Dzisiaj mamy światowy dzień #rower więc idealna historia silnej woli, walki ze sobą i z przeciwnościami z naszego podwórka.
Pewnie ktoś z tagu kojarzy wypadek który miał miejsce w czerwcu 2020 r. była reprezentantka Polski w MTB, Rita Malinkiewicz, została potrącona przez samochód podczas treningu. Uderzenie było potężne, przeleciała około 17,5 metra. Doznała licznych złamań czaszki, twarzy, kręgosłupa, żeber, kości udowej oraz ciężkich obrażeń mózgu. Lekarze dawali jej minimalne szanse na przeżycie, rodzicom sugerowano że to już koniec. PRzeżyła tylko dla tego że akcję ratowniczą ogarnęła ratowniczka która przez przypadek znalazła się na tej samej drodze.
Do wypadku doszło w Wilkowicach, na odcinku drogi, która łączy Bielsko-Białą i Żywiec. Kobieta kierująca oplem z niewiadomych przyczyn zjechała z drogi i wjechała w kolarki
Przez wiele miesięcy nie było wiadomo czy przeżyje, czy kiedykolwiek odzyska kontakt ze światem. Każdy kolejny etap to jedna wielka walka: wyjście ze śpiączki, rekonstrukcja czaszki, nauka funkcjonowania, wielomiesięczna rehabilitacja kosztująca setki tysięcy złotych. Nawet podczas pierwszych ćwiczeń rehabilitacyjnych ktoś musiał podtrzymywać jej głowę, aby nie doszło do uszkodzenia rdzenia kręgowego. Do tego walka z ubezpieczycielem. Polecam obejrzeć zdjęcia z artykułu - zazwyczaj aba tym etapie kończą ludzie po takich wypadkach.
Po wypadku bała się ruchu drogowego i roweru. Przesiadła się na trycykl. Pierwsze próby kończyła płaczem i frustracją. Nie poddała się. Jeździła po parkingach Energylandii o piątej rano, pokonując dziesiątki kilometrów. Trening, rehabilitacja i ból.
A puenta?
Kobieta, której dawano kilka procent szans na przeżycie, w 2025 r. zdobyła srebrny medal mistrzostw świata w parakolarstwie, a w 2026 r. wygrała zawody Pucharu Świata i rozpoczęła walkę o kwalifikację olimpijską. Niesamowity jest jej progres w regeneracji i to że nie poddała się na żadnym etapie.
Najbardziej poruszyło mnie to że sprawczyni wypadku nigdy nie powiedziała „przepraszam” i do końca nie przyznała się do winy. Nadal trwa walka Rity o pełne odszkodowanie z ubezpieczycielem. Nie mieści mi się w głowie że kobieta która wjechała w Ritę nadal upiera się przy swoim.
Z tego co wyszukałam w internecie baba która spowodowała wypadek dostała 1 rok w zawiasach i 20 000 zł do zapłaty - czyli nic XD za to że ktoś do końca życia będzie się rehabilitował, za to że my, podatnicy do końca będziemy się dokładali do tej sprawy. Wyrok jest śmieszny. Konsekwencje prawie żadne.
Rok do dwóch w zawiasach to raczej standardowa kara nawet za śmiertelne potrącenie kogoś na drodze. Jeśli to wina zagapienia/nieuwagi i nie było innych okoliczności które mogą podnieść karę, np. nadmierna prędkość, alkohol, brak uprawnień itd. to sąd nie bardzo ma powody by wysyłać sprawcę do więzienia za pierwsze takie przewinienie.
W niedzielę wracałem do domu przez A1, wbijam do MOPa, a tam takie kwiatki. Memów nad pisuarami oraz tablicy karteczek zostawionych przez podróżnych, nie fotografowałem, bo RODO
Opiekujący się tym MOPem, na pewno mają fantazję i wolną rękę.
Posiadanie domu to realne oszczędności. Oprócz własnych warzyw, drzew owocowych czy ogródka, by wypoczywać, można także zapewnić bezpłatne rozrywki swoim dzieciom. Moja pięciolatka popołudniami z zapałem kopie tą dziurę. Wydobywa kamienie (urządziła w swoim pokoju muzeum z ekspozycją), planuje tu zrobić jezioro.
@WujekAlien jak się rodziny nie lubi, a trzeba, to grillowanie najlepsze. Stoisz i patrzysz na jedzonko, wybierasz sobie od razu najlepsze kęski, grill dalej, żeby dym nie leciał, więc nie gadasz z nikim, czasem podejdziesz, ale "zaraz się spali, muszę iść".
Załatwione, w mieszkaniu zapanowała kompletna cisza
Rozwiązaniem okazały się kompensatory - dwucalowe, nylonowo-gumowe (guma EPDM o twardości Shore A 60) dzieła firmy Alusa. W dotyku są okrutnie twarde, ale działąją doskonale. Wykonawcą jest #5 z drugiego wpisu - "Przemysłowy Kocur", który w końcu zaczął odbierać telefony. Tłumaczył swoje milczenie problemami z dostawą (dobranych przez niego) kompensatorów - jak widać legitnie.
Uwinął się z robotą w niecałe 3 godziny, z czego blisko 1h poświęcił na palenie szlugów
Jeśli będą chętni - mogę kiedyś popełnić osobny wpis o infradźwiękach w nieruchomościach mieszkalnych - wiem o tym aktualnie więcej, niż bym chciał
Pozwolę sobie zawołać osoby szczególnie aktywne / pomocne pod poprzednimi wpisami:
@MuojemuKotu Jak okrutnie twarde to panie to żadne 60 SHa. Mam przedsiębiorstwo gumowe wiem co mówię :)
Przy 60 SHa to powinieneś spokojnie palcem zagniatać, wbić paznokieć jak w twarde masło.
Albo dostałeś baaaardzo stare (jak się guma starzeje to twardnieje) i kiedyś miały te 60 SHa a teraz mają dużo więcej i zaraz będziesz je wymieniał bo będą się kruszyć i parcieć, albo chciałeś napisać że mają 80-90 SHa i wtedy jestem w stanie uwierzyć że są 'okrutnie twarde'.
Zaczęło się klasycznie "check engine" szybkie zamówienie OBD z allegro za 20/30zl i mamy to. Błąd i jakiś numer błędu. Próbuje kasować ale błąd powraca. No dobra wrzucam screen z aplikacji do AI wniosek usterka czujnika/sondy lambda. Niedroga awaria sonda zamówiona za 80zl zabieramy się za wymianę.
I teraz schody numer 1. Aby wykręcić Sąde trzeba mieć dedykowany klucz bo inaczej nie da się dostać. (Zdjęcie numer 1 i 2).
No dobra zamówione koszt nieduży z przesyłką 25zl.
I tu trochę trzeba się pomęczyć bo śruby zapieczone wiadomo, ale udało się i poszło całkiem sprawnie.
Wczoraj wracając z pracy przesiadając się z pociągu do samochodu na tzw. P+R akumulator stwierdził, że spada z rowerka i nie trzyma napięć. Więc MPK i do domu jutro powrót po auto bo co tu zrobić o 22...
I tu się robi naprawdę zabawnie xD
Umiejscowienie akumulatora pod siedzeniem kierowcy to ogólnie nie jest zły pomysł(kiedyś w Mercedesie miałem pod kanapą z tyłu dla pasażerów). szybkie wyszukiwanie jak podnieść fotel.
Powinny być zatrzaski, które klikamy i podnosimy fotel no powinny być ale nie ma xD
Okazuje się że nowsze wersje(!) zamiast zatrzasków mają śruby torx 30 które trzeba odkręcić, a jak to śruby po takim czasie lekkie przekręcenie i z torxa zrobiło się okrągłe coś i nie ma jak odkręcić.(Zdjęcie 3)
Przecież każdy ma przy sobie w samochodzie zawsze śrubokręty torx, dlaczego ja się czepiam.
Trochę myślenia w coś ta śruba musi się wkręcać, może będzie nakrętka i kluczem odkręce po prostu nakrętkę.
No i jest nakrętka PRZYSPAWANA K⁎⁎WA DO PROWADNICY FOTELA więc nie da się jej odkręcić. W jakim celu Francuzi uznali że przyspawanie tej nakrętki to dobry pomysł, nie wiem.
Walczyłem z tym dobre 30/40min i koniec końców skończyło się na kilku wiertłach do metalu + młotek i przecinak do metalu aby jakoś to rozwalić zdjęcia 4+5.
Tak więc z dnia wolnego we wtorek zrobił się dzień mechanika samochodowego.
gdzie ta korozja?? polecam w ładzie odkręcić fotel xD.
Troxy to pierwszy zestaw jak kupujesz cytryne, do tego jest kilka rodzajów torxów no i maja ten plus że jak sie przekręci to wpijasz rozmiar wiekszego i wykręcasz, to naprawde sa bardzo fajne śruby jak sie wie jakich kluczy uzywać.
Ogólnie, to przy wyłonieniu zwycięzcy #narysunki, moje prace nie będą brane pod uwagę (jako, że jestem organizatorem), dlatego gorąco zachęcam do prób artystycznych. Nie chodzi o osiągnięcie najlepszej jakości, a o great fun!
#motoryzacja #samochody #kabriolet
Gdyby ktoś się zastanawiał, czy kabrio na bazie zwykłej osobówki jest spoko opcją na auto do jazdy na co dzień, to na bazie moich doświadczeń z Oplem Tigrą B, zwaną też Tigrą Twin Top, mogę powiedzieć, że to zależy. Większość ludzi chce wsiąść do auta i jechać, a tu tak można, ale wtedy nie czuć żadnych zalet z otwartego dachu, jeśli chcesz je poczuć, to musisz poświęcić pół minuty na otwarcie dachu, wtedy dostajesz całą masę wad:
- przy 15°C na zewnątrz i słońcu, siadasz w rozgrzane fotele, w twarz ci gorąco, w kark ci zimno,
- na dłuższą trasę musisz wysmarować się kremem z filtrem UV,
- przy 120 kmph już krzyczysz podczas rozmowy,
- w środku się kurzy, trasa 500 km jednego dnia i widać grubą warstwę kurzu nawet na zegarach,
- przycisk "cofania kolizji" nie działa przy przejeżdżaniu obok ferm drobiu, jazdy za dieslem z lejącymi wtryskami, czy za benzyniakiem przepalającym olej,
- każdy, kogo podwozisz, mówi "nie jechałem jeszcze bez dachu" i wysiada rozczarowany, bo nie było fajerwerków,
- lecą na niego zupełnie inne laski, niż te, które byś chciał wozić,
- jak ci owad albo ptak ubrudzi szybę przednią, to musisz z tym jechać, znaczy wycieraczki i spryskiwacz działają, ale nie polecam ich używać podczas jazdy, a co dopiero na postoju,
- musisz przewidywać pogodę, bo większość cabrio z otwartym dachem wymaga znacznego zmniejszenia prędkości, do zamknięcia dachu, co na autostradzie jest problematyczne,
- musisz jeździć tak, by utrzymywać spory dystans przed poprzedzającym autem, bo czasem się zdarza, że ten faflun z przodu chce zobaczyć czy spryskiwacze jego auta ci przeszkadzają,
- w małym, dwuosobowym cabrio z windshotem, nie czujesz tej przestrzeni, jaką daje otwarty dach, bez niego czujesz nieprzyjemny wiatr,
- pakowanie większej ilości bagażu na wycieczkę, to prawdziwe wyzwanie logistyczne, mimo wielu schowków i wcale nie takiej małej ich pojemności
- w tych mniejszych kabrio nie zabierzesz ze sobą roweru na wycieczkę, te większe, jak Astra czy Megane mają możliwość zamontowania haka, Tigra, Micra, StreetKa nie,
- prozaiczne rzeczy, jak montaż tylnej kamery do rejestratora, tam zmieniają się w kilka godzin dumania i rwania plastików,
- jeśli chcesz pozostawić to auto, w stanie fabrycznym, to już się nie da, bo wiele części, na które nie zwracasz uwagi w normalnym aucie, tutaj wymagają wymiany bądź zadbania, a niestety nie są już produkowane,
- robią się zmarszczki od uśmiechania się podczas jazdy.
Czy są jakieś plusy? Tak, nawet pięć, a czasem więcej:
- plus pięć do lansu,
- możesz wyciągnąć rękę i chwytać wiatr nie wyglądając tak lamersko, gdy robisz to przez szyberdach.
- wystarczy podnieść się trochę w fotelu i masz oryginalną fryzurę,
- większa dawka witaminy D,
- dzieci robią "wow".
Niektórzy mówią, że możesz mieć na randce gwiazdy i dziewczynę, ale do tego to polecam Mercedesa.
No dobra, a co w zimę?
W zimę dłużej silnik się nagrzewa, bo nagrzewnica jest dużo większa. Poza tym, do uszczelek przymarzają szyby boczne i nie mogą się opuścić. Chyba we większości cabrio tego typu, szyba boczna musi się opuścić, żeby dało się zamknąć drzwi. Tak, da się je otworzyć bez odmrażania uszczelki, ale nie da się ich zamknąć. Webasto lub dodatkowa nagrzewnica postojowa jest zalecana, żeby szybciej nagrzać wnętrze, a szyby mogły się ruszać. Czy ten dach cieknie? Mój nie, ale trzeba choć raz w roku poświęcić godzinę na smarowanie uszczelek i czyszczenie odpływów, wtedy nawet myjnia bezdotykowa jest mu niestraszna. Ile kilometrów tym autem zrobiłem? 22k km, w 10 miesięcy. Tak, jeżdżę nim dużo, to moje podstawowe auto, mam jeszcze jedno, używane typowo do przyczepki i na ryby. Czy teraz wybrałbym ten model jeszcze raz? Nie, wybrałbym jednak Megane CC, bo w trasy zacząłem jakiś czas temu jeździć, wcześniej jeździłem wkoło komina i niska prędkość przelotowa nie przeszkadzała mi. Poza tym, jak ktoś widzi moją Tigrę, to się pyta, czy męskich nie było. A tak to spoko.
- przycisk "cofania kolizji" nie działa przy przejeżdżaniu obok ferm drobiu, jazdy za dieslem z lejącymi wtryskami, czy za benzyniakiem przepalającym olej,
xDDD zgniłem z przycisku cofającego kolizję. Najgorsze, że od razu wiedziałem o co chodzi
- lecą na niego zupełnie inne laski, niż te, które byś chciał wozić,
Ale przynajmniej lecą ( ͡°( ͡° ͜ʖ( ͡° ͜ʖ ͡°)ʖ ͡°) ͡°) Jak jeżdżę starą cegłą to tylko faceci zwracają uwagę i mówią "też takiego miałem!". Na dziewczyny działa odpychająco ale możliwe, że to kwestia gęby a nie auta
@aarahon Moim mistrzem wśród właścicieli cabrio był typ od którego kupiłem na handel Peugeota 207 CC .... w dieslu.... bez katalizatora xDD W ogóle jazda cabrio w mieście to jakieś nieporozumienie - smród, hałas i brudna tapicerka.
Pomimo 500km szutrów, piachów, leśnych ścieżek i innych “ujebów” oraz żaru lejącego się z nieba.
Ale od początku.
Plan przejechania Mazowieckiego Gravela na koronnym dystansie 500km chodził za mną już od dawna. Dwa lata temu zrobiłem nawet pierwsze podejście, ale wtedy dużo rzeczy poszło nie tak i pokonany przez mazowieckie błota, poobijany musiałem się wycofać. Później dwie kolejne edycje jeździłem sobie przygodowo z dzieciakami na dystansie 100km. Dzieciaki jednak dorosły, odkryły, że wcale nie muszą się zgadzać na głupie pomysły ojca i powiedziały “jedź se sam!” A mnie dwa razy powtarzać nie trzeba.
Nauczony poprzednim doświadczeniem, które śmiało można nazwać porażką, tym razem postanowiłem się jednak trochę przygotować. W tym celu na jakiś tydzień przed startem zatrudniłem sobie profesjonalnego trenera. To znaczy “Czata GPT” sobie zatrudniłem. Nakarmiłem go informacjami o sobie, parametrami trasy, swoimi oczekiwaniami i po krótkiej dyskusji, po której czat doszedł do wniosku, że jednak nie uda mu się wybić tego durnego pomysłu z mojej głowy, przygotowaliśmy Plan. Plan bardzo wyraźnie (wielokrotnie i stanowczo) podkreślał, żeby przede wszystkim pilnować tętna (a nie jak na początku chciałem tempa), nawadniania i jedzenia. Uzbroiłem się zatem w żele, batoniki, izotoniki, powerbanki, rozpisałem sobie krytyczne punkty na trasie, upchnąłem wszystko w sakwę i byłem gotowy (xD) do startu.
Start o 6:05 w sobotę z rynku w Warce. W związku z tym pobudka o 3:15, szybkie (ale pożywne) śniadanko, żeby zdążyć na pociąg o 4:26. 10 km na dworzec, wiadomo - rowerem. Przecież nie będę o tak nieludzkiej godzinie budził szanownej małżonki, żeby mnie zawiozła. W ten sposób na starcie byłem z półgodzinnym zapasem.
Na rynku zaskoczył mnie kolega @Ragnarokk, który już wcześniej groził ma na hejto, że się tam zobaczymy. Dlaczego zaskoczył? Bo po tym jak przejrzałem jego posty i nie znalazłem tam żadnych treści “okołorowerowych”, za to mnóstwo treści o “grzybkach” doszedłem do wniosku, że może po prostu z nimi przesadził. Okazało się jednak, że kolega był jedną z tych osób, dzięki którym Mazowiecki Gravel w ogóle może się odbyć i jak pracowita pszczółka uwijał się w roli jednego z organizatorów. Szacun i wielkie dzięki!
No więc start. Od samego początku, trzymając się planu mojego profesjonalnego trenera, pilnowałem tętna. Wbrew pozorom nie było to takie proste - noga świeża, temperatura rano milusia, jedzie się wspaniale - to jak to tak, że mnie wyprzedzają?! Ale zacisnąłem zęby i pilnowałem, żeby serducho nie waliło szybciej niż 145-150 razy na minutę. I takim spokojnym tempem przez pierwsze godziny turlałem się przez piękne tereny w okolicach Warki, a później przez szutrowe autostrady Puszczy Kozienickiej, gdzie dopadła mnie pierwsza i jedyna awaria na trasie. Może awaria to za dużo powiedziane, bo zachowując czujność udało mi się jej uniknąć. Kto jeździ dłuższe trasy, ten wie jak denerwujące są wszelkiego rodzaju trzaski, stuki i inne niepożądane dźwięki w rowerze. Więc kiedy przez szum łańcucha, chrupot moich starych stawów i jęki zmęczenia przedarło się rytmiczne pukanie, postanowiłem się zatrzymać i sprawdzić o co może chodzić. Okazało się, że w dodatkowym uchwycie na bidony, który miałem przykręcony do siodła, poluzowały się śruby i jeszcze parę kilometrów i pewnie bym go zgubił. Niestety trzeba było rozmontować wszystko, dogrzebać się do klucza, przykręcić porządnie śrubę, zmontować wszystko z powrotem, schować klucz, po czym rozmontować wszytko jeszcze raz, ponownie dogrzebać się do klucza, przykręcić drugą śrubę, której nie dokręciłem za pierwszym razem, zmontować wszystko po raz drugi i już po 30 minutach przerwy mogłem ruszyć dalej.
I mniej więcej w tym momencie pojawił się on - upał. Nie, nie upał - piekielny żar. Temperatura przekroczyła 30 stopni i już poniżej tego progu nie spadła. A przynajmniej do późnego wieczora. Teraz oprócz kontroli tętna doszło pilnowanie regularnego nawadniania się i uzupełniania bidonów, co na trasie, która w większości prowadzi przez pola i lasy potrafi być nie lada logistycznym wyzwaniem. Zresztą stąd te dodatkowe bidony pod siodłem.
Pierwszy oficjalny pitstop był po 140 kilometrach na rynku w Zwoleniu. Mój żołądek karmiony do tej pory głównie słodkimi rogalami i żelami z dużą radością przywitał zupę gulaszową (w wersji vege, żeby nie zamulać się mięsem) i kilka herbat z cytryną i dużą ilością cukru - wiadomo w gościach słodzimy najwięcej. Na koniec szybkie chłodzenie głowy w fontannie i można jechać dalej.
O ile odcinki prowadzące przez las, schowane w cieniu, wśród świergotów ptactwa były bardzo przyjemne, o tyle te w szczerych polach dostarczały zupełnie innych atrakcji - żaru, lepiącego się do spoconego ciała kurzu i owadów wpadających we wszystkie otwory ciała. Dosłownie - we wszystkie!
Kolejny pitstop zaplanowany był na 218 kilometrze w Pętkowicach, w okolicy Bałtowa. Na 70 kilometrach dzielących te dwa punkty dwa razy musiałem uzupełniać zapasy izotoników i wody, i wlałem w siebie dwa soki pomidorowe, żeby poczuć w ustach coś innego niż cukier i muchy. Do Pętkowic dojeżdżałem z ogromną nadzieją na jakiś sensowny posiłek. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że pitstop jest lokalną imprezą, przy wiejskiej remizie, z dmuchańcami dla dzieciaków, DJem puszczającym… powiedzmy, że lokalną muzykę, a do spożycia zaoferowano nam kiełbasę z grilla i piwo. Z alkoholem. To znaczy była oczywiście woda, jakieś kruche ciasteczka, a wiejskie koła gospodyń napiekły ciast, ale wierzcie mi po 200km w upale, żrąc tylko i wyłącznie cukier w różnych postaciach i stanach skupienia, sam widok ciasta wywołuje odruch wymiotny. Po szybkim zestawieniu trasy z punktami gastronomicznymi w google maps okazało się, że powinienem zdążyć do pizzerii w Iłży oddalonej o kolejne 60 kilometrów. Jeszcze tylko szybka wizyta w toalecie, w trakcie której odkryłem, że moje spodenki faktycznie - zgodnie zresztą z zapewnieniami na stronie producenta - są idealne na wycieczki do 5h. A później zamieniają się w papier ścierny. No nic, drugich na zmianę nie zabrałem, więc od tej pory, przez (ponad) połowę trasy ratowałem się co jakiś czas kremem na obtarcia, który przezornie ze sobą zabrałem. Cierpienie zmniejszał tylko na chwilę. A ja nie jestem jak @wagabundowy i na stojąco tylu kilometrów nie pojadę, więc przez najbliższy tydzień pewnie będę chodził bez majtek…
Do Iłży dotarłem chwilę po godzinie 22:00. Zamówiłem pizzę i przebrałem się w koszulkę na noc, bo temperatura łaskawie zaczęła spadać. Niestety mam taką przypadłość, że przy takim wysiłku posiłki w formie stałej ciężko mi wchodzą, więc wmusiłem w siebie raptem 3 z 4 kawałków, popiłem dzbankiem herbaty z cytryną i dużą - a jakże - ilością cukru, po czym o 23:00 zostałem z lokalu wyproszony.
Wsiadłem na rower, i po przejechaniu kilkuset metrów troszkę mnie po posiłku zmuliło, więc stwierdziłem, że w sumie nic nie stoi na przeszkodzie żeby drzemkę, którą miałem zaplanowaną dopiero na 330km w Szydłowcu odbyć już teraz. Podjechałem pod kościół, znalazłem schowaną w cieniu ławeczkę, przypiąłem sobie rower linką do ręki, ustawiłem budzik i zamknąłem oczy. Budzik zadzwonił po piętnastu minutach więc… przestawiłem go o kolejne piętnaście. A później jeszcze raz… W ten sposób udało mi się zdrzemnąć jakieś pół godziny. Ze snu bardziej niż dźwięk budzika wyrwał mnie dźwięk terkoczącej piasty jakiegoś innego przejeżdżającego uczestnika, którego zatrzymałem w nadziei, że razem - żeby było raźniej - przejedziemy przez noc. Okazało się, że kolega ma zarezerwowany nocleg w Iłży i zaczął mnie gorąco namawiać, żeby się tam z nim zabrać, bo są miejsca i w ogóle. Przez zmęczenie i późną porę (było już po północy) w pierwszym momencie dałem się mu namówić, ale po chwili jazdy stwierdziłem, że jak położę się w miękkim łóżku, to prędko się z niego nie podniosę. Perspektywa kolejnego całego dnia w upale, z obtartymi jajkami szybko przywołała mnie do rozsądku, podziękowałem koledze i pojechałem w noc. I w las…
I to była najlepsza decyzja w tym całym porąbanym pomyśle. W nocy temperatura spadła do 14 stopni, drogi pożarowe w lasach w Górach Świętokrzyskich okazały się niewiele gorsze od asfaltów, a z podcastem w uchu nawet błyskająca na horyzoncie burza nie wydawała się taka straszna.
Następny na trasie był Szydłowiec. Szydłowiec był w moim planie niezmiernie istotny. A był istotny dlatego, że znajdowała się w nim jedyna otwarta 24h/dobę stacja benzynowa, a za nim przez kolejne 100 kilometrów, poza lasami, nie było zupełnie nic. Należało więc chwilę odpocząć, posilić się i uzupełnić zapasy. Po dojechaniu na Orlen okazało się, że:
toaleta zamknięta, bo właśnie jest sprzątana,
maszyna do kawy i herbaty też jest wyłączona, bo dopiero czeka na sprzątanie, przez tą samą panią co właśnie ogarnia toaletę
piec do ciepłych posiłków jest w trybie serwisowym
a hot-dogi wyjedli już Ci co byli ode mnie szybsi
Jedyne co pani była w stanie mi zaoferować, to hamburger podgrzany w opiekaczu. ale o drugiej w nocy, po 300km, człowiek raczej nie wybrzydza. Niestety bułka po podgrzaniu okazała się twarda jak kamień więc wyjadłem tylko ze środka mięso z ogórkiem przywalone keczupem i musztardą. Zresztą “mięso” to też nadinterpretacja, ale akurat w tym wypadku to nawet dobrze. Na szczęście w międzyczasie udrożniła się toaleta i ekspres więc mogłem zalać posiłek kolejną herbatą z cytryną i - wiadomo - dużą ilością cukru. Chwilę jeszcze posiedziałem, żeby podładować telefon i nawigację.
Jak tylko ruszyłem to zaczęło się robić jasno, bo to przecież najkrótsza noc w roku. Po podjechaniu kilku podjazdów, które na mapie wyglądały dużo groźniej niż w rzeczywistości i kilku odcinków “specjalnych”, które w rzeczywistości wyglądały dużo gorzej niż na mapie spotkałem kolegę, który jak tylko mnie zauważył zaczął gorączkowo machać. Zdecydowanie nie wyglądało to na pozdrowienie, a na prośbę o pomoc - dlatego też postanowiłem się zatrzymać. Okazało się, że kolega - na potrzeby tego tekstu nazwijmy go Adam, chociaż imię miał zupełnie inne - złapał gumę i swoją pompką uszkodził już zawór w pierwszej zapasowej dętce, więc z drugą dętką bał się ryzykować i w towarzystwie owadów czekał, aż go ktoś inną pompką poratuje. No więc poratowałem. Podarowałem mu też jedną ze swoich zapasowych dętek, żeby bidula nie jechał bez zapasu, życzyłem powodzenia i pośpiesznie ruszyłem dalej, pozwalając komarom kontynuować konsumpcję nieszczęśnika.
Tak jak wspomniałem od Szydłowca przez kolejne 100 kilometrów nie było nic. To znaczy trasa prowadziła przez jakieś mieściny, ale jako że była już niedziela i wczesnoporanne godziny to na nic ciekawego nie można było liczyć. Nawet wiejskie psy nie wykazywały zainteresowania.
I tak, przeklinając kilka razy na piachach organizatorów, dojechałem do Odrzywołu (417km) do kolejnej otwartej 24h stacji benzynowej. Tutaj na szczęście udało mi się dostać hot-doga, który przy moim oporze do stałych posiłków, wszedł zaskakująco gładko. Został popity, a jakże - herbatą i butelką soku pomarańczowego. Tutaj też dogonił mnie Adam (ten, który ma zupełnie inaczej na imię) i postanowiliśmy, że do mety pojedziemy już razem.
W towarzystwie czas mija zdecydowanie szybciej więc nawet nie wiem, kiedy minęło nam tych kolejnych kilkadziesiąt kilometrów. Wiem za to, że minęło nam na marudzeniu, narzekaniu i plotkowaniu. Mieliśmy nadzieję dojechać do mety już bez postojów, ale niestety pojawił się znowu on - upał. Nie, nie upał - piekielny żar. Temperatura znowu przekroczyła 30 stopni, a momentami zbliżała się nawet do 40. Dlatego też postanowiliśmy zatrzymać się jeszcze na chwilę na kolejnej stacji na 460km, czyli niecałe 40 km przed metą. Jeszcze nigdy bezalkoholowe piwo nie smakowało mi tak bardzo. Przy okazji odkryłem, że potrafię wypić całą półlitrową puszkę jednym haustem, ciekawych rzeczy się człowiek dowiaduje o sobie przy okazji takich przygód. Kiedy ja przyjemnie siedziałem sobie w klimatyzowanym pomieszczeniu odpisując na SMSy, Adam wyszedł dokończyć swoje napoje na zewnątrz. Kiedy po 10 minutach wyszedłem, znalazłem go - jak przystało na prawdziwego ultrasa - śpiącego na trawie przy koszu na śmieci.
Z przykrością go obudziłem i podjęliśmy ostatni już tego dnia wysiłek. Okazało się, że ten króciutki postój dał nam nowy zastrzyk energii i - jak to mawiają - poszedł ogień na tłoki. Perspektywa, zbliżającej się z każdym obrotem korby, mety spowodowała, że przestaliśmy już nawet dbać o jedzenie i poiliśmy się tylko izotonikami - po to, żeby oszukać głód i nie dostać udaru.
I tak po niecałych 32 godzinach wjechałem na metę, gdzie ku mojemu zaskoczeniu czekali na mnie z niespodzianką rodzice.
500 kilometrów, ponad doba na rowerze, hektolitry herbaty z cukrem, kilka kryzysów i dokładnie zero powodów, żeby robić to ponownie.
Do zobaczenia za rok.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Kiedy po 10 minutach wyszedłem, znalazłem go - jak przystało na prawdziwego ultrasa - śpiącego na trawie przy koszu na śmieci.
Z kolegą Michałem (ten co wydawał trackery GPS) często śmieszkujemy, że kiedyś zrobimy konkurs pt: "Ultras czy bezdomny". Będzie trzeba po zdjęciach wybierać i to będzie naprawdę trudne. A mamy sporą bazę zdjęć
@fonfi mój maks aktualnie to 23 km, więc wyrazy szacunku, na szczęście, gdy osiągnę ten pułap co ty, to będę za stara by jeździć. Co mnie natomiast urzekło, to nie historie o upale, zmęczeniu i cukrze, ale to, że będziesz chodził tydzień bez majtek xdddddd