Wydawnictwo Znak ogłasza wielowymiarową biografię. "Czterech zuchwałych. Od piasków Afryki do serca III Rzeszy" Alexa Kershawa w księgarniach od 1 lipca 2026 roku. Wydanie w miękkiej oprawie liczy 368 stron, w cenie detalicznej 59,99 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Gdzie diabeł nie mógł, tam ich posyłał
Nieopowiedziana dotąd historia najbardziej uhonorowanych amerykańskich żołnierzy II wojny światowej.
Jedna dywizja, ponad sześćset dni walk i cztery legendy stworzone jeszcze za życia. Były zawodowy futbolista Maurice Britt – pierwszy Amerykanin, który uzyskał wszystkie możliwe odznaczenia za męstwo w jednej wojnie. Michael Daly, który odszedł z West Point, by wziąć udział w prawdziwej walce – tej jego decyzji wielu towarzyszy broni zawdzięcza swoje życie. Keith Ware – przyszły generał, który ocalał dzięki odwadze najlepszego żołnierza, jakim przyszło mu dowodzić, niepozornego Teksańczyka Audie Murphy’ego. Od plaż francuskiego Maroka po serce nazistowskich Niemiec każdy z tej czwórki udowadniał, że zasługuje na najwyższe odznaczenie – Medal Honoru. Czy byli w stanie udźwignąć jego ciężar?
Kiedy szli na wojnę, nie mieli pewności, czy uda im się ją wygrać. Nie wiedzieli, czy wrócą z niej żywi. Żaden z nich nie przypuszczał, że zostanie bohaterem.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Jerzy Kosiński wielkim pisarzem był. Albo może nie był?
Odkładając nawet na bok spory co do literackiej wartości utworów napisanych przez tego autora, uhonorowanego, bądź co bądź, w 1969 roku za powieść Kroki nagrodą National Book Award, pozostaje jeszcze niejasna kwestia tego, czy książki, które na okładce podpisane są nazwiskiem pana Kosińskiego w ogóle zostały przez niego napisane.
Ten akapit powyżej nakreśla tylko jeden z wątków, który w swojej książce, osnutej wokół postaci Jerzego Kosińskiego, pan Głowacki podjął. Ale Good night, Dżerzi to nie jest biografia. Prawie nie ma w tej książce dat, nie ma żadnego kalendarium, nie zostało w niej zamieszczone (przynajmniej w tym wydaniu, które czytałem) ani jedno zdjęcie (to, o którym w książce jest mowa, sam musiałem sobie znaleźć ). Good night, Dżerzi to w swojej najogólniejszej warstwie książka o pisaniu, o pisaniu scenariusza, którego to pisania pan Głowacki podjął się (na zlecenie), a zlecono mu ten scenariusz, ponieważ Dżerzi (Jerzy Kosiński) był to mój bardzo bliski przyjaciel, bo kilka razy w życiu go spotkałem – jak w którymś z początkowych rozdziałów sam autor oznajmia. Ta książka świetnie pokazuje to, w jaki sposób, a jest to sposób wyjątkowo paskudny i brudny, działa amerykańskie środowisko elit artystycznych. Good night, Dżerzi aż kipi od alkoholu, narkotyków, pieniędzy, narcyzmu i czegoś, co zwykło się nazywać wynaturzeniami seksualnymi (kto jednak definiuje normalność?).
W całym tym syfie i obok niego znajdują się jednak ludzie (w końcu to ludzie ten syf stworzyli) – niektórzy rozdają w nim karty, inni aspirują do tego żeby się do niego w jakiś sposób dostać, a kiedy już się tam znajdą, to wcale nie chcą tego syfu opuszczać. Być może im on odpowiada, być może korzyści związane z należeniem do tej elity w ich systemie wartości przewyższają cenę, jaką za taką przynależność należy zapłacić, być może inaczej już nie umieją – ja nie znam odpowiedzi na to pytanie, książka pana Głowackiego również takiej odpowiedzi nie podaje. Mówi za to sporo o takiej sytuacji konsekwencjach.
Ta książka zresztą w ogóle nie podaje żadnych odpowiedzi. Ta książka przedstawia. Przedstawia to artystyczne środowisko, przedstawia Nowy Jork (kapitalna scena w metrze z facetem przebranym za świętego Mikołaja!) i przedstawia ludzi. W czasie lektury (a czytałem tę książkę już po raz drugi) ciągle miałem w głowie ten niepokój (a może nawet lęk) jaki musiał towarzyszyć jej bohaterom. Od razu pojawiły mi się skojarzenia z Niespokojnymi ludźmi pana Fredrika Backmana. Skojarzenia co do treści, bo jednak forma, w jaką swoją opowieść ubrał pan Głowacki jest dużo bardziej naturalistyczna. Przy Good night, DżerziNiespokojni ludzie brzmią trochę jak miła bajeczka na dobranoc.
Sama postać (bo tak rozpatruję Jerzego Kosińskiego, jakiego poznałem w tej książce, właśnie jako postać literacką, a nie człowieka – nie znam żadnej jego biografii, a Good night, Dżerzi, jak już pisałem, wcale za biografię nie uważam) wydaje mi się bardzo odrażająca i nieprzyjemna, a przy tym ogromnie ciekawa. Snob, bubek i narcyz, tak jawi mi się Jerzy Kosiński wykreowany przez pana Głowackiego, ale takie stwierdzenie byłoby jednak zbyt proste. Bo za tym snobizmem, bubkowatością i narcyzmem musi czaić się coś. Musiał tam być jakiś lęk, tym bardziej, że historia Dżerziego (tutaj mam pewność co do jej zbieżności pierwowzorem) kończy się tak, jak się kończy, i kończy się w takim momencie, w którym się kończy. A lęk taki powinien przecież z czegoś wynikać, on musi mieć jakieś swoje źródła. Z tym lękiem to jest, oczywiście, moja interpretacja, pan Głowacki nie pisze o nim wprost, a już na pewno nie szuka jego przyczyn. To ostatnie zresztą mogłoby być trudne, bo Dżerzi potrafił poruszać się w tym środowisku, w którym się znalazł: O pana jest trochę trudno być zazdrosnym, bo pana właściwie nie ma, pan jest kreacją –stwierdza w pewnym momencie w rozmowie z Dżerzim jeden z bohaterów.
Tym, co w książce pana Głowackiego znajduję szczególnie zachwycającym, to sposób, w jaki została ona napisana. Good night, Dżerzi to jest najbardziej filmowa opowieść zapisana na papierze, jaką kiedykolwiek miałem okazję w życiu przeczytać i ta obrazowość bardzo mi się podoba. Pan Głowacki precyzyjnie umieszcza w kadrze dokładnie to, co jest w nim potrzebne (z różnych względów), przedstawia postaci w sposób absolutnie kapitalny i ani przez moment nie nudzi. Dynamika tego tekstu, jego spójność stylistyczna całkowicie niweluje niedogodności związane z częstym skakaniem tak w czasie, jak i w przestrzeni. Imponuje w książce również to, co Arystoteles uważał za istotę literatury, a więc naśladowanie rzeczywistości. Teraz, przy powtórnej lekturze Good night, Dżerzi ogromne wrażenie zrobił na mnie słuch literacki pana Głowackiego. Historia w ogromnej części opowiedziana jest słowami jej bohaterów i absolutnie nie czuć w żadnym momencie, że jest to literatura. Te wszystkie wypowiedzi i dialogi zapisane są w sposób tak naturalny, jakby wykonać stenogram z rozmowy czy jakby słowo w słowo spisać czyjeś wspomnienia. I chyba właśnie ta naturalność języka jest czymś, co w tej książce wzbudza mój największy podziw, a może i nawet wzbudza moją zazdrość.
Good night, Dżerzi, to nie jest książka, z której można się wiele dowiedzieć. Być może warto podchodzić do niej zapoznając się wcześniej z jakimś naukowym opracowaniem dotyczącym życiorysu pana Kosińskiego, czego ja nie zrobiłem, bo nie uważam żeby mi to było do czegokolwiek potrzebne. Ale Good night, Dżerzi to jest książka, w której można się zatopić, którą można się zachwycić (przede wszystkim językowo i narracyjnie) i którą przede wszystkim można poczuć. A ja takie książki bardzo, bardzo lubię.
“Czasami jedyne zwycięstwo, jakie można osiągnąć, polega na uniemożliwieniu zwycięstwa przeciwnikowi.”
XVII część cyklu Herezja Horusa
Graham McNeill sprowadza czytelnika na ziemię albo raczej Terrę. Tym razem akcja dzieje się nie w odległych zakątkach galaktyki, a w miastach przylegających do pałacu Imperatora: Mieście Wizji (siedzibie astropatów) oraz Mieście Suplikantów (ogromnych slumsach). Nie ma więc kosmicznych bitew, ani naziemnych starć potężnych armii. Zamiast tego mamy opowieści o kulisach pracy astropatów, następstwach wybryku Magnusa, więźniach i przypadkowych ludziach uwikłanych w skomplikowaną intrygę.
Pomysł jest ciekawy, taka zmiana perspektywy na pewno ma potencjał, ale coś tu nie pykło. Pierwsza połowa książki, będąca niejako przygotowaniem gruntu, dłużyła mi się niemiłosiernie. Później na szczęście nabiera tempa. Najbardziej jednak przeszkadzała mi w “Potępieńcach” pomieszana chronologia niektórych wydarzeń w odniesieniu do innych książek, głównie “Fulgrima” i “Tysiąca synów”.
Na plus mogę zaliczyć kreację postaci i sporadyczne przebłyski czarnego humoru. Najbardziej przypadły mi do gustu dwie postaci: Tagore - sierżant Pożeraczy Światów o zaskakującej samoświadomości oraz Antioch - stary medyk-alkoholik ze slumsów, który przed Astartes nie klęka.
Niestety Graham McNeill nie odrobił lekcji i wyszło miernie oraz bez znaczenia dla całokształtu Herezji.
Tytułowa Dragons Egg, to gwiazda neutronowa o grawitacji 67 miliardów razy większej niż ta na ziemi, przepotężnym polu magnetycznym, i kręcąca się 5 razy na sekundę.
I na tejże gwieździe pojawiło się inteligentne życie, zwane Cheela. Te ludki, (a w zasadzie miniaturowe placki xD) traktują swój dzień jako normalny dzień, w sensie nasze 0.2s to dla nich pełnoprawna doba, więc zanim my dokończymy dobrze myśl, to oni już mają nowe pokolenie na świecie xD Przez to ich ewolucja cywilizacyjna zasuwa jak po⁎⁎⁎⁎na, milion razy szybciej od naszej, polecam zwracać szczególną uwagę na czasoznaczniki w książce (pełnią funkcje rozdziałów, ale czasem skaczą o ledwie sekundy).
Nie jest spoilerem, że ludzkość w tej historii również się pojawia, bo smocze jajko zasuwa swoją trajektorią przez nasz uklad słoneczny, i w pewnym momencie jest całkiem blisko tej niebieskiej plamki, którą zasiedlamy. Wysyłamy więc załogę na orbitę Dragons Egg, żeby zebrała nieco danych o gwieździe neutronowej - kosmonauci nie spodziewają się zupełnie co tam zastaną.
Książka jest napisana przez fizyka, i pod względem naukowym jest na bardzo wysokim poziomie. Wszystko zostało skrupulatnie przemyślane i uwzględnione. Jeśli Wasza pierwsza reakcja jest taka jak moja ("życie na gwieździe neutronowej? DEBILE! tam som złe warunki!!!") to muszę Was uspokoić - wszystko jest za⁎⁎⁎⁎ście rozpracowane. Oczywiście, to nadal "fiction", więc i pewne spekulatywne założenia mają miejsce, książka nie jest podręcznikiem do fizyki :P
Niesamowite, że gdy czytałem jak zmyślony ludzik-glutek odkrywa, że da się coś położyć na czymś innym żeby nie musieć tego nieść to aż mi serce szybciej biło na podniosłość tego odkrycia - pod tym względem książka również jest świetna. Tę cywilizacje po prostu świetnie się śledzi. A ostatnia 1/3 książku jest mega satysfakcjonująca,
Miałem do książki jeden zarzut - że urywa się za szybko. I dosłownie teraz, w trakcie pisania poprzedniego akapitu, odkryłem że to ma sequel xD Elegansio.
Niestety z jakiegoś powodu książka nie doczekała się tłumaczenia na nasz język, czytałem w oryginale, więc w 1/3 nie rozumiałem nowych nazw biologicznych, w 2/3 naukowych, w 3/3 tych typowo sci-fi xd No ale odrobina tłumacza deepl i jakoś to szło.
Czym zdaje się być wychowanie? Naśladowaniem naszych rodziców plus dodaniem własnej inwencji udoskonalającej do tego - nie zawsze jest ona skuteczna i rozsądna. Dla imć Jana Jakuba cel to większy. Wszelkie paskudztwa, jakie mogą się przydarzyć podczas chowania dzieci później kończą na rachunku społeczeństwa. Zaś ono nie pozostaję bez grzechu. Narzucone barkiem systemowego utylitaryzmu mocuje się z jednostką jak ze szczęką bobasa niby w służbie jego zdrowiu, by potem mieć ukształtowanego obywatela, gotowego do poświęcenia czegokolwiek trzeba, przy czym wzruszającego się stoicko na osobiście ponoszone straty: normalnie Niobe na znieczuleniu. Temu nie daję się chęć akceptowania. Dlatego trzeba wychować "człowieka".
Emil jest wyimaginowaną personą autora, służącą do zademonstrowania jego poglądów na kwestie wychowania dziecka tak, jakby tego chciała nasza kochająca matka natura. A miłościwa natura kocha tych najsilniejszych, tak więc biały, zdrowy, majętny Francuz z włościańskich regionów sam rzecz jasna się narzuca do prezentacji. Najlepiej trzymany na wiosce z dala od skrzywionych mieszczuchów, co mówić sprawnie nie potrafią i do tego otoczeni są występkami wynalazków ludzkich. Mieć z wychowawcą relację bardzo osobistą, byle był jeden pan dla dzieciątka wiedzącego, kto jest ten drugi po Bogu. Niech unika bulionu mięsnego dla nienabawienia się robaków, lekarzy mordujących i uzależniających od siebie, gorącej wody oraz zostania krawcem, gdyż to babski zawód.
Jakkolwiek dla Jana Jakuba ostatni syn chłopski jest potężniejszy od pierwszego syna miasta, nie jest zdecydowanie oderwany w obserwacjach od rzeczywistości. Jest tu mnóstwo poglądów, z jakimi dzisiaj można się zgodzić. Przede wszystkim kładzie nacisk na dzieciństwo i na to, jak rozumuję dziecko, wybijając z sensu starania osób, pragnące już mu wbijać do głowy odpowiedzialności dorosłego. Wie, że dziecko nawet rozumujące inaczej nie jest zwolnione z konsekwencji własnych czynów i musi samemu zrozumieć, że coś dokonanego złego wymaga od niego reakcji. Uczy jak wzbudzić ciekawość praktykowania pewnych rzeczy i bycia samodzielnym. Podobał mi się fragment o piórach hełmu Hektora, służącego do nauki o radzeniu ze strachem. Nie jest obcy na stanowiska, jakie musi obierać wychowaca - niech przepala czas, by potem już tylko go zyskiwał. To i wiele można tu odnależć, a kto wie? Czy nie jest tu też coś dla naszego "wewnętrznego dziecka".
Tak, wiem o tych oddanych dzieciakach do sierocińca. Parę oddanych lepsze od jednego rozkapryszonego syna lorda.
Wydawnictwo Znak szykuje interesującą nowość. "Przewodnik po nocnym niebie. Mity i opowieści zapisane w gwiazdach" Annette Giesecke pojawi się 1 lipca 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie obejmie 256 stron, w cenie detalicznej 119,99 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Zatrzymaj się i spójrz w górę – odkryjesz bezkresny świat bogów, bohaterów i stworzeń, których historie świecą jaśniej niż niejedna gwiazda.
Od wieków ludzie z zachwytem i tęsknotą spoglądali w rozgwieżdżone niebo. Dla starożytnych Greków i Rzymian Słońce, Księżyc i Ziemia były bóstwami. Helios przemierzał niebiosa swym ognistym rydwanem: wynurzał się rankiem spośród morskich fal, by następnie skryć się w nich wieczorem. Selene (przez Rzymian zwana Luną) przebywała tę samą drogę – tyle że nocą. Gwiazdom spoza naszego układu słonecznego nadawano imiona herosów, heroin, zwierząt i potworów, których na niebie bogowie umieścili w ramach nagrody lub wiecznej kary. Stąd Kallisto zamieniona w niedźwiedzicę, Hydra zgładzona przez Herkulesa i ulubieniec muz – Pegaz.
W tej pięknie zaprojektowanej i wspaniale zilustrowanej książce Annette Giesecke snuje opowieść o gwiazdozbiorach – od tych skatalogowanych po raz pierwszy przez astronoma Ptolemeusza w II wieku n.e. po konstelacje opisywane przez uczonych w XVI–XVIII wieku. Znajdziesz tu także mapy, które pomogą ci odnaleźć położenie każdej konstelacji.
Przewodnik po nocnym niebie to nowe odczytania klasycznych mitów i ponadczasowych historii – dla wszystkich, którzy lubią patrzeć w gwiazdy.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Dwie stare czarownice siedziały po dwóch stronach stołu w uprzejmym i pełnym napięcia milczeniu. Wreszcie odezwała się Niania Ogg.
– Ładnie się tu urządziła, prawda? Kwiaty i w ogóle. Co to jest, co wisi na ścianach?
– Amulety – odparła kwaśno Babcia. – Albo coś podobnego.
– Miłe – przyznała grzecznie Niania Ogg. – I te wszystkie szaty, różdżki...
– Nowoczesność! – parsknęła Babcia Weatherwax. – Kiedy ja byłam młoda, miałyśmy bryłę wosku i parę spinek. I musiałyśmy się z tego cieszyć. Za tamtych lat same przygotowywałyśmy zaklęcia.
– No tak... Ale od tego czasu wiele wody przez nas przepłynęło – oznajmiła z mądrą miną Niania Ogg.
Mam wątpliwy zaszczyt otworzyć CXXVIIedycję zabawy #nasonety . Tym razem będziemy rymować do sonetu #diproposta autorstwa Bolesława Leśmiana. Pan Leśmian jak sama nazwa wskazuje lubił pisać wiersze o lesie i w poniższym sonecie również są mocno rozbudowane drzewne wątki.
Bądźmy więc jak Leśmian i niech tematem tejże edycji niech będzie LAS – iglasty, liściasty, krzaczasty, krzyży!, Vegas, Palmas, albo cokolwiek związanego z jakimkolwiek lasem.
I ostatnia część tetralogii "Cykl neapolitański". Zaczyna się od potężnego przewrotu w życiu, acz dosyć szybko okazuje się, że miało być pięknie i wyszło jak zawsze. Elena upada, Lila rośnie, ale w chwili, gdy ta pierwsza tego najbardziej potrzebowała, przyjaźń wraca do życia. Nawet jeśli dalej jest trudna, rywalizująca, posiniaczona, poddawana kolejnym próbom. Wraz z dojrzewaniem obu bohaterek pojawiają się także nowe, dojrzalsze problemy. Znowu pojawia się Neapol, ale już zupełnie inny, dużo mniej niewinny niż w pierwszej części. Co krok czyha mniejsza i większa włoska polityka, w którą obie już dawno się wplątały i wciąż ona wraca. Dzieje się dużo i Owca to lubi.
Końcówka... Trudno mi osądzić, nie była w pełni satysfakcjonująca, ani w pełni rozczarowująca.
Jak nie jestem wielkim miłośnikiem powieści obyczajowych (szczególnie że te starsze często starzeją się jak mleko postawione na grzejniku podczas zimnej lutowej nocy), tak tu bawiłem się przednie. Kilka dni po skończeniu ostatniej części stwierdziłem, że trochę mi brakowało opowieści o dwóch przyjaciółkach z Neapolu. Spędziłem z nimi jakieś 2,5 tygodnia i naprawdę dobrze się bawiłem i emocjonowałem ich losem. W związku z tym ocena dla całej serii to solidne 8/10, a że ciężko jest mi wybrać jedną najlepszą książkę, to taką ocenę dostanie ostatnia część
Trzecia część tetralogii "Cykl neapolitański" kontynuująca przebieg życia dwóch przyjaciółek będących na dwóch różnych kolejach losu: Eleny i Liny. Zaczynamy około 22-23 roku życia, w momencie spotkania przez jedną z nich starego bardzo dobrego znajomego, który w końcu książki przewróci jej życie do góry nogami.
Część dla mnie osobiście odrobinę słabsza od poprzednich, acz dalej w okolicy 7/10 się mieści. Dużo polityki i konfliktów na poziomie wręcz krajowym czy globalnym (jak na lata 70. ubiegłego wieku przystało) i w tym wszystkim Elena, która z jednej strony ma określone poglądy na świat i rolę kobiet, a z drugiej coraz mocniej osadza się w życiu, które sama dla siebie wybrała. Acz coraz częściej zaczyna się zastanawiać, czy to na pewno ona sama, czy może świat tak jej życie urządził. Coraz więcej w życiu chaosu, coraz więcej popełnianych błędów, nawet jeśli poza ogniskiem domowym wygląda na coraz więcej sukcesów.
Z drugiej zaś strony Lina, która otrzepuje się po znalezieniu się w największym grajdole swojego życia i zaczyna je budować na nowo, na nowych fundamentach, w pełnej niezależności od innych. Kontakt obu ze sobą stał się praktycznie sporadyczny, acz jak już był, to jak zawsze intensywny. Obie bohaterki stały się jak ogień i woda, mimo wywodzenia się z podobnych środowisk podjęły zupełnie różne decyzje życiowe i znalazły się na zupełnie dwóch różnych trajektoriach życia.
W czytaniu było niewielkie zmęczenie materiału w tej części, ale i tak jak na 3 część powieści z tymi samymi bohaterkami, to było naprawdę bardzo dobrze.
Nastał 31 maja, czas więc zakończyć przedłużoną, dwutygodniową CXXVI edycję zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem.
Udział wzięli:
@George_Stark z wierszem Dzień Świra;
@sireplama z wierszem bez tytułu;
@splash545 z wierszem Tak bywa;
@George_Stark z wierszem Sonet dla moderatora;
@fonfi z wierszem Sielanka.
Nie będę ukrywał, że uważam, że najlepszy wiersz w tej edycji napisałem ja, a mam tutaj na myśli Sonet dla moderatora. I nie mam wcale na uwadze moich wybitnych zdolności poetyckich, to zupełnie nie o to chodzi. Istotą wybitności tego wiersza jest jego adresat. Nie przyznam jednak zwycięstwa samemu sobie – może i jestem głupi, ale nie aż tak. Zwycięzcą tej edycji zostaje więc kolega @splash545, bo bardzo spodobał mi się pomysł wplecenia tytułu w treść wiersza.
Druga część tetralogii "Cykl neapolitański" kontynuująca przebieg życia dwóch już nieco oddalających się od siebie przyjaciółek: Eleny i Liny. Zaczynamy tam, gdzie skończyliśmy poprzednią (ok. 16 roku życia), kończymy zaś około 22-23 roku życia, w pełni życia młodych kobiet.
A życie kobiet na południu Włoch zdecydowanie nie było usłane różami. Obie przechodzą przez własne dramaty, ich przyjaźń napotyka na wiele problemów i przerw (na koniec trochę się zdziwiłem, że to wszystko wydarzyło się w raptem 6 lat). Generalnie jednak życie obu poszło zupełnie innymi ścieżkami: jednej z nich zaczyna się zdecydowanie komplikować, a świat gwałtownie się kurczyć, zaś drugiej życie zaczyna rozkwitać i opuszcza ona rodzinne miasto na rzecz budowania siebie w innych, lepszych miastach Włoch.
Nie oznacza to jednak, że Elena wyzbywa się swojej chorobliwej zazdrości - nawet jeśli stopniowo zaczyna przygasać, gdy bohaterka koncentruje się na swoim życiu, to przy każdej okazji kontaktu ze swoją przeszłością zazdrość budzi się na nowo, bo nawet osiągnięte sukcesy (szczególnie w porównaniu z przyjaciółką) nie potrafią zbudować jej samooceny. Coraz więcej decyzji podejmuje ze względu na to, co myśli, że on niej się oczekuje i narasta w niej zmęczenie tym faktem. A kolei Lina na koniec tej części jest już po momencie podobnego buntu, w wyniku czego ląduje praktycznie na dnie i musi budować swoje życie praktycznie od nowa.
Coraz większe znaczenie w życiu obu zaczyna pełnić polityka - o ile w pierwszej części pojawiała się głównie w dyskusjach z rówieśnikami (a przynajmniej tak im się wydawało), tak w drugiej zaczyna realnie wpływać na ich życie.
Kontynuacja naprawdę dobrego poziomu, mimo grubości ta część weszła szybciutko.
Pierwsza z trzech tetralogii, które ostatnio pojawiły się na półce. Autor/ka nie jest publicznie znany, publikuje książki pod pseudonimem Eleny Ferrante. Całość historii ma w zasadzie charakter szkatułkowy, gdzie główna bohaterka Elena Greco z perspektywy już podeszłego wieku opisuje swoje życie, nieustannie przeplatane z osobą najbliższej przyjaciółki: Lily/Liny Cerullo. Pierwsza część skupia się na okresie dziecięcym obu dziewcząt żyjących w Neapolu, symbolicznie zakończonym w okolicy 16 roku życia (postaram się w ramach recenzji za dużo nie spoilerować, co będzie trudne...).
Absolutnie rozumiem skąd taka popularność cyklu powieści wśród kobiet - życie obu bohaterek jest bardzo intensywne, zarówno pod względem wydarzeń, jak i przeżywanych emocji. Relacja między nimi jest bardzo niejednowymiarowa i rozwija się wraz z kolejnymi częściami: ze strony bohaterki będącej narratorką widać wręcz chorobliwą zazdrość i uwielbienie wynikające z tytułowej genialności przyjaciółki, relacja w drugą stronę jest dużo trudniej możliwa do uchwycenia i będziemy ją odkrywać wraz z kolejnymi częściami. Mimo bardzo licznych podobieństw czy wręcz naśladowania siebie wzajemnego w niektórych kwestiach, szybko zaczyna być widać różnice między nimi na zasadzie opozycji wynikające z podejmowanych życiowych decyzji.
Na mnie jednak zdecydowanie największe wrażenie wywiera opisywany świat. W pierwszej części jest to świat widziany oczami dojrzewającego dziecka, zamykający się w granicach osiedla zamieszkanego przez przyjaciółki (bardzo ciekawie opisana próba samodzielnego wyjścia poza jego granice) czy wakacyjnej miejscowości na wyspie nieopodal miasta. Dziejące się wokoło konflikty polityczne czy życiowe są widoczne, ale zdecydowanie znajdują się na dalszym planie wobec "poważnych" (z punktu widzenia dzieci) problemów dziejących się w ich życiu.
Początek książki dla mnie był nieco niemrawy, ale szybko rozkręciło się i nie mogłem się doczekać kolejnej części.
@WujekAlien też odkładałem, ale zachęciła mnie do przeczytania okazja na Vinted w postaci całej tetralogii za 40 PLN xD No i w prawilnym wydaniu, bo te nowe okładki są koszmarne