#turystyka

8
1049

Zaloguj się aby komentować

El Chorro to maleńka (kilkuset mieszkańców) wioseczka w Andaluzji. Tym, którym sama nazwa jeszcze niczego nie powiedziała, pozwolę sobie trochę ją opisać w ramach #pomyslnaweekend i #turystyka


Miejsce, położone w miejscu, w którym łączą się Rio Guadalhorce (płynąca wąwozem Desfiladero de los Gaitanes) oraz nadpływający z zachodu Arroyo del Granado słynęło od dawna z dużych wezbrań wody, która podczas większych opadów potrafiła spowodować solidne spiętrzenia poniżej złączenia tych rzek. Postanowiono to wykorzystać na początku XX wieku, gdy to wybudowano łącznie trzy tamy (jedną poniżej wyjścia wąwozu i dwie powyżej) w celu wybudowania tam elektrowni szczytowo-pompowej. Dodatkowo powstała również linia kolejowa przebiegająca tunelami z północy na południe i słynna - początkowo techniczna - droga łącząca oba krańce wąwozu: Caminito del Rey.


Czy jest tam warto przyjechać? Jeśli się wspinasz - tak. Jeśli się nie wspinasz - również tak, ale na krócej.


Zaczniemy od kontynuacji wątku turystycznego: najbardziej znaną atrakcją tych okolic (i jedną ze sławniejszych całej Andaluzji) jest wspomniana Caminito del Rey. Początkowo była to po prostu techniczna droga prowadząca po chodniku wspartym na betonowych podporach osadzonych w ścianie, służąca do transportu robotników i materiałów. Nazwa pochodzi od króla Alfonsa XIII, który osobiście był ją przeszedł na początku XX wieku. Z czasem szlak utracił swoje znaczenie i stał się lokalną atrakcją, którą odwiedzali turyści i - od lat 80 - wspinacze, skuszeni możliwością zdobycia skalnych ścian wąwozu. Degeneracja (i wypadki śmiertelne) spowodowały, że lokalne władze zdemontowały początkowe fragmenty drogi, by ukrócić wędrówki tamtędy. Jak można przypuścić, był to średni pomysł, biorąc pod uwagę fakt, że ludzie, którym próbowano przeszkodzić, umieli się wspinać. Z czasem pojawiły się tam osadzone zabezpieczenia w stylu via ferraty, a niektórzy wspinacze oferowali turystom nawet usługi przewodnicze. Okres od lat 90 do roku 2006 opisywany jest jako "dangerous era", z bilansem prawie 30 śmierci i 70 poważnych uszkodzeń ciała. W końcu lokalne władze postanowiły - w 2006 - odremontować tę drogę i stworzyć z niej atrakcję turystyczną, którą jest do dziś. Cena wycieczki to 10 euro (dzieci poniżej 8 lat nie wchodzą!), bilet do kupienia online; w cenie jest transfer z parkingu do punktu wejściowego i transfer z El Chorro z powrotem do wyjścia wąwozu, do parkingu. Legenda głosi, że wspinacze, którzy pojawią się tam rano, ze szpejem i potwierdzeniem ubezpieczenia, są wpuszczani za darmo, na sektor znajdujący się pośrodku. Nie sprawdzałem ani tej legendy, ani samego szlaku - w internetach jest mnóstwo fotek i filmów, każdy może zweryfikować czy to atrakcja dla niego. Ilość ludzi i pozytywnych opinii świadczy jednak o tym, że warto.


Drugą z lokalnych atrakcji jest Via Ferrata. Startująca z okolic tunelu kolejowego oferuje bardzo ładne wspinanie, dwa mostki tybetańskie i pięćdziesięciometrową tyrolkę. Zdecydowanie warta uwagi, bardzo ładnie poprowadzona. Sprzęt do VF i bloczek do tyrolki można wypożyczyć w kilku miejscach w El Chorro - ja wypożyczałem w Finca la Campana, tam też można od razu zostawić auto w razie potrzeby. Uwaga, przy zwrocie wypożyczonego sprzętu weźcie pod uwagę sjestę!


Poza wspomnianymi okolica oferuje jeszcze kilka szlaków turystycznych, między innymi szlak prowadzący na górujący nad okolicą szczyt Huma, a także bardzo ładnie puszczony czerwony szlak Ruta Escalera Arabe, prowadząca przez schody o tej samej nazwie.


Gdyby ktoś planował zaliczyć wszystkie atrakcje, to moim zdaniem trzy dni to aż nadto, żeby nachodzić się po całej okolicy i zobaczyć wszystko, co tam jest do odwiedzenia. Widać to też po opcjach zakwaterowania: większość to są kwatery na jeden-dwa dni, gdzie się nocuje, idzie na el Caminito i znika. Jeśli chodzi o zakupy, to na miejscu (podobno) jest sklep, jest też na pewno restauracja - wszystko obliczone pod jednodniowych turystów. Gdyby ktoś chciał coś większego, to w sąsiedniej Alorze (15 minut autem) jest Mercadona, duży, dobrze wyposażony supermarket.


Ale gdyby ktoś chciał się wspinać...


(i tu wchodzę w nudniejszą część, dziękuję, można się rozejść)


El Chorro jest miejscem, w którym pojawiły się jedne z pierwszych obitych dróg na świecie. Pierwsze pojawiły się w latach 80. Sporo wspinania kumulowało się w okolicy el Caminito, obecnie sektorów jest całkiem sporo. Niestety, część z nich jest zamknięta na stałe (ze względu na zachowanie wspinaczy), niektóre są zamykane okresowo (ochrona przyrody) - to można sprawdzić o tutaj.


Poza samą wioską znajduje się kilka sektorów, z których zdecydowanie wartym uwagi jest Desplomilandia, oferująca bardzo ładne, długie wspinanie w dobrej skale i (!) wystawę północną. Niestety, poważnym minusem jest wypolerowanie skał, w przewodnikach część dróg zawiera wprost adnotację o tym, ze jest wyślizgana. W efekcie tego zupełnie odpuściłem znany sektor Frontales.


Z miejsc, które mogę polecić - bardzo warte uwagi są sektory El Corral i wspomniana Desplomilandia. Dodatkowo na El Corral i Escalera Araba (sektor Escalera Suissa) są łatwe wielowyciągówki, które warto odwiedzić.


Topo brałem z wykupionego abonamentu na 27 Crags. Nie jest to najwygodniejsza forma nawigacji, ale drogi powstają na tyle często, że warto mieć aktualną wersję wraz z opisem i ewentualnymi zastrzeżeniami (luźne kamienie, wyślizganie, zamknięcie drogi itp.)


Drogi w okolicy są bardzo ładne, oferują wspinanie w bardzo, bardzo zróżnicowanym terenie, można mieć dosłownie wszystko: od prostych czwórek aż do 9b: przewieszenia, połogi, piony, tufy, zacięcia, płyty... Skała też jest bardzo ładna, przyczepna (!) ale nie ostra (!), gdyby nie jeden pechowy chwyt, na którym w przedostatni dzień przekłułem sobie palec, nie użyłbym w ogóle plastra. Do tego wszystko jest z grubsza w jednej okolicy, więc w grę wchodzą ewentualnie krótkie transfery samochodem lub niedługie (2-3 km) spacery ze szpejem w plecaku. Drogi są bardzo dobrze obite, runouty oczywiście się zdarzają, ale w większości są w łatwym (IV-V) terenie albo w przewieszeniu, więc praktycznie nie było miejsc, gdzie musiałem się zastanawiać co się ze mną wydarzy gdybym się poślizgnął. Dodatkowo wpinki są ułożone z głową, nie ma sytuacji w których wpinka jest daleko przed i tuż za cruxem, każde z potencjalnie "lotnych" miejsc, możemy przejść skupiając się na wspinaniu, a nie na perspektywie upadku.


XCIV-CI (CXVII-CXXIV) dzień #wspinaczka w ramach #trenujzhejto

#stefeksiewspina


Mój pierwotny plan zakładał jedno: nie zepsuć sobie kolanka. Przypomnę, że sobie je nieco przeciążyłem dwa tygodnie przed wyjazdem (ścięgna + łąkotka), co spodowowało ujawnienie się jakiejś starej kontuzji (o której właśnie się dowiedziałem). Okres przedwyjazdowy poświęciłem na intensywną rehabilitację i miałem w sumie jeden dzień faktycznego wspinania (i to lekkiego). Zaplanowałem wspinanie według sprawdzonego rytmu: trzy dni wspinania i jeden dzień restu, max cztery drogi dziennie. To taki system, który jakiś czas temu mi się sprawdził, dzięki czemu nie muszę się zastanawiać nad tym, czy "warto jeszcze jedną drogę?" albo "czy jutro będę zmęczony?": cztery drogi i fajrant.


Niczego sobie nie zrobiłem. Owszem, zdarzały się momenty bólu, kilka razy zrobiłem ruch zanim pomyślałem, ale w większości udało się ustawić tak, że kolano pracowało w płaszczyźnie, w której nie boli. Z perspektywy powyjazdowej: mam wrażenie, że przyjechałem bardziej zrehabilitowany niż wyjechałem. Oczywiście codziennie siedziałem z coldpakiem przez chwilkę, a w niektóre dni musiałem profilaktycznie maźnąć się maścią, ale - wyszło zgodnie z planem. Osiem dni wspinania, dwa dni restu.


Jeśli chodzi o samo wspinanko - to naprawdę, naprawdę jestem usatysfakcjonowany. Do tego stopnia, że robię się nieco podejrzliwy i zastanawiam się, czy te drogi nie są jakoś wyjątkowo nisko wycenione. Zrobiłem życiówkę (w sumie wyrównałem, ale tym razem tak na poważnie): trzy razy bez problemu (i bez "a czy to na pewno tędy, czy nie obszedłem trudności?") zrobiłem porządne, prawie (lub ponad) trzydziestometrowe drogi 6b+ (VI.1+). Dodatkowo wciągałem masowo 6b i 6a+, do tego stopnia, ze na 6a+ zdarzyło mi się rozgrzewać.


Dlaczego więc nie zaatakowałem 6c? W sumie jestem przekonany, że powinno pójść, biorąc pod uwagę, że na poprzednich musiałem się posiłować, ale było to daleko od granicy "maksymalnego wysiłku". Na przeszkodzie stanął mi czas: gdy uznałem, że w sumie warto się wstawić, najpierw nie było do końca w co, bo dostępne w okolicy 6c zawierały w sobie ryzyko rozbicia sobie dupska lecąc z pierwszej lub drugiej wpinki, a potem doszedłem do wniosku, że na koniec wyjazdu nie będziemy się siłowali, życiówki robi się na świeżo, a nie ryzykując, że ambicja weźmie górę nad rozsądkiem i pogłębię sobie kontuzję. Skoro doszedłem do tego poziomu, to jest duża szansa, że mi nie ucieknie.


Za to udało się zrobić kilka wielowyciągówek:

- Three-Sixty (4+): prowadzące na Cerro de Los Hornos, zrobione trochę z ciekawości, a trochę z dostępności, na pałę, ze zbyt ciężkim plecakiem, w sumie nie było to ani najładniejsze wspinanie świata ani najprzyjemniejsze;

- Blue Line (5+): prawie 300 metrów, 12 wyciągów, bardzo ładne, "górskie" wspinanie, z wszystkimi bonusami typu "pomijanie wpinek, bo asekuracja ma chronić tylko przed śmiercią" oraz dbaniem o poprawne prowadzeniem liny na długich, "spacerowych" wyciągach w zróżnicowanym terenie,

- Rogelio (6a+): podobna długość, nieco brzydsze wspinanie, bo trochę zbyt wiele łatwych wyciągów i "transferu" przez teren w trudnościach I i II. W bonusie ostatni wyciąg w trudności III, który był nieubezpieczony i dla którego specjalnie zabrałem z domu kostki. Może i nie było to potrzebne, ale miałem odrobinkę zabawy.


Zakupy zrobione przed wyjazdem: nowa torba na szpej typu "duffelbag" i nowa płachta na linę też się zdecydowanie sprawdziły. Gdy wystarczy po prostu wszystko wrzucić do wora, a nie upychać w plecaku słuchając trzeszczenia szwów, jest naprawdę, naprawdę przyjemniej.


Jedyny minus to weekendy. O ile pierwszy to był weekend Święta Zmarłych (i imprez halloweenowych) i był spokojny, o tyle kolejny to było weekendzicho z wszystkimi bonusami: kamperami zastawiającymi całe parkingi (na parkingu na 30 aut stały cztery samochody i pięć kamperów postawionych tak, żeby nikt nie zaparkował, a nawet gdyby chciał - to na środku stały stoliki i leżaki), tłumami na sektorach (czasem ludzie wspinali się linia przy linii, jak na ścianie wspinaczkowej) i koncertami z muzyką na żywo do późnych godzin nocnych (ale tak serio późnych, do 3 rano). W weekendy robi się dni restowe albo idzie na trekking, zapamiętać.


Dodatkowo jeszcze podsumowanie #stefekpatrzywtalerz


Ze względu na odległość do sklepu zakupy trzeba było zrobić na dwa razy. W efekcie nie kupiłem tego, co planowałem (w Lidlu nie mieli normalnych batoników zbożowych i musiałem posiłkować się podłymi podróbami Twixów), do tego obiady (w zasadzie to większe kolacje) były zbilansowane ale dość obszerne, a do tego ostatnie dni polegały na "oj, kupiliśmy za dużo, przecież nie wyrzucimy", tak że zdecydowanie na brak jedzenia nie narzekałem. Mimo to, w porównaniu z wagą wyjściową jestem "w górę" około kilograma, z czego większość, jeśli nie całość, to zatrzymana woda i nadmiar leżący luzem w jelitach, tak szybko to się nie tyje. Trochę celowo, trochę z musu (i lenistwa) odpuściłem sobie bilansowanie i wpisywanie wszystkiego w apkę: zobaczymy co mi wyszło z takiego odżywiania się na czuja. W ciągu kilku dni powinno mi się wszystko elegancko wyrównać i uzupełnić, więc postaram się wrzucić jakąś aktualizację. Chyba że zapomnę, to nie. Albo chyba że nie będzie mi się chciało, to wtedy też nie.


Podsumowując: wyjazd wyjątkowo udany, nie spodziewałem się tak dobrych wyników, tak przyjemnego i efektywnego wspinania. Czytanie skały, korzystanie z chwytów, technika wspinania zdecydowanie poszła w górę, co na pewno jest wynikiem częstszego bulderowania i szukania nienajprostszych rozwiazań. Do tego forma zdecydowanie na plus.

15f41e60-cf40-4e7f-8508-fac8ea6e3d06
Statyczny_Stefek userbar

Zaloguj się aby komentować

#zwiedzajzhejto #las #turystyka Przykład jak spierdolić fajne miejsce za pomocą funduszy unijnych na przykładzie Krzywego lasu w okolicach Nowego Czarnowo. Otóż las (A raczej lasek) jest fajny. Malutki, jakieś 20, może 30m na 30m. Fajne, dziwnie uformowane pnie drzew i... do tego niewielkiego placyku dodajmy jakieś 15 ławek dookoła! A co! Na bogato! Dwie ławki leżaki? Proszę bardzo! 4 tablice informacyjne? Montować! Przy każdej ławce słupek z kodem qr? Obowiazkowo! I śmietnik, nie zapominajmy o śmietnikach Kogoś jednak lekko olsniło że przegięcie i wymyślił. "okno zdjęciowe" z którego widać najmniej efektów dotacji.

67b440c8-fa5f-4fa3-bd57-ca5775ef937a
2ec1eae3-b50f-46a6-94e2-f95dad48f944
7fb1ad6e-6ff5-4a8f-b0f3-e11f561e4b4c
ebf12fb4-5061-41b4-951f-7b901a581dcf
920509f5-4fb5-4770-957b-9aefa687ee86

Zaloguj się aby komentować

@AdelbertVonBimberstein Toś przynajmniej wysoko nie lazł, rzekł bym że szło wziąć z marszu, żadnych obozów przygotowawczych pod szczytem

Zaloguj się aby komentować

16 godzin na nogach w stópkawiczkach od @AdelbertVonBimberstein

Są faktycznie świetne, nie za grube, nie za cienkie, w sam raz by dobrze amortyzowały, i nie grzały za bardzo, stopa się w nich nie poci, ani lewa ani prawa.


Nie mam metki, więc nie powiem dokładnie składu, (wełna z czymś) najwyżej jak wrócę do domu, ale na pewno dokupię sobie więcej, jeszcze raz dzieki!

co ciekawe mam rozmiar 43 a te (44-46) pasują idealnie.


#skarpety #skarpetki #turystyka #outdoor #recenzje #pracbaza #vikafjell #bushcraft (nie mamy tagu do rozmów o szpeju)

39ecbf86-a0ee-4674-8a48-5264ff83bfc9
ebb1aac5-a451-4306-b16e-a06f663d9b50
Opornik userbar

To co, robimy #hejtoskarpety ? Zasady: wybieramy kolejnego noszącego z pośród piorunujących, skarpety wysyłamy, a odbiorca ma nosić cały dzień i napisać swoją opinię, po czym cykl się powtarza. Kwestię prania/nie prania ustalamy indywidualnie na podstawie preferencji odbiorcy

Zaloguj się aby komentować

Tak mnie nosiło na góry, w ogóle ostatnio mnie nosi na wyzwania. Niektórzy mówią, że nie można jechać w góry samemu, jak masz dzieci, można, ale trzeba znaleźć taką trasę, która wyciśnie wszystkie soki z każdego kroku. Na tym polega odpowiedzialność.


Początkowo chciałem zrobić fragment Małego Szlaku Beskidzkiego, albo jakąś trasę około 100-120 km ale wszystko to było interesujące, lecz problemowe o tyle, że sam dojazd ode mnie z Bydgoszczy i powrót, to przy dobrych wiatrach dodatkowa doba.


I oświeciło mnie, jak chyba @Z_buta_za_horyzont napisał o swoich planach i między innymi Drabinie Wałbrzyskiej. Nietypowe, nie powiem bo nie wziąłbym tych, raczej niskich gór, pod uwagę. No ale elegancki dojazd z Bydgoszczy, w teorii bezpośrednie połączenie (jak było w praktyce o tym później xD), ponad 80 km marszu po górach, ponad 4000 m przewyższeń - intensywne, skondensowane, idealne na pierwszą, górską wymagająca wycieczkę. Zdecydowałem, oświadczyłem to żonie i zacząłem przygotowania, bo z wyposażeniem podstawowym było u mnie średnio (brak plecaka, maty, dobrego śpiwora na temperatury końca października).


W innym wpisie wrzuciłem podsumowanie sprzętu, który kupiłem w sumie z myślą o następnych wędrówkach. Nie szedłem całej trasy "na raz", na super lekko bo pogoda nie ta, a dni krótkie, ale nie byłem też jakoś mega zapakowany. Wszystko z jedzeniem (nie liczę ubrań na sobie) 10 kg + woda 1.5-3kg.


Trasa zaplanowana, lista szczytów:

Numer Nazwa szczytu Wysokość n.p.m.

1 Ptasia Kopa 590 m. n.p.m.

2 Lisi Kamień 602 m. n.p.m.

3 Niedźwiadki 629 m. n.p.m.

4 Dłużyna 685 m. n.p.m.

5 Mały Wołowiec 718 m. n.p.m.

6 Wołowiec 776 m. n.p.m.

7 Kozioł 774 m. n.p.m.

8 Borowa 853 m. n.p.m.

9 Jałowiec Mały 741 m. n.p.m.

10 Jałowiec 750 m. n.p.m.

11 Jedliniec 735 m. n.p.m.

12 Rogowiec 870 m. n.p.m.

13 Jeleniec 901 m. n.p.m.

14 Turzyna 894 m. n.p.m.

15 Waligóra 933 m. n.p.m.

16 Suchawa 928 m. n.p.m.

17 Kostrzyna 905 m. n.p.m.

18 Włostowa 903 m. n.p.m.

19 Stożek Wielki 804 m. n.p.m.

20 Lesista Mała 790 m. n.p.m.

21 Lesista Wielka 858 m. n.p.m.

22 Stachoń 806 m. n.p.m.

23 Wysoka 808 m. n.p.m.

24 Sokółka 800 m. n.p.m.

25 Dzikowiec Wielki 836 m. n.p.m.

26 Łyse Drzewo 757 m. n.p.m.

27 Boża Góra 655 m. n.p.m.

28 Wzgórze Parkowe 655 m. n.p.m.

29 Paluch 706 m. n.p.m.

30 Chełmiec 851 m. n.p.m.

31 Chełmiec Mały 776 m. n.p.m.

32 Mniszek 703 m. n.p.m.

33 Boreczna 710 m. n.p.m.

34 Trójgarb 778 m. n.p.m.

35 Modrzewiec 602 m. n.p.m.

36 Węgielnik 620 m. n.p.m.

37 Stróżek 517 m. n.p.m.

38 Wzgórze Gedymina 532 m. n.p.m.


I tak też wyruszyłem: po godzinie 1²⁰ oczywiście z opóźnieniem Baltic Express zabrał mnie z dworca Bydgoszcz Główna i w teorii moje wagony we Wrocławiu miały zostać przepięte do pociągu jadącego do Szklarskiej Poręby, ale z uwagi na opóźnienie nie zostały xD.

Obsługa poinformowała pasażerów, że możemy poczekać ponad 100 minut na swoich miejscach albo przesiąść się na regio, które chwilę na nas poczeka. I tak- na tym samym bilecie- dojechałem z przesiadką do dworca Wałbrzych Miasto, gdzie zaczyna się i kończy szlak Drabiny Wałbrzyskiej.


Dzień 1.

Zatem 6⁰⁵ włączyłem aktywność na zegarku, z zapisaną trasą gpx wcześniej ułożoną na komputerze zgodnie z ww listą szczytów. I to było moje jedyne źródło nawigacji i dziękuję sobie, że kierowałem się tym śladem bo było kilka momentów, że szlak Drabiny delikatnie odbijał od głównego szlaku, rozwidlenie było bardzo trudno widoczne (tak jak przy tzw. Skalnej Bramie, kiedy to musiałem wybrać jeszcze trzecią drogę, między skałami, bo główne szlaki prowadziły wokół interesującego mnie szczytu). Na szczęście po około 60-80 m zejścia z trasy zegarek krzyczał na mnie alarmem aby wrócić. Zdążyło mi się to kilka razy.


Pierwsze wejście na Ptasią Kopę i Lisi Kamień było jeszcze po ciemku. Dopiero tak około 7.30 zrobiło się wystarczająco jasno (a było to przed zmianą czasu). Pierwsze szczyty pomimo, że niezbyt wysokie dają delikatne przygotowanie do tego, co czeka dalej- bo jest stromo, wymagająco kondycyjnie, a w warunkach jesiennych bardzo ślisko i wszystko przykryte liśćmi. Oj, liści było bardzo dużo. Bardzo. W pewnym momencie miałem ich serdecznie dość bo skutecznie moczyły buty i nogawki oraz przykrywały wszystkie pułapki: korzenie, luźną nawierzchnię, kamienie i błoto- którego też było w opór.

Kije trekkingowe- obowiązkowo.

Dalej były wymagające wejścia na Wołowiec, Kozioł i Borową- na tej ostatniej wieża widokowa, z której widać wieżę na Dzikowcu. Tutaj zrobiłem sobie 15 minut postoju w wiacie na szczycie i to był błąd. Wiało pieruńsko, więc zgrzany zmarzłem, a nie rozgrzała mnie dobrze nawet gorąca kawa i zumpka chińska. Za to wymieniłem zmoczone skarpety, wytarłem stopy, mokre skarpety schowałem pod kurtkę na piersiach aby wyschły i ruszyłem dalej... Zejście z Borowej chciało mnie zabić- stromo i bardzo ślisko.


Któreś z wejść na jedną z wymienionych teraz gór, było na mapie podpisane nazwą w stylu "Ścieżka przez mękę" albo coś podobnego i faktycznie- było wyzwaniem ale to nic w porównaniu z wejściem na Waligórę. Na szczęście to było za schroniskiem PTTK Andrzejówka, gdzie usiadłem na chwilę, skorzystałem z łazienki, zjadłem frytki, smażony ser i wypiłem szklankę ciepłego bezalkoholowego ponczu jabłkowego.

Po 6.5 godziny na szlaku, przy Skalnej Bramie, spotkałem pierwszą osobę. Kolega pytał jak tam droga na Borową i odradzałem mu wejście bez kijów trekkingowych.

Trochę byłem już przejęty bo zaczynał kończyć mi się prowiant, wody nie było gdzie uzupełnić, ale w Sokołowsku- zmoczyło mnie wtedy fest- był otwarty mały sklep. Dokupiłem jedzenia i wody. W lesie przed Sokołowskiem jest opuszczona kaplica, czy jakiś tam mały kościół- zastanawiałem się czy tam nie rozbić noclegu. Na głowę by mi nie padało, osłona przed wiatrem bardzo dobra, ale zabrałoby mi to z dwie godziny z marszu. Ruszyłem dalej.

Następny sensowny punkt noclegowy do był schron- wiata Bocianka na szczycie Stożka Wielkiego 841m n.p.m. Tam też zdecydowałem się rozbić obóz :D. Zasloniłem wejście tarpem, rozpaliłem kopcące ognisko z mokrego drewna używając kuchenki gazowej jak palnika dekarskiego xD. Wysuszyłem buty, skarpetki i kurtkę przy ognisku przesiąkając tym pięknym zapachem gryzącego dymu już do końca wędrówki.

O 18.30- po kolacji z zumpki chińskiej z kabanosami i resztek smażonego sera z obiadu- położyłem się w śpiwór i miałem najdłuższy i najlepszy sen od wielu miesięcy.

12 godzin do wschodu słońca. Wiało, a góry do mnie mówiły (serio, ten wiatr brzmiał jak rozmowa dwóch ludzi- a przypomnę, że na pewno nikogo nie było).

Połowa trasy za mną- trudniejsza i przyjemniejsza.

Połowa, czyli 35 km z 86. No ale większość przewyższeń zrobiona i podejścia dalej już nie takie wymagające.


Dzień 2.

Wstałem jak tylko zaczęło się robić jasno. Sprzątnąłem obozowisko, zabrałem wszystkie śmieci (Nie pozostawiaj po sobie śladów.), wypiłem kawę, zjadłem śniadanie i ruszyłem w dół.

Było już jasno i po jakiś 20 minutach spotkałem pierwszych ludzi, zaraz następnych więc czas wędrówki w samotności się skończył. Sobota to jednak ludzie wychodzą na szlak.


Po zejściu pojawia się pierwszy odcinek asfaltowy, jakiś zajazd przy drodze ale chyba był jeszcze zamknięty.

Lesista Mała, Stachoń, Wysoka- potem Sokółka, gdzie miałem najpiękniejszy widok i wieża widokowa na Dzikowcu, na którą przyznam nie chciało mi się wchodzić bo pizgało złem- za to wiatr wysuszył mnie konkretnie.

Szlak tutaj zaczął być już cywilizowany, szuter przygotowany pod wjazd samochodem i reszta trasy w sumie to już nie było wyzwanie.


Gdybym zaczął z tego strony- byłbym zawiedziony. Robi się- w porównaniu- płasko i bardzo turystycznie bo z Boguszów-Gorce jest tutaj wszędzie blisko.

W Boguszów-Gorce uzupełniłem zapasy w Dino, zjadłem hot doga w Płazie i poszedłem na Bożą Górę, którą możnaby sobie naprawdę odpuścić bo wygląda jak lokalna górka do walenia browarów po meczu (obok jest stadion).

Tak samo możnaby odpuścić sobie wejście na Paluch, do którego znak mówi, że jest ze szlaku 200 kroków ale kłamie- jest ich 300 (liczyłem xD).

Potem jest ostatnie chyba lekko wymagające podejście na Chełmiec, gdzie znowu jest wieża widokowa ale było sporo ludzi i nie wchodziłem popatrzeć.

Potem znowu zejście do Boguszów-Gorce i dalej drogą prowadzi już pagórkami- łąkami. Tutaj przycisnąłem aby nadrobić i chyba naprawdę szybko chodzę bo mijałem ludzi i zostawali daleko w tyle.

Ostatnie podejście na Trójgarb, w miarę ładnie, kolejna wieża widokowa, wymieniłem skarpety na suche i obkleiłem pięty plastrami hydrokoloidowymi compeed bo tego wymagały. Te plastry robią magię więc ruszyłem dalej.

I tutaj największe rozczarowanie- w sumie dwa. Wielki luj w d⁎⁎ę pracownikom leśnym zostawiającym szlak rozorany. Drugi minus- szlak prowadzi jakimiś gównianymi krzaczorami aby zrobić 100-150 m obejścia i wrócić na elegancką, leśną drogę. Absolutnie w tym miejscu to niepotrzebne.

Schodząc z Trójgarbu szedłem jeszcze przez Modrzewiec i Węgielnik i trafiłem na prawdziwe piekło- dobre 10-12 km asfaltu, płaskiego i okropnego, który zmasakrował moje biodra i stopy.

Potem już Wałbrzych, zmierzchało a przede mną jeszcze Góra Giedymina w parku (uroczy, doceniłem go pomimo zmęczenia) i zejście do dworca Wałbrzych Miasto.

Tam zjadłem zwycięską pizzę ale umyłem się najpierw w dworcowej toalecie.

Wracałem do domu sam w przedziale- więc elegancko nikomu nie śmierdziałem, a plus taki, że kupiłem bilet do przedziału z tabliczką "Rezerwacja" więc nikt się nie dosiadł (A chcieli, ale słyszałem jak się odbili bo jeden do drugiego mówił "ej tutaj jest rezerwacja" xD).


Ogólne wrażenia z trasy? Super wyzwanie, zwłaszcza pierwsza część. Trochę się przeliczyłem tym ile zrobię km pierwszego dnia- zakładałem ponad 40 ale krótki dzień i ilość podejść mnie zweryfikowały.

Za to druga część- spoko na początku aby trochę odżyć ale ostatecznie nudnawa, przeradzająca się w cholernie uciążliwa i nie satysfakcjonującą w asfaltowym odcinku.


Sama trasa Drabiny mogłaby być też w kilku punktach lepiej oznaczona, bo zdążyło mi się zejść.


Ktoś narzekał na fb, że trudu nie wynagradzają widoki. I to prawda, za to jeśli ktoś chce wyzwania to 9/10 polecam... a widoki też były, tylko nie było czasu ich oglądać. Jesień ma to do siebie, że ma swoje "momenty".


86.6 km

4200 m przewyższeń.


#adelbertwedruje #backpacking #trekking #turystyka #drabinawalbrzyska

https://www.hejto.pl/wpis/wrzucam-podsumowanie-sprzetu-garnek-z-gazem-510-g-kubek-stalowy-158-g-platypus-f


Wpis z moim sprzętem na wędrówkę.

d8ef9df5-6775-45e4-91f0-9c423ae2ce9d
d17d589e-c514-4083-9bba-79ef30be3df3
c6024c37-ef3e-4f0a-a62c-21a9332b8684
9241cb04-8da8-4a10-9b98-64d2219500e9
2aec807e-f7b8-4be3-b925-749b186765c5

nie wziąłbym tych, raczej niskich gór, pod uwagę. No

Wiele osób nie bierze ich pod uwagę ale można się tam naprawdę fajnie zmęczyć. Nieźle pospałeś widać był Ci potrzebny taki odpoczynek od świata. Na zboczach Lesistej są szczeliny wiatrowe, które wydają różne dźwięki chociaż są coraz bardziej zarośnięte i mniej słyszalne. Udanych kolejnych ciekawych wypraw!

Zaloguj się aby komentować