Odkąd jakieś 10 lat temu dałem się namówić na urlop na Kaszubach zakochałem się w nich na tyle, że teraz jeżdżę tam na wypoczynek częściej niż na bliskie moim rodzinnym stronom i mojemu sercu Mazury. Dlatego sięgając po tę książkę liczyłem, że będę mógł jeszcze bardziej wsiąknąć w ten unikatowy klimat. Niestety dostałem trochę coś innego niż oczekiwałem - pierwsza połowa książki opisuje historie z czasów II wojny światowej. Oczywiście są to historie ważne oraz wstrząsające ale jednak podobne doświadczenia dotyczą w zasadzie wszystkich regionów naszego kraju i nie jest to coś co wyróżnia Kaszuby a tego właśnie w tej książce szukałem. Dopiero druga połowa pod tym względem jest ciekawsza a w szczególności ostatnia część o lokalnych rybakach - szkoda, że nie znajdziemy w tej książce więcej historii napisanych w tym duchu.
Prosta, lekka opowieść z serii która może być potencjalnym wprowadzeniem młodego człowieka w samodzielne odkrywanie literatury. Poznajemy czwórkę młodych przyjaciół którzy w zmianach w ich szkolnej stołówce dopatrują się spisku w który zamieszane są siły nieczyste. Książka jest tak skonstruowana, żeby utrzymać przy niej początkującego czytelnika - rozdziały są krótkie, nie ma niepotrzebnych dłużyzn i od czasu do czasu mamy zwroty akcji które sprawiają, że musimy dowiedzieć się co stanie się dalej. Mój 6-latek przy słuchaniu tej lektury bawił się dobrze ale raczej nie jest to pozycja która zostanie w jego pamięci na długie lata - to raczej po prostu przyjemne czytadełko dla najmłodszych.
… bez zbędnej zwłoki zabrałem się za Wystarczy być pana Jerzego Kosińskiego, które to ponoć miało być plagiatem utworu napisanego przez pana Dołęgę-Mostowicza, który to utwór w roku 1970, roku wydania Being there, w Stanach Zjednoczonych nie był znany.
***
Wystarczy być to króciutka książeczka, zamykająca się gdzieś w jednej czwartej objętości Kariery Nikodema Dyzmy i w związku z tym dużo od niej mniej rozmaszysta. To jej minus. Jeśli zaś chodzi o fabułę, to podobieństwa są znaczne. Tak samo jak u pana Dołęgi-Mostowicza główny bohater (Ross O’Grodnick – świetne tłumaczenie oryginalnego Chauncey’a Gardinera) jest człowiekiem znikąd, który wskutek zbiegu okoliczności zostaje wywindowany na sam szczyt. Tak samo jak Nikodem Dyzma, Ross O’Grodnick trafia do domu, który staje się dla niego trampoliną do dalszej kariery, a dom ten stanowi bezdzietne małżeństwo młodej kobiety z dużo starszym mężczyzną. Różnice oczywiście są, choćby w charakterze bohaterów – Nikodem Dyzma jest oportunistą, korzystającym po prostu z tego, co mu się przytrafia, u O’Grodnicka wszystko dzieje się przypadkiem i całkowicie bez udziału jego woli. Zupełnie innym bohaterem niż Leon Kunicki u pana Dołęgi-Mostowicza jest też Benjamin Rand – starszy mąż młodej żony, do którego domu trafia główny bohater. Inne różnice wynikają wprost z czasu i miejsca akcji – Warszawa z lat dwudziestych ubiegłego wieku była jednak inna niż Nowy Jork z lat siedemdziesiątych – zupełnie inne były stosunki społeczne, zupełnie inny system polityczny, zupełnie inne możliwości techniczne. Te wszystkie rzeczy, stanowiące w Karierze Nikodema Dyzmy istotny element powieści, w Wystarczy być moim zdaniem zostały tylko zarysowane.
***
Zapoznawszy się z materiałem dowodowym, wydaję werdykt: uznaję pana Jerzego Kosińskiego (rozumianego jako bohatera literackiego, o czym pisałem tutaj) winnym, ale nie winnym plagiatu. Wina pana Kosińskiego, moim zdaniem, polegała na czymś zupełnie innym.
Uzasadnienie werdyktu: w literaturze znane są przypadki reinterpretacji albo nawet ponownego napisania znanej już historii. Tak zrobiła pani Barbara Kingsolver przenosząc w czasie Davida Copperfielda (w książce Deamon Copperhead, co wyszło jej świetnie), tak zrobił też (a zrobił to w roku 1945, a więc na długo przed panem Kosińskim) pan Mika Waltari nazywając Don Kichota imieniem Sinuhe (Egipcjanin Sinuhe, też świetna pozycja) i nikt nie robił z tego wielkiego problemu. To, co zarówno pani Kingsolver, jaki i pan Waltari zrobili inaczej niż pan Kosiński, to otwarte przyznanie się do tego, skąd wzięły się pomysły na ich książki. Pan Kosiński postąpił inaczej. Pan Kosiński, wywindowany skandalem związanym z mitem, jaki stworzył wokół siebie po wydaniu Malowanego ptaka, uparcie twierdził, że Wystarczy być jest książką całkowicie napisaną przez niego. Więcej! – pan Kosiński upierał się, że nie zna takiej książki jak Kariera Nikodema Dyzmy, czemu przeczyli świadkowie, którzy, znając go jeszcze z Polski, zeznali, że była to jedna z jego ulubionych w tamtym czasie pozycji. Dodawszy do tego trwające spory z krytyką (o czym dowiadujemy się z Good night, Dżerzi), nie ma co się dziwić, że historia pana Kosińskiego skończyła się tak, jak się skończyła.
***
Czytając Karierę Nikodema Dyzmy miałem dziwne wrażenie (być może sobie coś dopowiadałem), że jest to inna wersja historii pana Jerzego Kosińskiego. Tak jak Nikodem Dyzma, tak i pan Kosiński mógł być człowiekiem, który znalazł się wysoko trochę w wyniku przypadku i w sposób, który jego samego zaskoczył. Tak jak Nikodem Dyzma, pan Kosiński mógł robić wszystko po to, żeby sprawa się nie rypła, a kiedy pojawiały się kolejne możliwości, dalej chciał je wykorzystywać. Tyle że zakończenie obu tych historii jest zupełnie inne. To ciągle moje wrażenie, ale wydaje mi się, że tak jak książkowy Nikodem Dyzma wiedział kiedy przestać, wiedział, że dalej już się nie uda, tak pan Kosiński ten moment przegapił. I być może jego historia skończyłaby się zupełnie inaczej, gdyby w odpowiednim momencie zastosował się do tego, co sam (ponoć) w Wystarczy być napisał:
@George_Stark jak czytałam o retellingach klasyków, a potem nieudolnej obronie Kosińskiego przed zarzutami, przypomniała mi się podobna inba związana z powieścią "Panie z Missalonghi", będącej plagiatem "Błękitnego zamku" Montgomery. Autorka "Pań z Missalonghi", Colleen McCulloch, broniła się przed zarzutami na zasadzie, że może w dzieciństwie rzeczywiście przeczytała "Błękitny zamek", ale w sumie to nie pamięta, ale jej widocznie zostało podświadomie w pamięci. Chyba w końcu to uznali, bo na zachodzie, w przeciwieństwie do PL, ta książka jest niemal całkowicie zapomniana.
@Telezajaczek Ja się absolutnie zgadzam, że tak mogło być. Sam kiedyś pisałem opowiadanie o wampirach, głównemu bohaterowi dałem imię Lester. Później, już przy redakcji, zmieniłem na Lestaat, sam nie wiem dlaczego. Jakież było moje zdziwienie, kiedy jeden z czytelników powiedział przy lekturze "o, Lestat, jak w Wywiadzie z wampirem". Wywiad z wampirem widziałem ze dwadzieścia lat temu, nic nie pamiętam i na pewno w tej zmianie nie było świadomej inspiracji, nie mówiąc już o jakiejkolwiek próbie reinterpretacji czy plagiatu.
Zresztą, takich mitów w historii literatury jest pełno. Choćby to, że Przeminęło z wiatrem to nie jest, wbrew stworzonej przez autorkę o samej sobie legendzie, jedyne dokonanie literackie pani Mitchell. Z panem Remarque'm też nie do końca było tak, jak chciał być widzianym, czy nawet "nasz" "romans" pani Bondy z panem Mrozem albo prawdziwa tożsamość Jakuba Jarno. Kilka takich przypadków opisał pan Werner Fuld w swojej Krótkiej historii książek zakazanych.
@George_Stark co dokładnie miałeś na myśli odnośnie Mitchell? Ona chyba już w liceum pisała opowiadania do lokalnych gazet, więc w tym sensie GWTW nie było jej jedynym dziełem, zresztą anglojęzyczna Wiki podaje dwie powieści, które napisała wcześniej. Być może napisałaby o wiele więcej, gdyby nie przedwczesna śmierć.
A z Mrozem i Bondą to od początku była ustawka i każdy z IQ powyżej 90 to widział, chociaż po tym, jak Mróz opisał Chyłkę, można wysnuć przypuszczenie, że nie pogardziłby szczupłym milfem ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Ja osobiście jestem ciekawa, ile osób stoi za projektem Pokolenie Ikea, bo dla mnie to też od początku jechało typowo marketingowym projektem wannabe redpillowców.
Nikodem Dyzma jasno sobie zdawał sprawę z faktu, że żadne pomyślniejsze perspektywy dlań nie istnieją. Czy to go przerażało? Bynajmniej. Psychika Nikodema Dyzmy pozbawiona była, na szczęście, elementu wyobraźni.
Za prozę pana Dołęgi-Mostowicza już od jakiegoś czasu miałem zamiar się zabrać. Co prawda w moim planie czytelniczym był raczej Znachor, już od dawna plik mi się w czytniku kurzy, no ale wyszło inaczej. W zasadzie to nie ma co się dziwić – zawsze wychodzi inaczej. Tym razem powodem tego, że wyszło inaczej był pan Janusz Głowacki. Albo może pan Jerzy Kosiński? A może był to pan @fonfi? Sam już nie wiem którego z tych trzech panów mam winić, każdy z nich w równej chyba mierze przyłożył się do tego, że zamiast za Znachora zabrałem się za Karierę Nikodema Dyzmy.
Przeczytałem ostatnio ponownie Good night, Dżerzi, pięknie napisaną książkę pana Janusza Głowackiego opowiadającą (między innymi) o panu Jerzym Kosińskim, którą to książkę polecił mi kiedyś pan @fonfi, a która zrobiła na mnie duże wrażenie. W książce tej opisanych było kilka skandali, w tym również i tych literackich i to właśnie jeden z tych skandali literackich najbardziej mnie zainteresował – zwykle staram się nie zaglądać ludziom do łóżka, ale na biurka to już jak najbardziej. Wychodzi na to, że ja lubię skandale, bo tak jak prześledziłem sobie kiedyś sprawę sporu pana Mieczysława Smolarskiego z panem Aldousem Huxleyem , tak teraz z zapałem zabrałem się za śledztwo w sprawie rzekomego plagiatu, o którego popełnienie oskarżonym był pan Kosiński. A w śledztwie, jak to w śledztwie, należy zapoznać się z dowodami.
***
Czasami zdarza mi się przy lekturze taka myśl – „jej, czemu ja wcześniej tego nie przeczytałem” i tak właśnie stało się tym razem. Ja bardzo lubię kiedy książki napisane są ładnie, lubię też polszczyznę sprzed tak mniej więcej stu lat, kiedy to jest ona (moim zdaniem) piękniejsza od dzisiejszej, a wciąż bez żadnego wysiłku zrozumiała. I taką właśnie polszczyzną napisana jest Kariera Nikodema Dyzmy, co już od samego początku sprawiło, że książkę czytało mi się bardzo przyjemnie.
Ale piękny język tej książki to nie wszystko. Świetnie nakreślony jest w niej również świat – tak świat arystokracji i elit, ale również ten pokazany na samym początku świat codzienny, kiedy to Nikodem Dyzma, próbując zdobyć jakąkolwiek posadę, stara się o to, żeby zostać fordanserem. Ten początek jest nie tylko świetnie napisany (tak jak i cała książka), ale też, pokazując jednak pewną przedwojenną kindersztubę, stanowi doskonały punkt wyjścia do tego co autor pokazuje później.
Już mniej więcej od połowy książki miałem wrażenie, że głównym tematem Kariery Nikodema Dyzmy wcale nie jest ani kariera Nikodema Dyzmy, ani nawet sam Nikodem Dyzma, ale cała reszta towarzystwa. To w jaki sposób pan Dołęga-Mostowicz opisuje fascynację całej Warszawy tym robiącym zawrotną karierę wybitnym ekonomistą z jednej strony jest niesamowicie zabawne, z drugiej zaś niepokojąco trafne (Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie! pana Gogola, jak widać nic nie straciło ze swojej aktualności i chyba nigdy nie straci). Tę moją interpretację zdaje się potwierdzać sam autor w wypowiedzi, którą włożył w usta hrabiego Poniemirskiego w ostatnim rozdziale, po przeczytaniu której poczułem ogromną dumę z siebie. Niczym Nikodem Dyzma.
Ja bawiłem się przy lekturze tej książki świetnie, a wydaje mi się, że i sam autor przy pisaniu bawił się nie najgorzej. Za tym moim domniemaniem niech przemawia fakt, że, moim zdaniem, pan Dołęga-Mostowicz w pewnym momencie fabularnie popłynął – sytuacja, w jakiej za sprawą hrabiny Koniecpolskiej znalazł się Nikodem Dyzma była tak niesamowicie odjechana, że zastanawiałem się jak autor to wymyślił i innego wytłumaczenia niż to, że go poniosło nie umiałem znaleźć. W niczym jednak to odjechanie mi nie przeszkadzało, więcej nawet, miało pewien swój urok.
Znalazłbym w tej książce kilka wad, gdybym bardzo chciał ich poszukać. Mógłbym przyczepić się do niektórych wątków, które w mojej ocenie zostały albo niedomknięte, albo porzucone, albo niedostatecznie rozwinięte. Pewnie i coś innego też mógłbym znaleźć, tylko po co się czepiać? Może lepiej dać się oczarować urokowi powieści i nie zastanawiać się nad tym, dlaczego mogłoby być lepiej?
***
Tak więc Kariera Nikodema Dyzmy bardzo mi się podobała, moje śledztwo nie zostało jednak zakończone. Nawet polskie sądy przed wydaniem wyroku przynajmniej wysłuchują drugiej strony i właśnie dlatego, zaraz po przeczytaniu ostatniej strony…
@George_Stark chciałem napisać, że jeszcze mi powiesz, że "Wystarczy być" przeczytałeś, ale już widzę, że faktycznie przeczytałeś. Ty to tak na poważnie podszedłeś do Dżerziego
@fonfi Właśnie mam dylemat, bo zostało półtorej dnia i obu chyba nie dam jednak rady. Więc raczej Kroki. Nie to, że nagrodzone, ale przede wszystkim krótsze. Choć kusi mnie scena "napromieniowania dziwki po stosunku", która (według Good night, Dżerzi) znajduje się w Cockpicie.
Też mnie to zaintrygowało, przez co moja lista "do przeczytania" zamiast się po lekturze Dżerziego skrócić, to wzięła się i wydłużyła. A przez Ciebie to teraz nawet o kilka pozycji. (╯°□°)╯︵ ┻━┻
“Strzepnąłem popiół z papierosa i oddałem mu jego uśmiech, prawie nieużywany.”
Druga część cyklu Takeshi Kovacs
Pierwszą czytałem w lutym https://www.hejto.pl/wpis/349-1-350-tytul-modyfikowany-wegiel-autor-richard-morgan-kategoria-fantasy-scien
O tej książce przypomniałem sobie czytając powieść Mike’a Lee pod tym samym tytułem.
Przypomnę okoliczności: jest XXVI wiek, ludzkość zaczęła rozprzestrzeniać się po galaktyce. Dzięki technologii wykorzystującej modyfikowany węgiel świadomość można zapisać w formie cyfrowej na niewielkim urządzeniu i wszczepić do nowego ciała/powłoki. Dusze w kapsułkach. Śmierć przestała więc być ostatecznością, pod warunkiem, że ma się na to pieniądze.
Zaczyna się nieco dziwnie, ale adekwatnie. Inna planeta, inna powłoka. Autor wrzuca czytelnika w środek wojny planetarnej, o której nic nie wiemy. Nieważne, dowiemy się w locie. Dokładnie tak samo przerzuca się stos korowy żołnierza sił specjalnych w nową powłokę bojową i od razu wprowadza do akcji. Tymczasem nasz główny bohater - Kovacs zostaje ranny, jednak po zakończonym leczeniu zamiast wrócić na front bierze fuchę na boku. Celem jest zdobycie wraku marsjańskiego statku, mającego być istotnym reliktem technologii i historii, zaparkowanym gdzieś na obrzeżach systemu, a klucz do jego odnalezienia znajduje się na obszarze ogarniętym wojną. “Cała wojna jest sprawą komercyjną”.
Fabularnie jest jeszcze słabiej niż w pierwszej części, historia ciągnie się i nie jest jakoś specjalnie angażująca.
Mocne strony stanowią za to na pewno świat przedstawiony oraz dialogi i język narracji. Autor niekiedy wplata cudownie, pełne czarnego humoru, ironiczne kąski (np. dygresja o propagandowej piosence) w formie zwyczajnej rozmowy lub przemyśleń głównego bohatera. Szczególnie ciekawe bywają te ostatnie. Jak przystało na cyberpunk pełno jest w tym wszystkim różnych dyskusji i rozważań: o celach ludzkości, perspektywie, rozróżnień typu żołnierz a morderca, postęp i kontrola, rządy i korporacje.
Cyberpunk pełną gębą, ale z elementami klasycznego sci-fi. Nie obyło się bez nawiązań do “Trylogii ciągu” takich jak elementy voodoo, czy nietypowych opisów, gdzie niebo miało jednak kolor spranych dżinsów zamiast martwego kanału telewizyjnego.
Chciałbym ocenić wyżej, bo potencjał jest olbrzymi, język błyskotliwy i tylko historia nieciekawa
I znowu był czerwiec – łagodne, długie, wolno gasnące wieczory, wieczory które tak wiele obiecują, że cokolwiek się z nimi zrobi, ma się zawsze wrażenie porażki, zmarnowanego czasu.
Nie wiadomo, jak najlepiej je przeżyć. Iść przed siebie, albo może zostać w domu i siedzieć przy szeroko otwartym oknie, tak żeby ciepłe powietrze, nasycone dźwiękami lata, weszło do pokoju i zmieszało się z książkami, z ideami, z metaforami, z naszym oddechem.
Ale nie, to także nie jest sposób, to nie jest możliwe. Można ich – tych niekończących się wieczorów – tylko żałować, kiedy już przeminą, kiedy dzień będzie coraz krótszy. Są nieuchwytne.
Cała nadzieja w powtarzalności, bo przecież co roku mamy czerwiec i każdy czerwiec ma te 31 wieczorów. Z drugiej strony, ile tych czerwcowych wieczorów przeżywamy świadomie, choćby czasem w pełni – zaledwie kilka albo i wcale.
Ja sobie dużo obiecywałem co do tych letnich wieczorów. A wychodzi tak, że kładę się spać o 21 i nawet zachodu słońca nie obejrzę. Wszystko przez moje przyzwyczajenie do rannego wstawania. Bo cóż z tego, że mam urlop, skoro budzę się 5-6 i dosypianie potem niezbyt pomaga. ¯\_(ツ)_/¯
Punkt wyjścia jest całkiem obiecujący. Mamy policyjny romans zakończony śmiercią kobiety, śledztwo, w którym policjanci szukają swojego kolegi i chcą pomścić śmierć koleżanki i bohaterów próbujących połączyć rozsypane fragmenty historii w jedną całość. To jeden z tych kryminałów, które od początku sugerują, że prawda jest ukryta gdzieś pod powierzchnią i że to, co widzimy, jest jedynie tytułowym rewersem wydarzeń. Problem w tym, że sama droga do odkrycia tej prawdy okazała się dla mnie znacznie mniej interesująca, niż się spodziewałem. To trzeci tom serii i trochę wiedziałem czego się mogę spodziewać, ale dalej mam spory niedosyt.
Największym problemem książki było dla mnie tempo. Historia ciągnęła się momentami bardziej, niż powinna, a kolejne tropy nie zawsze dawały poczucie, że faktycznie zbliżamy się do rozwiązania. Zamiast napięcia częściej odczuwałem znużenie. To jeden z tych przypadków, gdy książka nie jest zła sama w sobie, ale wymaga od czytelnika znacznie więcej cierpliwości, niż oferuje w zamian satysfakcji. A to nie jest zbyt dobra rekomendacja.
Nie pomaga też fakt, że bohaterowie nie zostali mi w pamięci na dłużej. Po zakończeniu lektury łatwiej przypomnieć sobie samą konstrukcję intrygi niż osoby, które ją napędzały. A w kryminale to zwykle zły znak. Lubię, gdy śledczy, podejrzani czy ofiary mają własny charakter i potrafią zainteresować czytelnika niezależnie od samej zagadki. Tutaj tego mocno brakowało.
Patrząc na opinie innych czytelników, widać, że książka mocno dzieli odbiorców. Część ją chwali za jej atmosferę, inni - podobnie jak ja - zwracają uwagę na nierówne tempo i trudność w pełnym zaangażowaniu się w historię. To nie jest książka pozbawiona pomysłów, ale w moim przypadku nie potrafiła przekuć ich w naprawdę angażującą historię.
Wydawnictwo Prószyński i S-ka ogłasza czwarty omnibus ze Świata Dysku. "Straż Miejska. Tom 2" Terry'ego Pratchetta, na którą składają się "Bogowie, honor, Ankh-Morpork", "Piąty Elefant" i "Straż Nocna", w księgarniach od 23 lipca 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie ma 960 stron, w cenie detalicznej 149,99 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Omnibusy Terry’ego Pratchetta to pierwsza edycja książek autora podzielonych na cykle tematyczne. Drugi tom cyklu „Straż Miejska” zawiera tytuły: „Bogowie, honor, Ankh-Morpork”; „Piąty Elefant” oraz „Straż Nocna”.
Bogowie, honor, Ankh-Morpork
Coś nowego pojawiło się między starożytnymi miastami Ankh-Morpork i Al-Khali. Dosłownie. To wyspa, wynurzająca się z dna Okrągłego Morza Dysku. Ponieważ jest niezamieszkana i oba miasta roszczą sobie do niej prawa, komendant Vimes ze swymi wiernymi strażnikami staje wobec zbrodni tak wielkiej, że żadne prawa jej nie obejmują. Nazywa się „wojna”. Ale nie lękajcie się. Wszystko to dzieje się na dalekim świecie Dysku, gdzie chciwość i ignorancja wpływają na działania polityków i gdzie całkiem normalni ludzie zachowują się czasem jak totalni idioci. Krótko mówiąc, w świecie zupełnie niepodobnym, przynajmniej na pierwszy rzut oka, do naszego.
Piąty Elefant
Sam Vimes jest uciekinierem. Wczoraj był diukiem, komendantem policji i ambasadorem w tajemniczej, bogatej w tłuszcz krainie Überwald. Teraz nie ma nic prócz wrodzonej pomysłowości i smętnych portek wujaszka Wani (nie pytajcie). Pada śnieg. Jest mróz. I jeśli nie przedrze się przez las do cywilizacji, wybuchnie straszliwa wojna. Ale jego tropem podążają potwory. Są inteligentne. Są szybkie. Są wilkołakami – i już go doganiają.
Straż Nocna
Komendant Sam Vimes ze Straży Miejskiej Ankh-Morpork miał wszystko. Ale teraz wrócił do swojej własnej twardej i ostrej przeszłości, pozbawiony nawet ubrania, które miał na sobie, gdy uderzyła błyskawica.
Życie w przeszłości jest trudne. Śmierć w przeszłości jest niezwykle łatwa. Vimes musi jednak przeżyć, by wykonać swoją robotę. Ma wyśledzić mordercę, nauczyć swoje młodsze ja, jak być dobrym gliną, i zmienić rezultat krwawej rewolucji. Jest też pewien problem: jeśli wygra, straci żonę, straci dziecko, straci przyszłość.
Dyskowa opowieść o mieście, z pełnym zespołem ulicznych urwisów, dam negocjowalnego afektu, rebeliantów, tajnej policji i innych dzieci rewolucji.
Prawda! Sprawiedliwość! Wolność!
I Jajko Na Twardo!
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Polacy są tak agresywni, a to dlatego, że nie ma słońca
nieomal przez siedem miesięcy w roku, a lato nie jest gorące
tylko zimno i pada zimno i pada na to miejsce w środku Europy
gdzie ciągle samochody są kradzione, a waluta to polski złoty
No dobrze, a raczej no trudno – trzeba otworzyć XXVIII edycję konkursu #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem. Liczba 28 nie kojarzy mi się absolutnie z niczym, może poza tym tylko, że tyle dni ma luty. Dzisiaj jednak nie mamy lutego, ale mamy czerwiec. Czerwiec natomiast kojarzy mi się z rozpoczęciem wakacji, wobec czego tematem tej edycji niech będą wakacje (pamiętacie te okropne wrześniowe wypracowania?). Albo może niech tym tematem będzie szkoła?
I ten temat, a w zasadzie to te dwa tematy – do wyboru albo do połączenia, jak kto woli, niech to będzie wszystko co Wam w tej edycji na początek podsunę. Proszę bawić się dobrze i, w miarę możliwości, licznie.
To nawet nie jest sonet (a miał być), to nawet nie jest di risposta (a miała być), no i nie jest o lesie (nie miało być, bo o lesie to było już wcześniej). Ja jednak bardzo lubię cytaty, a wczoraj wyświetliła mi się gdzieś myśl pana Schopenhauera, że na świecie bowiem ma się do wyboru tylko samotność lub pospolitość i jakoś mi się ten cytat trochę rozwinął:
Absolutnie nie jestem obiektywny w kwestii książki i nie mam z tym problemu xD Czytałem pierwszy raz dobre 15 lat temu, wiele sformułowań z książki jest ze mną po dziś (Szpadel to nie choroba!), teraz wraz z filmem w kinach postanowiłem wrócić do książki, kupiłem po taniości na Vinted z sentymentu do starej okładki (to jest owca, a nie jakieś prostokątne coś!)... i bawi dokładnie tak samo jak dawniej Znakomity luźniutki kryminał, w którym owce postanawiają wyręczyć bezużytecznych ludzi i prowadzą samodzielne śledztwo w sprawie morderstwa. Tak, OWCE i trawa (#pdk) mają tutaj główne role, więc zero zdziwienia, absolutnie uwielbiam, dziękuję i pozdrawiam.
Jak ktoś szuka większego obiektywizmu w recenzji, to kolega @WujekAlien niedawno czytał i też mu się bardzo spodobała, zapraszam
Też mam sentyment. Jakiś czas temu (sprawdziłem - 20 lat XD) czytali tę książkę w Trójce, potem kupiłem i czytając słyszałem w głowie głosy aktorów. Po kamykach i patykach! Jest też druga część ale już mniej mi się podobała.
@archive też po słuchowisku w Trójce się zainteresowałem I też Triumf owiec już mi bardziej średnio przypadł do gustu, a parę lat później pojawiły się jeszcze dwie powieści ze zwierzętami w rolach głównych: pchła (Krocząc w ciemności) i papuga (Pazur sprawiedliwości)
@bojowonastawionaowca próbowałem tych kolejnych książek ale albo to już nie to albo ja się za stary zrobiłem. A sprawiedliwość wspominam na tyle dobrze że nawet nie chcę iść na film żeby sobie nie popsuć wspomnień.
Tytuł: Krew, pot i piksele. Chwalebne i niepokojące opowieści o tym, jak robi się gry
Autor: Jason Schreier
Kategoria: reportaż
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Format: książka papierowa
ISBN: 9788381292436
Liczba stron: 336
Ocena: 7/10
Tytuł książki mówi wszystko 10 historii o tym, jak tworzone były gry (Pillars of Eternity, Uncharted 4, Stardew Valley, Diablo III, Halo Wars, Dragon Age: Inkwizycja, Shovel Knight, Destiny, Wiedźmin 3 i Star Wars 1313). Opowieści oczywiście w większości stojące pod znakiem crunchu, ale na szczęście na tyle różnorodne, że dobrze i szybko się je czytało Bardzo dobra pozycja jak ktoś ma absolutnie zerowe pojęcie o biznesie robienia gier albo dla poczytania o ciekawostkach dotyczących paru znakomitych gier
@cyberpunkowy_neuromantyk Schreiera czy Żemły? Jak znasz jeden wątek to możesz widzieć paralele z drugim - osoba z osobistymi powiązaniami w branży, która posiada sporo wiedzy insiderskiej i co jakiś czas rzuca artykuły pod tezy wybierając pod to fakty które się zgadzają pomijając lub dezawuując resztę. Żemła wypłynęła jak stolec kilka lat temu przy okazji krytyki starej wersji Grota, kiedy była już nowa - Schreier chyba najbardziej z okazji GamerGate kilkanaście lat temu. Generalnie mają ten sam problem - zamiast opisywać rzeczywistość, próbują ją kurować/kreować - jednym się to podoba, innym nie. Mi się podoba wtedy kiedy: a) zgadzam się z ich tezami, bo tak. b) nawet jeśli się nie zgadzam, ale przynajmniej widzę że przed wydaniem swojej (w sensie ich) jedynej słusznej opinii, najpierw rzetelnie opisali całość, aby każdy mógł skonfrontować ich (dziennikarza) opinię z faktami - tutaj jedno i drugie padają na głupi ryj. W ogóle nie znam żadnego rzetelnego dziennikarza growego (ale nie dlatego że ich nie ma - po prostu przestałem się interesować ich opiniami), ale jak coś mogę polecić sporo z tematyki militariów.
Pandemia koronawirusa musiała być szokiem dla doradczyni politycznej, która praktycznie z dnia na dzień z powodu lockdownu opuściła tętniący miejskim zgiełkiem Londyn i przeniosła się do domu na wsi. Cisza, spokój, niewiele do zrobienia... No, chyba że tuż przy domu natrafi się na małego opuszczonego zajączka, który został porzucony przez matkę. I tak to pojawiło się nowe zadanie w życiu, zupełnie odmienne od wszystkiego innego, co w życiu się robiło.
Książka fantastyczna pod wieloma względami: raz to próby uratowania i wychowania zajączka możliwie w zgodzie z naturą, mimo że fachowej literatury nie ma zbyt wiele i czasem trzeba było sięgać nawet do XVIII-wiecznych ksiąg, by znaleźć możliwe rozwiązanie pojawiających się problemów. Szczególnie dla królikarza takiego jak ja, fascynujące były te opisy autorki zmagania się z "problemem" i stopniowym oswajaniem zajączka z życiem "w cywilizacji", ale jednocześnie daniem mu takiej opieki, by czuł dużą swobodę i by finalnie bez większych problemów mógł finalnie wrócić do natury i do swojego normalnego, zajączkowego życia.
Ale dodatkowym, a może nawet większym smaczkiem było to, jak zmieniała się perspektywa autorki na otaczający ją świat. Jak stała się dużo bardziej uważna na ukształtowanie okolicy pod człowieka, co często niekoniecznie jest tożsame z korzyściami dla zwierzęcia. Jak trochę dostroiła się do zajączka i stała się dużo bardziej wyczulona na dobiegające z zewnątrz szmery, szumy i inne odgłosy. Naprawdę fajnie widoczny proces wyciszania się i przystosowywania do życia w zupełnie odmiennych warunkach.
Pewnie by się można było śmiać, że to kolejne z wieeeeeelu literackich "odkryć" mieszczuchów, jaka to natura jest fajna i że warto czasem wrócić do korzeni i że autorka się zupełnie temu oddała z całą intensywnością i że czasem by chciała podporządkować też życie innych mieszkańców wsi dla dobra małych zajączków - no tak to już bywa, co tu więcej dodać xD Mimo to naprawdę świetna lektura na wakacyjny wyjazd i do czytania na łonie natury.
A że zajączek z czasem okazał się zajęczycą i pojawiają się nowe małe zajączki - myślę, że więcej zachęt nie potrzeba I przy tym naprawdę warto oddać honor autorce, że starała się możliwie mało ingerować w tm fakcie poza po prostu udostępnieniem swojej przestrzeni życiowej - owca z głowy!
Książki o Japonii mogą być dwóch rodzajów: albo przepełnione magią i dziwnymi wydarzeniami, albo są po prostu przyjemnymi książkami do czytania (choć autor wcale Japończykiem nie jest, tak ewidentnie japoński styl książek do niego przeniknął). Tutaj mamy do czynienia z tym drugim rodzajem. W sumie mówi o tym już sama okładka, oczywiście z kotem.
Opowieść toczy się dwutorowo: w jednym wątku mamy starszą panią Ayako, która przyjmuje do swojego poukładanego świata wnuka Kuo świeżo po niezdanym egzaminie wstępnym na studia medyczne. Babcia od samego początku jest bardzo oschła, surowa i zamknięta w sobie, co wyraźnie daje odczuć wnukowi. W sporej części wynika to z osobistej tragedii, jaką nosi w sercu, czyli samobójczej śmierci swojego syna (a ojca wnuka). Przymusowy pobyt na prowincji po paru trudnych perypetiach jednak odmienia obojga.
Drugim wątkiem jest ten dotyczący mieszkającej w Tokio Amerykanki Flo. Po rozstaniu z partnerką i poddaniu w wątpliwość wszystkiego, co w życiu robi, włącznie z pracą tłumaczki, przypadkiem natrafia na porzuconą powieść i postanawia poddać się przeznaczeniu i podążać jej śladem. By uzyskać zgodę autora na przetłumaczenie książki na angielski, udaje się do niewielkiej górskiej miejscowości, gdzie oba wątki stopniowo zaczynają się ze sobą splatać.
Książka jest bardzo ciepła i subtelna, z wyraźnym morałem: aby być szczęśliwym i spełnionym nie można się bać. Trzeba znaleźć w sobie odwagę do spełniania marzeń i krok po kroku dążyć do realizacji życiowych celów - swoich, a nie kogoś innego i szukać w ten sposób jakichś kompromisów, by wszystkich zadowolić. Ponadto na stronach książki można znaleźć regularnie umieszczane japońskie symbole, które z czasem zaczynają nabierać nieco większego sensu. Doceniam takie dopracowanie i polecam smakowanie książki w całości: nie jest może jakoś wybitnie zmieniająca życie, ale jest po prostu bardzo dobra.