574 + 1 = 575


Tytuł: Dziki, mroczny brzeg

Autor: Charlotte McConaghy

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Filia literacka

Format: książka papierowa

ISBN: 9788384028193

Liczba stron: 336

Ocena: 5/10

Prywatny licznik: 10/30


Jest sobie mała, malownicza wyspa pomiędzy Australią a Antarktydą. Znajdują się na niej grupy badawcze oraz skrytka/bank na tysiące nasion roślin, w razie jakiejś katastrofy i gdyby trzeba było odbudować na nowo florę na naszej planecie. Niestety poziom wody podnosi się, wyspa powoli zaczyna zanikać. Pozostaje na niej tylko dozorca i jego rodzina, która oczekuje na statek, który ma ich ostatecznie zabrać z wyspy za kilka tygodni i pozostawić ją do zatonięcia.

Wtem, ocean wyrzuca na brzeg kobietę. Zarówno kobieta, jak i dozorca z rodziną skrywają przed sobą tajemnice.


No i powiem tak, zamysł podobał mi się. Sporo pobocznych wątków o ekologii. Przyjemny język, szybko mi się czytało. Jakieś małe zainteresowanie w związku z tajemnicami było. Koniec z plusów.

Przedstawienie postaci nie przemawiało do mnie. Nie czułam ich emocji. Po prostu takie meh.


Przeczytałam i po prostu jest ok.


#bookmeter #ksiazki

f6431363-0e0e-4c95-a3a9-d8bcce350bd3

Zaloguj się aby komentować

Walczył z nieprzyjemnym zapachem

I pewna myśl napawała go strachem

Że będąc z panną pod prysznicem

Obnaży przed nią swą małą tajemnicę ( ͡° ͜ʖ ͡°)

@CzosnkowySmok

Dwa lata paruję leciutkim zapachem

Ukrytej dywersji i patrze ze strachem,

Poruszę publikę, jak zimnym prysznicem?

A może przetrzymam jeszcze tajemnicę?

Zaloguj się aby komentować

573 + 1 = 574


Tytuł: Ania z Szumiących Topoli

Autor: Lucy Maud Montgomery

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Zielona Sowa

Format: książka papierowa

Liczba stron: 226

Ocena: 7/10


Kolejne 3 lata życia Ani, tym razem pracującej jako dyrektorka szkoły w Sumnerside.

Książka pisana w dużej części w formie listów do Gilberta, opisujących jej przygody i przemyślenia.

Wprowadzono tu wielu nowych bohaterów i fabuła skupia się głównie na ich perypetiach.

Mój odbiór tej części jest bardzo pozytywny, śmiałam się sporo, bo komicznych sytuacji nie brakowało, dużo ciepła dały pozytywne przemiany kolejnych bohaterów, a ci których zmienić się nie dało, przynajmniej dali się polubić 😊


Moim ulubionym bohaterem został kot Marcin i chyba mam już imię dla mojego kolejnego kota xD


#bookmeter

13611258-4f81-4754-bfdd-7867fd62aa05

Zaloguj się aby komentować

Chcę podziękować koledze @fonfi ,

że słowa dotrzymał (w com i nie wątpił)

i za to, co mi się napisać zdarzyło

dostałem nagrodę. I jest mi miło.


A będzie mi jeszcze być może milej,

kiedy butelkę przechylę za chwilę,

choć zrobię to jednak dopiero za moment,

bo najpierw proszę pozdrowić żonę.


#zafirewallem

i #naopowiesci chyba, bo to w tym konkursie nagroda

4fcfaac0-2d32-4e83-952a-8814aea7ad62

@Kaligula_Minus


Ja ją niedawno skończyłem. I mocno polecam. A w zasadzie to raczej nie zbieram przedmiotów, w tym również i książek, ale tę akurat bardzo zapragnąłem mieć gdzieś w połowie czytania egzemplarza z biblioteki i traf chciał, że tego samego dnia kiedy miałem ją zamówić, dostałem wiadomość, że wygrałem książkę. No to potraktowałem to jako znak od boga. Tylko, po lekturze, nie jestem pewien od którego.

@George_Stark Uff, czyli dotarło w całości. Cieszę się, przepraszam za zwłokę i życzę smacznego. No i pozdrawiamy, że się tak wyrażę "vice versa"

Zaloguj się aby komentować

Newsy książkowe od Whoresbane'a!


Drugi news / 31.03.2026

Wydawnictwo Vesper prezentuje wznowienie. "Omen" Davida Seltzera zaplanowano na 17 kwietnia 2026 roku. Poniżej okładka i krótko o treści.


Jeremy Thorn jest amerykańskim ambasadorem w Wielkiej Brytanii. Jego cierpiąca na depresję żona, po latach bezowocnych starań o potomstwo i kilku poronieniach, w końcu rodzi dziecko. Gdy jednak ambasador zjawia się w rzymskim szpitalu, słyszy od pracującego tam księdza, że jego nowo narodzony synek nie żyje, lecz może przyjąć dziecko, jako własne, kobiety, która zmarła podczas porodu. Thorn zgadza się na propozycję duchownego, nikomu o tym nie mówiąc, nawet żonie. Chłopcu nadano imię Damien. Kilka lat później, podczas hucznej imprezy urodzinowej czteroletniego już Damiena, jego niania popełnia samobójstwo. To jedynie początek całej serii tajemniczych i złowróżbnych wydarzeń, które Thorn będzie próbował zrozumieć, aby zapobiec kolejnym nieszczęściom...


#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach

Chcesz mnie wesprzeć? Mój Onlyfans ( ͡° ͜ʖ ͡°)

⇒ patronite.pl/ksiazkiWhoresbane

suppi.pl/ksiazkiwhoresbane

#ksiazki #czytajzhejto #vesper #horror #davidseltzer #omen

6d63f408-17af-4522-af8f-81bac6c7a1f9

Wydanie w twardej oprawie obejmuje 248 stron, w cenie detalicznej 54,90 zł.


Wołam grzmocących newsa:

@HerrJacuch @bori @Fafalala @Kaligula_Minus @Shagot @suseu @Kronos @Fly_agaric @cyberpunkowy_neuromantyk @fonfi @l__p @vredo @Endrevoir @bojowonastawionaowca @GEKONIK

Zaloguj się aby komentować

572 + 1 = 573


Tytuł: Nic mnie nie złamie. Zapanuj nad swoim umysłem i pokonaj przeciwności losu

Autor: David Goggins

Kategoria: memoir

Wydawnictwo: Galaktyka

Format: książka papierowa

Liczba stron: 368

Ocena: 7/10


Prywatny licznik: 16/48


Kto choć trochę łyknął motywacyjnego gówna z youtuba, ten na pewno słyszał o Gogginsie - byłym Navy Sealsie, który lubuje się w ultra (maratonach, triathlonach, etc.). Opisuje on swoje życie, od dzieciństwa, po dostanie się do jednostek specjalnych, pierwsze biegi ultra, aż do łamanie rekordu w podciąganiu się w 24h.


Ogólnie jest to książka motywacyjna, w której Goggins prezentuje swoje techniki - głównie "zesraj się, a nie daj się", jednak jest to zbyt duże uproszczenie. Proponuje on, m.in.:

- abyśmy zmierzyli się z swoimi ograniczeniami (historia z dzieciństwa, etc.),

- nie okłamywali się,

- wychodzili poza swoją strefę komfortu,

- wizualizowali sukces i drogę, która do niego doprowadza,

- stworzyli "słój z ciasteczkami", tj. wcześniejsze sukcesy, do których możemy wrócić w gorszych okresach.


Warta przeczytania


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #czytajzhejto #ksiazki #czytamponocach

cb1d10c3-eb09-4a32-8bb9-32360fd6b10f

Zaloguj się aby komentować

571 + 1 = 572


Tytuł: Ja, robot

Autor: Isaac Asimov

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Rebis

Format: e-book

Liczba stron: 240

Ocena: 8/10


Prywatny licznik: 15/48


Zbiór opowiadań, połączonych ze sobą wspólnymi bohaterami, w których dr Susan Calvin opowiada historię robotyki. Wszystkie opowieści oscylują wokół Trzech Praw Robotyki i problemów jakie one mogą generować.


Wciągająca, dobrze napisana i bardzo przyjemna lektura!


#czytelniczebingo 12/25 - SF, w którym technologia jest moralnym problemem


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #czytajzhejto #ksiazki #czytamponocach

609bc756-495e-47fc-a26a-8e0d305291e3
4dc0c10c-240d-4286-a425-fe75eb3a9b04

Zaloguj się aby komentować

570 + 1 = 571


Tytuł: Lew, czarownica i stara szafa

Autor: C. S. Lewis

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Media Rodzina

Format: e-book

Liczba stron: 184

Ocena: 5/10


Prywatny licznik: 14/48


Od dawien dawna chciałem przeczytać tę książkę - klasyczek fantasy. No i powiem wam, że gdyby młodemu się nie podobało, to zmarnowałbym czas xD Średnio mi się podobało, bo była to zbyt banalna opowieść jak dla mnie. Motywy chrześcijańskie zostawiały nieprzyjemny posmak na języku, jednak spodziewałem się, że będą bardziej nachalne.


#czytelniczebingo 11/25 - Klasyk fantasy, którego nie przeczytałeś/aś

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #czytajzhejto #ksiazki #czytamponocach

504b9512-c8cb-4896-bfa7-847169cf08dc
cd64fef9-3469-4fcf-b380-2a0644c0553a

Zaloguj się aby komentować

569 + 1 = 570


Tytuł: Żmija

Autor: Andrzej Sapkowski

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: superNOWA

Format: e-book

Liczba stron: 250

Ocena: 6/10


Prywatny licznik: 13/48


Trzeba nadrabiać wrzucanie książek z marca, bo się kilka zebrało


To nie jest taka zła książka. Czytało mi się przyjemnie. Jednak jak na Sapkowskiego, to nie są to jego wyżyny. Miałem wrażenie, że miał on pomysł na dłuższe opowiadanie, a postanowiono z tego zrobić powieść.


#czytelniczebingo 10/25 - Powrót do autora, którego już lubisz


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #czytajzhejto #ksiazki #czytamponocach

8b21809c-1923-4cc4-a89a-40c8dd79eb8f
38ce52de-132d-473b-9486-546fae24f560

@Vampiress oj nie zgodzę się. Sapek ma warsztat - tutaj wątki fantastyczno/historyczne zostały po prostu potraktowane po macoszemu. Wydaje mi się, że gdyby je bardziej rozbudował, to mielibyśmy lepszą książkę

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Skoro prawie miesiąc temu, przy okazji otwarcia XXV edycji zabawy #naopowiesci, zostałem przez kolegę @George_Stark wywołany do tablicy, to niezręcznie byłoby po raz kolejny robić uniki. Jako że temat opowiadania miał nawiązywać do "porażki, nieporozumienia, albo innego pszypału", to zapraszam Państwa do lektury krótkiego opowiadania (~1170 słów) o Rzesiu, które dodatkowo nawiązuje do tematu edycji XXIII (Sekrety małych miejscowości/wsi - mroczne, pozytywne, jakie tylko chcecie), czym mam nadzieję zmniejszę sobie o 1 (słownie: jeden) liczbę zaległych prac.


Pozwolę sobie jeszcze dodać, że historia Rzesia (a dokładnie sama jej końcówka) oparta jest na "faktach autentycznych".




Rzesio


Cześć. Mam na imię Rzesiek i mam 19 lat. Mam też dziewczynę. To znaczy jeszcze wczoraj wieczorem miałem. Miałem też przestać być prawiczkiem. Niestety prawiczkiem jestem nadal, ale za to nie mam już dziewczyny. Mam natomiast chwilę, żeby opowiedzieć Wam jak to się stało, że jest czwarta nad ranem, a ja siedzę na przystanku pod jednym z warszawskich szpitali czekając na nocny autobus. Ale zacznijmy od początku.


A więc, tak jak mówiłem, mam na imię Rzesiek. Tak - właśnie Rzesiek. To zdrobnienie od Rzegosz. I tak - macie rację - takie imię nie istnieje. A przynajmniej w żadnym znanym mi spisie, co nie zmienia faktu, że tak właśnie zostałem ochrzczony. Ale do genezy mojego oryginalnego imienia zaraz dojdziemy, bo jest ono tylko jedną z serii wielu pomyłek i porażek, z których składa się całe moje życie.


Zaczęło się dość wcześnie, bo już w dniu moich narodzin. Matka moja, Halina, prowadziła dwa domy: swój własny i plebanię, gdzie była gospodynią u proboszcza. Przyzwyczajona do codziennych trudów, nieważne — gorączka, grypa czy ostatnie tygodnie ciąży — wszystko musiało być poprane, posprzątane, a obiad ugotowany.


Dlatego też, na tydzień przed wyznaczoną datą porodu, matka uznała, że umyje okna na plebanii, no bo “co by też ludzie powiedzieli jakby na Wielkanoc brudne zostały”. Okna były wysokie, więc żeby do nich dosięgnąć, wdrapała się na drabinę.


Czy to lekarz źle oszacował termin, czy matce nie wyszły obliczenia w kalendarzyku — faktem jest, że kiedy siedziała na tej drabinie, wody odeszły jej prosto na stojącego pod spodem, a często towarzyszącego jej w pracach domowych, wikarego.


Kiedy w szpitalu, po wielu godzinach, w końcu matka wydała mnie na świat, resztką sił zrobiła lekarzowi awanturę, że jej dziecko podmienił. Była święcie przekonana, że spodziewa się córki, bo przecież wszystko zaplanowała dokładnie tak, jak radziły jej własna matka i babka. Poczyniła odpowiednie pomiary, wyniki zanotowała w kalendarzyku, nie dała się ojcu do siebie dobrać inaczej niż “po misjonarsku”, założyła kalosze, zostawiła otwarte okno, a pod łóżkiem schowała siekierę.


Za to ojciec na wieść, że ma syna, przez trzy dni upajał się w domu szczęściem. I alkoholem. Po czym, trwając w tym stanie, pojechał zarejestrować mnie w Urzędzie Stanu Cywilnego, gdzie przy pomocy długopisu i szwagra wypełnił wniosek, wpisując w rubrykę “imię” - Rzegosz. Kiedy zaskoczona urzędniczka próbowała się upewnić, czy nie chodzi przypadkiem o Grzegorza, oburzony ojciec czknął i odpowiedział:


– No pszesiesz yba wyraśśnie napisałę, żże Rzegosz!


A że imię spełniało wszystkie wymogi polskiego prawa - nie było ośmieszające, nie było nieprzyzwoite, pozwalało jednoznacznie określić moją płeć i było, przynajmniej teoretycznie, zgodne z polską pisownią - urzędniczka z rezygnacją przybiła na wniosku pieczątkę. Czym, nomem omen, przypieczętowała mój los.


Zresztą historię tę znam jedynie z opowieści matki i jej brata, wujka Andrzeja, bo ojca w zasadzie nie pamiętam. Kilka miesięcy po moich narodzinach zostawił nas, wyjechał za granicę i słuch po nim zaginął. A to wszystko przez włosy. Moje włosy.


Kiedy się urodziłem, miałem na głowie czarną jak węgiel czuprynę. Jednak po kilku miesiącach te miękkie włoski, jak u wszystkich dzieci, całkowicie się wytarły, a w ich miejsce zaczęły wyrastać nowe - rude. Zupełnie jak u młodego wikarego. Ojciec doszedł do - prawdopodobnie słusznych - wniosków, że matka zbyt mocno zaangażowała się w “pracę” na plebanii. Co mogłoby też tłumaczyć, dlaczego wszystkie jej starania o córkę, podejmowane w domowej alkowie, zakończyły się fiaskiem.


No więc nie dość, że Rzesio - to na dodatek rudy.


Po odejściu ojca matka wzięła na siebie wszelkie obowiązki związane z utrzymaniem rodziny i dwóch domów, więc na wychowywanie mnie nie starczało jej już ani czasu, ani sił. Dlatego plątałem się między domem - gdzie doglądała mnie babka, a plebanią - gdzie potykali się o mnie proboszcz z wikarym.


Z tego okresu najbardziej utkwiły mi w pamięci tradycyjne metody lecznicze babki. Za każdym razem, kiedy się przeziębiłem i miałem dreszcze, zamiast zabrać mnie do lekarza, zamykała mnie na “trzy zdrowaśki” w piekarniku. Żeby mieć pewność, że jej modlitwy zostaną usłyszane i - co ważniejsze - zrozumiane, odmawiała je bardzo starannie. Czyli głośno i powoli. Z powodu tej babcinej pobożności do dzisiaj mam na plecach i pośladkach blizny po oparzeniach.


Dla odmiany, kiedy dostawałem gorączki smarowała mnie całego spirytusem i nacierała czosnkiem, a do czoła przykładała ziemniaki. Czy to skutecznie zwalczało gorączkę? Nie wiem. Wiem za to, że pachniałem wtedy zupełnie jak wujek Andrzej, kiedy wracał wieczorem od księdza proboszcza.


Pamiętam też, że kiedy miałem jakieś siedem czy osiem lat - w każdym razie gdzieś na początku szkoły - wikary nakrył mnie z córką sąsiada, Ludmiłą, w składziku na szczotki. Ze spuszczonymi do kolan majtkami sprawdzaliśmy, czym różnią się chłopcy od dziewczynek. Zaciągnął mnie za ucho do babki, krzycząc przez całą drogę, że mnie diabeł opętał. Babka bardzo się wtedy tym diabłem przejęła, przez co musiałem przez całe popołudnie stać nago w progu, z nogami w misce z zimną wodą, żeby “złe ze mnie wyszło”.


Chyba faktycznie ta niezdrowa ciekawość na długo ze mnie wyszła, bo do dzisiaj na samą myśl o dziewczynach pieką mnie uszy i pocą się stopy.


Ale zastanawiacie się pewnie, dlaczego opowiadam Wam to wszystko o czwartej nad ranem, na przystanku pod szpitalem. Dlatego że wszystkie te - i wiele innych, na które pewnie zabrakłoby mi czasu - epizody, z których składa się całe moje życie, doprowadziły mnie właśnie tutaj.


Jakieś dwa miesiące temu zostałem zaproszony na klasową imprezę. Imprezę, która okazała się przebieraną, o czym — oczywiście — dowiedziałem się dopiero na miejscu. Na szczęście wyjściowy, błyszczący garnitur po wujku Andrzeju, w którym według babci jestem najprzystojniejszym kawalerem w okolicy, wpasował się idealnie w konwencję. To tam poznałem Krystynę.


Od słowa do słowa zaczęliśmy się spotykać. Na kawie, na spacerach, aż w końcu wczoraj poszliśmy do kina. Po seansie, kiedy odprowadziłem ją do domu, zaprosiła mnie do środka. Powiedziała, że na herbatę. Ale kiedy weszliśmy do mieszkania, okazało się, że „herbata” to tylko taka figura retoryczna i… ujmę to tak: kiedy zaprowadziła mnie do swojego pokoju, nagle bardzo zaczęły mnie piec uszy.


– Masz gumki?

– Co mam? - nie zrozumiałem

– No prezerwatywy, zabezpieczenie. Jeśli nie masz, to zejdź na dół i kup w Żabce.


Zrobiłem, jak prosiła, i już po chwili byłem z powrotem na górze. Zaprowadziła mnie do łóżka, rozebraliśmy się, po czym powiedziała:


– Daj tę gumkę.

– Nie trzeba, już użyłem.

– Jak to użyłeś?

– No tak, jak kazała ta pani w Żabce.


Krystyna przyjrzała mi się zaintrygowana. Szczególnie długo przyglądała mi się tam, na dole.


– A możesz mi powiedzieć, co dokładnie ci ta pani powiedziała?

– Oczywiście. Kiedy płaciłem, zapytałem nieśmiało, czy może mi powiedzieć, jak się tego używa. Spojrzała na mnie zaskoczona i powiedziała, że niezły ze mnie żartowniś. Na koniec, ciągle się śmiejąc, dodała, że można połknąć. (*) Więc dokupiłem wodę i zażyłem przed drzwiami.


Dalej wypadki potoczyły się już bardzo szybko: taksówka, SOR, przedstawienie dyżurnemu lekarzowi mojej niezręcznej sytuacji, a potem ponowne jej przedstawienie szerszemu gronu, bo lekarz powiedział, że jemu nikt nie uwierzy…


I tak oto jest czwarta nad ranem, siedzę na przystanku, czekając na autobus, z informacją, że jeśli mój układ pokarmowy w ciągu dwóch dni sam sobie nie poradzi w naturalny sposób, to mam wrócić na konsultację.


(*) Tak się jakoś stało, że moja mama jest (a raczej była, bo teraz jest już na emeryturze) farmaceutką, więc w swoim dość długim życiu i aptekarskim otoczeniu nasłuchałem się przeróżnych, mniej lub bardziej, zabawnych "historii z apteki". Wśród nich te ze speszonymi panami próbującymi nabyć prezerwatywy były niemalże na porządku dziennym. Od niewinnych nieporozumień, kiedy zamiast "poproszę paczkę prezerwatyw" ktoś usłyszał "poproszę paczkę białej waty", po tę o "można połknąć" wspomnianą w opowiadaniu powyżej. I o ile ta historia dzisiaj wydaje się może mało prawdopodobna, to pamiętajcie, że pochodzi ona z czasów, kiedy nie było internetu, w telewizji były tylko dwa kanały, a edukację seksualną zdobywało się na podwórku. W każdym razie idealnie mi się to wpasowało w temat bieżącej edycji #naopowiesci.


#zafirewallem #naopowiesci

Chciałem powiedzieć, że zanim jeszcze na dobre zacząłem czytać no to już się skończyło.


Za to ogromnie mi się spodobało, już na samym początku, że wikary miał śmigus-dyngus kawałek przed Wielkanocą.


A tak serio, to przeczytałbym dłuższą formę o takim Rzesiu. Może sobie tę postać kiedyś ukradnę, jak to niektórzy z wielkich literatów mieli w zwyczaju? Tym bardziej, że postać, ale i forma narracji, od razu skojarzyły mi się z Bomblem od Mirosława Nahacza, a ta książka też mi się bardzo kiedyś podobała (właśnie! – miałem też inne pozycje od tego autora przeczytać, cholera…).

@George_Stark A co do historii Rzesia, to powiem Ci, że aż żal było mi tak urywać i kończyć, bo samo się pisało. Ale za późno się za nią wziąłem (jak zwykle) i jakbym popłynął, to raczej bym się przed końcem bieżącej edycji #naopowiesci nie wyrobił

Zaloguj się aby komentować

568 + 1 = 569


Tytuł: Święty Wrocław

Autor: Łukasz Orbitowski

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Świat Książki

Format: audiobook

ISBN: 978-83-8139-609-7

Liczba stron: 286


Ocena: 2/10


Moje drugie podejście do tej książki. Pierwszy raz dotarłem do 1/3, teraz udało się do połowy.


Książka, która wywołała u mnie poczucie, że już chyba nie umiem czytać. 286 stron, wrocławska tematyka, klimat późnych lat 2000. Osadzenie akcji wydawało się perfekcyjne, a tymczasem musiałem się zmuszać żeby to czytać.


Pomysł jest fajny, i w sumie za niego te "2". Pewnego dnia na jednym z wrocławskich blokowisk mieszkańcy odkrywają coś na ścianach. Nikt nie wie co to, ale przyciąga do siebie i pochłania. Pochłania ludzi, pochłania budynek, całą okolicę. Psy uciekają, koty umierają. W końcu materia zaczyna mieć swoich wyznawców i zaczyna być nazywana Świętym Wrocławiem, a wokół osiedla gromadzą się tłumy wiernych. Całe miasto powoli pogrąża się w atmosferze chaosu, oczekiwania, niepokoju. W tym wszystkim obserwujemy, z pozoru prozaiczną historię rodzącego się związku studenta historii i uczennicy liceum, która pewnego dnia zostaje przez koleżanki zaciągnięta do Świętego Wrocławia, a jej chłopak próbuje ją stamtąd wyciągnąć.


Nie pamiętam imion bohaterów. W tej książce jest tylu bohaterów i w sumie nie wiadomo, kto jest pierwszo-, kto drugo-, kto trzecioplanowy, że nie kojarzę kompletnie jak mieli na imię. Spodziewam się, że w dalszej części książki ich losy się jakoś splatają, albo wywierają na siebie jakiś znaczący wpływ, ale już nigdy się tego nie dowiem. Książka jest okropnie przeciągnięta. Poprzednim razem przestałem czytać, bo nie mogłem się doczekać jakiegoś rozwinięcia akcji. 30% za pasem, a tu nadal wstęp. Teraz dotrwałem do połowy i chyba zaczęło się rozwinięcie, ale ono się znów ciągnie tak długo i ma tyle dziwnych zwrotów akcji, że odpuściłem. Według mnie ta powieść lepiej sprawdziłaby się jako zbiór opowiadań - każde z bohaterów to nowe opowiadanie osadzone w ich kontekście, zamiast ich historii rozpostartych na 300 stronach, co 5 rozdziałów każda. Także pomysł fajny, ale narracja katastrofalna.


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #hejtoczyta

Zaloguj się aby komentować

567 + 1 = 568


Tytuł: Paradyzja

Autor: Janusz A. Zajdel

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Aleksandria

Format: audiobook

Ocena: 9/10


Czas trwania: 5h 18m

Czytali: Mirosław Neinert, Jędrzej Hycnar, Przemysław Bawół, Paulina Holtz, Filip Kosior, Janusz Zadura, Jarosław Łukomski


“Nowy, równie wspaniały, ale o ileż tańszy świat”


Literat z Ziemi przybywa z wizytą na planetę Paradyzja - jedyną w swoim rodzaju sztuczną planetoidę orbitującą wokół większej planety Tartar - obfitującej w zasoby naturalne lecz niegościnnej jak na czeluści Hadesu przystało. Rajska, a jakżeby inaczej, Paradyzja, jest idealnym miejscem do życia, zarządzanym w 100% obiektywnie przez centralny system bezpieczeństwa. Nikt nie ma nic do ukrycia, własność prywatna nie istnieje, a o wszystkie potrzeby dba system.


Nie wiem jak ta książka przeszła cenzurę władz PRL, gdyż Zajdel ewidentnie drwi z socjalistycznych ideałów, inwigilacji i propagandy.


Znakomite dystopijne sci-fi dla ceniących wizje Orwella czy Huxleya, do których autor wyraźnie puszcza oko (Huxwell). Co szczególnie istotne, Paradyzja nie jest jedynie manifestem, ale jest również ciekawie opowiedzianą historią, może niezbyt zaskakującą, ale sprawnie utrzymującą napięcie i sprytnie wykorzystującą elementy poezji czy fizyki.


Na uwagę zasługuje również atrakcyjnie przygotowane słuchowisko ze świetnym narratorem uzupełnione subtelnymi efektami dźwiękowymi.


#bookmeter #ksiazki

bca4cfad-d63a-4ade-b552-3d6d4d39279e

Zaloguj się aby komentować

Newsy książkowe od Whoresbane'a!

Wydawnictwo Znak zapowiada nową książkę historyczną. "Słońce świeci dla Hitlera. Zwyczajne życie w III Rzeszy" Tillmanna Bendikowskiego ma zaplanowaną premierę na 20 maja 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie liczy 576 stron, w cenie detalicznej 89,99 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.

Jak oswoić świat, w którym zbrodnia jest elementem codzienności?

Czy w państwie totalitarnym można żyć zwyczajnie i być szczęśliwym?

Tillmann Bendikowski zagląda pod powierzchnię nazistowskiej propagandy i rekonstruuje codzienność mieszkańców III Rzeszy: rytuały, pozornie błahe wybory i niewinne praktyki, które przyczyniają się do rozwoju dyktatury. Kult zdrowia i ciała, wezwania do wspólnoty, szkolne programy, organizacje młodzieżowe, obowiązki społeczne i osobiste ambicje – wszystko to splata się z przemocą i systemową zbrodnią.

Autor pokazuje, jak dyktatura organizuje życie codzienne i jak głęboko wnika w sferę prywatną: od wychowania dzieci, przez relacje międzyludzkie, po marzenia. Normalność nie znika – zostaje przejęta, uformowana i podporządkowana ideologii.

To książka o tym, jak zwyczajne życie staje się narzędziem zbrodni. I o tym, jak łatwo można się w takiej normalności urządzić.


#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach

Chcesz mnie wesprzeć? Mój Onlyfans ( ͡° ͜ʖ ͡°)

⇒ patronite.pl/ksiazkiWhoresbane

suppi.pl/ksiazkiwhoresbane

#ksiazki #czytajzhejto #znak #historia #tillmannbendikowski #iiirzesza

da2b4faf-71b0-4897-a7ce-fa1527eaa7e8

Zaloguj się aby komentować

Cytat na dziś:


Śmierć znieruchomiał z osełką na ostrzu swej kosy. Skinął Rincewindowi głową na powitanie, jak jeden zawodowiec drugiemu. Potem podniósł kościsty palec do warg, czy raczej miejsca, gdzie znajdowałyby się jego wargi, gdyby je posiadał.


Terry Pratchett, Czarodzicielstwo


#uuk

Zaloguj się aby komentować

Gdzie tam ja i poezja miłosna

to jak połączenie piła plus sosna

zatem moja odpowiedź nie będzie płodna

nie zdziwi reakcja kawiarenki... chłodna

Niczym w najlepszych filmach scena milosna, Las, a w glebi on, ona i rozgrzana od nich sosna, On liczył na raz ale ona była tego dnia płodna, Erupcja tak gorąca ale na test reakcja chłodna.

To nie będzie historia miłosna

Choć panna wysoka i prosta jak sosna

A pełne biodra sugerują że płodna

Ale wyniosła i jak marzec chłodna.

Zaloguj się aby komentować

566 + 1 = 567


Tytuł: Stosy kości

Autor: J.D. Kirk

Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Format: audiobook

Liczba stron: 336

Ocena: 5/10


Pierwszy tom serii o inspektorze Jacku Loganie zaczyna się od bardzo klasycznego punktu wyjścia: zaginięcia dziecka. Problem w tym, że sprawa do złudzenia przypomina śledztwo sprzed lat, kiedy Logan "schwytał" seryjnego mordercę. Teraz jednak wszystko wygląda niemal identycznie - sposób porwania, tropy, nawet instrukcje dla rodziny - co rodzi pytanie, czy wtedy faktycznie oskarżono właściwego człowieka, czy może historia zatacza koło. A Jack zostaje przydzielony po raz drugi do "tej samej" sprawy.


Na papierze to naprawdę solidny pomysł. Powrót starej sprawy, trauma bohatera, seryjny morderca, który "nie powinien już działać" - to wszystko ma potencjał na mocny thriller. Problem w tym, że bardzo szybko zaczyna to być aż za bardzo przewidywalne. Kolejne elementy układanki układają się w znajomy schemat, a zamiast napięcia pojawia się raczej poczucie deja vu.


Największym minusem jest dla mnie właśnie ta sztampowość. Mamy tu praktycznie wszystkie znane motywy: policjant obciążony przeszłością, powrót starego złola, tykający zegar, nowy zespół, który musi najpierw obwąchać szefa zanim mu zaufa, wszędzie węszący dziennikarze, a do tego sceny, które aż proszą się o przewinięcie - jak klasyczne "jestem Rambo, idę sam na akcję, a później dostaję w głowę i tracę przytomność". To są rozwiązania, które widziało się już dziesiątki razy i tutaj nie dostają żadnego świeżego twistu. Nawet główny wątek - czyli powrót seryjnych zbrodni - zamiast budować niepokój, wydaje się zbyt oczywisty. Gdy wszystko jest "podejrzanie znajome", to zamiast intrygi pojawia się wrażenie, że książka trochę za bardzo polega na utartych, sprawdzonych schematach, zamiast je przełamywać. Na minus dorzuciłbym też fakt, że w książce giną owieczka i pies - zupełnie niepotrzebnie podbijając ciężar historii w sposób, który bardziej irytuje niż wzmacnia przekaz. Oba zwierzaki dostają po stronie dla siebie, wydłużając książkę o 2 strony, książkę, która mam wrażenie, że i tak jest za krótka. Może tego nie widać po ilości stron, ale audiobooka wciągnąłem w niecałe 3h, a książki z tego typu motywami starczają mi zazwyczaj na 4-5h


To nie jest zła książka - czyta się ją szybko, ma klimat i działa jako lekki thriller. Ale to też przykład historii, która miała potencjał na coś więcej, a ostatecznie zostaje w bardzo bezpiecznych, dobrze znanych ramach gatunku. Gdyby to był pierwszy kryminał w życiu, zanim przeczytałem dziesiątki podobnych książek i nie poznałem żadnego z oklepanych motywów, to dostałaby nawet 9/10, ale nie w obecnej sytuacji. Ta pozycja nie wnosi niczego nowego, absolutnie NICZEGO.


Na domiar złego, nawet tytuł jest spierdzielony - nie ma stosów kości, jest 1 stos i to spierdala się gościowi na łeb (sztampa po raz 1234).


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

04e28996-277c-4992-bee4-be4dabfb1a31

Zaloguj się aby komentować

565 + 1 = 566


Tytuł: Kłaki w kawie czyli moja pierwsza książka o zwierzętach

Autor: Magdalena Jaźwińska

Kategoria: biografia, autobiografia, pamiętnik

Wydawnictwo: Hajstra

Format: książka papierowa

ISBN: 978-83-961480-1-8

Liczba stron: 172

Ocena: 8/10


Jeżeli ktoś z Was był na wykopie w okolicach 2018 roku, to mógł poznać tam dziewczynę o nicku Frytusia, która właśnie zaczynała swoją przygodę z prowadzeniem domu tymczasowego dla zwierząt. Opiekowała się maleńkimi kociętami, nie spała po nocach, żeby karmić je butelką. Kibicowałam jej z całych sił, a ona dzieliła się swoimi radościami i lękami, aż wykopki nie pokazały jej swojej siły i nie zmusiły do usunięcia konta.


Magda na szczęście usunęła jedynie konto na wykopie, dalej zajmuje się osieroconymi kociętami i szczeniaczkami, miewała też pod opieką wiewiórki czy zające - teraz razem już ponad czterysta zwierząt.

Podziwiam jej pracę i bardzo lubię jej poczucie humoru, więc gdy wydała książkę, od razu ją kupiłam

A co można znaleźć w książce? Nie tylko historię Magdy i jej fundacji, ale też informacje co zrobić, gdy znajdzie się jakiegoś zwierzaczka, jak się nim zajmować i co jest ważne w mądrym wolontariacie.

Wszystko to podane z humorem i dużą dawką zdrowego rozsądku, bez niepotrzebnego rozczulania sie, ale z mnóstwem uczucia dla zwierząt.


Polecam bardzo gorąco!


#koty #psy #zwierzaczki

#bookmeter #ksiazki

d558ffce-a92b-47d1-af29-2f1b13ebbf84

Zaloguj się aby komentować

563 + 1 = 564


Tytuł: Wspomnienie Lodu - Jasnowidz

Autor: Steven Erikson

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: MAG

Format: książka papierowa

Liczba stron: 648

Ocena: 7/10


Druga część kolejnego tomu Malazanu. No, działo się. Szczególnie finałowa bitwa to kawał rozmachu, chyba jeszcze nie czytałem takiej wielkiej bitwy. Smutny koniec kilku postaci co do których się zżyło, nie będę spoilerował jakby ktoś chciał czytać. No ale jako że to Malazan to nie jest łatwo, książka lawiruje POVami w sposób dość trudny, ciężko czasami załapać co się dzieje, szczególnie w wątkach mocno mistyczno-duchowo-grotowych. Pewnie połowy nie zrozumiałem xD Ale nie poddaję się, może do końca 2027 skończę serię xD


Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki #czytajzhejto #malazan

9ad490be-1781-4d67-bdcb-98d18bddbae1

@Endrevoir uuu, patrzę mamy tutaj konesera. Ja już czytam drugi raz, przy 5-6 książce przyzwyczaisz się do grot i innych (no spoilerino) ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Mój ulubiony cykl fantasy xD

@Endrevoir w sensie konesera gatunku. Imo tylko najwytrwalsi są w stanie zrobić cały cykl ( ͡°( ͡° ͜ʖ( ͡° ͜ʖ ͡°)ʖ ͡°) ͡°)

Zaloguj się aby komentować