Inspirację stojącą za poniższym opowiadaniem pozwolę sobie przemilczeć.


***


Defron


– A to weź zrób trochę grubsze – powiedział Księciunio wskazując ręką na nie do końca określony punkt monitora.

– W wytycznych było, że mam wszystkie ścianki pocienić – powiedziałem ja, przenosząc wzrok na stojącego obok Tołdiego.

– Ja się nie będę wtrącał – powiedział Tołdi.


To nie jest opowieść o Gumisiach. Nie będzie tutaj Zamiego i Grafiego, nie będzie Kabiego i Sami. Nie będzie nawet Buni. Musiałem jednak jakoś nazwać swoich bohaterów, musiałem jakoś ich zanonimizować i w taki właśnie sposób Księciunio został Księciuniem – to on ma tutaj władzę, a Tołdi został Tołdim dlatego, że – no cóż – zachowuje się dokładnie tak, jak w Gumisiach zachowywał się Toudi.


To właśnie wtedy coś we mnie pękło – dłoń zaczęła mi pulsować w tym miejscu, w którym poprzedniego dnia oparzyłem się przez przypadek dotykając mocno rozgrzanego pieca.



Cóż, tak to już bywa, że życie okazuje się prozaiczne. Mnie nie ugryzł żaden radioaktywny pająk (nie ugryzł mnie nawet żaden zwykły, choćby z takiego, dajmy na to, Grudziądza), nie zostałem napromieniowany w wyniku nieszczęśliwego wypadku (raz tylko miałem RTG klatki piersiowej), nie przybyłem z odległej planety Krypton (choć ci, którzy nie wątpią w moją męskość mogą przebąkiwać coś o jakimś Marsie, ale nawet jeśli, to Mars nie jest przecież wcale aż tak daleko), nie zostałem nawet, jak pewien inny Stark, zainfekowany X-wirusem (mnie to nawet SARS-CoV-2 chyba ominął) – ja po prosu dotknąłem gorącego pieca.



Stali więc nade mną Księciunio i Tołdi, a mnie pulsowała dłoń. Pulsowała coraz mocniej i mocniej. Pulsowanie rozchodziło się stopniowo przez przedramię do ramienia i dalej, rozchodziło się po całym ciele, a wraz z tym pulsowaniem rozlewała się po mnie frustracja. Ta poparzona dłoń była jak stygmat. Była jak znak. I może rzeczywiście była znakiem tego, co miało stać się za chwilę. Bo ja za chwilę umarłem.



Umarł król, niech żyje Król”, jak to mawiali Francuzi, tylko że w tej historii żaden król nie umarł. Jeśli ktoś miałby być w tej historii królem, to zapewne byłby nim Księciunio, ale Księciunio nie umarł. Umarłem ja, zwykły prostak, a o tym, jak świat traktuje umieranie prostaków pisał choćby, skoro już jesteśmy przy Francuzach, pan Emil Zola w swojej króciutkiej, choć bardzo treściwej książce „Jak ludzie umierają”.



Ja więc umarłem, a kiedy już umarłem, wtedy narodził się on – narodził się Defron.

Defron był wspaniały. Był wysokim, przystojnym, dobrze zbudowanym mężczyzną absolutnie bez żadnego zwisającego znad paska spodni brzuszka. Oczy miał jak sokół – pozbawiony był jakiejkolwiek wady wzroku, która zmuszałaby go do noszenia okularów, a grzywę miał jak lew – żadnych zakoli z przodu, żadnej łysiny z tyłu. Defron był potężny. Jego wspaniale wyrzeźbione ciało kryło w sobie (choć nie kryło do końca, kryło tak, żeby trochę jednak było widać) siłę i zwinność, a jago umysł cechował się wyjątkową bystrością. Defron był Übermenschem, żeby tym razem sięgnąć nie do Francji, a bliżej, bo tylko do Niemiec. To właśnie z powodu tego jego nadczłowieczeństwa Defron nie promieniował, jak zwykły człowiek, tylko w zakresie podczerwonym, ale promieniował również w zakresie nadczerwonym, co, tłumacząc z fizycznego na ludzki, oznacza tyle, że otaczały go płomienie.



Ze względu na ograniczoną w tej edycji liczbę znaków nie będziemy wymieniać wszystkich wspaniałych cech naszego superbohatera, tym bardziej że, ze względu na konstrukcję opowiadania, należałoby każdą z tych cech dodatkowo uwypuklić poprzez jakieś na przykład porównanie, a na to, niestety, nie ma tutaj miejsca. Ograniczymy się więc tylko do tych cech (choć i tak nie wszystkich) wymienienia, a będą to: inteligencja, ogłada, uprzejmość i charyzma. Żeby jednak nie pozostawać gołosłownym postąpimy zgodnie z biblijną maksymą „po owocach ich poznacie” i wszystkie wymienione (a także niewymienione) cnoty Defrona zobrazujemy opisując to, co wydarzyło się chwilę później.



– Ty, k⁎⁎wa, jesteś normalny!? – zrywając się z krzesła Defron wykrzyknął do Księciunia. – Czwarty raz mi zmieniasz, debilu j⁎⁎⁎ny, wytyczne projektowe! A ty, debilu i przydupasie debila w jednym – tutaj Defron zwrócił się do Tołdiego – przyjdziesz jutro i się będziesz, k⁎⁎wa, głupio pytał dlaczego ten projekt idzie tak powoli?!

Powiedziawszy, co miał do powiedzenia, Defron od słów przeszedł do czynów („i słowo ciałem się stało”) i wy⁎⁎⁎ał prawą ręką lutę Księciuniowi a lewą (którą miał tak samo silną i sprawną jak prawą, niczym Leonardo da Vinci) wy⁎⁎⁎ał lutę Tołdiemu.

Książę i Tołdi zostali zatrzymani przez dwie przeciwległe ściany biura, po których się zsunęli i zalegli pod nimi bez przytomności. Pozostali obecni tego dnia w biurze natomiast wstali i zaczęli klaskać.

– Dobrze zrobił! Od dawna im się należało! – rozległy się głosy.

Defron natomiast odwrócił się w kierunku drzwi i wyszedł podśpiewując po drodze, jak na człowieka w świecie obytego przystało, zwrotkę jednego z amerykańskich standardów:


"If you see me coming, better step aside,

a lot of men didn't, a lot of men died;

one fist of iron, the other of steel

if the right one don't get you, then the left one will"*



. . . . .



To wszystko powyżej oczywiście nigdy się nie wydarzyło i pewnie nigdy się nie wydarzy. To wszystko powyżej to bujda – literacka fantazja albo wylew frustracji, którą bezpieczniej jest wylać w taki właśnie a nie inny sposób, bo inny sposób mógłby nieść za sobą utrudniające życie konsekwencje. To wszystko powyżej zostało więc całkowicie zmyślone. No, może poza pierwszym akapitem.



– A to weź zrób trochę grubsze – powiedział Księciunio wskazując ręką na nie do końca określony punkt monitora.

– W wytycznych było, że mam wszystkie ścianki pocienić – powiedziałem ja, przenosząc wzrok na stojącego obok Tołdiego.

– Ja się nie będę wtrącał – powiedział Tołdi.

Przez chwilę milczeliśmy. Nie patrzyliśmy na siebie nawzajem, wszyscy patrzyliśmy w monitor. W końcu to ja przerwałem tę niezręczną ciszę:

– No dobra – powiedziałem. – Poprawię. Powinno być gotowe do końca tygodnia.

Księciunio uśmiechnął się i odszedł zadowolony. Tołdi od razu podreptał za nim.



* – Merle Travis, Sixteen tons


***


6018 znaków ze spacjami.

#naopowiesci

#zafirewallem


EDIT: Dalej mnie straaaasznie irytuje brak możliwości formatownia tekstu. Odpowiednie formatowanie bardzo pozwoliłoby w tym opowiadaniu odpowiednio zaakcentować akcenty w akapitach, ech.

Komentarze (2)

@George_Stark Ja pierniczę, kartka żywcem wyrwana z mojego pamiętnika, którego nigdy nie pisałem i pewnie nie napiszę. Tylko u mnie bohaterem byłby pewnie Safetron albo jakiś inny Safeman... Piękne w treści i piękne w formie, nawet pomimo barku możliwości formatowania.

@fonfi Dziękuję za miłe słowa. Zawsze to cieszy, że nie tylko ja mam źle.


I bardzo mi miło z powodu pochwały formy, z niej faktycznie jestem zadowolony. Tylko to imię, no to nie mój pomysł. Muza mi na spacerze podszepnęła.

Zaloguj się aby komentować