Ludzie wypisują tu różne mniej lub bardziej ciekawe historyjki pracowe to i ja spróbuję.
Rózne rzeczy człowiek w życiu czynił, ale najwięcej "ciekawych" historii przydarzyło mi się w podczas krótkiej półrocznej kariery kierowcy/urzędnika w KSP (Komendzie Stołecznej Policji), potocznie zwanej "fabryką" albo "Pałacem".
Było to mniej więcej w czasach jak wychodził pierwszy sezon Vegowego Pitbulla (czyli już ponad 20 lat temu).
Po bolesnym i mało sympatycznym okresie bezrobocia byłem zdesperowany i bez wybrzydzania rzuciłem się do pierwszej pracy jaką udało mi się dorwać "po znajomości". Była to praca za najniższą krajową na stanowisku kierowcy "psa cywila" w Pałacu Mostowskich.
O samej pracy może napiszę kiedy indziej, ale jedno z ciekawszych i dość abstrakcyjnych wydarzeń zdarzyło mi się w związku z tzw. okazaniem.
Mniej więcej w tamtym okresie policja czasami miałą problem z załatwianiem osób postronnych do okazań. Weszła jakaś nowelizacja ustawy, że w okazaniach oprócz oczywiście osoby podejrzanej zabrania się używania policjantów (pięknie taką sytuację pokazano w "U Pana Boga za piecem" - https://www.youtube.com/watch?v=LCe6I6BPZf8&t=2911s ).
I tu rozwiązania stosowane przez kryminalnych były ponoć zazwyczaj dwa. Szło się na Plac Bankowy, który był nieopodal i się łapało pieszych co na czerwonym się przemieszczali i się stawiało ultimatum, albo mandat, albo poświęcasz nam godzinkę albo i mniej i pomagasz jako tłum w okazaniu.
Sposób drugi - preferowany - to należało zadzwonić do znajomych pracowników cywilnych w fabryce i zaprosić na okazanie (pracowników cywilnych w tej instytucji jest całkiem sporo, szczególnie w pionach administracyjnych). I pracownicy byli zadowoleni, bo za każde okazanie dostawało się 10 zł - a 20 zł kosztował obiad w stołówce - i było się "usprawiedliwionym", że znikałeś na godzinę albo dwie pomagać kryminalnym albo innym "terrorom".
I któregoś dnia, gdzie już wiedziałem, że żadnych jazd nie będzie, wszedł do pokoju kolega cywil z innego pokoju i pyta się, czy nie chcę iść na okazanie. Poinformował o możliwych bogactwach finansowych, które miały wynosić 20 albo 40 zł (miały być albo 2 albo 4 okazania). Wiadomo, że perspektywa darmowego obiadu albo i dwóch oraz zwykła ludzka ciekawość przekonały mnie raczej szybko. Dostałem zgodę przełożonego i niecałą godzinę później wyruszyłem z kolegą robić za tło dla podejrzanego.
U kryminalnych jeden z sympatycznych Panów śledczych nas wpuścił, przedstawił się ksywą, przeeskortował pod właściwy pokój i po krótce wyjaśnił planowany scenariusz oraz odpowiedział na kilka moich nerwowych pytań.
Po paru minutach wrócił w towarzystwie podejrzanego, który jeszcze skuty wyglądał jakby chciał nas wszystkich zabić wzrokiem. A wyglądał jak bandzior. Ogolony na łyso, mocno przy kości, ale z masą mieśniową nie ustępjącą tłuszczowej, tak pod czterdziechę. Na pierwszy rzut oka widać, że winny
Weszliśmy do pokoju okazań, który był malutki - parę metrów kwadratowych z czego jedna ściana to lustro weneckie - i tutaj kolega bandzior został rozpięty, Pan policjant rozdał nam numerki (dostałem jedynkę, pan bandzior dwójkę, a kolega cywil trójkę) i chwilę musieliśmy poczekać, aż świadek dotrze do pokoju po drugiej stronie lustra. W międzyczasie kryminalny coś tam nas zagadywał i gadał tylko do nas. Ja rzucałem jakieś głupie teksty, bo to moja standardowa reakcja na stres. Kolega bandzior stał z boku, niby nas nie słuchał, ale zdecydowanie złapał lepszy humor, bo wpatrywał się we mnie i uśmiech miał podejrzanie szeroki.
W końcu ktoś do nas zapukał, Pan policjant poprosił nas o zachowanie powagi, ustawił nas w rządku i poprosił o równe trzymanie numerków i wykonywanie poleceń. No i się zaczęło. "Dzień dobry, poproszę profil lewy, profil prawy, proszę się odwrócić." I nagle słyszę polecenie - "numer jeden krok do przodu, ponownie profil lewy, profil prawy" - a ja polecenia wykonuję, ale zaczyna do mnie docierać absurd sytuacji, że w moim pierwszym okazaniu, świadek MI się chce bliżej przyjrzeć. Gonitwa myśli, "o Boże, o k⁎⁎wa, mają mnie, na co mi to było, obiadu mi się k⁎⁎wa darmowego zachciało" i po paru sekundach zacząłem parskać śmiechem. Kazali mi się jeszcze przespacerować parę kroków, coś tam jeszcze było słychać, że po drugiej stronie lustra jakiś lekki harmider i koniec.
Po minucie albo dwóch wchodzi drugi Pan z kryminalnych i do mnie, - "i coś się tak k⁎⁎wa szczerzył, świadek się mało nie zesrała ze strachu jak zacząłeś wietrzyć zęby. Musiałem powiedzieć, że Wam dowcip kolega opowiedział, ehh ...".
To ja zdenerwowany odowiadam, że przepraszam, ale nie podejrzewałem, że wygram już przy moim pierwszym okazaniu. Poczekaliśmy parę minut, kolega cywil i Panowie kryminalni się trochę ze mnie ponabijali, potem drugi z Panów kryminalnych wyszedł i za chwilę rozpoczęło się drugie okazanie. Tym razem wszystko przebiegło "poprawnie", czyli wygrał Pan bandzior. Następnie poczekaliśmy, aż drugi świadek wyjdzie i jeden z Panów kryminalnych zabrał podjerzanego, gdziekolwiek go tam mieli przetrzymywać.
Drugi wydał nam kwity za oba okazania, odprowadził do wyjścia, po drodze odpowiadając na moje nerwowe pytania, o to kiedy mnie wyślą do więzienia itp.
Od razu poszliśmy do kasy, pobraliśmy te ciężko zarobione dwie dychy i załapaliśmy się jeszcze na obiad na stołówce. Nie wiem dlaczego, ale De Volaille smakował tego dnia jakoś gorzej. No i podczas posiłku zrozumiałem dlaczego Pan bandzior się tak uśmiechał, jak staliśmy przed lustrem. Bo kurka wodna jak się tak zastanowić, to właściwie ja wyglądałem cholernie podobnie do niego. Kilka szczegółów jak to, że byłem od niego pare centymetrów, niższy, trochę szczuplejszy (nie znaczy broń Boże, że chudy), ale i mniej przypakowany. On był łysy, ja zgolony na zero, no i tak z dziesięć lat różnicy też miał nade mną przewagi, ale poza tym to prawie jak starszy i młodszy brat.
Koniec końców nie miałem z tego powodu, żadnych innych nieprzyjemności, świadek został po prostu wyeliminowany jako niewiarygodny, a i sądy, a tym bardziej więzienia się o mnie nie również na całe szczeście nie upomniały.
Byłem jeszcze tylko raz na innych okazaniach i tam były, aż cztery sztuki pod rząd, ale całe szczęście niczego więcej nie wygrałem.
I na koniec zaznaczam stanowczo i kategorycznie wobec społeczności hejtowniczek i hejtowników, że nieprawdą jest jakobym w w latach 2003-2004 wymuszał haracze w podwarszawskiej Zielonce.
#pracbaza #policja #heheszki