Tak jak nie moją jest winą, że się urodziłem królem, tak nie twoją, żeś się nim nie urodził. Wszak to jasne.
Będą chyba spoilery.
Przygody Tomka Sawyera podobały mi się tak bardzo, że nawet bez rekomendacji kolegi @trixx.420 (choć za nią dziękuję) miałem zamiar zabrać się za Przygody Hucka Finna. No i zabrałem się, nawet tę książkę skończyłem, choć miałem taki moment, że już myślałem, że to mi się nie uda. Ja nie mam pojęcia czy jest to kwestia tłumaczenia (jest jakieś inne niż pani Prażmowskiej?) czy zmiany narracji na pierwszoosobową, czy też może po prostu opowieść nie przypadła mi do gustu, ale po całkiem niezłym początku zacząłem się tą książką męczyć. O ile podobał mi się opis pobytu Hucka u wdowy Doulasowej (w tłumaczeniu Przygód Tomka Sawyera autorstwa pana Jana Bilińskiego po prostu „wdowy Douglas”, co brzmi dla mnie dużo lepiej, tak jak i brzmiały dla mnie dużo lepiej oryginalne brzmienie imion pozostawione przez pana Bilińskiego – „Joe Harper”, a nie „Józio Harper”, jak to przełożyła pani Prażmowska, co ogromnie mnie denerwowało, ale może to kwestia przyzwyczajenia), o ile sposób w jaki Huck Finn uwolnił się spod „opieki” ojca podobał mi się, tak później zaczęło wiać nudą. Rzeczy działy się, ale nie bardzo moim zdaniem prowadziły do czegokolwiek, a i ani jakoś szczególnie zabawne ani pouczające również nie były. Wszystko wróciło jednak na właściwe tory kiedy pojawiły się postaci króla i księcia. Od tego momentu książka znów zaczęła mnie interesować, a późniejsze ponowne spotkanie Hucka z Tomkiem Sawyerem przyjąłem z ogromnym zadowoleniem i pojawiły się wtedy oczekiwania. Na szczęście pan Twain (albo Tomek Sawyer) te oczekiwania spełnił.
Siłą rzeczy będę te dwie książki – Przygody Tomka Sawyera i Przygody Hucka Finna ze sobą porównywał. Nie tylko w kwestii opowieści, ale i narracyjnie, jak już wspomniałem, Przygody Hucka Fina również wypadają, moim zdaniem, gorzej. Wspominałem o tłumaczeniu, być może to jest przyczyną, choć nie chcę w tej sprawie wyrokować – nie sięgałem do oryginałów, nie czuję się więc uprawniony do zabierania głosu. Wydaje mi się, że moje wrażenie może być wynikiem splotu powyższych składowych, a na dodatek samych głównych bohaterów – Tomek Sawyer działał i był aktywny, Huck Finn przeciwnie, Huckowi Finnowi rzeczy po prostu się przydarzały, a on często zastanawiał się jak w takiej sytuacji zachowałby się Tomek Sawyer. Tomek Sawyer jest dla mnie postacią dużo wyraźniejszą (ale może pan Twain chciał tak te postaci napisać?), a sama o nim opowieść jest dużo bardziej zawadiacka i może dlatego bardziej mi się podobała?
To co upatrywałbym jako przewagę Przygód Hucka Finna nad Przygodami Tomka Sawyera to wartość edukacyjna tej drugiej. Dużo częściej jest w niej poruszany problem tego, że wychowanie i status quo niekoniecznie są tym, co należy uważać za dobre. Huckowi zdarza się w kilku miejscach poczucie, że jego wewnętrzny kompas moralny pokazuje coś zupełnie innego niż „powinien” i ma w związku z tym wyrzuty sumienia. Wydaje mi się, że ta książka, odpowiednio skomentowana, mogłaby bardzo pomóc kształtować młodzież i jako lektura szkolna pod tym względem sprawdziłaby się dużo lepiej niż Przygody Tomka Sawyera. No tylko dwa zastrzeżenia – trzeba by na początek znaleźć nauczycieli, którzy chcieliby ten temat uwypuklić a nie zajmować się „charakterystyką postaci i planem zdarzeń”, a poza tym to po co karać dzieciaki tak toporną narracją? No i rzecz trzecia – czy komuś zależy na tym, żeby dzieciaki, kiedy już dorosną, umiały podejmować decyzje nie tylko samodzielnie, ale nawet poza schematem?
Kilka słów o wydaniu, bo ściągnąłem sobie wersję ze strony Wolnych Lektur. Kilka ostatnich pozycji, które przeczytałem w wydaniu tej fundacji zaniepokoiło mnie ubogością przypisów. Pragnę uspokoić – w przypadku Przygód Hucka Finna przypisów jest tyle ile przystało na książkę opublikowaną przez Wolne Lektury, a więc całe mnóstwo. Druga natomiast rzecz, której przeboleć nie mogę (ale to może mój autyzm), to błąd ortograficzny. O ile przecinki jestem w stanie wybaczyć, sam mam z nimi problem, o ile przeboleję kiepskie formatowanie, nawet literówki zniosę, to co musiało się stać żeby opublikować książkę ze słowem „wój”?
A! Jeszcze jedno! Wydanie dostępne na stronie Wolnych Lektur zawiera ciekawą, poważną przedmowę autorstwa pana Juliana Święcickiego dotyczącą humoru. No i trochę dotyczącą też pana Marka Twaina.
Gdybyś nie miał dość, to ta książka była dość głośna w książkowym środowisku
Odważna i brawurowo przełożona przez Kaję Gucio reinterpretacja Przygód Hucka Finna Marka Twaina: zniewolony Jim odzyskuje głos i przeciwstawia się konwenansom, które zepchnęły go na margines.
CXXIII edycja zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem
Cóż, pięknie mnie wkopaliście, jednak nic tak nie motywuje, jak dołożenie roboty bliźniemu A skoro tak, no to zapraszam na #diproposta , którą w tym tygodniu będzie Modlitwa Polaka z filmu Dzień świra:
Gdy wieczorne zgasną zorze,
Zanim głowę do snu złożę,
Modlitwę moją zanoszę
Bogu Ojcu i Synowi:
"Dopierdolcie sąsiadowi!
Dla siebie o nic nie wnoszę,
Tylko mu dosrajcie proszę."
Kto ja jestem? Polak mały
Mały, zawistny i podły.
Jaki znak mój? Krwawe gały.
Oto wznoszę swoje modły
Do Boga, Marii i Syna:
"Zniszczcie tego sk⁎⁎⁎⁎syna
Mego brata, sąsiada,
Tego wroga, tego gada."
Zasady:
Łańcuszek, czyli osoba wyzwana przez osobę poprzednią ma zadanie napisać w ciągu 24h wiersz (bądź przynajmniej połowę, składającą się z 7 lub 8 wersów), w którym rymy w poszczególnych wersach zgadzają się (ale niekoniecznie) z rymami w tych samych wersach w powyższym utworze #diproposta .
Wiersz powinien być w jakimś stopniu atakujący osobę będącą wyzywaną, ale proszę bez przesady, by nie doszło do niepotrzebnego rozlewu krwi. OSOBĄ WYZYWANĄ DO PISANIA WIERSZY NIE MOGĘ BYĆ JA, niemniej dopuszczam ataki na siebie, tyle że potem w ostatnim wersie musi znaleźć się właściwa osoba wyzywana do kolejnego pisania wiersza - wszystko oczywiście otagowane prawilnie #diriposta.
Osoba, która się nie wywiąże z napisania wiersza w ciągu 24h staje się przegranym i ma obowiązek rozpoczęcia nowej edycji #nasonety. Jeśli wszystko jednakże wyjdzie, przegraną (wygraną?) staje się osoba, która w najbliższą niedzielę (26.04.2026) o godzinie 12:00 czasu letniego będzie wyzwana w łańcuszku do wiersza jako ostatnia.
Żeby Was dodatkowo zachęcić, pod każdym wierszem w ciągu 24h będę musiał w swoich 4 wersach jakoś nawiązać do napisanego przez Was wiersza w komentarzu pod tym wierszem — jeśli tego nie zrobię, automatycznie staję się przegranym i ja będę musiał rozpocząć kolejną edycję zabawy #nasonety - więc im więcej wierszy napiszecie, tym większa szansa, że ja się nie wyrobię xD
Mam nadzieję, że jest to z grubsza jasne xD Udanej zabawy! A jako, że najbardziej żywy w dowaleniu mi wczoraj był @fonfi , to ty mój drogi zaczniesz zabawę
Stara baba napisała książkę o nastoletnich gejach dla nastoletnich dziewczynek. Bardziej poza strefą komfortu byłbym, gdybym dorwał wydanie z komentarzem księdza proboszcza.
To ta, co ostatnio się spłakała na swoim fanpage'u, że ludzie nie chcą czytać jej książek, a poza tym to pisać powinno się tylko po uzyskaniu licencji?
@George_Stark i *** (Może gdyby wtedy zakręcili gaz);
@splash545 i O sonecie oraz Interes życia;
@fonfi i Tęsknota, @bojowonastawionaowca - Ty już wiesz co… oraz Niedzielny poranek;
@Marvin i Erotyk;
@Kaligula_Minus i Krótkie rozważania o pierwszej miłości i perturbacjach z nią związanych oraz „Pierdolety wierszoklety”;
@KatieWee i sonet bez tytułu;
@hejtoanonim (to sprytne zagranie!) i Nie ma już nas;
@Dziwen i Pomysł na wiersz;
@Statyczny_Stefek i Sobotni, leśny spacer;
***
Zanim do rzeczy, to chciał podziękować i pogratulować wszystkim uczestnikom oraz powitać debiutantów – może zostaniecie z nami na dłużej? Jak wynika z powyższego zestawienia, udział wzięło dziewięć osób, które napisały trzynaście utworów. Piękny wynik! Liczę, że będziemy takie utrzymywać.
Ponieważ trzynaście to więcej niż dziesięć, a dziewięć to więcej niż siedem, zgodnie z tym co obiecałem tydzień temu, nie mam wyboru i ogłaszam, że zwycięzcą CXXII edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem zostaje kolega @bojowonastawionaowca! – gratuluję serdecznie!
***
Wywiązawszy się ze zobowiązania i dotrzymawszy słowa, ogłaszam teraz co następuje dalej. Zwycięstwo kolegi jest zwycięstwem honoris causa, nie będzie się więc wiązać z nagrodą w postaci kary zobowiązania do organizacji kolejnej edycji naszej zabawy – o nagrodzie w zasadach nic nie pisałem przecież, o zwycięstwie tylko. Prosiłbym natomiast kolegę-zwycięzcę o wskazanie spośród osób uczestniczących tego szczęśliwca, który nagrodę otrzyma (wiem, mogę to być i ja, ale nie jest też wykluczone wskazanie przez zwycięzcę samego siebie).
Tym sposobem, zrzuciwszy z siebie odpowiedzialność (wilk jest, mam nadzieję, syty, a i owca – he! he! – cała) żegnam się z Państwem. Dobrej nocy i miłej kolejnej edycji!
@splash545 A @Marvin z nami pisał? Jeśli tak, to przepraszam za niedopatrzenie. Trochę się zająłem życiem dorosłego człowieka i, niestety, nie mam już na kawiarnię aż tyle czasu co wcześniej, więc coś mogło mi umknąć.
"OD DZIECIŃSTWA MARZYŁEM BY ZOSTAĆ GOŚCIEM OD KUNG-FU"
"Ucieczka z Chinatown" równie dobrze mogła by się nazywać "ucieczka od schematów". Książka napisana jest w formie scenariusza i jest satyra na rzeczywistość jaka dotyka wielu imigrantów azjatyckiego pochodzenia zamieszkujące chińskie dzielnice w USA.
Satyra ta jednak jest przykrywką dla przekazu o tym jak ludzie sami siebie wrzucają w pułapkę schematu. Nie ma znaczenia jakiego koloru masz skórę i jakiego jesteś pochodzenia jeżeli dążysz co celu którego motywacji nie potrafisz wyjaśnić. Uważam, że podobna tematykę poruszaja "Chłopi" gdzie każdy musi odegrać swoją rolę. Dlaczego? Tego nikt nie wie, po prostu już tak jest.
Na pewno jest to jedna z tych książek która pobudza autorefleksje i zastanawianie się nad sobą czy sami czasem unieszczesliwiamy się na siłę że względu na to, że otoczenie czegoś od nas wymaga i się męczymy dążąc do celu, który nic w naszym życiu nie zmieni, a jego osiągnięcie nie da nam spełnienia, jedynie uczucie pustki i bezsensowności. Podobnie jak miał główny bohater, kiedy został już wymarzonym od dziecka gościem od KUNG-FU.
Po za tym sama powieść bawi wielu momentach, kilka razy głośniej wypuściłem powietrze nosem po przeczytaniu dialogów, których humor idealnie wpasowuje się w mój. Minusem jest to, że powieść jest bardzo nierówna, miejscami trochę odpływa w rejony które za bardzo brzmią jakby autor pisał je pod wpływem jakiś substancji, przez co wychodzi trochę przerost formy nad treścią, ale z drugiej strony rozumiem zamysł który miał mieć wydźwięk oniryczny.
Przy okazji perspektywy Wielkanocy i niewątpliwego pokazu Znachora w telewizji (którego wcześniej widziałem zaledwie 1x w życiu) stwierdziłem, że warto będzie też zapoznać się z powieściowym pierwowzorem. Nie ma co przedstawiać fabuły, bo i tak niemalże każdy ją dobrze zna
To, co przy okazji książki rzuciło mi się w oczy, to zdecydowanie pełniejszy świat przedstawiony. Autor naprawdę dobrze pokazywał ówczesne życie, co siłą rzeczy przez ograniczony czas musiało zostać w sporej części wycięte z filmu. IMO na plus dużo bardziej życiowy, ale kompletnie niefilmowy sposób pokazania zakończenia. Niemniej nie żałuję, że w klasyku filmowym delikatnie zostało ono zmienione, bez tego nie byłoby takich pięknych memów xD
Na drobny minus to, że autor niezbyt dobrze radził sobie z chronologią wydarzeń i np. najpierw tuż po zniknięciu dra Wilczura szybko skończył wątek warszawski i kliniki wybiegając w parę lat później, po czym wrócił do Wilczura i "bieżących" wydarzeń. Podobnie wątek losów żony i dziecka trochę na siłę wepchnięty kolanem, zamiast jakoś ładniej do tego wrócić w retrospekcji w późniejszym czasie.
Na kolejne święta zdecydowanie polecam dla możliwości porównania sobie książki z wszystkimi trzema wersjami filmowymi
@bojowonastawionaowca znachor został napisany jako scenariusz ale nie chcieli mu go wówczas zekranizować. Więc wydał jako powieść i koniec końców powstal film. Najwierniejszą adaptacją jest ta pierwsza wersja (tej najnowszej nie oglądałem)
Tytuł: Trzymaj się z dala, kochanie. Opowieść o miłości w Afryce Wschodniej
Autor: Konrad Piskała
Kategoria: reportaż
Wydawnictwo: Szczeliny
Format: książka papierowa
ISBN: 9788381353830
Liczba stron: 352
Ocena: 6/10
"Opowieść" to to nie była, po prostu zbiór opowieści i reportaży z wybranych 5 krajów regionu: niektóre dłuższe, inne krótsze, inne nieco dłuższe, większość przeciętnych, część niezłych, ale nic takiego zachwycającego - ba, parę razy nawet uznałem, że komentarze autora czy wchodzenie przez niego z butami w czyjeś życie było dosyć niestosowne i potencjalnie szkodzące. Ale przede wszystkim często są tylko liźnięciem tematu przez szybkę, gdzie aż prosiło się o szersze przedstawienie problemu (w zasadzie chyba tylko ugandyjska polityka wobec osób LGBT wyszła naprawdę dobrze).
Autor szuka odpowiedzi na pytanie, czym dla tamtejszych ludzi jest miłość. Ale mam wrażenie, że to szukanie jest dosyć wybiórcze - albo są to historie smutne, albo kontrowersyjne z punktu widzenia europejskiego czytelnika. Nie neguję tego, że życie miłosne w Afryce Wschodniej może być trudne i bolesne, ale jednak wolałbym zobaczyć cały jego przekrój, a nie tylko bardziej smakowite z niego kąski.
W dużym skrócie książka bez szału, ale za te parę złotych z promocji była nawet dobra. W cenie okładkowej nie polecam
Dobrze, że obyło się bez cytatu z Mandeli #pdk @Dziwen
@bojowonastawionaowca swoją drogą miałem kontakt z kilkoma książkami tego wydawnictwa i jak widzę ten jego symbol na okładce [ta grafika powycinana w obrazku], to jakoś z automatu mam wrażenie, że to musi być pod ocenę między 6, a 4 na 10.
Tytuł: Czekając na aresztowanie nocą. Relacja ujgurskiego świadka z ludobójstwa w Chinach
Autor: Tahir Hamut Izgil
Kategoria: reportaż
Wydawnictwo: Znak Koncept
Format: książka papierowa
ISBN: 9788324094288
Liczba stron: 320
Ocena: 7/10
Ciąg dalszy książek kupionych dzięki polecajce promocyjnych @WujekAlien - tematyka bardzo dobrze mi znana, począwszy od 2014 roku i zamachów w Urumczi śledziłem wydarzenia w Xinjiangu na bieżąco, ale za tę cenę (bodajże dyszka) szkoda było książki nie wrzucić na półkę
Na początek małe wyjaśnienie - Xinjiang (po polsku Sinciang, acz ja zdecydowanie wolę używać oryginalnej nazwy) to najbardziej na zachód wysunięta prowincja Chin, będąca jednocześnie jednym z kilku regionów autonomicznych. Ludność tamtejszego obszaru to Ujgurzy, będący w większości muzułmanami i przynależący do ludów tureckich, których chińscy Hanowie chcą odnarodowić, na co radykalni Ujgurzy starali się odpowiedzieć terrorystycznymi atakami, na co restrykcje wymierzone we wszystkich Ujgurów zaczęły się nakręcać (szczególnie od czasów regionalnego przywódcy Chena Quanguo).
Autor jest ujgurskim intelektualistą i tylko dzięki temu i swoim znajomościom zdołał uciec z Chin na zachód i opublikować swoje wspomnienia z życia w swojej ojczyźnie, gdzie wszyscy Ujgurzy stopniowo, ale nieuchronnie ludzie są poddawani coraz silniejszym restrykcjom, na czele z odbieraniem paszportów i byciem zatrzymywanym bez żadnego wyroku i wysyłanym do obozów reedukacyjnych - ten los spotkał przynajmniej 1-2 miliony z nich (na 10-milionową społeczność). Wielu więcej pierwszoosobowych relacji z życia pod takim zacieśniającym się kagańcem nie ma i chociażby z tego względu warto się z książką zapoznać.
Książka pokazuje bardzo dobitnie jak represje i kontrola społeczna w Xinjiangu są niestety skuteczne. Analogicznie sytuacja miała miejsce w Tybecie, na nieco mniej drastyczną skalę również w Mongolii Wewnętrznej. Chiny to nie tylko piękne turystycznie miejsca czy niebywały rozwój technologiczny i o tej ciemniejszej stronie "rozwoju" (bo Ujgurzy byli i są również wykorzystywani w formie pracy przymusowej w tamtejszych zakładach przemysłowych) warto pamiętać.
Żałuję, że nie potrafię tak ładnie pisać, aby oddać moje emocje podczas czytania Zimy Muminków.
Muminki tradycyjnie od pokoleń przesypiają okres od października do kwietnia. Zdaje się, że dlatego są takie szczęśliwe, bo nie zaznają zimowych trosk, mrozu, braku jedzenia, ciemności.
Tym razem Muminek niespodziewanie budzi się w środku zimy i nie może już zasnąć. Samotność i ciekawość tego zupełnie innego świata, wyciąga go na zewnątrz.
Po raz pierwszy w życiu doznaje takiego zimna, tęsknoty za swoją rodziną, która nie potrafi się obudzić oraz zaskakujących aktywności, które możliwe są tylko zimą. Wraz z nowymi przyjaciółmi oraz Małą Mi, stawia czoła nowym trudnościom. Dużo rozmyśla, a są to myśli wielkie i mniejsze.
Przychodzi też śmierć, po niej pogrzeb a wszędzie wokół czuć mroczny klimat zimy.
U Stawiszyńskiego kiedyś był rozmówcą jakiś poważny profesorek i rozmawiali o książkach i mówił, że po wielu latach wrócił do Muminków i właśnie Zima bardzo go zaskoczyła tym jak głęboko opowiada o śmierci
@JapyczStasiek jestem absolutnie zauroczona tą powieścią, dawno żadna książka nie wywołała u mnie gęsiej skórki i takiego wzruszenia
A napisane w tak prosty i łagodny sposób
"Ostatnie rozdanie" to dla mnie przykład literatury pięknej kompletnej. Takiej, w której nie ma ani jednego elementu zbędnego, a forma, temat, język i sens tworzą spójną całość. Punkt wyjścia jest pozornie prosty: bezimienny narrator przegląda stary notes z nazwiskami i adresami, próbując go uporządkować. Nie jest to też pierwsza próba ogarnięcia tego chaosu, złapanego kilkoma gumkami, żeby się nie rozleciał (nie wybuchł). Każde nazwisko otwiera jednak nie tylko wspomnienie konkretnej osoby, ale całe warstwy pamięci, zaniechań, utraconych możliwości, dawnych miłości i pytań o to, czym właściwie było dotychczasowe życie. I nagle okazuje się, że ten notes jest nie tylko rejestrem kontaktów, pamiętanych dobrze, źle lub wcale, ale metaforą egzystencji.
Najbardziej fascynuje mnie to, że Myśliwski z czegoś tak skromnego buduje powieść o wszystkim. O pamięci, przemijaniu, przypadku, miłości, szczęściu, samotności, wolności, niespełnieniu. To książka, która nie ma klasycznej fabuły w zwykłym rozumieniu (jest tu kilka wątków, które w obliczu przesłania nie mają dużego znaczenia), a mimo to niesie czytelnika swoim rytmem. U Myśliwskiego opowieść jest jak myśl, ona nie płynie - ona meandruje, znika, wraca, zatacza kręgi. I właśnie dlatego działa tak mocno.
Jest w tej książce coś z wciąż żywej korespondencji. Nie tylko dosłownie, przez listy i ślady po ludziach, ale przez samą ideę, że relacje nigdy nie znikają całkiem, tylko przechodzą w pamięć, w język, w sposób, w jaki opowiadamy siebie samym sobie. To piękna myśl, i Myśliwski potrafi ją unieść bez cienia pretensjonalności.
I jest jeszcze język. To jest właśnie ta "kompletność". U Myśliwskiego nie ma rozdziałów zbędnych. Wszystko jest zawarte między tym, co opowiedziane i jak opowiedziane. Ta kompletność objawia się też w połączeniu najlepszych cech z innych jego dzieł: gawędziarstwa znanego z "Traktatu o Łuskaniu fasoli", melancholii z "Widnokręgu", filozoficzności z "Ucha igielnego" i ironii z "Drzewa". W mojej ulubionej książce Pana Wiesława ("Traktacie o łuskaniu fasoli") już te elementy były na miarę arcydzieła, ale mam wrażenie, że tu nie wypada to gorzej.
To jedna z tych rzadkich książek, które nie tylko opowiadają o życiu, ale zdają się działać według jego logiki - fragmentarycznej, nieuporządkowanej, złożonej, a jednak ostatecznie sensownej. Książka, która nie tyle daje się przeczytać, co pyta: A jak wygląda Twój notes teleadresowy? Ile z zapisanych w nim osób dalej pamiętasz, ile z nich odegrało jakąś rolę w Twoim życiu (pozytywną lub negatywną)? a ile na przestrzeni lat stało się tylko nic nie znaczącym wpisem, który możesz bez konsekwencji wyrzucić. I wreszcie, czy piszesz jeszcze odręczne listy? kiedy napisałeś ostatni i do kogo?
Słowo pisane ręcznie jest bowiem innym słowem niż na maszynie czy komputerze. To jakby krwi własnej pieczęć.
Szkoda, że miałem przyjemność widzieć autora tylko raz na żywo i przed jego śmiercią nie udało mi się otrzymać choć 1 autografu.
Okładka z mojego ulubionego wydania, Znak zrobił rewelacyjną robotę wydając te książki w tak pięknej i zarazem prostej oprawie, która świetnie współgra z treścią książek i twórczością Pana Wiesława.
@WujekAlien Właśnie przed sekundą skończyłem ją czytać. Dla mnie to jest zdecydowanie najlepsza książka Myśliwskiego jaką miałem okazję przeczytać. Śmiem nawet twierdzić, że jest lepsza niż Traktat o łuskaniu fasoli. W Traktacie było kilka fragmentów, które mnie... zmęczyły? Ostatnie rozdanie natomiast, dotyka jakichś takich obszarów we mnie, że im dłużej ją czytałem, tym bardziej chciałem, żeby ona w ogóle nie miała końca. Ale książki Myśliwskiego są o życiu i tak jak życie - mają swój koniec. I tak samo jak życie zostawiają czytelnika z głębokim poczuciem niedosytu. A "relacja" z Marią - zarówno w idei, formie i języku - to jest po prostu majstersztyk!
@fonfi dla mnie te 2 książki plus “Widnokrąg” to najlepsze, co Myśliwski napisał i trudno mi wybrać, która jest lepsza. Fakt “Ostatnie rozdanie” jest bardziej kompletne i porusza ważniejsze wątki, niż Traktat, do tego ma odrobinę wątków fabularnych, które też są na plus. Ale Traktat to mistrzostwo gawedziarstwa, które u autora uwielbiam.
No i książka wylądowała właśnie w czytniku kompletnie zaburzając kolejność tego, co miałem czytać dalej. Wydaje mi się jednak, że to, że ten wpis pojawił się akurat wtedy, kiedy wybrałem się do Sandomierza, to musi być jakiś znak.
Do Doliny Muminków znów zawitała powódź. Kuchnia, salon, wszystko zatonęło w wodzie wraz z meblami, imbrykiem i kawą. Ale Muminki nie należą do gatunku zamartwiającego się, płyną na spotkanie kolejnej przygodzie, podczas której niespodziewanie tworzą pierwszą w życiu sztukę teatralną. Pojawiają się nowi przyjaciele i zaskakujące rodzinne powroty.
Książka dość krótka, ledwo się zaczęła a już skończyła 😉
@osn_jallr nie wiem jeszcze nie zaczalem czytac i tez trudno mi sie wczuc w role kogos kto nie zna śląskiego ¯\_( ͡° ͜ʖ ͡°)_/¯ zrobie ci zdjecie jak bede w domu to sam ocenisz
W tej części poznajemy niesamowite przygody z czasów młodości Tatusia Muminka, które rozpoczynają się od czasu podrzucenia go w papierowym worku do domu podrzutków Ciotki Paszczaka, a kończą na pierwszym spotkaniu z Mamusią Muminka.
Pamiętniki świetnie prezentują przekorną naturę Tatusia, oraz jego zamiłowanie do przygód.
Pojawia się też sporo nowych postaci, jak na przykład Mała Mi, czy też rodzice Włóczykija oraz Ryjka.
I w tej części nie brakuje pięknych grafik Tove ♥️
“Wszyscy na Calth otrzymali taki wyrok (śmierci) [...] Możemy jedynie wybrać jak zachowamy się w jego obliczu.”
XIX część cyklu Herezja Horusa
Fabularnie jest to kontynuacja wątków zapoczątkowanych w Bitwie o Otchłań i Pierwszym Heretyku, więc jak zwykle nie da się o wydarzeniach za dużo powiedzieć bez spalenia poprzednich tomów, ale podtytuł na okładce mówi sam za siebie.
Jedno jest pewne: tą książką Dan Abnett utwierdził swoją pozycję lidera wśród autorów piszących dla Black Library i pokazał, że doskonale potrafi operować formą.
Po pierwsze samo dramatis personae zajmuje 4 strony (najczęściej mieści się na 1-2 stronach), co odzwierciedla ogrom najliczniejszego spośród wszystkich legionów - Ultramarines, ale także podkreśla wagę opisywanych wydarzeń.
Po drugie język. Nie jest to już wzniosły, melodramatyczny styl będący odbiciem chwały Horusa czy pasji Lorgara, tylko język precyzyjny i bardziej techniczny oddający opanowanie i zmysł taktyczny Guillimana oraz militarną dyscyplinę XIII Legionu. Poszczególne podrozdziały oznaczone zostały wojskowym znacznikiem czasu, odliczającym czas do umownego początku bitwy o Calth. Wraz ze zmniejszeniem wartości licznika napięcie czytającego wzrasta. W pewnym momencie powieść przeradza się w porażającą rozmachem narrację katastroficzną, by przerodzić się w zapis epickiej kampanii wojennej.
Niebiescy pokazali, że też mogą być fajni, szczególnie Ventanus, Selaton oraz ich sztandar.
Kor Phaeron umocnił się na pozycji najpodlejszej mendy uniwersum.
Intrygujący wątek z Ollem Perssonem i jego wizją łysego mordercy pdk.
Przy okazji dowiedziałem się, że kilkadziesiąt tomów Herezji to pikuś, ponieważ:
“Księga Lorgara [...] została spisana ręcznie w dziewięciu tysiącach siedmiuset pięćdziesięciu dwóch tomach. Ich ilość regularnie wzrasta.”
Zdecydowanie jedna z najlepszych części Herezji Horusa, na pewno najbardziej emocjonująca.
Dembski-Bowden lepszy. Abnett na dobre pióro, a ww pozycja jest świetna, ale takie szmiry jak wciskanie Gramaticusa i jego zgrai w niemal każdej pozycji, czy problemy z zakończeniem, gdzie najpierw historia się ciągnie niemiłosiernie, a potem wszystkie wątki są kończone w ekspresowym tempie(vide Duchy Gaunta, czy Eisenhorn) irytują mnie u niego. No i to jak zrobił z babola, jakim była pomylenie płci jednej trzecioplanowej postaci, a następnie zrobienie z tego plot twista w zakończeniu Duchów Gaunta, to jest jedno z największych partactw, jakie czytałem w książkach Black Library.
@saradonin_redux raczej się nie rozczarujesz: bromance Argell Tala i Kharna, skomplikowane uczucia Pożeraczy Światów w stosunku do ich prymarchy, Lothara Sarinn, Legion Vulpa, tytan klasy Imperator i Erebus to huj, a to wszystko w ramach jednej książki ( ͡~ ͜ʖ ͡°)
@saradonin_redux te książki z HH są mega nierówne. Niektóre to arcydzieła, a niektóre to czysta grafomania. Teraz czytam cykl o Eisenhornie, bo ukazało się wznowienie przetłumaczonego wydania od Copernicusa. Na razie bardzo polecam!
@saradonin_redux w sumie jako, że planuję zacząć z tą serią niedługo to zapytam tutaj... "Czas Horusa" to jest samo co "Wywyższenie Horusa"? Rozumiem, że różnią się przekładem i czasem wydania.
Dzień dobry, miłej niedzieli, et caetera, et caetera. Ja tylko tak na momencik, bo podobno jest jakieś zapotrzebowanie na biorących udział w konkursie, by spełnić warunki regulaminu, żeby Owcen nie mógł się wymigać w żaden sposób.
Natchnieniem był wczorajszy leśny spacer, zaliczanie kwadratów w lasach, przez które biegną tory kolejowe.