"Wind Orca" zrobiła szkodę parkingową (nabrzeżną!?) z innym statkiem. Może skończyłoby się na spisaniu oświadczenia I wymianie OC ale zrobił się przypau, bo rozjebali jeszcze jeden z portów CH dzwigów (suwnicę?), a operator wylądował w szpitalu.
Czyli nie będzie już tylko pokolizyjna w ogłoszeniach.
#statki #shipboners #morze #wypadki #anglia
Nasz marynarz @bartek555 powie, że to standard i nie ma.zadnej afery 🤔😅
@zomers to nie jest Toledo, ono lepiej by ochroniło pasażerów, przy takim uderzeniu. To jest Cordoba, ona dobrze zachowuje się przy uderzeniach, ale tak samo, jak i Ibiza, pasażerów wcale nie chroni, co jest dziwne, bo Polo, na którym bazują, jest pod tym względem dużo lepszy.
Nie wiem, z czego to wynika, ale jakoś tak to auto ma, mogę tylko spekulować, że wprowadzane zmiany, między bazowym Polo a Seatami, nie były do końca badane pod względem bezpieczeństwa.
#jumanezfb bo w sumie nie każdy ma a materiał zacny i nigdy ever o tym nie słyszałem
FB: strefamilczenia
Katastrofa w Luboniu (1972): noc, w której pył ziemniaczany rozerwał fabrykę
Zima 1972 roku w podpoznańskim Luboniu pachniała krochmalem i przemysłowym pyłem. Wielkopolskie Przedsiębiorstwo Przemysłu Ziemniaczanego, powstałe w 1970 roku z zakładów, których niemieccy przemysłowcy zaczęli budowę jeszcze w listopadzie 1904 roku, dyktowało rytm życia całego miasta. Wtorkowa noc 22 lutego nie zapowiadała tragedii, choć w powietrzu dosłownie wisiało niewidzialne zagrożenie.
Krótko przed północą, o godzinie 23:07, z czterokondygnacyjnego gmachu dekstryniarni buchnął gęsty obłok pyłu, a ułamek sekundy później potężny błysk rozdarł ciemność. Gigantyczna fala uderzeniowa wybiła szyby w całej okolicy i zmiotła budynek piętro po piętrze. Masywny gmach o kubaturze 10 500 metrów sześciennych przestał istnieć, zamieniając się w deszcz płonącego gruzu, miażdżonej stali i zniszczonych maszyn. Siła eksplozji rozrzuciła odłamki na kilkadziesiąt metrów, a fragment rozerwanego wagonu kolejowego z bocznicy przeleciał około stu metrów i wbił się w budynek po drugiej stronie torów. Pod tonami betonu znalazła się cała nocna zmiana. Dla 17 osób była to ostatnia noc w życiu, a 10 kolejnych zostało ciężko rannych.
Zakład specjalizował się w wytwarzaniu dekstryny, organicznego związku z grupy złożonych węglowodanów, pożądanego w przemyśle włókienniczym i papierniczym, w produkcji klejów oraz w farmacji, gdzie służy między innymi do wyrobu otoczek tabletek. Otrzymywano ją przez zakwaszanie skrobi ziemniaczanej i jej wielogodzinne wygrzewanie bądź prażenie w temperaturze sięgającej 180°C. Powstający przy tym drobny proszek miał jednak mroczną właściwość, bo był wysoce wybuchowy. Pył dekstrynowy zawieszony w zamkniętej przestrzeni zachowuje się niczym opary benzyny. Ogromna powierzchnia kontaktu drobin z tlenem sprawia, że do zapłonu wystarczy minimalne źródło energii, jedna iskra albo wyładowanie elektrostatyczne.
Fala uderzeniowa z pierwszego, lokalnego wybuchu strząsa wówczas ze ścian i urządzeń zalegające tam tony pyłu, tworząc nową, gigantyczną chmurę, która natychmiast ulega wtórnemu, niszczycielskiemu wybuchowi. Właśnie ten mechanizm, seria następujących po sobie eksplozji rozpoczęta na najniższej kondygnacji, sprawił, że potężny gmach rozpadł się jak domek z kart.
Katastrofa nie była nieszczęśliwym zrządzeniem losu, lecz efektem systemowych błędów, w których plan gospodarczy wygrywał ze zdrowym rozsądkiem. Początek lat siedemdziesiątych to czas gierkowskiego przyspieszenia. Zaledwie trzy miesiące przed tragedią, w grudniu 1971 roku, odbył się VI Zjazd PZPR, a w styczniu 1972 roku, na apel centrali, załoga w Luboniu zobowiązała się do dodatkowej, ponadplanowej produkcji o wartości 7,6 miliona złotych. Presja była ogromna, zwłaszcza że za niewykonanie planu pracownikom odebrano premię. Praca odbywała się na skrajnie wyeksploatowanym sprzęcie, którego część pamiętała początek wieku, oraz na nowych, niesprawdzonych i awaryjnych maszynach, działających w trybie próbnym i wymuszających częste przestoje. Na domiar złego, aby sprostać zamówieniom, zakład zaczął sprowadzać mączkę z Holandii. Surowiec ten był znacznie drobniej zmielony niż krajowy, co doprowadziło do drastycznego wzrostu zapylenia. W samej hali widoczność spadała poniżej dwóch metrów, a pył osiadał grubą warstwą na konstrukcji i na drzewach wokół zakładu.
Potwierdzali to nawet inspektorzy przeprowadzający kontrole, oceniając warunki pracy jako bardzo trudne i wytykając kierownictwu brak właściwej wentylacji.
Sygnały ostrzegawcze ignorowano z systematyczną konsekwencją. Powołana po katastrofie komisja wyliczyła całą litanię zaniedbań: utrzymujące się od lat nadmierne zapylenie i stężenie palnych gazów, brak zabezpieczeń urządzeń przed iskrzeniem mechanicznym i wyładowaniami elektrostatycznymi, przekraczanie bezpiecznych norm produkcji oraz wadliwy system wyciągowo-wentylacyjny. Kilka lat przed tragedią usunięto znaczną część instalacji odpylającej, nie zastępując jej skutecznym systemem, który w fabryce tego typu jest absolutną koniecznością. Pracownicy sami wyłączali urządzenia sygnalizujące przekroczenie bezpiecznych parametrów, bo uruchamiały się zbyt często i wymuszały przestoje. Z relacji i odtajnionych dokumentów wynika, że załoga miała pełną świadomość zagrożenia. Już 8 lutego pracownica Wanda Grochowina podnosiła na zebraniu związkowym kwestię nadmiernego zapylenia i niebezpieczeństwa dla zdrowia. Padały też dramatyczne ostrzeżenia, że przy takim tempie cały wydział może wylecieć w powietrze. Jeszcze 21 lutego, dzień przed wybuchem, kierownik dekstryniarni bezskutecznie podnosił na radzie robotniczej sprawę przeciążenia urządzeń, w tym prototypowej suszarki.
Produkcja ruszyła jednak dalej.
Trzecia zmiana rozpoczęła się o godzinie 22:00. Według grafiku miało pracować około trzydziestu osób, lecz dwie się nie stawiły. Na terenie zakładu znajdowali się ponadto portier, dozorczyni oraz czterej ludzie skierowani do rozładunku wagonów z mączką, które właśnie wtoczyły się na bocznicę. To, co bezpośrednio zainicjowało wybuch, nigdy nie zostało ostatecznie potwierdzone, a śledczy wskazywali jedynie najbardziej prawdopodobny scenariusz: do maszyny produkcyjnej miał dostać się rozgrzany metalowy przedmiot, którego tarcie o szybko obracające się części wywołało iskrę i zapłon pyłu na najniższej kondygnacji. Pierwsza eksplozja wstrząsnęła gmachem, zrzucając z belek i ścian zalegające tygodniami tony dekstryny, co zapoczątkowało reakcję łańcuchową. Fala uderzeniowa rozebrała budynek piętro po piętrze.
Wśród obracających się w pył murów rozgrywały się jednostkowe dramaty, przerażające w swojej losowości. Roman Ostafin, czterdziestoletni wagowy z działu transportu, pracował tej nocy przy rozładunku mąki i zginął, podczas gdy jego żona Kazimiera, zatrudniona w tym samym zakładzie, wyszła z katastrofy żywa i dopiero w szpitalu dowiedziała się o śmierci męża. Śmierć nie wybierała. Pochłonęła 8 kobiet i 9 mężczyzn w wieku od 24 do 64 lat. Większość zginęła na miejscu, a część ciężko rannych zmarła w kolejnych dniach w szpitalach, między innymi Gertruda Kotecka 26 lutego i Janina Kulza 27 lutego. Wśród ofiar było pracujące na tej samej zmianie małżeństwo, Cecylia i Jan Brękowie, a najmłodszym poległym był dwudziestoczteroletni Wojciech Markiewicz.
Ofiary katastrofy, upamiętnione na lubońskiej tablicy:
- Cecylia Brek, 58 lat, i Jan Brek, 62 lata, małżeństwo z tej samej zmiany
- Stanisław Dzidek, 58 lat
- Marek Gabler, 64 lata
- Leonarda Grobelna, 43 lata
- Wanda Grochowina, 46 lat, która dwa tygodnie wcześniej ostrzegała przed zapyleniem
- Eugeniusz Hetman, 42 lata, dyżurny ślusarz
- Gertruda Kotecka, 40 lat, zmarła w szpitalu 26 lutego
- Jan Krzewiński, 36 lat, pracownik rozładunku mąki
- Zofia Kubiak, 59 lat
- Henryk Kujawa, 47 lat
- Janina Kulza, 39 lat, zmarła w szpitalu 27 lutego
- Wojciech Markiewicz, 24 lata, najmłodszy na zmianie
- Jadwiga Mendelska, 26 lat
- Stanisława Michałowska, 58 lat
- Roman Ostafin, 40 lat, wagowy przy rozładunku
- Tadeusz Sikora, 36 lat, mistrz zmianowy
Akcja ratownicza była heroiczną próbą wyrwania ocalałych z płonącego rumowiska. Pierwsi ruszyli pracownicy innych oddziałów i zakładowa straż pożarna, a po nich strażacy z lubońskiej ochotniczej straży, ratownicy z Poznania i całego województwa, pogotowie, milicja, ZOMO i wojsko. Łącznie przybyły 24 zastępy straży. Skala zniszczeń wymagała użycia 22 wywrotek, 12 koparek, 4 ładowarek, spychacza, 6 podnośników taśmowych oraz wojskowego wozu zabezpieczenia technicznego, a teren oświetlano reflektormi wojskowymi.
Ogień opanowano nad ranem, ale sama akcja ratunkowa trwała blisko 79 godzin. Usunięto przy tym około 2100 metrów sześciennych gruzu i blisko tysiąc ton urządzeń. Zakończyła się w sobotę rano 26 lutego, gdy wydobyto ciało ostatniego pracownika, Wojciecha Markiewicza. Tego samego dnia w zakładowym Klubie Fabrycznym, mieszczącym się w dawnym kinie „Wrzos”, odbyło się żałobne pożegnanie ofiar, a fabryczne syreny towarzyszyły świeckiej ceremonii. Trumny rozwieziono następnie na cmentarze według miejsca zamieszkania rodzin, między innymi do Żabikowa, gdzie spoczęli Stanisław Dzidek, Marek Gabler, Leonarda Grobelna, Gertruda Kotecka, Henryk Kujawa i Roman Ostafin, oraz do Wirów, gdzie pochowano Brękowie, Jana Krzewińskiego, Janinę Kulzę i Stanisławę Michałowską.
Społeczeństwo odpowiedziało solidarnie, mieszkańcy oddawali krew, a do ratowników dowożono ciepłe posiłki.
Podczas gdy ratownicy wciąż szukali rannych, aparat państwowy rozpoczął chłodną operację tuszowania systemowych zaniedbań. Służba Bezpieczeństwa założyła sprawę operacyjnego rozpracowania o kryptonimie „Luboń”, której celem było ustalenie przyczyn wybuchu, ale też sprawdzenie, czy nie chodziło o sabotaż lub zamach na socjalistyczny ustrój. SB pilnie monitorowała nastroje załogi, komentarze pracowników oraz opinie mieszkańców Lubonia i Poznania, gromadząc donosy, listy i raporty tajnych współpracowników. Prasa, dopuszczona do relacjonowania akcji w ograniczonym zakresie, milczała na temat rzeczywistych przyczyn. Władza obawiała się robotniczych niepokojów, zwłaszcza że nieobecność Edwarda Gierka na miejscu katastrofy budziła ciche niezadowolenie i prowokowała szepty, że gdyby rzecz działa się w górnictwie na Śląsku, reakcja centrali byłaby zupełnie inna.
Machina sprawiedliwości ruszyła, opierając się na zeznaniach 77 świadków i pracy biegłych, którzy potwierdzili rażące, wielomiesięczne uchybienia. 20 lipca 1973 roku Sąd Wojewódzki w Poznaniu skazał za nieumyślne spowodowanie śmierci czteroosobowe kierownictwo zakładu: dyrektora naczelnego Tadeusza Bęcia na 3 lata, dyrektora do spraw technicznych Zdzisława Ostaszewskiego na 2 lata, kierownika Zakładu Luboń I Stanisława Woźniaka na 2 lata oraz wicedyrektora do spraw technicznych Konrada Byszewskiego na rok i sześć miesięcy więzienia. Skazani stracili też swoje stanowiska. Straty materialne oszacowano na 28 milionów ówczesnych złotych. Nowy, nowoczesny oddział dekstryny wzniesiono w ciągu 18 miesięcy, bardziej na wschód i bliżej Warty, oddając go do użytku pod koniec października 1973 roku, a bliźniaczy zakład wybudowano w filii przedsiębiorstwa w miejscowości Staw pod Strzałkowem. Zrujnowane piwnice starego budynku, wraz z zalegającą w nich dekstryną, po prostu zasypano ziemią. Przerób ziemniaków i praca całego zakładu w Luboniu zakończyły się definitywnie w 2004 roku, dokładnie w stulecie istnienia fabryki, a tereny sprzedano prywatnym właścicielom i spółkom. Pomnik ofiar, stylizowany znicz odsłonięty w pierwszą rocznicę tragedii 22 lutego 1973 roku, po latach niedostępności przeniesiono w grudniu 2022 roku na miejski skwer przy ulicy Armii Poznań.
Zapraszam na nowoutworzoną stronę strefamilczenia.pl, gdzie znajdziecie spis wszystkich tekstów.
Dzisiaj mamy światowy dzień #rower więc idealna historia silnej woli, walki ze sobą i z przeciwnościami z naszego podwórka.
Pewnie ktoś z tagu kojarzy wypadek który miał miejsce w czerwcu 2020 r. była reprezentantka Polski w MTB, Rita Malinkiewicz, została potrącona przez samochód podczas treningu. Uderzenie było potężne, przeleciała około 17,5 metra. Doznała licznych złamań czaszki, twarzy, kręgosłupa, żeber, kości udowej oraz ciężkich obrażeń mózgu. Lekarze dawali jej minimalne szanse na przeżycie, rodzicom sugerowano że to już koniec. PRzeżyła tylko dla tego że akcję ratowniczą ogarnęła ratowniczka która przez przypadek znalazła się na tej samej drodze.
Do wypadku doszło w Wilkowicach, na odcinku drogi, która łączy Bielsko-Białą i Żywiec. Kobieta kierująca oplem z niewiadomych przyczyn zjechała z drogi i wjechała w kolarki
Przez wiele miesięcy nie było wiadomo czy przeżyje, czy kiedykolwiek odzyska kontakt ze światem. Każdy kolejny etap to jedna wielka walka: wyjście ze śpiączki, rekonstrukcja czaszki, nauka funkcjonowania, wielomiesięczna rehabilitacja kosztująca setki tysięcy złotych. Nawet podczas pierwszych ćwiczeń rehabilitacyjnych ktoś musiał podtrzymywać jej głowę, aby nie doszło do uszkodzenia rdzenia kręgowego. Do tego walka z ubezpieczycielem. Polecam obejrzeć zdjęcia z artykułu - zazwyczaj aba tym etapie kończą ludzie po takich wypadkach.
Po wypadku bała się ruchu drogowego i roweru. Przesiadła się na trycykl. Pierwsze próby kończyła płaczem i frustracją. Nie poddała się. Jeździła po parkingach Energylandii o piątej rano, pokonując dziesiątki kilometrów. Trening, rehabilitacja i ból.
A puenta?
Kobieta, której dawano kilka procent szans na przeżycie, w 2025 r. zdobyła srebrny medal mistrzostw świata w parakolarstwie, a w 2026 r. wygrała zawody Pucharu Świata i rozpoczęła walkę o kwalifikację olimpijską. Niesamowity jest jej progres w regeneracji i to że nie poddała się na żadnym etapie.
Najbardziej poruszyło mnie to że sprawczyni wypadku nigdy nie powiedziała „przepraszam” i do końca nie przyznała się do winy. Nadal trwa walka Rity o pełne odszkodowanie z ubezpieczycielem. Nie mieści mi się w głowie że kobieta która wjechała w Ritę nadal upiera się przy swoim.
Z tego co wyszukałam w internecie baba która spowodowała wypadek dostała 1 rok w zawiasach i 20 000 zł do zapłaty - czyli nic XD za to że ktoś do końca życia będzie się rehabilitował, za to że my, podatnicy do końca będziemy się dokładali do tej sprawy. Wyrok jest śmieszny. Konsekwencje prawie żadne.
Rok do dwóch w zawiasach to raczej standardowa kara nawet za śmiertelne potrącenie kogoś na drodze. Jeśli to wina zagapienia/nieuwagi i nie było innych okoliczności które mogą podnieść karę, np. nadmierna prędkość, alkohol, brak uprawnień itd. to sąd nie bardzo ma powody by wysyłać sprawcę do więzienia za pierwsze takie przewinienie.
Co tu się odjaniepawliło... Jakieś ejaje, na ostatnim kadrze motocykl zostaje na asfalcie, potem wisi na lampie na zdjęciu. Nie wiadomo co poleciało w górę - kierowca, czy co?
Godz. 22:00, śmiertelny wypadek. Samochód na prostym odcinku w środku miasta wjechał na przeciwległy pas i uderzył w inny zabijając przypadkowego kierowcę.
Pytanie z serii jakiego koloru jest trawa: kto zgadnie markę auta i wiek sprawcy? jprdl
[przypadkowa fotka z neta]
#wypadki #samochody #ruchdrogowy
@nietzsche
Dla ścisłości dodam, że zastanawiało mnie co to za marka samochodu. Sprawdziłem i dobrze przypuszczałem, że najlepsza marka, szybka, niemiecka, premium, B.M.W :>
Nie będzie żadnej autorefleksji u kierowcy. Na pewno winni są Ci co drzewa zasadzili, albo drogę krzywo wylali, pobocze krzywe było, albo on wyprzedzać musiał, bo poprzedzające samochody jechały zbyt wolno i cała sytuacja była sprowokowana - wiec standardowo prawdziwe zagrożenie powodują Ci jadący zgodnie z obowiązującymi przepisami.
A alkohol nie ma nic do rzeczy, bo on tak od 25 lat jeździ i nic się nigdy nie stało, więc to na pewno nie to. Coś innego musiało się zadziać.
Widze ze w tragedii #teamlitewka internet doszedł juz do kolejnej fazy żałoby - gniewu.
Ja rozumiem, że na świecie są spiski, ale dużo bardziej prawdopodobniejsze jest że koles po prostu zapierdalał ile silnik pozwala jak debil jak na typowego Polaka Janusza przystało
@Ragnarokk Gniew jest słuszny choć spisek niepotrzebny.
Może będzie to okazja do jakiejś narodowej refleksji co do zachowania na drogach, jakichś realnych działań w celu zwiększenia bezpieczeństwa, nacisku na budowę infrastruktury dla rowerów i pieszych, bo takich niepotrzebnych śmierci co roku są tysiące. Inne ofiary nie są tak znane, ale nadal to dramat i tragedia bliskich. Często to tak samo młodzi ludzie, którzy mogliby długo być pożytecznymi członkami społeczeństwa, żyć na pożytek dla nas wszystkich, a sprząta ich jeden bezmyślny idiota za kółkiem, dla którego pięć minut czasu, który zaoszczędzi na drodze, jest więcej warte niż życie innych ludzi.
Wiele jest smutnych historii, ale ta wyjątkowo siedzi mi w głowie. Chłopak zachował się jak należy, niestety prawie przypłacił to życiem.
"– Lekarze wybudzili chłopca ze śpiączki i co ważne – jest z nim kontakt. Rozpoznał rodziców – przekazał reporter magazynu „Uwaga" , cytowany przez TVN24.
Do wypadku doszło 14 lutego na stacji Wola Bierwiecka. 17-letni Dominik pomagał kobiecie z wózkiem wyjść z pociągu.
Gdy chciał ponownie wsiąść do pociągu, drzwi przytrzasnęły mu rękę. Pojazd ruszył, a chłopak po chwili znalazł się między składem a peronem.
W wyniku wypadku Dominik stracił część prawej dłoni, część prawej stopy oraz całą lewą nogę."
W sobotę, 5 listopada 1983 roku, o godzinie 4:00 rano, podczas wierceń na złożu gazowym Frigg w norweskim sektorze Morza Północnego, czterech nurków przebywało w systemie komór nurkowych na pokładzie platformy, który był połączony z dzwonem nurkowym za pomocą tunelu (krótkiego przejścia). Nurkami byli Edwin Arthur Coward (Brytyjczyk, 35 lat), Roy P. Lucas (Brytyjczyk, 38 lat), Bjørn Giæver Bergersen (Norweg, 29 lat) oraz Truls Hellevik (Norweg, 34 lata). Asystowało im dwóch pomocników nurkowych: William Crammond (Brytyjczyk, 32 lata) oraz Martin Saunders.
~
W chwili wypadku komory dekompresyjne 1 i 2 (wraz z trzecią komorą, która nie była wówczas używana) były połączone z dzwonem nurkowym za pomocą tunelu. Połączenie to było zabezpieczone zaciskiem obsługiwanym przez Crammonda i Saundersa, którzy byli doświadczonymi nurkami.
~
Coward i Lucas odpoczywali w komorze 2 pod ciśnieniem 9 atmosfer (atm). Dzwon nurkowy z Bergersenem i Hellevikiem został właśnie wciągnięty po nurkowaniu i połączony z tunelem. Pozostawiając mokry sprzęt w tunelu, obaj nurkowie przeszli przez tunel do komory 1.
~
Prawidłowa procedura wyglądałaby następująco:
Zamknąć drzwi dzwonu nurkowego, które były otwarte w kierunku tunelu.
Nieznacznie zwiększyć ciśnienie w dzwonie nurkowym, aby szczelnie zamknąć jego drzwi.
Zamknąć drzwi komory 1, które również były otwarte w kierunku tunelu.
Powoli obniżyć ciśnienie w tunelu, aż osiągnie 1 atm.
Otworzyć zacisk, aby odłączyć dzwon nurkowy od systemu komór.
Pierwsze dwa kroki zostały wykonane, gdy awaria mechaniczna spowodowała otwarcie zacisku uszczelniającego tunel, zanim Hellevik (nurek 4) zamknął drzwi komory. W rezultacie obie komory zostały gwałtownie zdekompresowane z 9 atmosfer do zewnętrznego ciśnienia otoczenia wynoszącego 1 atm.
~
Powietrze z ogromną siłą wydostało się z systemu komór, blokując wewnętrzne drzwi tunelu i odpychając dzwon, który uderzył w obu pomocników nurkowych. Wszyscy czterej nurkowie zginęli; jeden z pomocników, Crammond, poniósł śmierć, natomiast Saunders został ciężko ranny.