doradzi ktoś jakieś przyjemne buty, powiedzmy do limitu 200-250zł, które nie muszą być super ocieplane (na śniegi mam kontraktówki SG)?
za kostkę (nie koniecznie, ale dobrze by było). bardziej do lasu i na piesze wycieczki, niż w góry.
we wtorek będę w Lublinie, więc pewnie odwiedzę Decathlona - dawno temu miałem takie najtańsze Quechua do kostki i wytrzymały z 10 lat, więc będzie można przymierzyć.
@skorpion ja raz w tygodniu robię długi spacer z psem po lesie, dlatego kupiłem wojskowe z demobilu, chyba zimowe demar wz 933. Sprawdzają się idealnie, też z tego powodu, że potrzebuję wyższych i lepszej stabilizacji.
HI-TEC EUROTREK LITE WP wiem że ponad limit, ale warto. Łatwość utrzymania i ich długowieczność jest na wysokim poziomie. Poprzednia papra wytrzymała mi 7 lat prawie codziennego użycia. Teraz kupiłem znów. Podeszwa jest z innego materiału i jest jakby bardziej amortyzująca niż w poprzedniej generacji. Ciekaw jestem jak szybko mi się wytrze. Obecne użytkuje 0,5 roku i złego słowa puki co nie powiem.
Dlaczego w wysokich górach Himalajów wiara staje się tak konkretna? (Moje przemyślenia z trekkingu)
Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego najsurowsze zakątki świata rodzą najbardziej gorliwych wyznawców? Spędziłem ostatnio sporo czasu, czytając relacje z wypraw w Himalaje – choćby te ostatnie doniesienia o kłopotach pogodowych na Dhaulagiri – i naszła mnie pewna refleksja.
W górach wysokich pogoda zmienia się w kilka minut. Wiatr, śnieg, nagłe załamanie aury – to wszystko sprawia, że człowiek zdaje sobie sprawę, jak mało znaczy. W takich warunkach wiara nie jest już tylko abstrakcyjnym pojęciem. Staje się fizyczną potrzebą, sposobem na oswojenie lęku.
Pamiętam mój trekking w rejonie Annapurny w Nepalu. Szedłem w strugach deszczu, wykończony, a obok mnie miejscowi starsi ludzie po prostu szli dalej, mamrocząc modlitwy pod nosem. Dla nich to nie był "trekking" – to była droga do domu, do świątyni, do przodków. W Tybecie, kiedy patrzyłem na pielgrzymów okrążających Mount Kailash (Górę Kailash), zrozumiałem, że dla nich przejście tej trasy to nie sport, ale akt oczyszczenia. Każdy krok w tym rozrzedzonym powietrzu to fizyczny wysiłek, który ma wymiar duchowy.
To samo widziałem w Bhutanie. Tamtejsze klasztory zawieszone na klifach nie są tam przypadkiem. Im wyżej, im trudniej, tym bliżej nieba – dosłownie i w przenośni. W Indiach, w Ladakhu, mimo że to region buddyjski, czuć dokładnie tę samą zależność od natury. Modlitwy, flagi modlitewne na przełęczach, stupa na każdym kroku – to wszystko jest odpowiedzią na nieprzewidywalność gór.
Dla nas, turystów, to często tylko "egzotyka" i piękne widoki. Ale dla ludzi tam mieszkających to codzienność, w której przetrwanie zależy od łaski natury. Może dlatego ich religia jest tak "konkretna" – nie filozofują o Bogu, tylko proszą o przeżycie kolejnego dnia.
Ciekawi mnie, czy ktoś z Was miał podobne odczucia podczas podróży w te rejony? Czy zauważyliście, że im wyżej, tym mniej miejsca na sceptycyzm, a więcej na pokorę?
Pozdrawiam wszystkich, którzy mieli okazję choć raz poczuć ten górski klimat.
Mały Szlak Beskidzki – 137 km w koncepcji wędrowania Fast & Light
42 godziny i 4 minuty zap#*%dalania (2 godz. 36 min jedzenia w restauracjach i schroniskach, 10 godz. 53 min odpoczynku i snu w hamaku).
Lekki plecak, bez zbędnych ceregieli, namiotów i kilkugwiazdkowych noclegów BB. Początkowo zakładałem 3–4 dni, ale wyszło trochę inaczej… Problemem było zminimalizowanie wagi plecaka. Śpiwór, hamak, do tego mini zestaw ubrań na przebranie, ciut elektroniki, apteczka i spory pakiet jedzenia z wodą — chcąc nie chcąc, wyszło 8 kg na początku szlaku .
Dzień – 63,5 km
Pobudka o 4:30 na szczycie Lubonia Wielkiego, 1022 m n.p.m. Spało się dobrze, komarów i innej zwierzyny brak. Według założeń startuję o 5:00, zaraz po pierwszym śniadaniu tego dnia, a było ich jeszcze trzy. Idzie się przyjemnie. Lekkie słońce, wiatr, aż do obiadu w Schronisku na Kudłaczach. Kończę zupę „Krem z czosnku niedźwiedziego”, zaczynam się ubierać w wersję przeciwdeszczową i wychodzę.
Po chwili zauważam pod stopami pełzającą salamandrę plamistą i doskonale zdaję sobie sprawę, że przy takiej pogodzie ten płaz czuje się jak na all inclusive. A skoro salamandra wyszła na spacer, to chyba można się spodziewać, że zaraz zacznie się taplanie w błocie.
Na zejściu do Myślenic przywaliłem stopą w skałę tak, że górnicy na Górnym Śląsku zastanawiali się, czy aby nie było tąpnięcia na ich szychcie. Mało tego rozpoczyna się ulewa, a szlak zamienia się w rwący potok.
Impregnacja obuwia zdała się wytrzymać ledwie godzinę, potem skarpetki zamieniły się w gąbkę żądną wody. W mieścinie pauzuję na burgera XL z pieczonymi ziemniaczkami i przez okno przyglądam się, jak woda z drogi przelewa się na chodniki. Rozmyślam, jak tu dalej iść i czy zmienić skarpety, a to ważna decyzja, gdy ma się tylko dwie pary. Miejscowi smakosze wołowiny spoglądają na mnie dziwnym wzrokiem, pewnie zastanawiając się, gdzie ten gość, ubłocony do pasa i z cieknącym plecakiem, chce wychodzić, gdy na zewnątrz nawałnica i potop.
W lokalnym sklepiku robię zakupy na kolację i śniadanie, po czym ruszam na właściwy szlak z uśmiechem na twarzy i chlupotaniem w bucie.
Docieram do miejsca zaplanowanego noclegu i tu pojawia się problem, bo wciąż leje. Minusem hamaka jest to, że strasznie zbiera się w nim woda, tworząc wannę. Zastanawiam się, czy nie wykorzystać go jako zadaszenia, ale koniem nie jestem spać na stojąco nie będę.
Zaglądam w mapę. Za 15 kilometrów jest wiata. Wylewam nadmiar wody z obuwia i dalejże do niej!
Po blisko czterech godzinach brodzenia docieram do tej drewnianej budki i rozpoczynam przygotowania do snu.
Dzisiaj nadrobiłem kilometrów, jutro będę miał mniej .
Dzień – 74 km
Pobudka 4:28 . Sen średni. Dwa razy chciała mnie okraść z pożywienia ruda bestia zwana lisem. Na szczęście prowiant był zawieszony wysoko.
Dodatkową atrakcją był przejazd kilku quadów tuż po północy.
Śniadanie zjadam w wersji podwójnej, zapijam colą i rozpoczynam zwijanie majdanu. Zadowolony, że nie pada, zakładam mokre skarpety i wyruszam punktualnie o 5:00.
Przemierzam kolejne metry, planując następne posiłki i nocleg, a w butach jakoś tak bardziej sucho.
W Zembrzycach poszukuję otwartego sklepu. Dostaję reprymendę od kilku osób, że jest niedziela i moje miejsce powinno być na wyborach lub w kościele. Zdecydowanie nie polecam tej pipidówy!
W Krzeszowie zupę gulaszową zagryzam zapiekanką z pieczarkami i wyruszam na atak Leskowca – 922 m n.p.m.
Po drodze starszy pan śmieje się, że swojej grupy już nie dogonię przed szczytem. Pomylił się dwa razy, bo po pierwsze to nie moja grupa, a po drugie mijam ich dość szybko.
Tuż za wierzchołkiem miałem spędzić drugą noc, bujając się w hamaku z dobrym punktem widokowym. Jest godzina 13:25, ludzi więcej niż na dole. Zdecydowanie nie jest to godzina ani opcja do snu.
Zasuwam dalej. Wiem, że szlak zrobię w maksymalnie 3 dni.
Po blisko 12 kilometrach trafiam na Przełęcz Kocierską, gdzie odbywa się zlot ryczących i drogich aut, okraszony walącym pustym basem muzyki, jakby ktoś młotkiem schabowe tłukł przy niedzieli.
Zaglądam w mapę. Jeśli przed 20:00 zdążę na Górę Żar, tam podjem w spokoju i rozłożę biwak w pobliskiej wiacie.
Tutaj wedle planu miałem zjeść zupę gulaszową, ale chyba się skończyła. Pani z obsługi idzie sprawdzić na kuchnię.
"Proszę pana, w sumie to ostatnia porcja".
Czyli pewnie dostanę zlewki z gara, ale od 25 kilometrów nie jadłem nic na ciepło, to co mi tam.
Na stół wjeżdża talerz, a tam sama wołowinka, dwa kawałki pieczarki i jeden papryki. Takie coś to ja rozumiem.
Po posiłku rozglądam się. Z jednej strony wiata na nocleg, z drugiej zbliżający się zachód słońca, a w oddali trzeci widok łuna mieściny Bielsko-Biała, gdzie jest mój cel.
Zaglądam w mapę. Niecałe 20 km do celu. Nogi w dobrej formie. Czytam porannego SMS-a od kumpla:
„Niezła próba charakteru!!!! Już dużo Ci nie zostało, napieraj do przodu jak taran!!!!”
Hmm… Sprawdzam godzinę. Jest szansa, że wyrobię się przed północą i zakończę w dwa dni.
Łykam eliksir magnez Shot, wspierany produkowaną przez organizm adrenaliną, zaczynam pędzić w dół, szybko mijam zaporę i przystępuję do 5-kilometrowego podejścia na Horbaczą Łąkę.
Kilometry mijają dość szybko. Pod krzyżem obok schroniska śmigam w półmroku, jeszcze bez oświetlenia.
Ludzie z platformy widokowej głośno zastanawiają się, co to za zwierzę przemknęło. Mam z tego ubaw i jeszcze większą motywację.
Odpalam czołówkę na 400 lumenów, wyjaśniając ich wątpliwości, i turlam się do Bielska z maksymalną dla mnie prędkością.
23:04 – staję przy okrągłej czerwono-białej kropce oznaczającej koniec szlaku.
Czasami przeciwności mogą nas nakręcić do jeszcze lepszego działania !
Mały kącik gastronomiczny ze szlaku
W przygotowywaniu energii, która mnie napędzała, pomagały:
Nie wiem już, który to mój Żyletowy raz, ale najwyraźniej cierpienie w Sudetach weszło mi już w kalendarz . Było wszystko: mgła, słoneczna patelnia, strome podejścia, krzaki, nocne przedzieranie się przez las i tunel wyglądający jak wejście do horroru . Po drodze zajadałem kwaśnicę, naleśniki, Snickersy, chipsy i hektolitry płynów. W schronisku przez pomyłkę kupiłem Colę Zero co było poważnym błędem taktycznym. Na trasę założyłem zajechanie skarpety merino i już po 20 kilometrach się przetarły na piętach. Gdy na jednej nodze zaczął pojawiać się odcisk dziurę w skarpecie załatałem kawałkiem mikrofibry. W nocy wyleciał mi z krzaków przyjazny wilczur, który przez kilometr uznał, że zostanie moim przewodnikiem. Były też podejścia, na których pozycja czworonożna okazała się zdecydowanie bardziej ekonomiczna niż chodzenie wyprostowanym . A gdy nocą zbliżałem się do Głuszycy, zamiast ciszy gór usłyszałem BUM BUM BUM — CYK CYK CYK, bo trwała impreza techno . Przy „Adagio for Strings” Tiësto nogi same chciały tańczyć, ale niestety miałem jeszcze kilka kilometrów do mety . Ostatnie kilometry maszeruję przy świetle księżyca i w końcu META!
Wakacje się skończyły pora zacząć myśleć coś o bieganiu i planować kalendarz na 2027.
Chłop na spierdotrip do Walii pojechał. Warunki hardkorowe, trasy długa, wspinaczka trudna, ale co przygoda była, to moje. Bierzcie porządny sprzęt na deszcz i wiatr jak kogoś tam zaniesie.
#azylboners #spierdotrip #przyroda #hobby #trekking #zainteresowania #uk
Trekking w Rumunii. Przeszedłem na spokojnie przez kilka dni prawie 100 kilometrów. Po drodze niosłem swoje miejsce noclegowe wraz z żywnością w plecaku który początkowo ważył 16,4kg. Po drodze sklepów brak chociaż można było kupić ser i bimber od pasterzy, woda oczywiście pobierana ze źródeł . W nocy wstawałem popatrzeć na drogę mleczną, która tutaj była prawie na wyciągnięcie ręki.
@Gilgamesh byłem trzeci raz i nie spotkałem żadnego niedźwiedzia i nadal nie planuję. Mieliśmy w tym roku atak psów pasterskich, pastuch leżał w trawie i miał wywalone a my odganialiśmy kijkami trekkingowymi i prawie poszedł w ruch gaz na niedźwiedzie.
@Z_buta_za_horyzont Wspaniała i zacna wyprawa. Można prosić link do trasy albo skąd i przez co szliście, także planuję na przyszły rok i fajnie mieć trasy, chyba że ty masz to będę wdzięczny
@DuckDuckDog u mnie na pewno top2, Islandia trochę ładniejsza bo ma to co Norwegia + wulkany ale jesli chodzi o hike to Norwegia jest najlepsza. Jeśli widzisz jakąs górkę w okolicy to możesz być pewien, że jakiś Norweg ją nazwał i jeśli tylko się dało to wytyczył na nią szlak do hike'u lub wspinaczki ( ͡° ͜ʖ ͡°)
"Najpierw jak debil nosiłem ze sobą namiot i śpiwór, potem pozbyłem się namiotu, bo ciężki i spałem w lasach w samym śpiworze, później stwierdziłem że w d⁎⁎ie z tym śpiworem to znalazłem taką małą plandekę i z nią chodziłem. Później stwierdziłem że w ogóle w d⁎⁎ie z kładzeniem się i spałem idąc."
Śmiejcie się, ale ja go znam i wiem że to prawda xD
Czy można legalnie na dziko nocować?
Ile kg masz plecak?
Jecie po schroniskach, czy wszystko z sobą?
Jak z wodą? Czy szlaki dobrze oznaczone?
Dużo ludzi? i czy są po drodze rzeki lub jeziora?
@Zapster Góry Rodniańskie, ludzi praktycznie nie ma szlaki oznaczone dobrze. Są źródła, stawiki i trafiają się wiaty. Jestem tu trzeci raz sklepów po drodze brak także idę ze wszystkim na plecach. Można od pasterzy ser kupić i czasami bimber. Ja idę cały czas górą także rzeki są w dole.
Już dzisiaj równo o północy startują zapisy na Przejście Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej 143km. Zapisy na połowę i nocne 30km wystartują kilka dni później.
Będę się latem wybierał gdzieś- jeszcze nie wiem gdzie i kiedy- na jakiś szybki wypad, a sprzętu jakiegoś tam mam nakupione tylko nie było okazji go przetestować.
Korzystając z kawałka trawnika na wsi rozstawiłem namiot
Naturehike Mongar UL 2 (wersja dwuosobowa, łącznie wszystko około 2kg wagi, 1.8 kg bez dodatkowej podłogi i jakbym chciał to na workach też pewnie z 200g można urwać)
i tarpa jakiegoś noname z Norwegii kupionego na szybko kiedyś.
Spróbowałem kilka konfiguracji tarpa i zdecydowanie brakuje mi przelotek po długości przez środek i jakbym wtedy był bardziej świadomy to w tych pieniądzach mógłbym kupić coś lepszego, ale ten też się nada.
Namiot robi solidne wrażenie, jednak wiadomo, że jest raczej na 3 sezony ze względu na tropik ułożony dosyć wysoka nad ziemią- za to kondensacja w środku pewnie będzie mniejsza. Jak za 480 zł w zeszłym roku to bomba. Brałem wersję 2 osobową aby mieć cały sprzęt ze sobą w środku na noc- kosztem dodatkowego 0.5 kg wydaje mi się, że warto.
Zrobiłem jeszcze standardowy dach w tarpie na dwie strony na kijach. Na linkach między drzewami już go wieszałem i mam opanowany temat w połączeniu z hamakiem.
Generalnie chińczyk oferuje dobrą jakość w rozsądnych pieniądzach... o ile nie zamawiacie w polskich sklepach bo nawet teraz ten namiot bez promocji na Ali około 620 zł, a w Skalniku tysiąc złotych.
Mongar robi robotę i jest wygodny w użytkowaniu dzięki dwóm wejściom. Ja mam cloud up dwuosobowy i na moje gabaryty się sprawdza. Może i chińskie ale dobrze wykonane i dopracowane w każdym szczególe.