu powyższego, pojawiła się jeszcze jedna myśl, która, nawet jeśli okaże się równie natrętna jak ta opisana na początku, to przynajmniej wprawia mnie w dobry nastrój. Ten wąż, rajski przewodnik, który mi tam do tej ostatniej strofy przypełzł, przypomniał mi przeżycie z gorzowskiego slamu i wspaniały wiersz o tym, że kto wierzy w Boga, ten wierzy w diabła.
Pokazaliście co potraficie, a pokazaliście to wspaniale w CXVIII edyzji zabawy #nasonety i to na dodatek w kilku odsłonach:
pierwsza zgłosiła się @Kaligula_Minus z wierszem bez tytułu;
później wspaniały utwór Tycie napisał kolega @sireplama;
następnie, mając pewność, że nie wygram, zgłosiłem się ja i to dwa razy pod rząd – raz z wytworem Talent a później, w ramach Cyklu Gorzowskiego z wytworem Płonie katedra;
po mnie zgłosiła się @KatieWee z wierszem bez tytułu, dając mi nim nadzieję, że po czterdziestce nawet jeśli nie będzie lepiej, to może przynajmniej nie będzie gorzej;
kolejnym, który przystąpił do zabawy był kolega @splash545, któremu również nie chciało się nadać swojemu wierszowi żadnego tytułu;
edycję zamknął, błyszcząc jak mięciutki papier toaletowy, kolega @fonfi, który udzielił marynarskiej Dobrej rady.
Dziękuję bardzo za liczny udział, wszystkim uczestnikom gratuluję, ale zwycięzca może być tylko jeden i jemu za chwilę pogratuluję bardziej. W tej właśnie kończącej się XVIII edycji naszej zabawy postanowiłem, że zwycięzcą zostanie osoba, która pomyli wiersz di proposta. Ryzykownym było ustanowienie takiego właśnie kryterium zwycięstwa, nie miałem bowiem pewności, czy w ogóle znajdzie się ktoś, komu wiersze się pomylą. Na szczęście, co bardzo mnie ucieszyło, znalazł się taki delikwent i takim oto sposobem CXVIII edycję zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem wygrywa kolega @sireplama! @sireplama: gratuluję Ci bardziej!
***
EDIT: A, wiersze układaliśmy do (albo inspirowaliśmy się) utworem pana Juliana Tuwima.
Kolega @fonfi , wnioskując z jego wczorajszego wierszyka, to wydmuchał chyba tyle, że go zamknęli. Pozdrowienia do więzienia (i dla żony też), ale show must go on, więc ja dodam:
@George_Stark Dziękuję za zastępstwo. Jeszcze wychodząc z pracy pamiętałem, żeby sprawdzić czy to nie moja kolej, ale żona w domu kazała się do teatru szykować i z tej radości na myśl o odchamianiu zupełnie zapomniałem
Pan Czesław Niemen kiedyś śpiewał, że płonie stodoła . Być może płonęła ona w Gorzowie, to dość prawdopodobne, bo tam, jak wiadomo, wszystko płonie. Ale dziś nie o stodole będzie, a o innym budynku. Choć też dużym.
To skoro już tak korespondujemy sobie z panem Tuwimem, to mnie się wczoraj pierwszy wers ułożył, a później skojarzył mi się z biblijną przypowieścią o talentach :
Rozpoczynamy kolejną, CXVIII edycję zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem!
Wybaczcie, ale nie mam dziś głowy wiele pisać, a nie chciałbym przedłużać, bo niektórych ponoć ręce świerzbią. Wierszyk będzie taki, bo z tym moim nastrojem poniedziałkowym mocno koresponduje:
* * * [O wielki Boże et cetera,]
Julian Tuwim
O wielki Boże et cetera,
Cóż to się ze mną stało nagle,
Że "duch" "sam siebie" już nie "zbiera",
Że opuściłem nagle żagle.
Tak mi coś... psiakrew, braknie słowa,
Tak mi się "poziom" duszy zsunął...
Że gdybym wiedział, gdzie się chowa,
Tobym jej w pysk z przekleństwem plunął…
Jak pewnie zauważyliście, ma on mniej niż czternaście wersów, bo ma ich tylko osiem. Pozostałe sześć można więc sobie dopisać używając rymów z wersów już wcześniej wykorzystanych albo wymyślając sobie zupełnie nowe. Albo można nic nie dopisywać i pozostać przy ośmiu. Albo jeszcze jakoś inaczej. W tej edycji stawiamy na wolność pisania, żeby nam może frekwencja z powodu tej wolności dopisała.
Wiosna nam się, proszę Państwa za oknem wdzięcznie przechadza, więc nic tylko się z tej wiosny cieszyć. Bo to i mniej się chce spać, i pisanie lepiej wychodzi. Nie odcinajmy jednak przeszłości grubą kreską, nie zapominajmy o tym, co zima nam złego uczyniła:
Są ponoć tacy, którzy lubią kiedy autor wyjawia inspirację, która stała za wytworzonym przezeń wytworem. Z tym poniższym to było tak, że potrzebowałem kiedyś podjechać autobusem i wówczas zauważyłem, że mamy w Kielcach taki przystanek . To właśnie wtedy stanąłem w prawdzie, doznałem oświecenia i w jednej chwili wszystko się dla mnie w głowie ułożyło:
Są ponoć tacy, którzy lubią kiedy autor wyjawia inspirację, która stała za wytworzonym przezeń wytworem. Z tym poniższym to było tak, że oglądałem wczoraj teleturniej Jeden z dziesięciu i padło tam pytanie „W którym wieku Pluton stracił status planety i został uznany za planetę karłowatą?” (w wieku XXI, w 2006 roku konkretnie – jeśli ktoś planuje w teleturnieju wystartować, to może mu się ta informacja przydać). A później przypomniał mi się jeden z wierszy pana Norwida i jakoś tak mi się w głowie te dwie rzeczy połączyły i powstał pierwszy wers, który zapisałem sobie na później. No a dzisiaj przyszło później i jakoś udało mi się dopisać do niego całą resztę:
Po raz pierwszy uzmysłowiłem sobie, że chociaż wycie wiatru ustało, wciąż jeszcze mam w uszach monotonny daleki szum. Dopiero kiedy stał się wyraźny, zrozumiałem, że musiał mi towarzyszyć przez cały czas. Był to szum poruszającego się wszechświata.
Pan Anton Czechow był panu Williamowi Hodgsonowi współczesnym, w związku z czym potrafię wybaczyć temu drugiemu to, że nie zastosował w Domu na granicy światów tej literackiej strzelby. Choć bohater tej nowelki strzelbę stosuje, nie wiesza jej tylko później na ścianie, a o tę ścianę ją opiera i, jak się okazuje, niepotrzebnie – zupełnie tak jak autor. I to jest chyba mój główny zarzut do książki, którą przeczytałem – jej fabuła zupełnie nie jest zawiązana. Rzeczy się dzieją, kończą się i dzieją się następne. Ani nie wpływają one na bohatera, ani nie mają swoich wyraźnych konsekwencji (przynajmniej w większości przypadków).
Sama treść książki, która jest pewną wizją, wydaje mi się bardzo w porządku, zważywszy dodatkowo na to, że została opublikowana w roku 1908. Tylko właśnie – ta książka to pewna wizja. Nie zachwyca ona ani językiem, ani opowieścią, a sam rozmach tej przedstawionej wizji to dla mnie trochę za mało na to, żebym mógł uznać tę książkę za coś więcej niż – powiedzmy – poprawną. I tak się zastanawiam, bo w tamtym czasie – tak mi się wydaje – tak się właśnie pisało. Bardzo podobna była dla mnie ta książka do twórczości pana Lovecrafta (za którą nie przepadam ze względów opisanych wyżej), trochę do powieści pana H.G Wellsa (choć ten akurat miał jakieś puenty tych swoich powieści następujące po wielkim opisie nieznanego świata albo jakiejś wizji, co poczytuję mu za plus) czy może nawet trochę do W kleszczach lęku pana Henryego Jamesa, która – choć w niej też się nic nie dzieje – u mnie wywołała niepokój. Wszyscy ci trzej wspomnieni wyżej autorzy byli panu Hodgsonowi mniej więcej współcześni i wywodzili się z tego samego kręgu kulturowego (inaczej niż również mu współczesny pan Czechow). Wniosek jest więc taki, że może ja po prostu nie przepadam za tą epoką w brytyjskiej literaturze i nie ma co próbować kolejnych książek?
Z drugiej strony, już pomijając to, że brytyjskie powieści z początku XX wieku mało mi się podobają, ciekawe jest to, że autorzy z wcześniejszego pokolenia (choćby pan Dickens, a przede wszystkim pan Hugo, choć to jednak Francja) potrafili tworzyć rzeczy, które przemawiają do mnie dużo bardziej. Mniejsza jednak o moje osobiste preferencje, bo najbardziej fascynującym wnioskiem z tego wszystkiego wydaje mi się być to, jak mocno literatura oddawała (i być może nadal oddaje) stan świata, w którym jest tworzona – jego obawy i nadzieje, tematy, które w tym miejscu i okresie zajmują ludzi. I niby ten wniosek to nic odkrywczego, niby mówili o tym już w szkole, ale czym innym jest jednak o czymś usłyszeć, a czym innym doświadczyć tego i zaobserwować samodzielnie.
Wiosna przyszła i, choć może nie mieć to z wiosną zupełnie niczego wspólnego, obudziłem się dziś w nastroju buntowniczym. Poczułem w związku z tym silną potrzebę plucia na ołtarze i szargania świętości wszelakich, a żeby tę potrzebę zaspokoić, postanowiłem podjąć polemikę z kimś wielkim. Padło na Horacego, bo – choć, jak zapowiadał, nie wszystek przeminął – to jednak nie bardzo ma jak na ten mój atak odpowiedzieć:
***
Manifest
(chyba stoicki?)
Ciało już stare, a wciąż głupia głowa;
nie żebym się tym jakoś przejmował,
nie żebym w związku z tym zmartwiony siedział,
krótko wręcz powiem: – A, pies to j⁎⁎ał!;
bo jak by nie było, to jakoś bedzie,
czasem przy kasie, czasami w biedzie,
wspierając kogoś lub będąc wspieranym
byleby w zgodzie być z sobą samym,
byleby siebie sam człowiek nie bolał,
dopiero wtedy żyć można i sto lat
nie żywiąc jednak wielkich nadziei –
ci się zawiedli, co zbyt wiele chcieli.
To mój manifest, choć nikt oń nie pytał,
manifest, że wcale nie chcę wiele od życia,
niech sobie to życie najswobodniej płynie,
wszak omis moriar – wszystek przeminę.
***
Tak naprawdę to miałem do wiersza z poprzedniej edycji zapisany ostatni wers, ale jakoś nie chciało mi się to układać w poprzednim tygodniu, a później o tym wersie zapomniałem. Dziś go zauważyłem i tym razem samo mi się ułożyło, stąd, choć pozakonkursowo, taguję #nasonety. No i #zafirewallem.
Biblijne historie są w naszym kręgu kulturowym inspiracją dość łatwą i oczywistą, a że byłem w Gorzowie i widziałem jak wygląda tamtejsze nocne życie, to wiem, że, tak jak i Sodoma, jest to miasto rozpusty. Za rozpustę natomiast no to już wiadomo jaka kara jest przewidziana:
A potem on już miał ten dom i mieszkał tam samotnie, sypiał na sienniku przez trzy lata, dopóki nie stać go było na meble godne tej wspaniałości – przy czym częścią umeblowania, i to wcale nie najpośledniejszą, był właśnie ten akt ślubu.
Ufff. Udało się wreszcie toto skończyć, a wcale nie było to łatwe. I może odłożyłbym tę książkę wcześniej i wcale bym jej nie skończył, gdy nie fakt, że będziemy ją omawiać w niedzielę na spotkaniu ludzi, którym chce się nie tylko czytać, ale i o tym co się przeczytało rozmawiać. I może nawet mimo tego, że będziemy ją omawiać w niedzielę, to i tak odłożyłbym ją wcześniej i wcale bym jej nie skończył, ale sam ją do czytania zaproponowałem.
– „Przecież dwa razy z rzędu nie wylosuje się moja propozycja” – pomyślałem. No i się wylosowała.
Tak więc sam zaproponowałem tę książkę, a zaproponowałem ją dlatego, że stopniowo zapoznaję się z utworami zaliczanymi do great American novels, no i Absalomie, Absalomie! jest jednym z tych utworów z tej „listy”, których jeszcze nie czytałem. Zaproponowałem więc ją, a już przy proponowaniu za tę propozycję przeprosiłem, wcale nie mam więc zamiaru w niedzielę przepraszać za to po raz kolejny. A może ta książka wcale nie jest taka zła, a tylko trafiła u mnie na zły czas na, bądź co bądź, wymagającą jednak lekturę? Bo przecież kiedyś pochłonąłem Ulissesa i nawet mi się podobało (choć, fakt, niewiele z niego zrozumiałem; ale pod wrażeniem lektury aż poleciałem na weekend do Dublina, co prawda tylko po to, żeby przekonać się, że niewiele już tam z tego Ulissesa zostało, no ale poleciałem), a pan Faulkner bywa z panem Joycem zestawiany. I może faktycznie to we mnie coś się zmieniło, bo całkiem niedawno nie dałem przecież rady zmęczyć Pani Dalloway, choć ten utwór pani Woolf bywa z Ulissesem porównywany.
Absalomie, Absalomie! opowiada, jak ponoć większość utworów pana Faulknera, o amerykańskim Południu. Absalomie, Absalomie!, jak ponoć większość utworów pana Faulknera napisana jest w charakterystycznym dla niego stylu, to jest za pomocą strumienia świadomości, częstej i niejasnej zmiany narratorów oraz skoków w czasie. Teoretycznie jest to coś, co bardzo lubię i bardzo mi się podoba i tak samo było w przypadku tej książki. Było tak przez pierwsze jej sto siedemdziesiąt stron (książka ma tych stron 372), do końca piątego jej rozdziału, bo później się w tym wszystkim pogubiłem. Język nadal był ciekawy, ale absolutnie nie wiedziałem już o czym czytam (kiedyś myślałem, że wcale mi to w lekturze nie przeszkadza, ale chyba się myliłem). To, że w ogóle wiem jak ta historia przebiegała zawdzięczam wyłącznie temu, że na końcu książki zamieszczone jest kalendarium i spis bohaterów z ich krótką charakterystyką.
Sama treść tej książki wydaje mi się być czymś w rodzaju wyrzutu sumienia za to, co działo się na Południu w okolicach wojny secesyjnej i choć podejmowanie tego tematu w czasach, kiedy pan Faulkner tworzył wydaje się być ze wszech miar słuszne i uzasadnione, tak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ta książka, przede wszystkim ze względu na jej formę, jest jakimś przejawem snobizmu (choć moje wrażenie może oczywiście być błędne, problemy amerykańskiego Południa dla mnie przecież są ogromnie odległe). Dużo lepiej, moim zdaniem, z problemem (choć przedstawiając go od innej strony) poradziła sobie w Przeminęło z wiatrem pani Margaret Mitchell. I, jeśli dzisiejszy czytelnik nie ma jakichś naukowych, artystycznych bądź snobistycznych powodów ku temu, żeby sięgać konkretnie po pana Faulknera, a chciałby się przenieść na amerykańskie Południe XIX wieku, to ja jednak sugerowałbym zapoznać się z książką pani Mitchell. Jakaś taka wydaje mi się przyjemniejsza w odbiorze. Choć i u pana Faulknera w jego Absalomie znajdzie się wiele (być może nawet więcej) podniesionych istotnych problemó i bardzo dobrze zarysowanych postaci (choć, w porównaniu z Przeminęło z wiatrem, postaci jednak dużo bardziej płaskich), to dokopywanie się do nich naprawdę momentami bywa straszliwą męką. Nawet przy moim umiłowaniu i uznaniu dla języka.
Zmieniają zdanie, kręcą, wprowadzają chaos oraz nagłe i niespodziewane zwroty akcji. Byłem pewien, że XXV (chyba) edycja zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem została przedłużona o miesiąc, a tu się okazało, że jednak ją wygrałem. Jak to mówią: pomyśl zanim napiszesz, a już na pewno pomyśl zanim opublikujesz, a już na pewno na pewno pomyśl zanim się przyznasz, że jako jedyny opublikowałeś. Zwłaszcza wtedy, kiedy organizator tej publikacji nie zauważył. No trudno.
Głupio zrobiłem, że się przyznałem, no i teraz trzeba ponosić tej swojej głupoty konsekwencje. Otwieram więc kolejną, XXVI (chyba) edycję zabawy #naopowiesci! Jej tematem niech będzie porażka, nieporozumienie, albo inny pszypau. Terminem niech będzie koniec marca, przynajmniej terminem wstępnym. Innych zasad nie podaję, bo ich nadmiar może zniechęcić, a z chęcią mamy ostatnio problemy, być może przejściowe, mam nadzieję.
Miłej zabawy i tylko tak na marginesie nadmienię, że kolega @fonfi (proszę pozdrowić żonę), ma już do napisania nie trzy, a cztery opowiadania. Mogą być krótkie.
Nikt już chyba nic więcej nie pisze, a nawet jeśli ktoś coś jeszcze pisze, to niechaj pisać skończy i opublikuje, choć już poza konkursem. Poza konkursem, no bo konkurs właśnie kończymy.
W konkursie wzięły udział trzy osoby:
@Kaligula_Minus z wierszem Bajka o tym, że kiedy moc traci "co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie", budzą się upiory
@George_Stark z wytworem Stefan
oraz @splash545 z wytworem Historia jednego gościa,
a wierszyki układali do utworu di proposta autorstwa Patyczaka, czyli Brudnych Dzieci Sida.
Dwa z wyżej wymienionych wytworów zdeklasowały trzeci i jednoosobowa komisja konkursowa, komisja, której wytwór został zdeklasowany, miała duży problem z podjęciem decyzji w sprawie wyłonienia zwycięzcy. Komisja próbowała do wierszy przykładać różne kryteria artystyczne, nie dawało to jednak satysfakcjonujących rezultatów. Komisja nie miała pod ręką monety, co uniemożliwiło wyłonienie zwycięzcy w sposób losowy. Komisja postanowiła przyjąć więc kryterium chronologiczne i na podstawie tego kryterium ogłasza co następuje:
zwycięzcą CXVI edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem zostaje @splash545, od którego ostatniego zwycięstwa upłynęło więcej czasu niż w przypadku @Kaligula_Minus.
@Kaligula_Minus – gratuluję, @splash545 – współczuję. No i dziękuję, bo w tej edycji tytułem #podsumowanienasonety to ode mnie byłoby na tyle. Do zobaczenia w następnej!
Heh. Wcale tego nie planowałem, ale kiedy, już po opublikowaniu, przyjrzałem się pierwszemu wersowi tekstu di proposta, to przecież nie mogłem zacząć inaczej. A dalej już samo poszło, już nie wypadało przecież nie zachować konwencji:
***
Stefan
Jeżeli chcecie, to posłuchajcie historii prosto z Gorzowa,
choć nic w Gorzowie nowego, a tylko kolejny pożar:
przyjechał tam pewien Stefan, co hobby miał, że świat zwiedzał
i zwiedzić chciał w końcu Gorzów – nie wiedział, że to się nie da.
Stefan! – ty durna pało!;
Stefan! – ty królu fajtłap!;
to jest historia Stefana, co życie ogień mu zabrał.
Pomyślał sobie Stefan: od Odry strony wjedzie
a gdyby płonąć zaczęło, to wskoczy, się schowa za śledziem;
i myślał, że cwany jest Stefan, że jest on przygotowywany,
a choć nos zadarł wysoko, to mocno był obesrany.
Stefan! – ty durna pało!;
Stefan! – ty królu fajtłap!;
to jest historia Stefana, co życie ogień mu zabrał.
Pod boską się oddał opiekę, bo Stefan prawdziwy był Polak:
– „Ocalisz mnie Panie Boże, bo taka jest Twoja Wola” –
tak myślał sobie Stefan tej wyjazdowej niedzieli,
a kiedy zobaczył ogień, do Odry skoczył topieli.
Stefan! – ty durna pało!;
Stefan! – ty królu fajtłap!;
to jest historia Stefana, co życie ogień mu zabrał.
I spłonął Stefan zaraz, na szczęście długo nie zdychał,
bo Stefan tego nie wiedział, Gorzowskich Sonetów nie czytał,
że kiedy Gorzów płonie, Odra też ogniem płynie
i tak zamienił się Stefan w pieczoną stefaninę.
Stefan! – ty durna pało!;
Stefan! – ty królu fajtłap!;
to jest historia Stefana, co życie ogień mu zabrał.
Nie chciałem, no ale wygrałem i choć kolega @fonfi ulży mi trochę w tym zwycięstwie, to jednak na mnie spada obowiązek (i niewątpliwy zaszczyt i przyjemność, ech) otwarcia CXVI edycji konkursu #nasonety. No to ją otwieram.
Najpierw tekst. Od rana dzisiaj chodzi za mną polski punk rock, niech więc utworem di proposta będą słowa do jednej z największych zdobyczy polskiego punku, czyli kawałka Landryn w wykonaniu Brudnych Dzieci Sida:
***
Jeżeli chcecie to posłuchajcie historii prosto z Krakowa
O jednym panku co słynął z tego że glanów swych nie zdejmował
I z wodą rzadko miał do czynienia co to jest mydło nie wiedział
Z brudu się lepił stąd ksywa „Landryn" no i potwornie j⁎⁎ał
Landryn lepkie twe ciało
Landryn słodki twój zapach
Oto początek historii o tym jak Jolka przegrała zakład
Raz założyły się dwie pankówy o jabłko na imprezie
Że jedna dzisiaj dokona cudu i Landryn z butów wylezie
Jolka to była ostra pankówa więc obmyśliła plany
Że się najebią pójdą do łóżka i wtedy ściągnie mu glany
Landryn lepkie twe ciało
Landryn słodki twój zapach
Oto ciąg dalszy historii o tym jak Jolka przegrała zakład
O drugiej w nocy już byli w łóżku Landryn dokończył jabola
Jolkę rozebrał a sam jedynie opuścił spodnie do kolan
Przeleciał Jolkę obrzygał pościel starannie się odkleił
Pierdolnął drzwiami zostawił odór i syf na Jolki pościeli
Landryn lepkie twe ciało
Landryn słodki twój zapach
I tak się kończy historia o tym jak Jolka przegrała zakład
Morał z historii jest oto taki żebyś zakładów unikał
Bo łacno możesz przegrać jabola chyba że jesteś radykał
Lecz jeśli musisz już się zakładać gdy się okazja nawinie
Pomyśl czy jesteś takim twardzielem żeby się równać z Landrynem
Landryn lepkie twe ciało
Landryn słodki twój zapach
I to jest morał z historii o tym jak Jolka przegrała zakład
***
Jest więc tam wyżej tekst di proposa, ale, tak jak to mamy ostatnio w zwyczaju, proszę potraktować go z przymrużeniem oka. Można rymować do niego w całości albo tylko do zwrotek, można rymować obok niego, albo można olać go całkowicie. Można zaczerpnąć z niego konstrukcję i opowiedzieć historię z początkiem, dalszym ciągiem, końcem i morałem albo napisać coś zupełnie po swojemu. Byle napisać, do czego zachęcam.
Bawimy się jakoś do końca przyszłego tygodnia, do piątku wieczorem przynajmniej, kiedy to razem z kolegą @fonfi wspólnie wyłonimy zwycięzcę. Kryteriów tego wyłaniania nie podaję, no bo ich jeszcze nie zdążyliśmy ustalić.
***
Proszę bawić się dobrze, a na koniec jeszcze fraszka:
Teraz się wymaga mówić „sprawny inaczej”, „kochający inaczej”, a więc i „mądry inaczej” – tak śpiewał już dawno, bo 27 lat temu, czyli w roku 1999 w utworze No speaking inglese pan Kazik Staszewski. Od tego czasu językowo poczyniliśmy znaczny postęp.
Bardzo lubię ten utwór, a przypomniał mi się ten jego cytowany wyżej fragment dziś, kiedy to przeczytałem w jakimś wyglądającym na poważny artykule sformułowanie, które pozwoliłem sobie zacytować w ostatnim wersie poniższego wytworu, a które to sformułowanie stało się przyczynkiem do tego wytworu napisania:
***
Nowoczesność językowa
(okiem starego pryka)
Gdy byłem młodszy, było mi klawo:
i miałem w sobie świata ciekawość
i więcej werwy, i wiedzy głód;
a teraz jestem już stary. Cóż...
Gdy byłem młodszy i nie rozumiałem,
wtedy najmocniej zrozumieć chciałem;
a dziś? – w wieku już będąc poważnym,
gdy nie rozumiem, to mnie to drażni.
A więc mnie drażni co robią z mową,
że robią to ad hoc, a nie ab ovo,
i że rozumiem co trzecie słowo,
i mało raczej mi z tym morowo.
I choć tak chciałbym uprawiać szpont,
młodzież mi mówi: – Idź, dziadu, stąd!
a to mnie zmusza żebym się przyznał,
że żaden ze mnie, niestety, sigma,
że gonić próbuję odległy już cel,
i uświadamiam sobie, że rel,
że to już raczej w języku mym bessa,
choć tak bardzo chciałbym, by było essa.
Może to kryzys wieku średniego,
a może to id przemawia do ego,
gdy, za języka goniąc trendami,
zechciałem zmierzyć się z zaimkami:
i ja naprawdę wiele bym zniosło,
zaprzyjaźniło się z poprawnością,
lecz kogoś chyba nazbyt poniosło
gdy raczył napisać „osoba z pochwą”.
***
#zafirewallem
I, ponieważ nie ma obowiązku rymować do wiersza di proposta, to pozwolę sobie również na tag #nasonety
***
A ciekawostką niech będzie fakt, że również z utworu No speaking inglese pochodzą słowa najbardziej mnie teraz wkurwia u młodzieży to, że już więcej do niej nie należę.