Ostatnio w #pracbaza mialem ogolnoformowe "anonimowe" badanie zadowolenia z pracy- szefostwo srogo naciskalo,zeby wypelnic,bo beda wiedziec co i jak naprawic i tego typu pierdy.
Jako jedyny w zespole odmowilem- troszke sie zdziwili jak powiedzialem,ze nie zamierzam klamac,ze lubie chodzic do pracy.
Nikt normalny nie lubi- a jak mowi,ze lubi to klamie.
Koordynator(ka) przytaknela i tbw,nie musisz robic xd
Niby bzdura,ale tak na sile kazda firma chce byc fancy rodzina( a jedyna jaka jest to patologiczna).
#gownowpis
Obiekt czeka jeszcze kilka procedur przed otwarciem jak np. PSP ale jak ktoś jest z warm-maz albo pomorskiego to na priv dam namiary. Nie będę robić spamu na hejto.
Wesoło się żyje w logistyce. Pierdolnął agregat chlodniczy obsługujący cały magazyn. Jest niby zapasowy ale akurat przechodzi okresowy remont. Terminal gdzie temperatura nie powinna wzrosnąć powyżej 4,5°C osiągnął 6°C - na szczęście tylko na 30min bo zwołaliśmy wszystkich kierowców z tras i chłodzimy ciężarówkami podstawionymi pod rampy. Temperatura spada, towar uratowany. Ufff.
Gorzej z zamrażarką - tam już nic nie możemy zrobić poza szczelnym zamknięciem i nie wpuszczaniem nikogo. Na ten moment wzrosło z -24°C do -20,3°C, temperatura graniczna to -18°C, ewentualnie do godziny może postać w -16°. Tak więc jakieś 3-4h dzielą mnie od spędzenia majówki w pracy na wywalaniu kilku tysięcy palet lodów i mrożonek.
Technicy ponoć w drodze. Co jest dość dziwne bo powinni być przecież na miejscu skoro oficjalnie serwisują ten zapasowy agregat xD
I tak się żyje na tej norweskiej wsi... ehhh pojechalem se ja w góry.
@Enzo jeżeli to problemy hrowe (nękanie, wyzwiska), to procedura hrowa (grievance, jakkkolwiek to się w Polsce nazywa). Jeśli to problem na poziomie profesjonalnym (np. zawalanie projektów, brak współpracy, brak odpowiedzi na maile), to rozmowa ze swoim menadżerem, albo z menadżerem tej osoby.
Jednym z benefitów jest ubezpieczenie na życie, dzięki któremu w ciągu kilku godzin od zgłoszenia urazu (popartego zwykłą konsultacją medyczną u ortopedy) dostaje pieniądze na konto. Bez gadania, bez zbędnych formalności. Formularz online, 5 minut roboty.
Uraz po tygodniu już prawie zagojony, został tylko solidny siniak, a piniendze wpadają na konto.
Robisz w korpo jesteś "grzecznym korpusiem". It ain't much but it's honest work.
Masz robotę full remote bo covid etc, wszystkim podoba się taki stan rzeczy, robota idzie, hajsik płynie na konto - jest fajnie.
Po jakimś czasie dostajesz info, że korpo chce częściej ludzi widzieć w biurze bo takie wyznaje wartości. Proponują 1 dzień, więc nie ma tragedii, ok "będziem" tak chodzić.
Mija pół roku, korpo decyduje się na zmianę wartości które wyznaje i teraz ich "wartościami" jest 3 dni w biurze.
xD
xDDD
Ludzie się wkurzają, managerowie obsrali zbroje, bo ludzie zaczynają gadać o odejściach. Finalnie proponują 2 dni jako kompromis, ludzie biorą to na klatę, "ale nie są szczęśliwi".
Mijają kolejne 2-3 kwartały i nagle wszyscy widzą dziwnego maila w skrzynce odbiorczej.
KIM w ogóle jest ten pajac co wysłał tego maila? I DLACZEMU coś pisze o 5 dniach pracy w biurze? O BOŻE, O KU..A to CEO (standardowe gotowanie żaby: 1-> 3 -> 2 -> 5).
No 5 dni to już chyba totalne przegięcie, idziesz do managera pogadać o tym, co tu się odjaniepawliło.
Manager tłumaczy, że oni też zaskoczeni, że też nie podoba im się to, ale nic nie mogą zrobić, bo to przyszło od CEO zza oceanu.
Próbujesz urwać coś dla siebie skoro jednostronnie kolejny raz mocno zmieniają warunki umowy i zadajesz pytania:
Kierowniku złoty, kolejny raz siłą zmieniacie zasady. Dajcie chociaż coś w zamian. To coś może być np podwyżką na ten przykład. Od prawie 3 lat przecież nie dawaliście to teraz jest idealna pora.
NOPE
Hmmm ej no weźcie nie róbcie se jaj, mam bombla w drodze i niedługo delivery, no przecież nie mogę 10h być poza domem i żonie na garba zrzucić starszą córkę i nowego bombla, bo mi padnie z wyczerpania/ze zmęczenia. Dajcie te 2-3 dni z biura przez rok, a potem będziemy rozmawiać co dalej.
NOPE
No dobra, tego się nie spodziewałeś, mówisz dzięki za rozmowę i do zobaczenia.
2 tygodnie później leci wypowiedzenie do alfonsiarni.
Alfonsiarnia robi Pikachu Face. Ale jak to? Mamy rozumieć, że straszysz tylko żebyśmy pogadali z klientem o twojej sytuacji?
NOPE. Dostaliście szmatę, bo rozmawiać chciałem ale 2 tygodnie temu. Teraz to już nie chcę, bo podpisałem umowę z nową firmą i mam tam lepsze warunki. Stawka identyczna, ale 3x mniej czasu na dojazd do biura, 1-2 dni pracy z biura, a nie 2 jak w obecnej (a za chwilę 5).
Pikachu face x2: ej ale jak to tak szybko? Rynek teraz jest jaki jest, nie myśleliśmy, że tak szybko zmienisz.
Nie mój problem, elo.
Info o wypowiedzeniu dostaje "klient".
Pikachu Face x3: Ale jak to? Czemu to robisz? Przecież pracujesz w niezwykle ważnym dla firmy projekcie, zawalisz nam deadline'y i w ogóle. Czy możemy jeszcze porozmawiać o tym co się stało?
NOPE, umowa podpisana, chciałem gadać wcześniej, ale wy nie chcieliście. Mogę jeszcze robić do końca okresu wypowiedzenia, a potem mówimy sobie cześć.
Jak powiedział tak zrobił, i po okresie wypowiedzenia poszedł do nowej firmy.
Mija pól roku, nagle odbierasz telefon z propozycją nowego projektu. Ambitny, fajne wyzwania, fajny stos technologiczny, ogólnie spoko ale odmawiasz, bo nie lubisz tak skakać po projektach (słabo w CV wygląda jak się 3-6 miesięcy w firmie siedzi i idzie w inne miejsce).
Firma składająca ofertę okazuje się twardym zawodnikiem w negocjacjach i nie daje za wygraną. Rzuca "garniec złota" (podwyżka 4k na łapę), proponuje zapisy w kontrakcie o 1 dniu z biura, możesz sobie wybrać kompa na jakim pracujesz + parę innych bonusów.
Hmm no dobra, chyba jednak mogę zmienić robotę... Negocjacje trwają jeszcze 2-3 tygodnie żeby dograć wszystkie punkty ale w końcu podpisujesz nową umowę, a w obecnej firmie składasz wypowiedzenie.
Mija 30 dni, wchodzisz do nowego biura i jest jakoś tak dziwnie: wszyscy się uśmiechają na twój widok, zbijają piąteczki, klepią po plecach, pytają jak było w poprzedniej robocie itd.
Da FUQ? Gdzie ja jestem?
Rozglądasz się po biurze i jakieś ono takie dziwnie znajome, ten układ pomieszczeń, te kolory, nawet logo jakieś takie znajome....
Nagle dostajesz olśnienia: minęło 9 miesięcy i wróciłeś do starego korpo...
I finalnie: bądź mną więc chyba trochę #chwalesie , bo "olśnienie" miało miejsce w tym miesiącu.
PS: jestem na b2b, więc przepisy uop nie mają dla mnie zastosowania i muszę mieć "twarde" zapisy w kontrakcie.
@damw tyle akcji, zabawy, kombinowania, za 4k na b2b. Pozdrawiam serdecznie, widzimy się za jakiś czas z nowym wpisem "jak mi źle, wyprowadziłbym się, ale bombelek" xd Wzięli chłopa, żeby dociągnął projekty, bo wdrożenie więcej kosztuje, a ten nową dobrą robotę porzucił, żeby to im odhaczyć i za chwilę na tym b2b będzie niepotrzebny. A "obwarowania" na umowie tego rodzaju są jak postawienie drzwi antywłamaniowych obok dziurawego płotu.
Pozdrawiam serdecznie xdd zjebałeś z tym powrotem. Bo jeszcze nie wiesz, że jesteś na zadaniówce i wypierdalasz.
Jestem od miesiąca na wypowiedzeniu, które wręczył mi pracodawca, firma przechodzi na podwykonawców B2B i lekko zmienia branżę. Byłem już na kilku rozmowach i wstępnie jestem dogadany z dwoma firmami. Idę kulturalnie poinformować Pana prezesa, że chcę odejść wcześniej za porozumieniem stron bo i tak zbyt wiele pracy dla mnie nie ma a ZUSy płacić musi. Ale się zjeżył, od razu zaczął mnie straszyć "porzuceniem pracy" na świadectwie pracy. Nigdy nie miałem problemu się z nim dogadać ale teraz wyszedł z niego największy dziad. Cóż chyba będzie trzeba spełnić jego proroctwo.
Ale wiesz, że porzucenie pracy to nie tylko wpis na świadectwie? Umowa o pracę jest jak każda inna, i za jej zerwanie poszkodowana strona może rościć odszkodowanie za poniesione straty.
Jak nie pracowałeś tam długo to wyjebane w te porzucenie. Jeśli jakimś cudem ktoś zapyta o lukę w cv to mówisz że zbierałeś kapustę z malcolmem xD w uk na czarno i tyle
Ludzie wypisują tu różne mniej lub bardziej ciekawe historyjki pracowe to i ja spróbuję.
Rózne rzeczy człowiek w życiu czynił, ale najwięcej "ciekawych" historii przydarzyło mi się w podczas krótkiej półrocznej kariery kierowcy/urzędnika w KSP (Komendzie Stołecznej Policji), potocznie zwanej "fabryką" albo "Pałacem".
Było to mniej więcej w czasach jak wychodził pierwszy sezon Vegowego Pitbulla (czyli już ponad 20 lat temu).
Po bolesnym i mało sympatycznym okresie bezrobocia byłem zdesperowany i bez wybrzydzania rzuciłem się do pierwszej pracy jaką udało mi się dorwać "po znajomości". Była to praca za najniższą krajową na stanowisku kierowcy "psa cywila" w Pałacu Mostowskich.
O samej pracy może napiszę kiedy indziej, ale jedno z ciekawszych i dość abstrakcyjnych wydarzeń zdarzyło mi się w związku z tzw. okazaniem.
Mniej więcej w tamtym okresie policja czasami miałą problem z załatwianiem osób postronnych do okazań. Weszła jakaś nowelizacja ustawy, że w okazaniach oprócz oczywiście osoby podejrzanej zabrania się używania policjantów (pięknie taką sytuację pokazano w "U Pana Boga za piecem" - https://www.youtube.com/watch?v=LCe6I6BPZf8&t=2911s ).
I tu rozwiązania stosowane przez kryminalnych były ponoć zazwyczaj dwa. Szło się na Plac Bankowy, który był nieopodal i się łapało pieszych co na czerwonym się przemieszczali i się stawiało ultimatum, albo mandat, albo poświęcasz nam godzinkę albo i mniej i pomagasz jako tłum w okazaniu.
Sposób drugi - preferowany - to należało zadzwonić do znajomych pracowników cywilnych w fabryce i zaprosić na okazanie (pracowników cywilnych w tej instytucji jest całkiem sporo, szczególnie w pionach administracyjnych). I pracownicy byli zadowoleni, bo za każde okazanie dostawało się 10 zł - a 20 zł kosztował obiad w stołówce - i było się "usprawiedliwionym", że znikałeś na godzinę albo dwie pomagać kryminalnym albo innym "terrorom".
I któregoś dnia, gdzie już wiedziałem, że żadnych jazd nie będzie, wszedł do pokoju kolega cywil z innego pokoju i pyta się, czy nie chcę iść na okazanie. Poinformował o możliwych bogactwach finansowych, które miały wynosić 20 albo 40 zł (miały być albo 2 albo 4 okazania). Wiadomo, że perspektywa darmowego obiadu albo i dwóch oraz zwykła ludzka ciekawość przekonały mnie raczej szybko. Dostałem zgodę przełożonego i niecałą godzinę później wyruszyłem z kolegą robić za tło dla podejrzanego.
U kryminalnych jeden z sympatycznych Panów śledczych nas wpuścił, przedstawił się ksywą, przeeskortował pod właściwy pokój i po krótce wyjaśnił planowany scenariusz oraz odpowiedział na kilka moich nerwowych pytań.
Po paru minutach wrócił w towarzystwie podejrzanego, który jeszcze skuty wyglądał jakby chciał nas wszystkich zabić wzrokiem. A wyglądał jak bandzior. Ogolony na łyso, mocno przy kości, ale z masą mieśniową nie ustępjącą tłuszczowej, tak pod czterdziechę. Na pierwszy rzut oka widać, że winny
Weszliśmy do pokoju okazań, który był malutki - parę metrów kwadratowych z czego jedna ściana to lustro weneckie - i tutaj kolega bandzior został rozpięty, Pan policjant rozdał nam numerki (dostałem jedynkę, pan bandzior dwójkę, a kolega cywil trójkę) i chwilę musieliśmy poczekać, aż świadek dotrze do pokoju po drugiej stronie lustra. W międzyczasie kryminalny coś tam nas zagadywał i gadał tylko do nas. Ja rzucałem jakieś głupie teksty, bo to moja standardowa reakcja na stres. Kolega bandzior stał z boku, niby nas nie słuchał, ale zdecydowanie złapał lepszy humor, bo wpatrywał się we mnie i uśmiech miał podejrzanie szeroki.
W końcu ktoś do nas zapukał, Pan policjant poprosił nas o zachowanie powagi, ustawił nas w rządku i poprosił o równe trzymanie numerków i wykonywanie poleceń. No i się zaczęło. "Dzień dobry, poproszę profil lewy, profil prawy, proszę się odwrócić." I nagle słyszę polecenie - "numer jeden krok do przodu, ponownie profil lewy, profil prawy" - a ja polecenia wykonuję, ale zaczyna do mnie docierać absurd sytuacji, że w moim pierwszym okazaniu, świadek MI się chce bliżej przyjrzeć. Gonitwa myśli, "o Boże, o k⁎⁎wa, mają mnie, na co mi to było, obiadu mi się k⁎⁎wa darmowego zachciało" i po paru sekundach zacząłem parskać śmiechem. Kazali mi się jeszcze przespacerować parę kroków, coś tam jeszcze było słychać, że po drugiej stronie lustra jakiś lekki harmider i koniec.
Po minucie albo dwóch wchodzi drugi Pan z kryminalnych i do mnie, - "i coś się tak k⁎⁎wa szczerzył, świadek się mało nie zesrała ze strachu jak zacząłeś wietrzyć zęby. Musiałem powiedzieć, że Wam dowcip kolega opowiedział, ehh ...".
To ja zdenerwowany odowiadam, że przepraszam, ale nie podejrzewałem, że wygram już przy moim pierwszym okazaniu. Poczekaliśmy parę minut, kolega cywil i Panowie kryminalni się trochę ze mnie ponabijali, potem drugi z Panów kryminalnych wyszedł i za chwilę rozpoczęło się drugie okazanie. Tym razem wszystko przebiegło "poprawnie", czyli wygrał Pan bandzior. Następnie poczekaliśmy, aż drugi świadek wyjdzie i jeden z Panów kryminalnych zabrał podjerzanego, gdziekolwiek go tam mieli przetrzymywać.
Drugi wydał nam kwity za oba okazania, odprowadził do wyjścia, po drodze odpowiadając na moje nerwowe pytania, o to kiedy mnie wyślą do więzienia itp.
Od razu poszliśmy do kasy, pobraliśmy te ciężko zarobione dwie dychy i załapaliśmy się jeszcze na obiad na stołówce. Nie wiem dlaczego, ale De Volaille smakował tego dnia jakoś gorzej. No i podczas posiłku zrozumiałem dlaczego Pan bandzior się tak uśmiechał, jak staliśmy przed lustrem. Bo kurka wodna jak się tak zastanowić, to właściwie ja wyglądałem cholernie podobnie do niego. Kilka szczegółów jak to, że byłem od niego pare centymetrów, niższy, trochę szczuplejszy (nie znaczy broń Boże, że chudy), ale i mniej przypakowany. On był łysy, ja zgolony na zero, no i tak z dziesięć lat różnicy też miał nade mną przewagi, ale poza tym to prawie jak starszy i młodszy brat.
Koniec końców nie miałem z tego powodu, żadnych innych nieprzyjemności, świadek został po prostu wyeliminowany jako niewiarygodny, a i sądy, a tym bardziej więzienia się o mnie nie również na całe szczeście nie upomniały.
Byłem jeszcze tylko raz na innych okazaniach i tam były, aż cztery sztuki pod rząd, ale całe szczęście niczego więcej nie wygrałem.
I na koniec zaznaczam stanowczo i kategorycznie wobec społeczności hejtowniczek i hejtowników, że nieprawdą jest jakobym w w latach 2003-2004 wymuszał haracze w podwarszawskiej Zielonce.
Chyba standardowo, kadry, informatyka co utrzymuje infrastrukturę, prawie cały wydział nieruchomości (inspektorzy budowlani, mieszkaniówka, zamówienia publiczne) archiwum, sekretariaty, trochę kierowców żeby to wszystko wozić, bo KSP obsługuje wszystkie budynki policji w Warszawie jak i w otaczających powiatach (tzw. obwarzanek). Wszystko co może robić cywil to z punktu widzenia choćby kosztów to lepiej żeby to robił cywil, policjant będzie w 90% przypadkach droższy. Ale naczelnikami wydziałów zawsze byli tylko mundurowi.
Nezwykla historia! Groźny kryminalista i głowa Zielonkawej Mafii, świadom że policja jest na jego tropie, zatrudnił się jako kierowca w tejże policji by uczestniczyć w prezentacjach przestępców świadkom i wyeliminować ich z rozpraw, bez rozlewu krwi, jako niewiarygodnych i wskazujących pracowników policji jako przestępców! Ten człowiek do dzisiaj nie spotkał się z konsekwencjami swoich czynów! Co więcej - kpi z wymiaru sprawiedliwości chwaląc się swoimi osiągnięciami na internecie!
W latach 2000 jakieś okoloczne łebki w swojej pijanej fantazji zaproponowali mi ciekawą umowe. Jeśli oddam im telefon to będe mógł zachować swoje zęby. Po szybkim przeliczeniu kursu zęby - nokia 3510i, stwierdzilem że lepiej oddać telefon. No ale jak zniknęli za zakrętem udałem się na komende która była jakieś 10 metrów dalej. Po szybkiej i sprawnej akcji policyjnej złapali tych okrutnych przestępsów. I teraz najciekawsze. Jako że szło to już tokiem prawa. To zosatlośmy zaproszeni na okazanie. Ja byłem na stopa w bieszczadach ale kolega który był ze mną szczescia takowego nie miał i zaprosili go na komisariat. I tam miła Pani stwierdzila że mają remoncik lusterka i okazanie bedzie na żywca. Kumpel wchodzi do sali i pośrud naszych wspaniałych złoczyńców stoi znajomy który chiał mu wklepać tydzień wczesniej za niby przystawianie sie do jego dziewczyny. Oj sie gostek spocił jak zobaczyl kumpla