Wydawnictwo Media Rodzina przedstawia polską edycję czwartego tomu o najsłynniejszym czarodzieju. "Harry Potter i Czara Ognia" J.K Rowling ukaże się 3 czerwca 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie liczy 752 strony, w cenie detalicznej 94,99 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Czwarty tom kultowego cyklu w wyczekiwanej polskiej edycji!
Wakacje przed czwartym rokiem nauki w Hogwarcie nie są dla Harry’ego czasem spokoju.
Nawiedzają go koszmary, a Mistrzostwa Świata w Quidditchu, na które wybrał się z przyjaciółmi, przybierają niepokojący obrót. Niespodziewane wydarzenia czekają na niego również w Hogwarcie. Pradawny Turniej Trójmagiczny okaże się dla uczestników niezwykłym sprawdzianem odwagi, umiejętności i braterstwa, ale także śmiertelnym niebezpieczeństwem…
Czy wydarzenia ostatnich miesięcy to dzieło przypadku, czy zwiastun powrotu mrocznych sił?
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
O, pierwsza z 4 okładek która mi się podoba.
Mam nadzieję, że zrobią kolejną reedycję z pełnym nadrukiem, ale też stylem który mi podejdzie. Warto byłoby uzupełnić bo mam łącznie 3 książki, każda z innej serii
@Whoresbane @Kaligula_Minus Tak i chodziło o to, że Jim kay odchodzi i szukali zastępstwo dla niego ale to informacja sprzed kilku lat, obecnie już dawno został wybrany następcą, a obecnie już jest oficjalna data premiery 6 tomu, za który odpowiada nowy ilustrator Levi Pinfold, będzie o także ilustrował ostatni 7 tom.
"Levi Pinfold zilustruje dwa ostatnie tomy tej serii, w tym Harry’ego Pottera i Księcia Półkrwi, który ukaże się w październiku 2026 roku. Wielu fanów Harry’ego Pottera może już znać jego niezwykłe prace z edycji domów tej serii oraz z Magicznego Almanachu."
– A więc nie znalazłeś Źródła Młodości? – zapytał czując, że powinien podtrzymać rozmowę.
– Ależ znalazłem – zawołał urażony da Quirm. – czyste źródełko ukryte w głęboko w dżungli. I napiłem się z niego. A raczej pociągnąłem sobie solidnie, to chyba lepsze określenie.
– I...?
– Zdecydowanie działało. Tak. Przez pewien czas wyraźnie czułem, że młodnieję.
– Ale... – Rincewind szerokim gestem wskazał da Quirma, kołowrót i wysokie wieże Piekła.
– Ach – westchnął starzec – To właśnie jest najbardziej denerwujące. Tyle czytałem o Źródle... Można by pomyśleć, że we wszystkich tych księgach ktoś przynajmniej wspomni kluczową informację na temat wody.
Książkę przydybałam już jakiś czas temu w katalogu biblioteki i wypożyczyłam 3 tygodnie temu, ale z uwagi na nieco bardziej intrygujące lektury musiała trochę poczekać.
Ale cieszę się, że się wyrobiłam i przeczytałam, bo to naprawdę fajna, ciekawa pozycja o mniej pozytywnej stronie świata sztuki, czyli o ich utracie.
Dzieło sztuki można, jak się okazuje, utracić na wiele różnych sposobów. Naturalnie, najgłośniejsze przypadki dotyczą kradzieży z muzeów. Ale poza tym, można je ukraść chociażby z włoskiego kościoła (jak było w przypadku jednego z obrazów Caravaggia), prywatnej kolekcji, albo pracowni samego artysty. Dzieło może skonfiskować też władza albo okupant (dużo uwagi poświęcone jest w książce sztuce skradzionej i zniszczonej przez nazistów). Może spłonąć w pożarze albo kominku złodzieja. Może utonąć w rzece albo ulec zniszczeniu przy zalaniu budynku. Może też zniknąć w czasie przeprowadzki, katastrofy lotniczej, pod wpływem powietrza. Wreszcie, może je zniszczyć sam autor, sprzątaczka, albo... Winston Churchill.
Dzieła sztuki są z nami często przez wyłącznie określony czas. Większość na którymś etapie jako ludzkość straciliśmy, i jesteśmy ich straty mniej lub bardziej świadomi. Niektóre — nieliczne — udaje się odzyskać.
Każdemu omówionemu dziełu sztuki poświęcone są tu dwie strony: jedna na jego zachowane zdjęcie lub reprodukcję, a druga na opis, czym było, jakie miało znaczenie dla artysty, i jak je straciliśmy. Większość historii jest niezwykle ciekawa; większość wydaje się być zbyt krótka, bo chciałoby się poznać więcej szczegółów na temat zaginięcia, poczytać je jak dobry kryminał. I brakuje happy endów. Niestety.
Przysnąłem sobie przed chwilą, jak na starszego pana przystało, z książką na kanapie. Otwieram oczy, patrzę - a to już 20:00. Nie dość, że 20:00, to jeszcze okazuje się, że to mnie dzisiaj wylosowało. No więc jak się nie zerwałem...
Temat: Chrup!
Rymy: kanapy - łupie - japy - d⁎⁎ie
Zasady:
Masz podany temat i rymy
Ogarniasz wierszyk w tej tematyce i z tymi rymami.
Oczywiście rymy mają być użyte z zachowaniem podanej kolejności
Szerzysz radość z tworzenia
Piorunujesz jak najęty
Wiersz z największą liczbą piorunów do 20:00 wygrywa, a jego autor wrzuca własny temat i rymy
Autor: Dan Abnett, Aaron Dembski-Bowden, John French, Nick Kyme, Graham McNeill, Rob Sanders, James Swallow, Gav Thorpe, Chris Wraight
Kategoria: fantasy, science fiction
Wydawnictwo: Copernicus Corporation
Format: książka papierowa
Liczba stron: 405
Ocena: 7/10
“Epoka nadziei i chwalebnych podbojów [...] bezpowrotnie przeminęła. Na jej miejsce wkroczyła era mroku”
Antologia opowiadań stanowiąca XVI część cyklu Herezja Horusa, ale uwaga: nie polecam tego czytać w kolejności jako XVI tomu, gdyż zawiera wydarzenia następujące nie tylko po części XV ale też po XIX.
Zbiór zawiera następujące opowiadania:
Graham McNeill - Prawidła Wojny - 5/10
James Swallow - Nagroda Kłamcy - 8/10
Nick Kyme - Zapomniani Synowie - 6/10
John French - Ostatni Upamiętniacz - 10/10
Chris Wraight - Odrodzenie - 7/10
Gav Thorpe - Oblicze Zdrady - 6/10
Dan Abnett - Mały Horus - 7/10
Rob Sanders - Żelazo we Wnętrzu - 6/10
Aaron Dembski-Bowden - Bestialska Broń - 8/10
Jak to zwykle bywa z takimi wydawnictwami jest
kilka perełek i sporo średniaków. Znalazło się miejsce na bezduszną militarną akcję, przypowieść o tym jak niewiele trzeba by skłócić ludzi, filozoficzną dyskusję, a nawet pojedynek prymarchów.
Spotykamy wielu starych znajomych m.in. Iactona Qruze, Remusa Ventanusa (tym razem bez sztandaru), Kharna czy Horusa Aksymanda.
Mimo nierównego poziomu, wciągnąłem tą książkę znacznie szybciej niż się spodziewałem, co mówi samo za siebie.
Alabama, 1919 rok. Po tym, jak powódź spustoszyła miasteczko Perdido na południu stanu, Oscar Caskey, najbogatszy miejscowy kawaler, dokonując rekonesansu w zalanym miasteczku spotyka tajemniczą Elinor Dammert, która cudem zdołała uratować się z katastrofy. Elinor decyduje się zostać w miasteczku, gdzie niebawem znajduje posadę w miejscowej szkole, a jej urok osobisty szybko zjednuje jej wszystkich mieszkańców Perdido, z wyjątkiem władczej matki Oscara, Mary Love. Nikt nie przypuszcza, że nieufność matrony wobec przybyszki jest w pełni uzasadniona…
Opisywanie tej powieści jako „arcydzieło horroru” to chyba jakiś żart. To zwyczajna obyczajówka z odrobiną realizmu magicznego, którą można zaliczyć co najwyżej do fantastyki. Głównym wątkiem powieści jest rywalizacja pomiędzy apodyktyczną teściową i sprytną synową o możliwość sterowania maminsynkiem, a wszystkie nadnaturalne wydarzenia to tak naprawdę zbędne dodatki, które nie wywołują w czytelniku żadnego napięcia, o co zadbał sam autor, już na początku rzucając hinty odnośnie prawdziwej natury Elinor tak subtelnie, jakby jechał radzieckim czołgiem. Z tego względu moja ocena to tylko 4/10 – gdyby McDowell wyrzucił wątek fantastyczny, albo chociaż umiejętnie go poprowadził, dałabym ocenę o pkt. wyższą (ale też nie wyższą, niż 5/10 – wątki obyczajowe są zwyczajnie średnie i pozbawione mroku oraz realizmu typowych dla podgatunku Southern Gothic).
Wydawnictwo Vesper obwieszcza drugi tom serii O więzach i rozłamach. "Na światło i mrok" Ryana Cahilla jest planowany na sierpień 2026 roku. Poniżej okładka i krótko o treści.
Za potężnymi murami Belduaru Calen Bryer i jego towarzysze stają w obronie miasta oraz jego nowego króla. Od ponad tysiąca lat twierdza nie została zdobyta – była bastionem nadziei. Lecz oto imperium loriańskie ponownie staje u jej bram.
Na dalekiej północy Ella, siostra Calena, przybywa do portu Antiquar, mając u boku Faenira. Nie zna lęku przed nieznanym i nie zawaha się przed niczym, by doprowadzić swą misję do końca – bez względu na to, kto stanie jej na drodze.
Tymczasem w ambasadzie Kręgu Magii w Al’Nasla Rist Havel doskonali nowo odkryte moce, przygotowując się do prób. Nie wie jednak, że jest bacznie obserwowany i oceniany. Nie trafił do Kręgu przypadkiem – drzemie w nim wielkość, lecz bywa ona bardzo mroczna.
Gdy wojska imperium loriańskiego zaczynają inwazję, tylko Rycerze Achyrona dostrzegają prawdziwe niebezpieczeństwo. W ciemności budzi się bowiem coś, czego nie sposób powstrzymać – nadciągający cień, który pragnie jedynie krwi i ognia, gotów pochłonąć wszystko na swej drodze.
Na światło i mrok Ryana Cahilla to drugi tom cyklu O więzach i rozłamach. Niniejszy tom zawiera również nowelę Wygnaniec – opowieść o Daynie, który wyrusza przez Epherię ścieżką krwi, by dokonać bezwzględnej zemsty za śmierć rodziny.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Wydawnictwo Olesiejuk zapowiada powieść ze starego kanonu Gwiezdnych Wojen w aż trzech wersjach. "Na krawędzi. Imperium i Rebelia" Marthy Wells trafi na sklepowe półki 24 czerwca 2026 roku. Wydania: w miękkiej oprawie, w formacie starych wydań z Amberu, standardowej miękkiej i twardej z barwionymi brzegami, z Kolekcji Legend - obejmuje 368 stron, w cenie detalicznej 39,99 za "amberowską", 49,99 za miękką i 129,90 zł za twardą. Poniżej okładki ("amberowska" z lewej, miękka w środku i wizualizacja twardej z prawej) i krótko o treści.
KIEDY REBELIANCI WALCZĄ Z RENEGATAMI, OSTATECZNY TRIUMF MOŻE PRZYPAŚĆ IMPERIUM…
Nastały trudne czasy dla Sojuszu. Nękani przez Imperium i mierzący się z brakiem dostaw rebelianci mają trudności z ukończeniem nowej, tajnej bazy na lodowej planecie Hoth. Dlatego kiedy kupcy ze Środkowych Rubieży oferują bardzo potrzebne materiały, księżniczka Leia Organa i Han Solo przystępują do negocjacji.
Jednak zdrada zmusza statek rebeliantów do ucieczki na tereny kontrolowane przez piratów, a Leia dokonuje szokującego odkrycia: napastnicy pochodzą z jej rodzinnej planety, Alderaana, która została niedawno zniszczona przez Gwiazdę Śmierci. Ci uchodźcy stali się grabieżcami i na pewno wydadzą księżniczkę Imperium... jeśli tylko odkryją jej prawdziwą tożsamość.
Rozdarta między poczuciem winy, lojalnością a zdradą, Leia nie cofnie się przed niczym, by pomóc swoim rodakom, nawet w obliczu tak wielkiego zagrożenia, jakie stanowią siły Imperium. Stawiając czoła zarówno bandytom, jak i oprawcom, Leia, Han, Luke Skywalker i Chewbacca muszą zmierzyć się ze śmiercią — albo ją zaakceptować — aby utrzymać Rebelię przy życiu.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Nie podobało mu się, że On wrócił i że jest wściekły. Jeśli cokolwiek tak ważnego, że zasługiwało na wielkie litery, gniewało się w pobliżu Rincewinda, zwykle gniewało się na niego.
Drugi tom serii o samurajach autorstwa pana Matsuoki. Dowiadujemy się więcej o historii rodu Okumichi, w tym o ich wizjach i ich źródle. Rozwija się też wątek Emily, misjonarki z Ameryki.
Ten tom zawiódł mnie nieco tym, w którą stronę poszedł główny wątek, stąd minus jeden punkt względem poprzedniej części. Ale dalej świat jest intrygujący, akcja wartka, a opowieść wciągająca.
Inspirację stojącą za poniższym opowiadaniem pozwolę sobie przemilczeć.
***
Defron
– A to weź zrób trochę grubsze – powiedział Księciunio wskazując ręką na nie do końca określony punkt monitora.
– W wytycznych było, że mam wszystkie ścianki pocienić – powiedziałem ja, przenosząc wzrok na stojącego obok Tołdiego.
– Ja się nie będę wtrącał – powiedział Tołdi.
To nie jest opowieść o Gumisiach. Nie będzie tutaj Zamiego i Grafiego, nie będzie Kabiego i Sami. Nie będzie nawet Buni. Musiałem jednak jakoś nazwać swoich bohaterów, musiałem jakoś ich zanonimizować i w taki właśnie sposób Księciunio został Księciuniem – to on ma tutaj władzę, a Tołdi został Tołdim dlatego, że – no cóż – zachowuje się dokładnie tak, jak w Gumisiach zachowywał się Toudi.
To właśnie wtedy coś we mnie pękło – dłoń zaczęła mi pulsować w tym miejscu, w którym poprzedniego dnia oparzyłem się przez przypadek dotykając mocno rozgrzanego pieca.
Cóż, tak to już bywa, że życie okazuje się prozaiczne. Mnie nie ugryzł żaden radioaktywny pająk (nie ugryzł mnie nawet żaden zwykły, choćby z takiego, dajmy na to, Grudziądza), nie zostałem napromieniowany w wyniku nieszczęśliwego wypadku (raz tylko miałem RTG klatki piersiowej), nie przybyłem z odległej planety Krypton (choć ci, którzy nie wątpią w moją męskość mogą przebąkiwać coś o jakimś Marsie, ale nawet jeśli, to Mars nie jest przecież wcale aż tak daleko), nie zostałem nawet, jak pewien inny Stark, zainfekowany X-wirusem (mnie to nawet SARS-CoV-2 chyba ominął) – ja po prosu dotknąłem gorącego pieca.
Stali więc nade mną Księciunio i Tołdi, a mnie pulsowała dłoń. Pulsowała coraz mocniej i mocniej. Pulsowanie rozchodziło się stopniowo przez przedramię do ramienia i dalej, rozchodziło się po całym ciele, a wraz z tym pulsowaniem rozlewała się po mnie frustracja. Ta poparzona dłoń była jak stygmat. Była jak znak. I może rzeczywiście była znakiem tego, co miało stać się za chwilę. Bo ja za chwilę umarłem.
„Umarł król, niech żyje Król”, jak to mawiali Francuzi, tylko że w tej historii żaden król nie umarł. Jeśli ktoś miałby być w tej historii królem, to zapewne byłby nim Księciunio, ale Księciunio nie umarł. Umarłem ja, zwykły prostak, a o tym, jak świat traktuje umieranie prostaków pisał choćby, skoro już jesteśmy przy Francuzach, pan Emil Zola w swojej króciutkiej, choć bardzo treściwej książce „Jak ludzie umierają”.
Ja więc umarłem, a kiedy już umarłem, wtedy narodził się on – narodził się Defron.
Defron był wspaniały. Był wysokim, przystojnym, dobrze zbudowanym mężczyzną absolutnie bez żadnego zwisającego znad paska spodni brzuszka. Oczy miał jak sokół – pozbawiony był jakiejkolwiek wady wzroku, która zmuszałaby go do noszenia okularów, a grzywę miał jak lew – żadnych zakoli z przodu, żadnej łysiny z tyłu. Defron był potężny. Jego wspaniale wyrzeźbione ciało kryło w sobie (choć nie kryło do końca, kryło tak, żeby trochę jednak było widać) siłę i zwinność, a jago umysł cechował się wyjątkową bystrością. Defron był Übermenschem, żeby tym razem sięgnąć nie do Francji, a bliżej, bo tylko do Niemiec. To właśnie z powodu tego jego nadczłowieczeństwa Defron nie promieniował, jak zwykły człowiek, tylko w zakresie podczerwonym, ale promieniował również w zakresie nadczerwonym, co, tłumacząc z fizycznego na ludzki, oznacza tyle, że otaczały go płomienie.
Ze względu na ograniczoną w tej edycji liczbę znaków nie będziemy wymieniać wszystkich wspaniałych cech naszego superbohatera, tym bardziej że, ze względu na konstrukcję opowiadania, należałoby każdą z tych cech dodatkowo uwypuklić poprzez jakieś na przykład porównanie, a na to, niestety, nie ma tutaj miejsca. Ograniczymy się więc tylko do tych cech (choć i tak nie wszystkich) wymienienia, a będą to: inteligencja, ogłada, uprzejmość i charyzma. Żeby jednak nie pozostawać gołosłownym postąpimy zgodnie z biblijną maksymą „po owocach ich poznacie” i wszystkie wymienione (a także niewymienione) cnoty Defrona zobrazujemy opisując to, co wydarzyło się chwilę później.
– Ty, k⁎⁎wa, jesteś normalny!? – zrywając się z krzesła Defron wykrzyknął do Księciunia. – Czwarty raz mi zmieniasz, debilu j⁎⁎⁎ny, wytyczne projektowe! A ty, debilu i przydupasie debila w jednym – tutaj Defron zwrócił się do Tołdiego – przyjdziesz jutro i się będziesz, k⁎⁎wa, głupio pytał dlaczego ten projekt idzie tak powoli?!
Powiedziawszy, co miał do powiedzenia, Defron od słów przeszedł do czynów („i słowo ciałem się stało”) i wy⁎⁎⁎ał prawą ręką lutę Księciuniowi a lewą (którą miał tak samo silną i sprawną jak prawą, niczym Leonardo da Vinci) wy⁎⁎⁎ał lutę Tołdiemu.
Książę i Tołdi zostali zatrzymani przez dwie przeciwległe ściany biura, po których się zsunęli i zalegli pod nimi bez przytomności. Pozostali obecni tego dnia w biurze natomiast wstali i zaczęli klaskać.
– Dobrze zrobił! Od dawna im się należało! – rozległy się głosy.
Defron natomiast odwrócił się w kierunku drzwi i wyszedł podśpiewując po drodze, jak na człowieka w świecie obytego przystało, zwrotkę jednego z amerykańskich standardów:
"If you see me coming, better step aside,
a lot of men didn't, a lot of men died;
one fist of iron, the other of steel
if the right one don't get you, then the left one will"*
. . . . .
To wszystko powyżej oczywiście nigdy się nie wydarzyło i pewnie nigdy się nie wydarzy. To wszystko powyżej to bujda – literacka fantazja albo wylew frustracji, którą bezpieczniej jest wylać w taki właśnie a nie inny sposób, bo inny sposób mógłby nieść za sobą utrudniające życie konsekwencje. To wszystko powyżej zostało więc całkowicie zmyślone. No, może poza pierwszym akapitem.
– A to weź zrób trochę grubsze – powiedział Księciunio wskazując ręką na nie do końca określony punkt monitora.
– W wytycznych było, że mam wszystkie ścianki pocienić – powiedziałem ja, przenosząc wzrok na stojącego obok Tołdiego.
– Ja się nie będę wtrącał – powiedział Tołdi.
Przez chwilę milczeliśmy. Nie patrzyliśmy na siebie nawzajem, wszyscy patrzyliśmy w monitor. W końcu to ja przerwałem tę niezręczną ciszę:
– No dobra – powiedziałem. – Poprawię. Powinno być gotowe do końca tygodnia.
Księciunio uśmiechnął się i odszedł zadowolony. Tołdi od razu podreptał za nim.
EDIT: Dalej mnie straaaasznie irytuje brak możliwości formatownia tekstu. Odpowiednie formatowanie bardzo pozwoliłoby w tym opowiadaniu odpowiednio zaakcentować akcenty w akapitach, ech.
@George_Stark Ja pierniczę, kartka żywcem wyrwana z mojego pamiętnika, którego nigdy nie pisałem i pewnie nie napiszę. Tylko u mnie bohaterem byłby pewnie Safetron albo jakiś inny Safeman... Piękne w treści i piękne w formie, nawet pomimo barku możliwości formatowania.
Drugi tom serii kontynuuje historię w bardzo mrocznym i niepokojącym kierunku. Po wydarzeniach opisanych w tomie "Zew mroku" bohaterka próbuje jakoś funkcjonować, ale szybko okazuje się, że pewnych doświadczeń nie da się po prostu zostawić za sobą. Przeszłość wraca, granice moralne zaczynają się zacierać jeszcze bardziej, a sama historia coraz mocniej skupia się na psychice głównej bohaterki. Fabularnie mamy serię gwałtów i morderstw, których sprawcami jest grupa radykalnych mizoginów. Pałają żądzą zemsty za śmierć swojego idola - Jakoba Abela, która popycha ich do kolejnych morderstw na feministkach i kobietach działających (ich zdaniem) na szkodę mężczyzn. Jest brutalnie i mrocznie, dużo bardziej niż w 1 tomie.
I nadal działa tu to, co podobało mi się w pierwszym tomie najbardziej - świeżość. Krefeld dalej potrafi budować klimat czegoś innego niż standardowy skandynawski kryminał. Nie opiera wszystkiego wyłącznie na śledztwie, ale bardziej na psychologicznej presji, moralnym rozpadzie i ciągłym poczuciu zagrożenia. To nadal jest dość unikatowe połączenie i seria wyróżnia się na tle wielu podobnych thrillerów.
Problem pojawia się jednak w momencie, gdy zostajemy praktycznie tylko z jedną bohaterką. W pierwszym tomie część jej zachowań można było tłumaczyć sytuacją - była wciągnięta w chorą grę z mordercą, działała pod presją czasu i strachu. Tutaj spędzamy z nią znacznie więcej czasu i zaczyna wychodzić na jaw, że część tych zachowań nie była tylko reakcją na traumę czy manipulację. Coraz bardziej wygląda to jak jej naturalna strona charakteru. Za swoją porywczość zostaje nawet zawieszona.
I właśnie to trochę osłabia historię. Bohaterka staje się mniej interesująca, a bardziej męcząca. Znika część napięcia wynikającego z pytania "jak daleko da się ją popchnąć?", bo zaczynamy rozumieć, że ona sama ma w sobie coś bardzo mrocznego, co ją napędza ku wątpliwie morlanym wyborom. To ciekawy kierunek, ale jednocześnie odbiera trochę dynamiki relacji znanej z pierwszego tomu. Nie podoma mi się, też eliminacja jej partnerów służbowych, bo daje nam poczucie, że nie ma co się przywiązywać do innych bohaterów. W 1 tomie to było wyraźne (pisałem z resztą o tym), ale tu czułem to jeszcze bardziej.
Mimo tego książkę nadal czyta się bardzo dobrze. Klimat jest ciężki, historia angażuje, a autor konsekwentnie rozwija własną wizję serii. Efekt świeżości działa, ale brak przycisku bezpieczeństwa protagonistki, zaczyna momentami niepokoić.
Jest to opowiadanie o pokojówce pracującej w ekskluzywnym hotelu, która sprzątając analizuje życia gości. Całość jest dość poetycka, styl pisania ładny, ale nie bardzo zrozumiałem co wynika z tych opowieści.
David Bret to autor utrzymanych w pudelkowym tonie biografii sławnych ludzi, głównie gwiazd ekranu i estrady, których kariera przypadła na czasy Złotej Ery Hollywood. Jego książki często bywają krytykowane za wtórność wobec innych biografii czy epatowanie kontrowersjami, nierzadko opartymi na złośliwych i niemających potwierdzenia w rzeczywistości plotkach krążących za życia omawianych sław. O jego biografii Grety Garbo, w oryginale zatytułowanej Greta Garbo: Divine Star, można znaleźć w bio autora na anglojęzycznej Wikipedii taką krytyczną opinię:
There is little new to say about Garbo’s life, and the best one can expect of a retelling is insight, wit and a shapely narrative, none of which is provided by Divine Star. […]
Bret makes many errors. Of Garbo’s visit to New York in 1925, for example, he notes that she met Humphrey Bogart, one of "the biggest stars of the day", when he made his name with The Petrified Forest in 1936. He thinks that the Académie Française is a drama school. And so on. He also writes incredibly badly.
Muszę się zgodzić z powyższą krytyką. Primo, biografia Garbo autorstwa Breta jest wtórna wobec recenzowanej niedawno przeze mnie Garbo. Abdykacja królowej. Nie można uznać jej za bezczelny plagiat, ale podczas lektury widać wyraźnie, że książka Parisa stanowiła dla Breta główne źródło informacji o gwieździe, co można poznać chociażby po umieszczaniu tych samych cytatów czy porównań.
Secundo, w książce roi się od informacji, których prawdziwość wzbudza wątpliwości (niektóre były prostowane przez tłumacza, lol). Najbardziej Bret popłynął w dwóch kwestiach:
- Niemal każda osoba, z którą Greta zetknęła się w swojej filmowej karierze, jest opisana jako homo albo bi. Jakim cudem? Rozmaite przeprowadzane w krajach zachodnich badania wskazują, że odsetek osób deklarujących się jako LGBT+ wynosi 7-10% ogólnej populacji. Niemożliwe wydaje się więc, aby Los Angeles w latach 30. było zasiedlone przez samych gejów i lesbijki. Zresztą, nawet, gdy popatrzy się na dzisiejszą, dość mocno lewicową branżę, gdzie osób nieheteronormatywnych nie piętnują już samozwańczy stróże moralności pokroju Willa Haysa czy Josepha Breena, przeważają związki hetero.
- Kariera szpiegowska Grety Garbo. Bret pewnym tonem opisał ją jako Matę Hari „i na ekranie, i w życiu”. Jakieś źródło owych rewelacji? Ponad 80 lat po zakończeniu II WŚ, nie ma żadnych jednoznacznych dowodów na współpracę Grety z jakimkolwiek wywiadem, a pogłoski o rzekomej pracy szpiegowskiej aktorki biorą się wyłącznie z mocno dwuznacznych wypowiedzi samej Garbo i jej krewnych.
Nie przeczę, że w biografii są fragmenty, których rzetelności nie można nic zarzucić, w dodatku pewne postacie z życia Garbo zostały przedstawione – zgodnie z prawdą – krytyczniej, niż u Parisa i Gottlieba. Nie mogę jednak polecić tej książki jako dobrego źródła informacji o życiu aktorki, za dużo w niej bowiem fantazji autora. Polskie wydawnictwa, jak już chcą przetłumaczyć i wydać biografię jakiejś gwiazdy, powinny robić dokładniejszy research, czy książka jest na pewno na tyle dobra i rzetelna, by warto ją było publikować po polsku.
Dom Wydawniczy REBIS przygotowuje nowość historyczną. "Kapetyngowie. Dynastia, która stworzyła średniowieczną Francję" Justine Firnhaber-Baker rozpoczną panowanie 16 czerwca 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie ma 465 stron, w cenie detalicznej 99 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Historia najpotężniejszego królestwa chrześcijańskiego świata. Opowieść o wstrząsach religijnych, bohaterskich czynach, zdradach, świętych wojnach, pogromach i prześladowaniach. O rodzie obdarzonym wyobraźnią i ambicją, przekonanym, że sam Bóg wybrał go do wielkich celów. Oni nie tylko rządzili Francją. Oni ją stworzyli.
Dzieje Kapetyngów, ich wzlotów i upadków, to wielka epopeja europejskiej historii. Zaczynając w X wieku od skromnego przyczółka wokół Paryża, zbudowali oni państwo rozciągające się od Atlantyku po Morze Śródziemne i od Rodanu po Pireneje. Dali początek instytucjom, które przetrwały aż do rewolucji francuskiej, przekształcili Paryż z błotnistego zaścianka w olśniewającą metropolię i przyłożyli ręki do najbardziej rozpoznawalnych osiągnięć średniowiecza, od architektury gotyckiej, poprzez wyprawy krzyżowe, aż po „miłość dworską”. Niejeden raz ich wrogowie popełniali błąd, nie doceniając, z kim się mierzą, oni zaś dzięki przebiegłości, bezwzględności, szczęściu i małżeństwom pokonywali ich wszystkich.
Justine Firnhaber-Baker znakomicie oddaje nie tylko życie kapetyńskiego dworu, dokonania intelektualne, bitwy i religijny zapał owych czasów, lecz także ciąg katastrof, który doprowadził w końcu do upadku tej dynastii.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach