Może na filmikach promocyjnych ta gra wygląda ładnie. Ale w rzeczywistości jest to tak niedopracowany tytuł, że wstydziłbym się go wydawać i jeszcze brać to kasę.
Ilość błędów jest koszmarna. A to gra się wywali do pulpitu, bo tak, a to jedziesz i nagle okazuje się, że przez jakiś bug pasażerowie nie wsiadają i pozostaje tylko wczytanie zapisu. A to nagle uderzasz o niewidzialny kamień czy cos innego. Albo kupionego autobusu nie ma tam, gdzie ci gra pokazuje. Może się pojawi następnego dnia, a może nie. A to w połowie trasy masz komunikat, że z tajemniczego powodu ci jej nie zaliczy.
Fizyka też taka sobie - autobudy hamują jakby ktoś posmarował bębny/tarcze WD-40, skręcają za to bardzo hyżo.
W sumie szybko robi się nudno.
Grafika nie powala, mapa taka trochę na odwal się zrobiona. Dźwięki nawet spoko, muzyka leci z internetu, więc nawet jakieś polskie stacje mamy
Trochę pograłem, zdenerwowałem się i wywaliłem.
ps: w podstawce masz dwa(!) autobusy, reszta to DLC. Jedno DLC to jeden autobus, a kosztuje tyle co cała gra. Skok na kasę.
Odradzam, chyba, że za dwie dychy, to można przeboleć
@cec Schuko jest lepsze, bo wchodzi w obie strony. Z bolcem jest tak jak z dużym USB, kiedy wkładasz wtyczkę "na czuja", wyginając rękę za szafą, i wchodzi dopiero za piątym razem.
Ale i tak najlepsze są wtyczki brytyjskie. Ich praktyki w budownictwie są raczej... ekhm, raczej słabe, ale wtyczki mają świetne. Bezpiecznik we wtyczce, uziemienie, które jest niezbędne aby włożyć coś do gniazdka (bolec uziemienia jest dłuższy, wchodzi pierwszy, i dopiero po wejściu uziemienia otwierają się otwory na pozostałe, wisienką na torcie są gniazdka niewystające tak bardzo z obrysu ściany (choć to nie jest jakieś super rzadkie, tylko nasze są tak paskudnie wystające).
Chcesz zostać grabarzem? Marzy ci się kariera alchemika? A może balsamisty? Fajnie, bo właśnie nim zostałeś, choć jeszcze o tym nie wiesz.
Gra w której pogadasz z Mietkiem (czaszką) i Bletkiem (duchem), podyskutujesz z osłem (lewicującym) i innymi NPCami.
Gra, którą pokochają miłośnicy craftowania i fani grindu. A jednego i drugiego w tej grze jest mnóstwo. Na szczęście (?) można pewne rzeczy zautomatyzować, choć sposób, żeby to osiągnąć, jest dosyć awangardowy.
Gra ma nawet jakąś fabułę i zakończenie, więc nie jest to crafting sam dla siebie. I ta fabuła nie jest jakaś najgorsza.
Mamy elementy rozwoju postaci, perków, drzewka technologii - wszystko spina się w fajną całość. Choć mam wrażenie, że autorzy czasami przesadzili, żeby spowolnić rozwój i zatrzymać gracza na dłużej.
W grze jest masa rzeczy, które można wykonać przy odpowiednich stanowiskach. Brakujące elementy można kupić. Można oczywiście nasz towar sprzedawać (ale nie wszystko). Można łowić ryby, można wyrąbać cały las, można.... no dużo można.
Grafika pikselowa, ale przyjemna dla oka. Muzyka, a bardziej podkład dźwiękowy, jest. I go wyłączyłem po jakimś czasie
Spędziłem ładnych kilkadziesiąt godzin przy tym tytule - bawiłem się dobrze, choć pod koniec już mi się trochę nie chciało powtarzać wielu czynności, aby zarobić tyle, żeby kupić ostatni przedmiot Ale chciałem zobaczyć zakończenie - i zobaczyłem. A nawet scenę po napisach
Do gry jest kilka DLC, których nie mam, ale widziałem, że to kolejne kilkadziesiąt godzin grania.
@Xavy miałem to samo, ale są edytory save więc troszkę sobie ułatwiłem zbieranie kasy, bo w sumie to już sam koniec gry, tam się już mało działo, a trzeba było grindować całe tygodnie, żeby uzbierać te 12 złotych monet.
@LovelyPL czy tak dla wytrwałych? To jest bardzo przyjemna gierka, imo nawet bardziej chillowa jak Stardew Valley. To co na pewno jest zaletą to to, że możesz w nią wejść po pół roku- i tak będziesz wiedział co robić dalej, możesz ją odpalić mając pół godzinki czasu- dalej nie będziesz czuł, że przez te pół godziny nie miałeś szansy zrobić nic poza gapieniem się w menu i loading screeny, nie ma żadnego nacisku na znajdźki, achievementy, battle passy, spieszenie się przed odliczającym zegarem jakiegoś kończącego się sezonu z d⁎⁎y, nie ma żadnych sezonowych przepustek robiących za content paywalle, nie ma mikrotransakcji, dlc ze skinami... masz czystą, prostą grę z nieskomplikowaną historią dla zarysowania tła, a i ma ona trochę swojego humoru
@NiebieskiSzpadelNihilizmu Humor - świetny Chill - jest, ale grind tez jest, to musisz przyznać. Chcesz choć kawałek pchnąć jakąś misję, to czasami trzeba się nałazić, zbierać, craftować, żeby zdobyć to, co chcemy. Nawet automatyzacja nie pomoże, bo jest wolna (jak cała gra) i nie wszystko zrobią za ciebie.
Faktycznie plusem jest to, że nie ma ciśnienia - pykniesz chwilę i super, pykniesz dwie godzinki - też fajnie. Potłuczesz się w lochach - czemu nie, przecież od tego się nie umiera, prawda?
Ale dla wytrwałych jest - bo grind i craftowanie może się znudzić w pewnym momencie. Może z DLC jest trochę inaczej, bo masz tam kupę dodatkowych misji czy przedmiotów, albo jest jeszcze więcej grindu
Mnie w pewnym momencie trochę znudziło to, że pod koniec trzeba sporo się nachodzić, żeby zarobić odpowiednią ilość monet. Może miałem za mało pomocników - jakbym w nich zainwestował, to by mi sami uzbierali kasę, ale miałem ich chyba z 10 maksymalnie.
Niemniej grę oceniam bardzo pozytywnie i jak wyjdzie dwójka, to na pewno sprawdzę co tam wykombinowali.
Każdy z Was na bank to czuje, ale jakoś głupio o tym powiedzieć, natomiast okazuje się, że wszyscy mamy ten sam problem.
Pizza była kiedyś dla biednych, a dziś trzeba brać kredyt, żeby zjeść przypalonego placka z garścią sera i pieczarek.
Kiedyś było to jedzenie dla biedoty.
I to dosłownie. Powstała w Neapolu jako tani placek dla ludzi, których nie było stać na wymyślne jedzenie. Mąka, trochę pomidorów, trochę sera, czasem coś wrzucone z litości przez los i obiad gotowy. To było coś na zasadzie tego, jak Wasza kobieta sprząta lodówkę, bo wszystkiemu kończy się ważność i mówi, że k⁎⁎wa, jutro zapiekanka. A jak zapytasz z czym, to odpowiada…
ZE WSZYSTKIM!
Chodziło o to, żeby się najeść szybko, tanio i bez filozofii.
A dziś?
Dzisiaj wchodzisz do polskiej pizzerii i czujesz się jakbyś wszedł do najdroższego Włoskiego butiku, gdzie projektantem jest gość, którego nazwiska nawet nie potrafisz wymówić.
Patrzysz w menu na ceny i okazuje się, że nigdy nie widziałeś tylu zer obok siebie, no chyba, że oglądałeś kiedyś obrady sejmu.
Zamawiasz pizzę 42 cm.
79 zł.
Okej, a co jest w tej cenie do pizzy?
Nic. Pizza.
Koniec. Nic więcej. Żadnego sosu, oliwy. Jak chcesz sos czosnkowy, to dopłać 5 zł.
Za 80 zł, rozumiesz? Za placka w tej cenie spodziewałbym się oprowadzenia po zapleczu gdzie rodowity Włoch pokazuje Ci jak kręci w powietrzu ciasto, potem przez 5 minut śpiewa Italodisco, a na końcu proponuje Ci wycieczkę do Pizy żebyś zobaczył krzywą wieżę, bo akurat musi pojechać kupić zapas mąki.
I ja rozumiem koszty. Naprawdę. Lokal, prąd, ZUS, pracownicy, składniki, włoskie produkty, prosciutto dojrzewające dłużej niż niektóre małżeństwa. Rozumiem pizzę za 60-70 zł z burratą, pistacjami i szynką, którą masował osobiście Giuseppe spod Neapolu.
Ale k⁎⁎wa… pizza z serem i pieczarkami za 80 zł? To już nie jest jedzenie dla ludzi.
Na to musi być specjalna okazja i ustalenie budżetu w rodzinie.
Przecież pieczarki nie są wydobywane przez nurków na dnie oceanu. To nie są trufle eskortowane przez ochronę BOR-u. To jebane pieczarki. Warzywo tak tanie, że kiedyś było dodatkiem „żeby coś było”.
Najlepsze są jednak te nowoczesne pizzerie, które robią z pizzy doświadczenie duchowe.
Wchodzisz do lokalu. Beton na ścianach. Żarówki zwisają jak po remoncie. Krzesła niewygodne specjalnie, żebyś przypadkiem nie odpoczął za długo po wydaniu 200 zł. W tle techno dla ludzi po ASP.
Kelner przychodzi i mówi, że ich ciasto dojrzewa 72 godziny.
Przecież ja k⁎⁎wa nie mam tyle czasu, chciałem zjeść coś na szybko.
Potem dostajesz pizzę wielkości koła zapasowego do Fiata Punto i słyszysz, że minimalizm składników pozwala wydobyć charakter wypieku.
Minimalizm? Bracie, tam są trzy kawałki sera i samotna pieczarka wyglądająca jak ocalały z katastrofy.
I oczywiście obowiązkowa oliwa.
Ale nie taka normalna. Nie. Teraz oliwa musi być infuzowana, rzemieślnicza i z nutą dymu i cytrusów.
Ja pi⁎⁎⁎⁎lę, czy będę wyglądał głupio jak zacznę się nią nacierać w lokalu zamiast marnować ją do pizzy?
Kiedyś oliwa stała na stole i każdy lał ile chciał. Dziś dostajesz pipetkę jak w laboratorium.
Proszę bardzo, 14 zł.
14 zł za tłuszcz do chleba. Za chwilę będą podawać ketchup z ochroniarzem.
A dowóz? To jest osobny kabaret i temat na osobny post, ale w skrócie.
Pizza kosztuje 82 zł.
Dowóz 11.99 zł.
Opłata serwisowa 4 zł.
Opakowanie ekologiczne 3 zł.
Aplikacja doliczyła coś jeszcze, bo chyba była smutna.
Finalnie płacisz 109 zł i zastanawiasz się, czy Ty aby na pewno zamówiłeś Włoską Margherita pizzę, czy Włoską Małgośkę na godzinę.
A ty jesz tę pizzę za stówę i próbujesz sobie wmówić, że czuć jakość, że nie żałujesz…
Nie, k⁎⁎wa.
Czuć desperację i ratę za leasing pieca.
I dajcie znać serio.
Ile kosztuje u Was pizza?
Wejdźcie teraz na aplikację, sprawdźcie i napiszcie w komentarzach.
Pasta, jak to pasta - wiadomo, że trochę przesadzona, ale tylko trochę. Ceny pizzy czy nomen omen - pasty czyli po naszemu, makaronu w restauracjach to jakaś totalna odklejka.
Ok, zrobienie pizzy to jednak więcej roboty, piec, trzeba ciasto zrobić, przygotować to wszystko itd. - ceny są popieprzone, ale bardzo naciągając można jakoś próbować ich bronić.
Ale ceny makaronów w knajpach to już jakiś scam - trochę makaronu (najczęściej kupowanego w pobliskim sklepie) z sosem pomidorowym i listkiem bazylii potrafi kosztować więcej niż schaboszczak z ziemniakami i surówką. A jak tam jeszcze jakiś ser jest starty czy inne fanaberie, to warto sprawdzić limit karty przed zamówieniem.
O kawie już pisano wiele razy - i tutaj żadne tłumaczenia do mnie nie przemawiają, skoro taka sama kawa we Włoszech czy Austrii potrafi kostować mniej niż u nas. Ciężko mnie przekonać, że koszty pracownika w Polsce są wyższe niż we Włoszech czy Austrii.
Do tego, w sklepach kawa ziarnista jest tam sporo droższa niż u nas, więc to chyba jakiś cud, że kawa jest tam w knajpie tańsza. A może to nie kawa, tylko jakieś śmieci, a tylko u nas jest PRAWDZIWA kawa i dlatego kosztuje miliony monet?
W moim rodzinnym mieście jest knajpa, gdzie za stówę dostaje się pokrywę od szamba, którą najada się 4 chłopa po korek i jest bardzo dobra. Dzięki temu sprzedaje się ich fchuj, czasem trzeba trochę poczekać, ale jak wiadomo nie może być jednocześnie dobrze, tanio i szybko :p
Trochę — trochę wkurzony jestem (choć nie powinienem).
Cała #zbiorka #latwoganga zaczęła się od kawałka Bedoesa. Czy dobry, czy zły — nie mnie oceniać, ale stał się hymnem tej akcji.
W różnych rolkach widzę, że ludzie go na jakichś koncertach śpiewają, wrzucają jako podkład itd.
Skoro to taka szczytna akcja, utwór jest z nią związany, to na pewno w radio go usłyszę.
Akurat miałem kilka tras po parę godzin jazdy i poświęciłem się. Za każdym razem słuchałem jednej stacji, wybierałem te najpopularniejsze.
Zagryzłem zęby i słuchałem. Słuchałem żartów tak suchych, że powinny być sprzedawane jako podpałka do grila, słuchałem konkursów dla debili "wyślij SMS-a, a my zwiększymy twoje szanse 657382 razy", słuchałem reklam na swędzenie wszystkiego po kolei.
Jedyne, czego nie usłyszałem, to właśnie tego utworu Bedoesa. Akcja się skończyła, więc olać sprawę, przecież trzeba zachęcać do wysyłki SMSów i nieudolnie udawać śmieszka.
Za to posłuchałem tak ze 2-3 razy na godzinę najnowszego "przeboju" Dody. Jak go usłyszałem pierwszy, drugi, trzeci raz, to miałem wrażenie, że ktoś przez przypadek puścił kawałek wygenerowany przez AI po wpisaniu dosyć prostego prompta w stylu: "typowa pisenka o miłości i rozstaniu. Kobiecy, mocny głos. Gatunek: pop i jakieś elektryczne gitary w stylu rockowym". I cały czas mam to wrażenie AI.
Ja rozumiem, że stacje mają jakieś umowy z wydawcami i muszą puszczać komerchę cały czas, ale jakby puścili Bedoesa, to chyba by nie zbankrutowali (a może?).
@LovelyPL znaczy Łatwogang jak Łatwogang, ale no niestety słuchanie tego co leci w radio, szczególnie tych najpopularniejszych stacjach to szybka i niezawodna droga do wkurwa albo strzelenia sobie w łeb. Jest tyle za⁎⁎⁎⁎⁎tych kawałków, z których można by było wybierać, tylu wykonawców, tyle albumów, coverów... to nie. Grają z 15 kawałków do zajebania, między którymi znajdziesz jakieś urojone "klasyki" i inne "top hity", które często gęsto nie są ani starszą klasyką, ani nawet koło hitów nie stały. Żadne z nich nie jest nawet minimalnie szybsze jak te wszystkie umcy-umcy popy, o faktycznym rocku czy metalu możesz zapomnieć. No- poza "Nothing else matters" raz do roku ale też- ten i tylko ten kawałek, który się kręci jak gówno w przerębli z tym swoim tempem oblanego betonem leniwca na marihuanie. A to co puszczają prewencyjnie cenzurują tak, żeby być świętszymi od papieża, bo oj-oj, ktoś się jeszcze zgorszy jak usłyszy "shit" bez dziury w linii melodycznej.
W to jeszcze dzięki jakimś posranym wymysłom UKE czy innego ministerstwa musi być wmieszana odpowiednia ilość "polskiej muzyki" w ciągu doby, bo hur dur krzewienie kultury narodowej (boże proszę nie, jeszcze dajcie tu w ramach tej kultury Kapelę z tą jego aborcyjną piosenką xD) i o c⁎⁎j, tu już jesteśmy głęboko w d⁎⁎ie, bo znowu zamiast wybrać coś ambitniejszego, albo chociaż nowego, niech to będzie nawet ten Bedoes, to tu już się można dosłownie porzygać od zalewu jakichś dod, roxi-boxi i innych k⁎⁎wa gwiazdeczek z wypiętą d⁎⁎ą made in mam talent nadających na okrągło albo o niespełnionej miłości, albo o nieszczęśliwej miłości, albo o nieudanej miłości, albo o trudnej miłości, albo o zdradzie, albo od wielkiego dzwonu- o tym że miłość powinna faceta boleć bo tylko jak go boli to kocha. Bo najwyraźniej to są ich wyżyny intelektualne dyktowane fetyszem, albo szklany sufit dyktowany personalną traumą jak ją facet zostawił. Ja pi⁎⁎⁎⁎le, już by mogli puścić "Zostawcie Titanica" albo "Black and White", cokolwiek, ale nie, to to puszczą raz na ruski rok. Była dawniej Chylińska, która miała jaja grać na ostro, to zasięgowo wyjebali ją do otchłani, bo się nie gryzła w język, a potem spiździała i zmieniła się w wielką świętoszkę i zaczęła śpiewać o... no k⁎⁎wa oczywiście- miłości, jak tylko się ohajtała i dorobiła dzieciaka i miłość ją uleczyła.
No a na to wszystko jeszcze dochodzi całe rakowisko reklamowo-konkursowe. Jak nie 20 razy na godzinę reklama jakiegoś gówna do naprawiania szyb w aucie, to cały przekrój medykamentów na wszystko i nic- proszków na wątrobę, które "przy okazji odchudzają", proszków na sraczkę, proszków na zatwardzenie, tabletek na świąd, szamponów na wypadanie włosów i łupież, kremów na grzybicę pochwy, pigułek na upławy i pieczenie, pastylek na wypryski na ryju, syropów na trawienie, maści na ból d⁎⁎y, czopków na hemoroidy, plasterków na nerwicę i innych dropsów na niespokojne giry. A między tym raz na godzinę dżingiel z dźganiem ludzi konceptualnym patykiem, że hehe, konkurs, hehe, dziś podnosimy do milionpińcetstodziewińcet! Minimalna kwota pińć tysioncuff! A wszyscy, którzy mają 3 w numerze telefonu, wyślą "jestem debilem" na numer 2137 i odtańczą kankana na jajach recytując pana tadeusza po mandaryńsku w dialekcie suahili od tyłu dostaną 42069 dodatkowych szans! I tak co godzinę.
I my się na to gówno mamy zrzucać w podatkach bo "muh kultura i media"
@BiggusDickus spoko, spoko - półek ci u mnie dostatek, książek też. Choć ostatnio przechodzę na wersje elektroniczne, bo jakby nie patrzeć zajmują mniej miejsca, a mieszkanie z gumy nie jest
Samo low-poly może być, taki typ grafiki i tutaj niczego złego nie powiem, ale reszta...
Odgrzewany kotlet po raz setny. Mechaniki jak w innych grach, drzewka rozwoju też. Najbardziej mi to przypominało nieudanego klona "Banished".
Nie znalazłem w tej grze niczego odkrywczego, jakiegoś nowego pomysłu - po prostu to, co się sprawdzało przez lata.
Ale to nie było i tak najgorsze. Jest mnóstwo gier, które czerpią z innych, i to, powiedzmy, byłoby do przełknięcia, ale ta gra ma wpisaną polską wersję interfejsu.
Bogowie! To jest dramat. I nie można tego zwalić na to, że tłumaczenie robiła AI. Bo nie robiła. Dlaczego? Bo AI nie robi literówek, nie robi błędów ortograficznych. A tutaj jednych i drugich jest masa. Do tego tłumaczenia, które nie znają kontekstu, co oznacza, że nawet nikt tego nie przetestował. Czasami nawet pojawiały się chińskie znaczki zamiast polskich tekstów No i oczywiście polskie litery są inną czcionką niż reszta - nie chciało im się poświęcić 30 minut na dodanie polskich liter do używanej czcionki.
Oczywiście mogłem przełączyć na wersję angielską, ale mam zasadę, że jest jest po polsku, to sprawdzam jak to wygląda. Takie zboczenie zawodowe. I wygląda tragicznie.
Dla fanów tego typu gier - spoko, można pograć i nacieszyć się rozbudową miasteczka. Teraz jak widzę jest za 30 zł do zgarnięcia, ale jak dla mnie to i tak za dużo. Dwie dyszki maksylanie to jest warte.
Tym razem jest to model zupełnie innego typu, jeśli chodzi o montaż.
Poprzedni był modelem do samodzielnego wycięcia, sklejenia, łączenia papieru, kartonu i różnych duperelków z kawałkami drewna.
Ten będzie na pewno łatwiejszy i szybszy w montażu.
W komplecie mamy bowiem arkusze z kartonu(?) z odpowiednimi nacięciami i wytłoczeniami, pomalowane w odpowiedni sposób. Niczego nie trzeba ręcznie wycinać i kleić - wystarczy wypchnąć z formy i gotowe.
Do tego jest jeden arkusz naklejek (też wstępnie naciętych) do oklejenia książek na półkach.
Mam nawet pęsetę w zestawie.
Zobaczymy jak mi pójdzie, ale mam wrażenie, że będzie za łatwo i za mało satysfakcjonująco. Po prostu takie puzzle 3D, ale może się zdziwię
mam wrażenie, że będzie za łatwo i za mało satysfakcjonująco
Miałem podobnie. Mój pierwszy to była taka dłubanina, drugi podobny do tego Twojego ze zdjęcia, tylko większy. Ale też dobrze się bawiłem. Pomyśl o tym jak o takim "innym lego"
Odpalając ten tytuł, nie sądziłem, że tak mnie wciągnie.
RPG - jak najbardziej tak, ale tutaj mamy do czynienia z jednej strony z chodzeniem po lokalizacjach w rzucie izometrycznym, a z drugiej strony - mamy walki turowe, z zupełnie innej perspektywy.
Nie wiem jak się to fachowo nazywa, ale walki są takie, jakie potem były w wychwalanym "Clair Obscure".
O co chodzi w całej grze.
Mamy Warszawę w roku 1905, pod zaborem rosyjskim. Główny bohater jest Taumaturgiem, czyli osobą, która widzi różnego rodzaju potwory (upiory, dżiny, jakieś zjawy itd.) i na dodatek może je do siebie przywiązać i korzystać z ich mocy.
Fabuła jest dusyć luźno powiązana z historią Polski, ale mamy tutaj tajne uniwersytety, bojówki socjalistyczne, jakieś ruchy wolnościowe. Bardzo zgrabnie podłączone do tej szczypty 'magii', którą włada nasza postać.
Mamy też wątek osobisty, oraz główną oś fabularną.
Nasza postać, jak to w RPG, może się rozwijać, ale głównie rozwijamy nasze upiory i zjawy. I warto to robić, bo odblokowuje to różne dodatkowe opcje dialogowe, które potem wpływają na fabułę i na zakończenie gry.
Krążąc po mieście, mamy sporo małych zadań pobocznych. Warto je robić, bo dostajemy za nie XP, a za XP rozwijamy umiejętności - opłaca się robić tych zadań ile się da. Nie są trudne, są szybkie, a XP zawsze się przydaje
Można też zbierać i czytać fragmenty gazet, stare ogłoszenia itd. Warto je poczytać - można się czasami pośmiać.
Co do grafiki - tutaj mam pewien zgrzyt. Z jednej strony - lokacje izometryczne są zrobione rewelacyjnie. Różne dzielice Warszawy są pokazane naprawdę świetnie, z wieloma szczegółami, zarówno ulice jak i wnętrza. Dzielnice różnią się od siebie - Śródmieście jest bardziej wywilizowane, a taka Praga - wiadomo, łatwo zarobić kosę
Ale cutscenki... Widać co chwila jakieś glitche, a to tekstura się za późno doczyta, a to animacja ubrania się źle wykona. Nie jest to jakoś strasznie złe, ale widać, że nie jest idealnie.
Dubbing też jest. Tyle, że taki beznamiętny. Po prostu odczytany, brakowało mi jakichkolwiek emocji w dialogach, czasami przecinki były stawiane nie tam, gdzie potrzeba Ale plus za to, że gra jest 100% po polsku
Sama historia może skończyć się na różne sposoby - i faktycznie zależy to też od naszych wyborów w czasie gry.
Muzyka - delikatna, do tego kilkanaście fragmentów utworów z epoki, które odsłuchujemy po znalezieniu płyt gramofonowych. W czasie walki muzyka się zmienia (znowu "Clair" zrobiło to samo rok później).
Podsumowując - kurcze, fajne to było i naprawdę byłem ciekawy, jak się całość zakończy. I zakończyła się w sposób dla mnie satysfakcjonujący, bo zgodnie z moimi wyborami i moją ścieżką.
Polecam miłośnikom RPG, historii i Warszawy z czasów carskich.
Zacząłem się niedawno zastanawiać, jak AI odczyta opisy stworzone przez jednego z moich ulubionych autorów, czyli przez Stanisława Lema.
No i rozpoczynam projekt pod nazwą "AI widzi Lema". Taki #lemai
Na początek "Powrót z gwiazd". Jeden z moich ulubionych tytułów. Taki niby futurystyczny, ale za każdym razem okazuje się, że coraz więcej rzeczy mamy na wyciągnięcie ręki.
Oto jak AI (konkretnie Nano Banana) widzi dworzec, gdzie rozpoczyna się cała książka, oraz dziewczynę, którą nasz bohater spotyka tamże.
W prompcie poprosiłem o grafikę na podstawie opisów. Dodałem, że to książka SF, że ma do tego dodać jakieś szczegóły od siebie.
ps: podoba mi się, że AI trzyma kontekst grafik i wyglądają w miarę spójnie.
@szatkus-4 oczywiście, że o to, ale z ciekawości to robię Sam wyobrażam sobie ten dworzec i tą resztę zupełnie inaczej. Ale skoro mam w głowie swój obraz, to ciekaw jestem ile AI jest w stanie wyciągnąć z opisów. I jak widać nie potrafi sama dodać zbyt wiele "od siebie".
Niemniej będę sobie próbować dalej z różnymi tytułami i zobaczymy czy choć raz mnie zaskoczy.
Było trochę zabawy z kabelkami, ale nie bawiłem się w jakieś przyklejanie kabelków jak sugerował pań Chińczyk. Lutownica, rurki termokurczliwe i wszystko ładnie się połączyło.
Niestety, ale najgorzej pomyślaną częścią całej konstrukcji jest w tym wypadku obudowa. Po pierwsze elementy nie były dobrze spasowane i albo gdzieś tam teraz odstają, albo musiałem podziałać pilnikiem, żeby wchodziły jedne w drugie.
Do tego duże powierznie z papieru do przyklejenia, co skończyło się lekkim pofalowaniem powierzchni podczas schnięcia. Tutaj naklejki by były lepsze.
Co się namięczyłem z przyklejaniem różnokolorowych folii do obudowy, to moje. Plus wycinanki łowickie żeby dodać małe elementy do obudowy.
Ale trud mój zakończon. Świeci, ładnie wygląda a o to chodziło
Kilka zdjęć - nocne, dzienne między książkami i drugie z włączonym oświetleniem półki.
Tym razem zagadka kryminalna. Stworzona przez nasze, polskie studio
Coś jakby połączenie "Modyfikowanego węgla" (książki lepsze niż serial :)), "Mafii", trochę "Bioshocka" ze szczyptą "Max Payne" i "Observera". Jakby lata prohibicji w USA, ale w przyszłości. Stylistyka reklam, pojazdów, wszystkiego żywcem przeniesiona z tamtych lat, ale w steampunkowym sosie.
Na pierwszy rzut oka dziwne połączenie, ale wszystko fajnie się tutaj łączy.
Gra uderza w wątki filozoficzno-egzystencjonalne, ale przede wszystkim jest to opowieść w stylu noir.
Jako detektyw w tym świecie przyszłości, gdzie można żyć w nieskończoność, masz rozwiązać zagadkę śmierci pewnego bogacza.
Brzmi znajomo? Jakby żywcem wyjęte z "Modyfikowanego węgla"? Bo tak jest - widzę tutaj czerpanie garściami z tamtego pomysłu, ale akcję osadzono w zupełnie innym klimacie.
I to mi się podobało. Całość sprawy, wybory w trakcie jej rozwiązywania, pomysłowy sposób zbierania dowodów. Pomimo tego, że jesteś prowadzony trochę za rączkę, to gra się bardzo fajnie.
Grafika? Świetna - naprawdę świetna. Lokacji może nie ma zbyt wiele, ale zrobione są wyśmienicie. Dużo drobiazgów, szczegółów, dobrze zrobione oświetlenie, efekty. Jest na czym oko zawiesić.
Muzyka nie przeszkadza w grze, jest bardzo dobrze dopasowana do całego anturażu.
Chętnie w przyszłości zagram jeszcze raz, żeby spróbować podjąć inne decyzje i zobaczyć czym to się skończy.
Teraz można ją kupić za dwie dyszki i naprawdę w tej cenie warto.
Tym razem niewielka, jak się okazało, gra w budowanie miasta.
Niewielka w sensie ilości mechanik, budynków, jednostek itd. Może to nawet zaleta, że nie jesteśmy zalani milionem statystyk, parametrów, zależności.
Ot, można powiedzieć - standard. Trochę budynków mieszkalnych, rolniczych, przemysłowych. Do tego budowa wojska, murów, portów, mostów. Nie ma levelowania budyków i jednostek.
Do każdego budynku mamy przypisanych pracowników, żonglujemy priorytetami, przenosimy materiały z magazynu do magazynu.
Kurcze, wychodzi, że nawet teochę tych mechanik jest
Do tego atakują nas Wikingowie, trolle (ale nie ruskie), smoki(!), więc trzeba stawiać te mury, wieżyczki, koszary.
Można handlować z AI, walczyć z nimi.
Wszystko to już kiedyś było, nie ma tutaj jakiejś nowej mechaniki, ale to, co jest, zostało łądnie połączone.
Grafika typu low-poly, więc nie każdemu podejdzie.
Muzyka gdzieś tam plumka, ale nie jest denerwująca.
Ogólnie, taka gra do chillu, bo tempo nie jest mordercze, a czasami wręcz jest zbyt wolne.
Tym razem adaptacja książki Stanisława Lema o tym samym tytule "Niezwyciężony".
Gra jest dosyć luźno oparta na książce, ale jakoś mi to nie przeszkadzało.
Gra, to określenie trochę na wyrost. Bardziej symulator chodzenia.
Liniowy do bólu. Dużo słuchania i dialogów, ale... jest klimat.
Jest klimat książek Lema, sporo dyskusji pomiędzy postaciami, rozważania filozoficzno-technologiczno-socjologiczne. Jak to u Lema.
Lokacje zrobione bardzo ładnie. monumentalne wąwozy, jaskinie, struktury. Trochę mi czasami przypominały stare komiksy publikowane w "Relaxie" #pdk #fantastyka #starzyludzie Czuć tę przestrzeń, tą pustkę. No naprawdę coś pięknego.
A propos komiksów - w trakcie gry tworzy się właśnie komiks (bardzo fajnie narysowany), który przedstawia Twoją historię. Ponoć trochę się zmienia w zależności od Twoich decyzji.
Modele maszyn też są takie archaiczne, "analogowe" można powiedzieć. Tak je opisywał Lem i tak je oddano. Jakieś wskaźniki ze wskazówkami, lampy próżniowe, klisze fotograficzne. Retro s-f, ale fajne.
Sama historia? Tak, jak pisałem, oparta na książce, ale nie stara się oddać fabuły książki w 100%. Może i dobrze. Dla kogoś, kto czytał powieść, będzie parę lekkich zgrzytów, ale całość trzyma poziom.
Muzyka - istnieje. Bardziej taki ambient gdzieś po drodze niż ścieżka dźwiękowa, ale tutaj pasuje. Nic ci bez sensu nie brzdęka. Jesteś sam, nie wiesz czy przeżyjesz, masz kombinezon, zapas tlenu i starasz się dotrzeć do bezpiecznego miejsca. Tu nie ma miejsca na muzykę, chyba, że sam sobie będziesz nucić w czasie wędrówki.
Zakończenie? Kilka do wyboru, ale żadne nie jest zgodne z książką
I znalazłem po drodze dwa smaczki dla miłośników Lema. Obydwa związane z innymi jego powieściami i wplecione bardzo zgrabnie w dialogi. Jak ktoś nie zna jego twórczości, to nawet nie zauważy
Gra do przejścia raz, może dwa jak chcemy zobaczyć inne zakończenie i może parę innych wyborów we wcześniejszej fazie gry (które w sumie nic nie zmieniają, ale są). Dla klimatu - warto.
Długo się zabierałem do odpalenia tej produkcji, bo czułem, że wsiąknę. I w sumie się nie pomyliłem.
Gra niewielkiego studia, skupia się na bardzo popularnym temacie, czyli kolonizacji Marsa.
Tym razem wcielamy się w AI, które ma zarządzać kolonią, jej rozbudową, przygotowaniem pod kolonistów.
Taki typowy "symulator sołtysa", ale w wydaniu kosmicznym.
Grę można sobie odpalić w trybie sandboxa i szaleć, ale jest też dosyć ciekawy tryb opowieści. I na tym się tutaj skupię.
Opowieść zaczyna się oczywiście od pierwszego lądowania, powolnej rozbudowy, drzewka technologicznego.
Ale... do czasu. Okazuje się bowiem, że... nie będę psuć zabawy tym, co będą w to grać
Jak to w takich przypadkach - sprawy się komplikują, nie wszystko idzie jak z płatka, dostajemy dostęp do dodatkowego drzewka technologicznego.
No i dalej rozbudowujemy bazę, zapraszamy kolonistów i odpalamy terraforming.
I tutaj duży plus dla autorów, bo mamy kilka sposobów, żeby zainicjować zmiany na Marsie - wszystkie teoretycznie opisane w opracowaniach naukowych (pamiętacie pomysł, żeby zbombardować Marsa bronią nuklearną? - mówisz, masz :)). Można też podejść bardziej spokojnie i innym sposobem podnieść temperaturę, wypuścić jakieś bakterie, co będą zwiększać poziom tlenu, uwolnić CO2 ze skał. Można kombinować. Potem jakieś roślinki, zniszczenie Fobosa i bawimy się dalej aż do finału (miłego albo niemiłego).
No i tak się to toczy, po drodze masz jakieś filozoficzne rozważania, wybory.
Miłym dodatkiem są dwa darmowe(!) DLC "Green Mars" i "Blue Mars", które dodają dodatkowe budynki, misje i takie tam - bez tego gra by się skończyła o wiele szybciej.
Po kilku godzinach gry, nagle zaskoczyłem dlaczego mi się w to tak fajnie gra. Bo mechaniki są jakby z "settlersów" wzięte.
Grafika w grze miła, nieprzytłaczająca i nieprzeszkadzająca w grze.
Muzyka - jest. Ale szybko mnie zmęczyła i zostawiłem tylko odgłosy.
Grywalność - jak ktoś lubi takie rozbudowy bazy, to jak najbardziej polecam.