#psychologia

30
1255

Psychologia sfrustrowanego przegrywa


Pragnienie jest źródłem cierpienia. Wiedział to już Budda, a po nim chociażby Schopenhauer. Francuski psychoanalityk Lacan wprowadził pojęcie "obiektu małego a” jako przedmiotu który jest źródłem nieustannego pożądania i tęsknoty u człowieka. Może to być pogoń za bogactwem, władzą, sławą, a w tym przypadku nieosiągalnymi romantycznymi partnerami. Jednostka nieustannie goni za tymi przedmiotami, mając nadzieję, że przyniosą mu satysfakcję, której pragnie.


Obiekt ten jest pożądany, poszukiwany i o którym się nieustannie marzy, ale jego prawdziwa natura pozostaje nieuchwytna i na zawsze wymyka się z ludzkiego uścisku. Wiara jednak w to, że jest to coś co człowieka dopełni, spełni jego pragnienia i przyniesie wieczne szczęście pozostaje. Jak sugeruje Lacan, przedmiot sam w sobie nie jest kluczem do spełnienia; to samo pragnienie popycha do przodu. Pod tym względem "obiekt mały a" jest integralną częścią ludzkiej psychiki, ponieważ kształtuje pragnienia, fantazje i ostatecznie tożsamość.


Kobieta więc dla przegrywa jest właśnie czymś takim i dlatego przegrywowi tak trudno odrzucić koncept by kobiety nie pożądać. Gdyby się zdecydował na tak radykalny krok to odsłoniłby własną wewnętrzną pustkę. W końcu cała jego osobowość jest zbudowana by marzyć o jakieś szarej myszce która by go chciała. Sami to przyznają w dyskusji ze mną. Co drugi piszę mi, że bez partnerki to on nie ma na nic motywacji. Ktoś kto jest niewolnikiem własnego pragnienia nie ma zdolności do samostanowienia. Dlatego woli wybrać ciągłą frustracje niż zmierzenie się z możliwością egzystencji opartej na sobie samym. Brakuje mu do tego zwykłej odwagi.


#przegryw  #blackpill  #redpill  #psychologia  #filozofia

54036e8b-5570-4841-a3d4-e7dc0840dd7e

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Darkwood i adaptacyjna funkcja strachu


Są pewne bodźce, na które nasz mózg jest szczególnie wrażliwy.


Z reguły powodowane jest to użytecznością takiego rozwiązania – będzie wiązać się z przyjemnością lub uniknięciem potencjalnego zagrożenia, nawet jeśli te rzeczy są do pewnego stopnia prawdopodobne, a nie pewne na sto procent.


Sensowniej jest zaryzykować, jeśli efekt będzie dla nas przyjemny lub nie ryzykować, jeśli może nam się stać coś potencjalnie złego.


Przykładem takiego bodźca-informacji jest nasze imię. Nazywamy to tzw. efektem cocktail party (Pollack i Pickett, 1957). Przez większość czasu nasz mózg ignoruje większość bodźców słuchowych, które do nas trafiają, kiedy jesteśmy na przyjęciu, czy dużym skupisku ludzi.


Ale, kiedy pada nasze imię – ważna informacja – wyłapujemy je z tego całego zalewu słów, na które nasz mózg nie kieruje swojej uwagi. Znaczy naszej, wiecie, o co chodzi.


Co ciekawe, dzieje się to nie tylko w przypadku zmysłu słuchu, ale również wtedy, kiedy nasz analizator wzrokowy wyłapuje nasze imię (Shapiro i in., 1997).


Taką ważną informacją może być również nagłe skrzypnięcie schodów, ułamana gałązka albo dziwne pomruki. Takie, jakie możemy usłyszeć w Darkwood.


Jak się wtedy czujemy


Odpala nam się reakcja walcz albo uciekaj. Podnosi się poziom kortyzolu (Russel i Lightman, 2019), abyśmy byli bardziej wyczuleni, nasze zmysły muszą zarejestrować to zagrożenie, a nasze ciało i układ nerwowy czujne.

I tu wchodzi nam adaptacyjna funkcja strachu (Mobbs i in., 2015).


Jak już kiedyś pisałem – nie ma tak, że emocje są złe albo dobre. Emocje po prostu są i mają swoje określone funkcje. Gdyby tak nie było, w toku ewolucji nasze mózgi by się ich pozbyły.


Można założyć, że gdzieś w prehistorii żyli przedstawiciele protoludzi, którzy byli pozbawieniu strachu. I najpewniej z tego powodu właśnie nie byli w stanie przekazać swoich genów dalej, bo sobie poginęli po drodze.

Ale musimy tu rozgraniczyć pewne pojęcia. Wielu z nas używa słów Strach i Lęk zamiennie, a nie jest to do końca stosowne. Obie te rzeczy różnią się między sobą.


Po pierwsze – źródło. Strach odzywa się w odpowiedzi na konkretne i realne zagrożenie (np. do naszej Darkwoodowej chatki wbija nam nagle Banshee), gdzie źródło lęku bywa hipotetyczne lub abstrakcyjne.


Po drugie – funkcja. Strach jest reakcją na bezpośrednie zagrożenie, a pobudzenie organizmu, jak wspomniałem wyżej, ma na celu wrzucić nas na ofensywno-defensywne obroty. Lęk może potencjalnie przygotować nas na zagrożenie, ale jak wiecie, w przypadku zaburzeń lękowych, bywa, że funkcja ta bardziej szkodzi współczesnym ludziom, niż im pomaga.


Po trzecie – czas trwania i intensywność. Strach jest krótkotrwały i raczej intensywny, gdzie lęk może utrzymywać się dłużej, ale niekoniecznie musi prowadzić do kilkudniowych palpitacji serca.

Wiadomo, są też różne rodzaje lęków. Niektóre mogą na nas działać motywująco – jeśli czujemy lęk z powodu niskiego poziomu paliwa w generatorze, będziemy zmotywowani do przeszukiwania dalszych fragmentów mapy, aby nie mieć niemiłej niespodzianki w nocy.


W tym wypadku lęk też może być adaptacyjny. Ale w odróżnieniu od strachu, to lęk może przerodzić się w coś o rysie psychopatologicznym, gdzie w przypadku strachu takie prawdopodobieństwo jest raczej znikome.


Więcej na: https://www.facebook.com/PsychologiaGierWideo/


BIbliografia:


Pollack, I., Pickett, J. M. (1957). Cocktail party effect. The Journal of the Acoustical Society of America, 29(11).


Shapiro, K. L., Caldwell, J., Sorensen, R. E. (1997). Personal names and the attentional blink: A visual "cocktail party" effect. Journal of Experimental Psychology: Human Perception and Performance, 23(2), 504–514.


Russell, G., Lightman, S. (2019). The human stress response. Nat Rev Endocrinol 15, 525–534.


Mobbs, D., Hagan, C. C., Dalgleish, T., Silston, B., Prevost, C. (2015). The ecology of human fear: survival optimization and the nervous system. Frontiers in Neuroscience, 9.


#nauka #psychologia #gry

eeccfb32-3754-4bd2-b6cb-0ab5360f3481

Zaloguj się aby komentować

21 lutego:


  • Międzynarodowy Dzień Psychologa

  • Międzynarodowy Dzień Przewodnika Turystycznego

  • Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego

  • Dzień Walki z Reżimem Kolonialnym


#nietypoweswieta #kalendarz #dziendobry #ciekawostki #psychologia

9c2f2e06-2a07-49fe-a2de-dfd225246f51

Od 2012 r. w zachodniej Polsce funkcjonuje ośrodek dla osób opętanych przez diabła. Prowadzący go ksiądz egzorcysta wypędza szatana zarówno z dorosłych, jak i dzieci. Rzecznik diecezji nie zaprzecza egzorcyzmowaniu tam nieletnich, tylko zaznacza, że odbywa się to za zgodą rodziców.


Położony na odludziu ośrodek jest zasilany z odnawialnych źródeł energii. Wszystko dzięki pieniądzom z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego.


Rozmawiam z Agatą, która trafiła do tego ośrodka jako 15-latka. W tamtym czasie zdiagnozowano u niej guza mózgu. Jej ojciec to przemocowy alkoholik. Trafiła do szpitala psychiatrycznego z objawami psychozy, nerwicą i depresją. Te wszystkie okoliczności nie powstrzymały egzorcysty przez odprawianiem swoich rytuałów, które przybrały formę molestowania seksualnego.


Pomocnicy księdza trzymali Agatę za ręce i nogi, kiedy leżała na podłodze. Gdy dziewczyna była unieruchomiona, egzorcysta kropił ją wodą święconą i kładł się na niej. Szeptał jej do ucha „przegrasz, diable”. Rytuały trwały po kilka godzin.


Wspomniany ksiądz jest doktorem teologii. To znany rekolekcjonista, nagrania z jego naukami mają po kilkaset tysięcy odsłon na YT. Wypowiadał się w charakterze eksperta w prasie oraz w telewizji publicznej. Od ponad 20 lat pozostaje czynnym egzorcystą.


https://www.youtube.com/watch?v=vnHl0SD0oF0


#egzorcyzmypolskie #wiadomoscipolska #afera #psychologia

@pkostowski za każdym razem jak słyszę o egzorcyzmach, to mi się to przypomina XD


- Co to odwrócony egzorcyzm?

- to, gdy diabeł prosi księdza aby wyszedł z dziecka

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Czytałam trochę o regresji hipnotycznej do poprzednich wcieleń i mam mieszane uczucia. Z jednej strony mega ciekawi mnie, co można zobaczyć, ale z drugiej trochę się boję – co jeśli zobaczę coś strasznego albo zostanie mi to w głowie? Ktoś ma jakieś doświadczenia? #psychologia #zdrowie #hipnoza

Zaloguj się aby komentować

Tabsy i ich efekty - życie z depresją oraz nerwicą lękową.


*nie zagłębiam się czasem w szczegóły, aby chronić swoją prywatność. Nie jestem pisarzem, więc będzie może nieco chaotycznie, z pominięciem wielu kwestii, ale nie chcę zanudzać.


Złe początki złego.

[skocz do następnego rozdziału jeśli kontekst Cię nie interesuje]


To co opiszę w tym rozdziale, zrozumiałem dopiero w ostatnich latach. Przeżycia które opiszę były wtedy dla mnie nie tyle „normalne”, co nie łączyłem ich z żadną przypadłością. Pojawiały mi się myśli, że może jakieś stany depresyjne mam, albo że mam niską tolerancję na stres (w istocie tak jest), ale to wszystko. Dopiero z perspektywy czasu, wiem, że zaczęło się dosyć wcześnie tj. w w okresie dorastania, prawdopodobnie końcówka liceum i początek studiów. Wahania nastroju (często z niewiadomego powodu), które z błachego powodu powodowały nawet myśli samobójcze, czarna rozpacz bo czekam od kilku godzin na kontakt od dziewczyny… po czym uspokojenie, marazm. Niczym reset komputera, wracałem do względnego balansu, prawie jak po medytacji z Dalaj Lamą. Bardzo lubiłem ten stan, bo mogłem działać, choć na relatywnie niskich obrotach, jednocześnie miałem w sobie zdrową „wyjebkę”. Czułem się spokojny, czułem się jak prawdziwy praktyk stoicyzmu.


Te myśli samobójcze szczególnie towarzyszyły mi w okresie dojrzewania i na studiach. Tylko raz było na tyle źle, że przestudiowałem materiały w internecie o sposobach na „dobre” samobóje (ah ten internet circa 2000 rok) że po celowo nieprzespanej nocy, wykończony wziąłem dodatkowo tabletki ziołowe (:D) na wspomaganie snu, zszedłem do garażu i uruchomiłem auto. Po 15 minutach, nie mogąc zasnąć i będąc z własnymi myślami, otrzeźwiałem, że przecież ktoś tu będzie musiał w końcu wejść i od razu padnie po paru wdechach. To była jedyna próba „samobója”. Nawet trochę ciężko mi nazwać to próbą


W okolicach studiów zaczęły się u mnie rozwijać „nadprogramowe” lęki. Zwykły egzamin powodował u mnie takie natężenie emocji jakbym zaraz miał lądować na plaży Omaha. W nocy przed egzaminem nie spałem, byłem sparaliżowany, ciśnienie gigantyczne itd. Im lepiej byłem przygotowany, tym bardziej się stresowałem. Jak niewiele umiałem, to z góry pojawiała mi się „wyjebka”. I to był spory problem, bo skoro dobrze się czuję wtedy kiedy mam wyjebkę, a wyjebka jest tylko wtedy jak nie umiem… Egzamin na 11, pojawiałem się na uczelni o 6. Dopiero wtedy lęki oraz chęć zaliczenia powodowały dużą dozę skupienia (coś z czym miałem problem wcześniej) i miałem kilka godzin nauki.


Imperium upada.


Pierwsza bomba atomowa (Hiroshima) spadła na mnie na początku kariery zawodowej, gdy rozsypał się mój związek z prawdopodobnie miłością mojego życia. Nawet nie opiszę Wam tego dobrze, ale byłem w takim stanie psychicznym, że do teraz jest kilka sytuacji które nie wiem czy miały miejsce czy tylko w mojej głowie zaszły (!!!) Minęło wiele lat zanim się z tym jako-tako pogodziłem, ale więcej nie chcę o tym pisać, bo nadal czuję ból. Druga bomba atomowa (Nagasaki) spadła na mnie w pracy. Śmieszne, bo przecież moje pierwsze lata w tej bardzo fajnej firmie przebiegały dosyć dobrze (mimo sytuacji które powodowały u mnie palpitacje Doczłapałem się nawet stanowiska managerskiego z fantastycznym zespołem, a następnie po zaledwie kilku latach kolejny awans na managera „średniego” (kontrowersyjne stwierdzenie) szczebla, ale z zespołem i managerem, który spowodował lawinę. Jak tu być managerem gdy struktura ogranicza decyzyjność, przy jednoczesnych oczekiwaniach że „dowieziesz”. Mój dyrektor dobry człowiek, ale w komunikacji bardzo szorstki, czasem z dnia na dzień wymagał przygotowania podsumowań na specjalne spotkania. Zespół przejęty na miesiąc przed pandemią i całkowitą pracą z biura, więc żadnych głębszych relacji nie stworzyłem, a co więcej mój brak umiejętności czytania ludzi, oraz ich reakcji na odległość spowodowało, że przez 2 lata żyłem w ciągłym stresie. Pomijam już to, że trafiły mi się dwa gagatki które latały dwa szczeble wyżej za każdym razem gdy im się coś nie podobało. Managerowie dawali mi wsparcie, ale funkcjonowanie w ciągłym napięciu co nowego zaraz się odjebie, nie służyło mi. I pewnego dnia, siedzę sobie na podłodze w mieszkaniu, oglądam YouTube, jest piątek wieczór, a ja mam totalną pikawę w klatce piersiowej i nie wiem jak sobie z nią poradzić. Stan paniki, stan totalnego pomieszania - myślę „przecież nic się nie dzieje, przecież już weekend, czas odpocząć, wszystko ok”. Bańka w końcu prysła i wiedziałem, że zadziało się coś złego, wiedziałem, że muszę zobaczyć lekarza… oczywiście zacząłem od neurologa


Neurolog jakieś tam badania porobił, okazało się że w spoczynku mam ciśnienie 160/110, powiedziałem o częstych migrenach i bólach głowy od ciśnienia, dostałem tabletki na migreny i tekst „pójdzie Pan do psychiatry”.


To był ten moment, w którym zacząłem mocno się zastanawiać nad swoim zdrowiem, również psychicznym. Symptomy takie jak częsta pikawa w klatce piersiowej, nieprzerwany stres przeplatany stanami depresyjnymi, bóle głowy które średnio raz na tydzień wyłączały mnie z dnia, tendencje ucieczkowe, regularne wybudzanie o 5 nad ranem, no i przecież rzecz najważniejsza - potwornie obniżone libido


Leczenie czas zacząć, czyli psychiatra, psycholog i tabletki dla pojebów.


Jak dziecko we mgle zacząłem się zastanawiać jak sobie pomóc. Zacząłem od psychologa, a na początku pandemii w grę wchodziło tylko spotkanie wirtualne. Po godzinnym spotkaniu byłem w lekkim szoku jak bardzo niezainteresowana była pani prowadząca spotkanie, po czym od razu skierowała mnie na tabletki. Nawet nie zaproponowała drugiego spotkania itd. Drugie spotkanie z inną psycholog było równie owocne - kompletny brak zainteresowania. Pomyślałem - j⁎⁎ać tych „specjalistów”, idę do psychiatry. A wierzcie mi, to był ogromny krok, bałem się tabletek.


Nie wiedząc gdzie iść i jak to wygląda, wybrałem psychiatrę z dobrymi ocenami niedaleko miejsca zamieszkania. Po krótkim 5-10 minutowym wywiadzie, gdzie głównie ja mówiłem jak się czuję, dostałem Trittico CR („pan się wyśpi, uspokoi, i libido wróci”). Wbrew tego co mi mówiono i czego oczekiwałem już po pierwszej lub drugiej nocy i przyjęciu 25mg wstałem rano z drągiem i przede wszystkim życie było w innych kolorach. Moje obawy, że będę innym człowiekiem po przyjęciu tabletek dla pojebów zupełnie się nie sprawdziły. Popatrzyłem na siebie w lustrze - „ten sam człowiek” pomyślałem. Co więcej… przyszła do mnie przerażająca myśl: „To tak się czuje zdrowy człowiek? Tak normalnie?” I to uświadomienie, że żyłem okropny sposób przez ostatnie ~15 lat, a ostatnie lata wręcz równia pochyła.


Niestety Trittico CR po 2 miesiącach „przestało działać”, spróbowaliśmy Trittico XR. Przez 5 miesięcy było dobrze, ale zwiększane dawki dawały coraz więcej efektów ubocznych (np. senność w trakcie dnia) a coraz mniej korzyści. Trittico odrzuciliśmy i zaczęliśmy spokojnie… tj od Agomelatyny. Z której jestem zadowolony i nadal korzystam. Lek pierwszego rzutu tj. z tego co mi powiedziano często przepisywany osobom relatywnie zdrowym ale z „lekkim” snem - oczywiście dramatycznie upraszczam. Agomelatyna jest miła ( i nie dawała żadnych efektów ubocznych), ale niestety niewystarczająca. Czułem że kręcę się w koło, a dodatkowo zacząłem zwracać uwagę na to że w zasadzie lekarz po prostu strzela i próbuje.


U innego psychiatry przepisano mi Bupropion po 5-10 minutowym wywiadzie. Tym razem musiałem poczekać na efekty 3 tygodnie. I tylko się poirytowałem, ponieważ (ponoć nie jest to standardowa reakcja!) zwiększyła mi się senność, nie odczuwałem żadnej poprawy jeśli chodzi o nastrój, a dodatkowo moje libido sięgnęło absolutnego dna.


Zacząłem czuć pewnego rodzaju desperację, bo już wiedziałem jak się czuje zdrowa osoba i wiedziałem że tabletki mogą pomóc… Do trzech razy sztuka. Poszedłem do psychiatry dosyć młodego, być może nawet młodszego ode mnie (no zabrzmiało to jakbym był młodziakiem!) i tu po raz pierwszy poczułem różnicę w jakości lekarza. Wywiad trwał 40 minut, nie tylko mówiłem, ale pytania jakie mi zadawał psychiatra były bardzo przenikliwe, w punkt i doskonale pomagały mi wyrazić swój stan. Dodatkowo empatia z drugiej strony (nawet jak wyuczona) i jasne komunikaty jak widzi moją terapię, jakie będą wyzwania i czego się spodziewać spowodowały że się trochę uspokoiłem. Podtrzymał Agomelatynę, ale w pierwszym okresie leczenia dołączył Tianesal, który może być pomocny w przypadkach wieloletniego uporczywego stresu. Nie dawał żadnych efektów ubocznych i po wielu miesiącach mogłem odstawić czując poprawę w moich reakcjach na stres - mój system się zresetował i mózg i organizm zaczął bardziej prawidłowo interpretować i reagować na bodźce. Dostałem też pół roku temu Mozarin, który okazało się pozytywnie zaczął wpływać na stany lękowe. Spowodował że mam bardziej „normalne podejście” do życia. Nie jest to jeszcze to czego oczekuję, i mamy w zanadrzu jeszcze jedno rozwiązanie ale to dopiero za dwa miesiące, w trakcie których również będę odstawiał Agomelatynę.


Efekty uboczne


Jeśli chodzi o efekty uboczne terapii, w zasadzie większość tabletek miała niewielkie minusy (głównie senność w trakcie dnia przy większych dawkach - aby była jasność dla tych którzy nie mają nic wspólnego z takimi tabletkami - ta senność jest taka, że jak pracujesz z domu, to w końcu nie dasz sobie rady i Twoja drzemka w trakcie dnia będzie trwała 3 godziny np. , więc nie można zignorować tego efektu).


Trittico XR: gdy testowałem większe dawki, powodował u mnie brak skupienia, „pustkę” w głowie (np. brałem książkę i nie mogłem przebrnąć jednej strony!). Efekt nieprzyjemny.

Trittico CR: większa dawka powodowała u mnie senność w trakcie dnia.

Bupropion: działał na mnie najgorzej - spowodował prawie całkowity zanik libido, przesadzony spokój (w zasadzie marazm), brak energii itd. Nie było też pozytywnych efektów więc szybko odpuściłem ten lek.

Agomelatyna - wspomaga sen, brak efektów ubocznych

Tianesal - brak efektów ubocznych - uregulował reakcje na stres.

Mozarin - brak efektów ubocznych, dobre efekty terapeutyczne, jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że polepszyło mi się trochę libido (aczkolwiek bez szału), i mogę znacznie przedłużyć stosunek (ale bez problemu z osiągnięciem orgazmu, co ponoć czasem niektórzy pacjenci zgłaszają gdy się leczą psychiatrycznie..)


O przygodach z psychologami mógłbym poopowiadać, ale i tak już przesadziłem z długością tego tekstu… dość powiedzieć, że w końcu jestem na terapii z psychologiem z którym znalazłem wspólny język i wsparcie którego potrzebuję.


Przede mną długa droga (dlatego zapodam sobie Krejzi Froga), ale jest światełko w tunelu - mam tylko nadzieję, że to nie pociąg towarowy.


#psychologia #psychiatria #depresja #medycyna #ciekawostki

Zaloguj się aby komentować

Serious games, czyli gry poważne


Gatunek gier, o którym mogliście nie słyszeć. To taki rodzaj tytułów, których główny cel jest inny, niż wyłącznie zabawowy. Dotyczą takich procesów jak zmiana społeczna, wsparcie w procesie terapii, edukacja czy też rehabilitacja.


O kilku takich opowiadam w tym materiale, plus przechodzę przez nieduży przegląd badań nad ich wykorzystaniem.


Zapraszam do sprawdzenia


#gry #nauka #psychologia


https://youtu.be/6uRSkYidp5w

Zaloguj się aby komentować

"Dopóki nie uświadomisz sobie nieświadomego, będzie ono kierowało twoim życiem, a ty nazwiesz to przeznaczeniem."

Carl Jung

Znalazłem w książce "Atomowe nawyki". Tak mi się spodobało, że aż zechciałem się podzielić.


#cytaty #psychologia

"A i jakby co, sypianie z pacjentkami jest okej, jeśli powiesz, że to przez Twój cień"


~ Też Carl Jung, ale bardziej w myślach


A swoją drogą, Atomowe nawyki dobra książka, taki faktycznie sensowny poradnik bez bullshitu.

@Psychologia_Gier_Wideo mialem sie odpalac tez, Jung z nimi nie sypial tylko je gwalcil, wykorzystanie autorytetu i pozycji terapeuty zostawia pacjentce tylko iluzje wyboru.

Zaloguj się aby komentować

Można zrobić diagnozę psychologiczna prywatnie a później iść do psychiatry na NFZ. To takie optimum czasów kosztowe.

Diagnoza ADHD to dużo wizyt, ja miałem w sumie 4 u psychologa Prz czym 3 diagnostyczne. Jakby na NFZ robili o czym nie wiem to trzebaby się na oddział zapisać bo tak to możnaby czekać latami, a licząc stratę czasu i hajsu będąc ja tym oddzielę to to się nie opłaca.

Zaloguj się aby komentować

#psychologia #psychoterapia #przegryw ale nie do końca #wspomnienia #przemyslenia


tag do obserwowania/czarnolistowania #chcewyjsczbagna


Pomyślałem sobie, że jednak hejto to nieco lepszy (czy wyższy, to nie wiem) poziom niż wykop i postanowiłem opisywać tutaj w możliwie skondensowany sposób moje refleksje związane z wychodzeniem z bagna, jakim są depresja, niska samoocena, OCD i ADHD. To ostatnie nie jest bagnem, a raczej czymś, co czasami przeszkadza, ale do rzeczy.

Ja chłop z żoną, dziećmi, kilkoma pasjami, lvl 40+.

Po co? Żeby może pomóc innym. Żeby ktoś czytając to nie myślał, że na tzw. walkę o siebie jest za późno. Nie jest. Nigdy. Uwierzcie mi.


Prolog


Żeby maksymalnie skrócić wstęp i nie zanudzać. Lata 80. ja zwykły dzieciak. Szare osiedle w polskiej palecie barw w niewielkim mieście. Typowa polska powiatowa. Dwupokojowe mieszkanie umeblowane PRL-owsko, życiowy standard na poziomie mocno średnim. Już przedszkole było dla mnie obcą ziemią, czułem jakbym nie pasował do tej zgrai drących mordy i walczących o zabawki jak IRA o niepodległość Irlandii Północnej dzieciaków. Szkoła podstawowa odmieniła mnie. Trafiłem fartownie do Szkoły nr 3 popularnie zwanej "Trójką". Fajni nauczyciele i jeszcze lepsi koledzy. Przeszedłem to suchą nogą. Szkoła średnia to był dramat, trafiłem do Zespołu Szkół Ekonomicznych. Kiepska szkoła, jeszcze gorsi nauczyciele i banda nastolatków, która była zbieraniną tych, którzy nie trafili do wymarzonych ogólniaków czy techników albo tych, którzy nie mieli kompletnie pomysłu, co ze sobą zrobić. Zresztą kto ma taki pomysł w wieku 14-15 lat? Mniej więcej w tym właśnie wieku poczułem, że jest ze mną źle. Życie jest pasmem udręk i niepowodzeń, jestem zawiedziony ludźmi, sobą... generalnie wszystkim. Mama coś wyczuła i wylądowałem u pani psycholog, która bardzo chciała pomóc, ale nie starczyło jej warsztatu. Poza tym do akcji wkroczył mój ojciec, stwierdzając, że "w naszej rodzinie wariatów nie ma" a pani psycholog chce mu z syna "idiotę zrobić". No finał. Jakimś szczęśliwym zrządzeniem losy nie stałem się piwniczniakiem AKA przegrywem i nie siedziałem w domu, grając w gry. Trafiłem na osiedlu na fajnych ludzi i szybko wszedłem w krąg imprez, kolegów, koleżanek, pierwszych kontaktów z używkami itp. co chyba paradoksalnie uratowało mi życie. Jednak demon zwany depresją gdzieś cały czas się czaił. Czułem, że nad całym moim życiem wisi jakaś ciemna burzowa chmura, smutek i permanentne poczucie, że to wszystko jednak nie ma sensu. Potwór wyszedł w pełni sił ze swojej pieczary, gdy byłem już dorosły. Kilka miesięcy temu pani psychiatra oznajmiła ze wzrokiem pełnym empatii "proszę pana, pan ma depresję. Zapewne od jakichś 20-30 lat. Pan sobie zdaje z tego sprawę?". No... zdawałem sobie, ale jak to w memie z profesorem Miodkiem "niby tak, ale nie do końca". Zaczęła się walka.


Resztę będę dopisywał w miarę możliwości.

Jak ktoś jest zainteresowany, to niech walnie piorunem. Będę wdzięczny.


Zdjęcie dołującego budynku dla uwagi.

f098ecdc-6c83-4720-8d69-0fc6fc68a04e

@WatluszPierwszy "No... zdawałem sobie"- i to jest w tym wszystkim najbardziej przykre. Bo z tego zdania wręcz wybrzmiewa ta utajona część "ale co miałem jej powiedzieć? Że ojciec stwierdził, że <<w naszej rodzinie wariatów nie ma>> więc musiałem siedzieć cicho?"


Niestety ale takie problemy to dalej w społeczeństwie wręcz tematy tabu. Nie mówić, nie ruszać, nie interesować się "bo jebnięty". "Bo co ludzie powiedzą". "Bo co rodzina powie". "Bo tobie się zwyczajnie nudzi". "Bo weź się wreszcie uśmiechnij i samo ci przejdzie". Takie chłopskorozumowe myślenie, że jak ci źle, to niech ci się zachce żeby nie było i problem z głowy. Jak renkom k⁎⁎wa odjoł. Tyle że nie, bo potem słyszymy o kolejnym człowieku, który skoczył z mostu, czy pod auto i jest narodowe przekrzykiwanie się w zadawaniu pytania "jak do tego doszło".

@NiebieskiSzpadelNihilizmu Niestety tak jest. Na szczęście, jako ojciec dwóch synów, widzę wiatr zmian. Polska szkoła może nadal nie wyszła z epki "nauczyciel ma zawsze rację" ale świadomość samych rodziców robi swoje. W tzw. moich czasach można było usłyszeć "zdolny ale leniwy", "a co on taki smutny?", "on się ciągle zamyśla", "buja w obłokach", "niech państwo coś z nim zrobią" a w domu słyszało się "obijasz się", "do łopaty cię nawet nie wezmą", "tobie się po prostu nudzi", "wymyśliłeś to sobie".

Zaloguj się aby komentować

#historyjki #psychologia


Mało społeczności, kurde. Zakładać w ramach wyzwań, bo nie mam gdzie dawać wpisów


Bardziej będzie o tym, że ludzie to, k⁎⁎wa, mnie wkurwiają niż DIY. I jeszcze o kruchości samooceny. Pewnie z winy rodziców

Zawsze mi się podobały takie lampki jak ta tutaj, więc jak kiedyś dorwałem taki telefon (tylko czerwony) to zrobiłem taką. Jako, że po pierwsze miałem wystarczającą ilość lampek, a niewystarczającą ilość pieniędzy, a po drugie posiadanie w domu przedmiotu, który się własnoręcznie wykonało wcale tak nie cieszy (myślałem o tym kiedys dlaczego i stanęło na tym, że ten przedmiot pozbawiony jest uroku tajemnicy ) to postanowiłem to sprzedać. Wrzuciłem na jakąś grupę na FB (to dawno było, byli tam jeszcze żywi ludzie, pełni energii) i gość się szybciutko zgłosił, że on chce do knajpy, bo będzie im pasowało do wystroju. Nie chciał się targować, więc musiałem za niego i mu obniżyłem cenę. Zapłacił. Wysłałem. Czekam na jakiś feedback. C⁎⁎j, nic, k⁎⁎wa. Zero. Myślę se "na pewno mu się nie spodobało" i popadam w melancholię oraz depresję i obiecuję sobie, że więcej czegoś takiego nie zrobię, bo ch⁎⁎⁎we robię. Czasem widuję fajne telefony pod taką lampkę, ale nie - nie robię, bo zaś zrobię chujową.

Czas mija (jakieś dwa lata pewnie), na olx natykam się na ten czarny ze zdjęcia. Dobra, biere. Robię lampkę, ale nie potrzebuję, a potrzebuję itd. Wrzucam na tę samą grupę. Po pięciu minutach odzywa się ten sam gość i pisze, że mają już taką jedną i że taka jest super, że chcą drugą. Piszę mu "to czemu żeś mi nie powiedział, myślałem, że się wam nie podoba, że źle zrobiona", a on, że "nie, nie, bardzo im się podoba i że może nie miał czasu czy coś". Ja mu piszę, że w sumie taka informacja zwrotna jest dość ważna, a on, że "sorki, racja". Płaci. Wysyłam. Czekam na jakiś feedback. C⁎⁎j, nic, k⁎⁎wa. Zero.


Tak że ten


PS. W tej historii jest jeszcze jedna rzecz, ale tak nieprawdopodobna, że jej nie napisałem

5eece33e-6eb5-4d0c-bfc0-35cf5a88707c

@KLH2 jak coś kupuje i jest ok to nie pisze nic zazwyczaj. Jak jest ch⁎⁎⁎we to pisze negatywny komentarz ¯\_( ͡° ͜ʖ ͡°)_/¯

Żona prowadziła firmę przez 5 lat i przy ~700 zadowolonych, stałych klientach 30 osób zdecydowało się napisać opinię.

@splash545 Jak już tu wspomniałem, JA staram się chwalić, bo myślę, że to ważne. To, że coś jest normą, nie znaczy, że jest prawidłowe albo dobre

Wincyj domów wychowujących konsumentów. Wincyj pracy zdalnej, zakupów czy zamawiania usług przez neta i wincyj mediów społecznościowych. To świetne miejsca, gdzie można się nauczyć wagi pozytywnej informacji zwrotnej. Tak jak i innych reguł budowania relacji z ludzkością.

Stary, możliwe że odkryłeś super niszę i możesz robić takie (i inne) rekwizyty do kawiarni/knajp dla hipsterów.


Dyndol opinie, tylko zrób że 3-4 sztuki, do dotychczasowej ceny dodaj 25% i promuj

Zaloguj się aby komentować

Morrowind i nabywanie umiejętności


Wyobraźcie sobie, że przesłuchujecie rzeczy na Spotify.


W pewnym momencie algorytm podrzuca wam różne utwory spoza waszej listy. I nagle słyszycie coś, co sprawia, że zatrzymujecie się na moment. W życiu nie słyszeliście tak pięknej progresji akordów. Koniec z tym, nie będziecie już biernym słuchaczem. Pora nauczyć się grać na klawiszach.


Wyobrażamy sobie jak nasze palce będą pływać z gracją morskich stworzeń. Nie ma oporu, jest tylko poddanie się napływowi weny i magii skal. To działanie dopaminy, która motywuje nas do tego, aby spełniać te miłe obrazki naszych wyobrażeń.


Ale, gdy tylko siadamy do grania dzieje się coś niedobrego. Lewa ręka nie chce oderwać się od prawej, naśladując jej poczynania. To nie brzmi tak, jak chcemy. Pytamy dopaminy o co chodzi, ale jej nie ma, ona już zrobiła swoje, zostawiła nas samych z tym rozczarowaniem.


Trochę tak jak zaczęliśmy swój build maga, wpadamy do Addamasartus, próbujemy walić z przepotężnej kuli ognia i nagle nic się nie dzieje. Poza strzałą, która właśnie w nas trafiła. Resetujemy grę, robimy builda wojownika i wpadamy tam z dwuręcznym mieczem.


System skilli w Morrowind nie odbiega szczególnie mocno od tego, w jaki sposób przychodzi nam zdobywać nowe umiejętności i stawać się w nich coraz lepszymi. Jasne, jest uproszczony, bo w rzeczywistości, te czynności, w których jesteśmy coraz lepsi automatyzują się, a za ich „obsługę” zaczynają odpowiadać ośrodki podkorowe, nie nasza kora. Dlatego możemy prowadzić samochód i śpiewać jednocześnie soundtrack z Vaiany.


Generalnie nasz mózg wydaje się nie być za bardzo po naszej stronie, czy to przy buildzie maga, czy to przy siadaniu do gry na pianinie po raz pierwszy. Jeśli odczuwamy zbyt duże poczucie straty, na przykład czasu, przedni zakręt obręczy (ACC) będzie popychać nas w stronę rezygnacji, aby nie tracić swoich zasobów (Botvinick, 2007). A jest to tym bardziej prawdopodobne, im bardziej w przeszłości zdarzało nam się odpuszczać (por. Walton i in.., 2007).


W każdym razie – znowu, patrząc na system w Morrowind od trochę innej strony – powtarzanie danej czynności est niczym innym jak wzmacnianiem połączenia pomiędzy neuronami, które odpowiada za tę czynność (zob. Magallón i in., 2016). A im więcej powtórzeń, tym to połączenia jest silniejsze i trwalsze.


Ok, ale jak długo musimy coś robić, aby stać się w tym mistrzem (i z miejsca walić kulą ognia w tych rzułtomordych High Elfów)


Mogliście się spotkać z tą zasadą, że należy na coś poświęcić 10 000 godzin, aby stać się w tym czymś rzeczonym mistrzem (Ericsson i in., 1993).


No cóż, nie jest to takie proste. Jak ze wszystkim. Skupianie się na jednym czynniku/zmiennej/wartości/whatever, jako czymś, co miałoby w pełni wyjaśnić tym bardziej jeszcze złożone zjawisko, musi liczyć się z polemiką (zob. np. Miall, 2013; North, 2012), chociaż broniąc trochę autorów – nie chodziło w tym o sam czas, jako taki, ale właśnie o jakość tego czasu (zob. Harwell i Southwick, 2021).


Ale wiecie co, zastanawianie się nad tym odciąga nas od sedna, czyli tego, że po prostu praktyka czyni mistrza, i to jest ten rzadki przypadek, kiedy grupa starych ludzi, dawno nieżyjąca, przekazała nam mądrość dziejową, która faktycznie działa.


Bibliografia:


Botvinick, M. M. (2007). Conflict monitoring and decision making: reconciling two perspectives on anterior cingulate function. Cognitive, Affective, & Behavioral Neuroscience, 7, 356-366.


Ericsson, K. A., Krampe, R. T., & Tesch-Römer, C. (1993). The role of deliberate practice in the acquisition of expert performance. Psychological Review, 100(3), 363–406


Harwell, K., Southwick, D. (2021). Beyond 10,000 hours: addressing misconceptions of the expert performance approach. Journal of Expertise, 4(2), 220 - 233).


Magallón, S., Narbona, J., Crespo-Eguílaz, N. (2016). Acquisition of motor and cognitive skills through repetition in typically developing children. PLoS ONE, 11(7), e0158684.


Miall, C. (2013). 10,000 hours to perfection. Nature Neuroscience, 16, 1168-1169.


North, J (2012) An overview and critique of the ’10,000 hours rule’ and ’theory of deliberate practice’. Project Report. Leeds Metropolitan University.


Walton, M. E. et al. (2007). Adaptive decision making and value in the anterior cingulate cortex. NeuroImage, 36, T142-T154.


#nauka #psychologia #gry

49e8bfcb-5cef-4397-8223-ea245991732d

@Psychologia_Gier_Wideo atletyka, akrobatyka, pancerz i miecz wybrane jako główne umiejętności i levele w Morrku robi się w try miga, tylko w sumie nie wiem, czy to ma sens, żeby tam tak szybko progressować

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować