Jest wtorek, a właściwie jest już wtorkowe popołudnie, czyli jest już dość późno na to, żeby rozpocząć kolejną CXXXI edycję zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem. Nie opóźniając więc sprawy jeszcze bardziej poprzez silenie się na jakieś pseudoelokwencyjne popisy, od razu przedstawiam Państwu tekst:
***
Anna Piwkowska
Sonet psa o imieniu Wtorek
Gdzie jest słońce co rano gryzło mnie w nos wściekłe?
Gdzie pchła, która się karmi moim własnym ciepłem?
Gdzie ta chwila gdy byłem? Teraz tylko jestem!
Gubię się w was, umieram, wszystkie czasy przeszłe.
Moja jest teraźniejszość. Władam nią gdy w łapie
utkwi kolec. Gdy swędzi, to żyję, bo drapię.
A kiedy głód odczuwam, złoszczę się i szczekam,
a czas przyszły rozumiem, gdy na miskę czekam.
O zawiłości mowy, filozofii, czasów,
jak pięknie pachnie trawa, sarna wyszła z lasu,
gonię ją, z nosem w chmurach pewnie jej nie złowię
I nie myślę o sobie, jako o osobie.
Wolę gryźć gorzki patyk, mieć w tym burym brata,
co jak ja jest psem tylko i dzieckiem wszechświata.
***
To tyle. Dobrej zabawy!
Ale zaraz! Zaraz, Jureczku! A terminy? A zasady? A no powinny być jakieś, ale za ocenianie, zamykanie, wyłanianie i inne tego typu rzeczy odpowiada w tym tygodniu kolega @fonfi, to niech on się o to wszystko martwi. Sam tak chciał.
To ja od siebie dodam, że zasad tym razem nie ma - pełna dowolność. A bawimy się do niedzieli (05.07.2026), kiedy to w godzinach popołudniowo-wieczornych sklecę podsumowanie. A zwycięzcę jakoś tam wylosujemy
Rozdział „Wiktoria” jeszcze bardziej utwierdził mnie w przekonaniu, że żyjemy w najlepszych czasach w dziejach ludzkości. Jako dziecko nie musiałem chociażby pracować w kopalni czy w fabryce, codziennie narażając swoje życie. Jako dorosły także mam o wiele lepsze warunki pracy niż ponad sto lat temu. I tak, zdaję sobie sprawę, że miałem szczęście urodzić się w Europie, a nie w Azji czy Afryce, gdzie sytuacja ma się o wiele gorzej niż u nas. Tym bardziej staram się doceniać to, co mam.
Ciekawy był wątek kobiet walczących o swoje prawa. Trzeba tutaj podkreślić słowo „swoje”, ponieważ bardziej uprzywilejowane białe kobiety z zamożniejszych warstw społecznych nie przejmowały się sytuacją biednych czy czarnoskórych kobiet.
O historii Titanica chyba każdy słyszał, a jeśli nie, to autor w bardzo wyczerpujący sposób opisał przebieg zatonięcia krok po kroku, często odwołując się do wspomnień pasażerów. Mnie w szczególności zastanowiło, dlaczego statek nie został wyposażony w odpowiednio dużo szalup ratunkowych, żeby pomieścić wszystkich pasażerów. Chociaż nie wiem, czy to by pomogło, skoro i tak część łodzi została spuszczona częściowo pusta. Pasażerowie na początku nie uwierzyli, że grozi im niebezpieczeństwo.
Rozdział o Gustloffie to opowieść o kolejnej katastrofie morskiej, największej w historii. Podoba mi się w autorze to, że postanowił przybliżyć także postać człowieka, którego nazwiskiem został nazwany statek, żeby słuchacz poznał kontekst.
Oleg Zakirow to przykład, jak ludzie potrafią być niedoceniani pomimo sporych dokonań. Jako funkcjonariusz KGB wsławił się śledztwem w sprawie zbrodni katyńskiej, ryzykując swoją karierą i znając ZSRR, to pewnie także życiem. Gdy wyjechał do Polski, pomimo obiecanej mu przez Geremka pomocy, został przez niego zignorowany, zresztą jak przez cały aparat państwowy. W wyniku tego Oleg Zakirow przez wiele lat żył w biedzie.
Chyba mój ulubiony rozdział, czyli ten o wynalazkach. Bardzo spodobało mi się holistyczne podejście i pokazanie, jak określona potrzeba stała się matką wynalazku, którego stworzenie doprowadziło do rewolucji gospodarczej w średniowieczu. Z racji zamiłowania do książek, w szczególności przypadł mi do gustu fragment o Gutenbergu i ogółem o książkach w tamtych czasach. Wiedziałem, że nie były popularne, ale nie spodziewałem się, że były aż tak absurdalnie drogie, że za jeden wolumin można by kupić dom. Szkoda, że dzisiaj tak nie jest, oprócz naprawdę rzadkich białych kruków. :' )
No i jako że jestem fanem Czukiewskiego, to z przyjemnością przesłuchałem rozdziału o nim. Cieszy mnie, że jego praca została doceniona na tyle, że może się z niej utrzymywać i tworzyć nie tylko kolejne audiobooki, ale także filmy na YouTube.
O historii Titanica chyba każdy słyszał, a jeśli nie, to autor w bardzo wyczerpujący sposób opisał przebieg zatonięcia krok po kroku, często odwołując się do wspomnień pasażerów. Mnie w szczególności zastanowiło, dlaczego statek nie został wyposażony w odpowiednio dużo szalup ratunkowych, żeby pomieścić wszystkich pasażerów. Chociaż nie wiem, czy to by pomogło, skoro i tak część łodzi została spuszczona częściowo pusta. Pasażerowie na początku nie uwierzyli, że grozi im niebezpieczeństwo.
Bo wedle ówczesnych przepisów nie musiały. Nawet chyba Titanic spełniał normy na ponad 100% - miał ich więcej niż musiało być. A nie musiał dla całości załogi i pasażerów, bo zakładano, że szalupy służą do przewiezienia ludzi na ląd, lub na inny statek, a więc jednorazowo część pasażerów będzie czekać, łodzie będą krążyć między statkiem tonącym a lądem/ratującym zabierając mniej więcej 1/3 ludzi z pokładu.
Greebo zatopił pazury w jego ręku, co miało być przyjaznym ostrzeżeniem. Z zaskoczeniem odkrył, że przez kolczugę nie osiąga spodziewanego rezultatu.
– Dobry kotek. – Błazen postawił go na ziemi. – Idź, szukaj domu. Dowolnego domu.
Uśmiech Greeba niknął powoli, aż pozostał jedynie kot. Było to niemal równie niesamowite jak sytuacja odwrotna.
Greebo przeciągnął się i ziewnął, by ukryć zakłopotanie. Został nazwany „dobrym kotkiem" w samym środku swoich ulubionych terenów łowieckich. Mogło to poważnie zaszkodzić jego reputacji.
Nieoceniony Dzidek Jodko zdecydował się opisać swoją historię. Historię gościa, który od ponad 40 lat siedzi w scenie punkowej. Dzidek organizował koncerty, grał w kapeli Corpus X a co najważniejsze był założycielem zina "Garaż" oraz wytwórni muzycznej Rock and Roller, która przerodziła się po latach w Jimmy Jazz Records. Co mogę napisać? Dla mnie książka niesamowicie ciekawa i wciągająca, ale Dzidka miałem okazję poznać osobiście, wielokrotnie mieliśmy kontakt telefoniczny i mailowy. Płyty kupuję u niego do ponad 30 lat a do "Garażu" napisałem nawet trochę recenzji płyt. Trudno jest mi więc odnieść się do tej książki bez pozytywnych emocji i sentymentów. Mamy tutaj przegląd działalności Dzidka od początku lat 80. Autor skrupulatnie opisuje pierwsze imprezy, koncerty, kontakty towarzyskie z muzykami, kumplami, działaczami kulturalnymi, przedstawicielami TOTARTU czy też cenzurą i całym absurdem PRL-owskiej rzeczywistości. Dla starych punków lektura obowiązkowa. Innym może się wydać przesadnie naszpikowana nazwiskami, nazwami zespołów itd. Jednak jest to pozycja ewidentnie napisana dla tych, którzy albo tamte czasy pamiętają i/lub są cały czas wkręceni w klimaty muzyczne.
Powracam do cyklu po kilkunastu (kilkudziesięciu? ) latach. Tym razem czytam z młodym, co poza aspektem literackim, miało również wpływ na moją ocenę.
Przygody bodajże najsłynniejszego małoletniego czarodzieja. Harry jest sierotą i wiedzie nieszczęśliwe życie u boku ciotki, wuja i ich rozpieszczonego synalka. Wszystko zmienia się w dniu jego jedenastych urodzin, kiedy dowiaduje się, że jest czarodziejem. Wkrótce Harry rozpoczyna naukę w zamku Hogward, gdzie poznaje przyjaciół, ma masę przygód i ...
Historię Harry'ego Pottera pewnie i tak większość zna z książek lub/i filmu.
Po latach lektura jest znowu ciekawa, chociaż już mniej trzyma w napięciu.
O raju! O rety! Kończymy CXXX edycję #nasonety! Przyznam szczerze, że tydzień ten miałam tak procowity, że wraz z podsumowaniem poznałam Wasze dzieła... i wpis @fonfi wywołał mnie do odpowiedzi. A więc podsumowanie: Było płodnie, było kreatywnie, było pięknie!
Wyjmuję notatki i zaczynamy!
OD początku:
Śmierć sowy @George_Stark , z przyczyn wielkiej sympatii do sów, przyznaję dodatkowe punkty Mamy moi drodzy kolejny z sonetów krakowskich, który poniekąd staje w opozycji do pogoni za podróżami i poznawaniem świata. Jednocześnie wspomniana sowa wykazała się dużą determinacją w dążeniu do celu, który ostatecznie został osiągniety. Ostatecznie pozostajemy z pytaniem: czy było warto?
Kolejny utwór, także @George_Stark Elegia wędkarska jest swoistą modlitwą i rozmową z Bogiem. Podmiot liryczny modli się aby komary zniknęły, zostały zabrane. Przeszkadzają one w spełnianiu pasji oraz spokojnym sobotnim pobycie nad wodą. Podmiot liryczny wyraźnie daje do zrozumienia, że wędkarstwo dla niego nie jest zwyczajnym moczeniem kija, jest w nie bardzo zaangażowany i ma doświadczenie. Niestety ostatni wers wskazuje że modlitwy nie zostały wysłuchane a wspomniany przeciwnik odleciał najedzony.
Kolejny utwór jak mi wiadomo, wynikł z dyskusji na kanapie z @Endrevoir - Kiciusioreizm, Autor w swym utworze docenia i wychwala koty jako dobro zasługujące na osobną filozofie. Nawołuje on do powszechnego wyrażania miłości do kotów jako stworzeń Bożych - należy tę miłość wyrażać serdecznie i wylewnie. Pod koniec utworu autor wspomina prawdopodobnie o kobiecie, która pragnie kolejnego kota o podobnych cechach do posiadanego, nie wyrażając przy tym sprzeciwu. I dobrze.
W kolejnym utworzę widzę wyraźne nawiązanie do ,,Małego Księcia". Jest to utwór @George_Stark Szesnastowersowy sonet o liczeniu. Podmiot liryczny wykazuje osobliwą cechę ppolegającą na silnej potrzebie liczenia wszystkiego co go otacza, juz od samego początku zadajemy sobie pytanie czy istnieje kres w takim zamiłowaniu. Pod koniec utworu dowiadujemy się że jednak nie wszystko da sie policzyć, gdyż jak sama nazwa wskazuje, istnieją rzeczowniki niepoliczalne.
Następnie dołączył @fonfi z Sonet w domyśle miłosny gdzie po cichu na początku liczyłam na jakiś hymn ku urodzie żony, jednak poczułam że powoli skręcamy w kierunku urody i kształtów sonetu. Autor ubiera słowa w wyrażenia wyrażające smak, przywołując to sugestie wykwintnego dania. Pod koniec utworu zauważyć można pewne niezadowolenie nad nie odwołaniem się do zamierzonego tematu, a może dobrze się stało?
Kolejny utwór pretenduje do hymny #pletwalztwarogu zdobywając dodatkowe punkty u @AdelbertVonBimberstein . Nasz drogi @splash545 w utworze Twaróg wychwala wspomniany produkt jako bóstwo oraz dobro niezbędne do życia. Pokusiłabym się nawet że autor mógł pójść w bardzo ukrytą gre słów, przyrównując Twaróg do Swaroga, który miał niewątpliwie boskie cechy! Ostatecznie autor określa go przecież zbawieniem ludzkości.
Ostatni utwór bardzo dobrze komponuje się z dzisiejszą aurą @fonfi w Krótkiej historii o nawadnianiu wspomina swoją heroiczną walkę z upałami. Walka jest nierówna i bolesna dla podmiotu lirycznego. Jednocześnie wskazuje że nie korzysta z pomocy bliskich w tej nierównej walce. Wnioski wyborów przyszły zbyt późno. Bohater celem ostatecznego ratunku używa wody aby ochronić swoją jakże cenną głowę, jednak otrzymane efekty nie zadowoliły go... i jednak poniekąd mogą wskazywać na udar cieplny.
Moi drodzy wybór jest trudny i już z 6 razy zmieniłam zdanie i ostatecznie mimo że sie odgrażałam nepotyzmem, decyduję że kolejną edycję w #kawiarenkazafirewallem poprowadzi pogryziony @George_Stark
Jednak przede wszystkim chcę powiedzieć wszystkim: GRATUCACJE, jesteście wspaniali.
Dobra, ciul robimy ex aequo! @fonfi byłabym niezgodna z własnym sumieniem gdybym nie doceniła nawadniania. także Panowie, dogadujcie sie
“Wszystko zaczęło się na ‘Mściwym Duchu’ i wszystko to się na nim skończy.”
XXIX część cyklu Herezja Horusa
No właśnie, Herezja Horusa, a od dwudziestu kilku książek, poza kilkoma krótkimi epizodami właściwie nie było Mistrza Wojny. W “Mściwym Duchu” wracamy do Horusa i to w świetnym stylu.
W trakcie analizy kronik Wielkiej Krucjaty Horus Luperkal zauważa, że jego wspomnienia z podboju planety Molech są niekompletne. Dochodzi do wniosku, że sam Imperator ingerował w jego pamięć, co przekonuje go, iż właśnie tam znajduje się wskazówka pozwalająca Horusowi zmierzyć się z ojcem.
Jest rozmach!
Graham McNeill nauczył się coś nie coś od Dana Abnetta. Opowieść jest monumentalna i złożona. Znajdziemy w niej wszystko to, co wyróżnia najlepsze tomy cyklu: teatralne dialogi, podstęp, zdradę, zamach, walki okrętów kosmicznych, bitwy tysięcy Astartes, wojsk pancernych oraz ponad dwudziestu tytanów w tym chodzące fortece klasy Imperator. Nie zabrakło też osobistych dramatów bohaterów. Jeśli chodzi o postaci, to najbardziej spodobała mi się perspektywa Aksymanda, który zyskał najwięcej głębi.
Podobnie jak w przypadku “Niezapamiętanego Imperium” tak też i do “Mściwego Ducha” prowadzi wiele różnych wątków z poprzednich (a nawet późniejszych np. “Garro”) powieści oraz licznych opowiadań (szczególnie ”Mały Horus”), których znajomość wymagana jest do umieszczenia akcji we właściwym kontekście.
Kamień milowy fabuły Herezji Horusa i jedna z tych książek, dla których warto było przebrnąć przez szereg średniaków.
Wydawnictwo MAG przedstawia nowe wydanie trzeciego tomu Kronik Riyrii. "Śmierć Dulgath" Michaela J. Sullivana wyląduje na sklepowych półkach 21 lipca 2026 roku. Poniżej okładka i krótko o treści.
Trzy razy próbowano ją zabić. Potem wynajęto zawodowca.
A także Riyrię.
Kiedy ostatnia przedstawicielka najstarszego rodu w Avrynie staje się celem zamachów, Royce i Hadrian zostają wynajęci, żeby udaremnić spisek. Minęły trzy lata odkąd Hadrian, znużony wojną najemnik i Royce, cyniczny były zabójca, połączyli siły i zostali łotrami do wynajęcia. Wszystko układało się dobrze, dopóki nie poproszono ich, aby pomogli zapobiec morderstwu. Teraz muszę udać się do starodawnego zakątka świata, żeby ocalić tajemniczą kobietę, która wie więcej na temat Royce’a niż to bezpieczne i mniej dba o własne bezpieczeństwo, niż nakazuje zdrowy rozsądek.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Ja to się dopiero przed chwilą zorientowałem, że koleżanka @Evivalarte, to nam konkretne tematy prac do napisania zadała. Pewnie dlatego bieżąca edycja wciąż trwa. No więc wybrałem sobie jeden z brakujących tematów i zapraszam do lektury wytworu, który w bardzo luźny sposób nawiązuje do "szklanki z wodą".
Kolejny urlop w Polsce to okazja na wizytę w księgarni i przytarganie kilku nowych pozycji do mojej biblioteczki. Tym razem padło na klasykę polskiej powieści i kina czyli Znachora. Dołęga-Mostowicz był mi polecany przez kilka osób i w sumie bardziej polowałem na Karierę Nikodema Dyzmy, która niestety była wyprzedana - smuteczek. Wziąłem więc Znachora którego ogólnie nigdy nie oglądałem w całości xD
Oczywiście znałem mniej więcej zawiązanie fabuły ale cały środek był dla mnie tajemnicą. Nie jestem pewien czy muszę streszczać fabułę takiego szlagiera, ale gwoli ścisłości historia rozgrywa się gdzieś na początku XX wieku w Polsce i opowiada historię światowej klasy chirurga który dręczony odejściem żony z córką idzie w tango i no cóż zostaje okradziony oraz pobity, przez co traci pamięć. Tułając się po świecie oraz imając się różnych prac w końcu trafia do pewnego młyna gdzie odkrywa swój talent do leczenia ludzi.
Zdziwiony byłem nieco skromną objętością książki bo spodziewałem się czegoś na kształt Lalki, Dołęga-Mostowicz jednak nie bawi się zbytnio w rozpasane opisy przyrody czy miejsc akcji i fabuła leci całkiem żwawo, momentami jak dla mnie aż nazbyt żwawo. Ogólnie jest to bardzo przyjemne czytadło i bez wahania polecam każdemu zwłaszcza jak ktoś lubi akcję osadzoną w XX leciu międzywojennym.
Postacie są mocno zarysowane a ich zachowanie i motywacje są wiarygodne, akcja jak już wspomniałem leci wartko i bez dłużyzn a wątek romantyczny jest całkiem niezły, chociaż przemiana Leszka z arystokratycznego lekkoducha w zakochanego bez pamięci adoratora jest trochę mało przekonująca. No i końcówka jest trochę meh, mam wrażenie że z jeden rozdział więcej żeby lepiej pozamykać wszystkie wątki byłby bardzo na miejscu i wydaje mi się że w filmie zostało to zmienione. Brakuje też trochę jakiegoś plot twistu, czytelnik ma wszystko podane na tacy i jedynie bohaterowie nie mają pojęcia o swoim pochodzeniu i powiązaniach, niemniej jednak nie uważam tego za jakiś duży minus.
Po bardzo udanych „Rozbłyskach ciemności miałem nadzieję, że Andrzej Pupin domknie trylogię z równie dużym rozmachem. I choć „Piętno ciemności” nie jest książką idealną, to jest satysfakcjonującym finałem historii Jerzego i świata, który od pierwszego tomu coraz mocniej odsłaniał swoje mroczne oblicze.
Tym razem Jerzy wraca do więzienia (innego), ale role całkowicie się odwracają. Nie jest już człowiekiem działającym pod przykrywką strażnika - sam trafia za kratki jako więzień. Równolegle Barbara, która po wydarzeniach poprzedniego tomu wreszcie się odnalazła, próbuje zrobić wszystko, by wydostać go na wolność. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy dochodzi do tragicznej pomyłki. Jerzy odkrywa, że jego brat nie żyje, a ponieważ zwłoki zostają błędnie zidentyfikowane jako jego własne, Barbara otrzymuje informację, że to właśnie Jerzy zginął. Od tego momentu bohaterowie funkcjonują w dwóch zupełnie różnych rzeczywistościach - on walczy o przetrwanie, a ona próbuje pogodzić się z jego rzekomą śmiercią i wyjaśnić co się z nim stało.
Bardzo spodobało mi się prowadzenie narracji z dwóch perspektyw. W poprzednich tomach świat oglądaliśmy głównie oczami Jerzego, natomiast tutaj Barbara staje się pełnoprawną bohaterką. Dzięki temu historia zyskuje dodatkowy wymiar. Czytelnik wie więcej niż każda z postaci z osobna, co pozwala budować napięcie w zupełnie inny sposób. Obserwowanie, jak oboje próbują zrozumieć wydarzenia, dysponując zupełnie innym zestawem informacji, było jednym z najmocniejszych elementów książki.
To, co najbardziej podobało mi się w całej trylogii, czyli stopniowe odkrywanie natury Ciemności, również doczekało się satysfakcjonującego rozwinięcia. Autor nie zdradza wszystkich tajemnic od razu, ale daje wystarczająco dużo odpowiedzi, by czytelnik miał poczucie domknięcia historii. Jednocześnie świat pozostaje na tyle rozległy i niejednoznaczny, że bez problemu mógłby stać się fundamentem kolejnych opowieści.
Podobnie jak w dwóch wcześniejszych tomach, bardzo odpowiadało mi połączenie kryminału z weird fiction i urban fantasy. Nadal miałem skojarzenia z trylogią Adama Przechrzty, choć po trzech tomach mogę już śmiało powiedzieć, że Andrzej Pupin zbudował własną świetną tożsamość. Ciemność nie jest tutaj jedynie pretekstem do opowiadania historii - staje się pełnoprawnym elementem świata przedstawionego, ograniczeniem i wrogiem, który wpływa na losy bohaterów i stopniowo zmienia ich samych.
Mam jedynie wrażenie, że końcówka mogła być odrobinę dłuższa (choć książka i tak urosła względem poprzednich tomów). Autor przez dwa poprzednie tomy bardzo cierpliwie budował napięcie i kolejne tajemnice, dlatego liczyłem na jeszcze mocniejsze wybrzmienie finału. Nie jest to jednak zarzut na tyle duży, by wpłynął na moją ocenę.
„Piętno ciemności” jest bardzo dobrym zakończeniem trylogii. Rozwija bohaterów, wykorzystuje motywy z poprzednich części i zamyka najważniejsze wątki, jednocześnie pozostawiając czytelnikowi poczucie, że świat Ciemności żyje dalej. To seria, która z tomu na tom stawała się coraz lepsza, a to w literaturze gatunkowej wcale nie zdarza się często.
Jeśli pierwszy tom był obietnicą ciekawego uniwersum, drugi jego rozwinięciem, to „Piętno ciemności” jest dowodem, że Andrzej Pupin miał na tę historię pomysł od samego początku, a to jeszcze bardziej imponujące, bo to jego debiut literacki. I właśnie dlatego całą trylogię uznaję za świetną ze sporym kredytem świeżości, którego w polskim fantasy dawno nie czułem.
Jest to 128 książka w tym roku, więc i książka, która zamyka wyzwanie czytelnicze 128/128 na 2026. Jak co roku kończę regularne wpisy i od teraz będę wrzucał raczej najciekawsze i najbardziej nietypowe pozycje, które mnie urzekły + podsumowania miesiąca, kwartału i wyzwań Goodreads.
Wydawnictwo Replika ogłasza pięćdziesiąty czwarty element serii Wierzenia i zwyczaje. "Mitologia Celtów" Jerzego Gąssowskiego w księgarniach od 4 sierpnia 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie liczy 288 stron, w cenie detalicznej 59,90 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Celtowie – kultura, wierzenia i życie codzienne.
Na wiele stuleci przed naszą erą, zanim Europę zdominował Rzym, jej serce biło w rytmie indoeuropejskich plemion. Wśród nich to właśnie Celtowie zajmują szczególne miejsce i cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem kolejnych pokoleń.
Wraz z profesorem Jerzym Gąssowskim wkroczymy do świata, w którym granica między rzeczywistością a mitem niemal nie istniała. Ceniony autor zabiera nas w pasjonującą podróż do Europy sprzed wieków; do wnętrza celtyckich domostw, na pola bitew i do świętych gajów. Poznamy cywilizację, która z jednej strony przerażała antycznych Rzymian swoją dzikością i nieokiełznaną odwagą, a z drugiej – zadziwiała subtelną duchowością i niezwykłym szacunkiem do natury.
Odkryjemy bogaty świat wierzeń, silnie zakorzenionych w przyrodzie, które przenikały celtycką codzienność, nadając jej symboliczny wymiar. Usłyszymy opowieści o bogach, druidach i wojownikach, które profesor Gąssowski odmalowuje z niezwykłą dbałością o detal!
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Są książki, których wpływ na literaturę i popkulturę jest znacznie większy niż przyjemność płynąca z ich lektury. Dla mnie Żony ze Stepford są właśnie takim przypadkiem. Doskonale rozumiem, dlaczego ta powieść stała się klasyką i dlaczego do dziś funkcjonuje określenie „żona ze Stepford”. Problem w tym, że sama historia nie porwała mnie tak, jak się spodziewałem.
Fabuła rozpoczyna się, gdy Joanna Eberhart wraz z mężem i dziećmi przeprowadza się z Nowego Jorku do idealnego, spokojnego miasteczka Stepford. Wszystko wydaje się wręcz zbyt doskonałe - zadbane domy, piękne ogrody i niezwykle uprzejmi mieszkańcy. Bardzo szybko Joanna zaczyna jednak zauważać coś niepokojącego. Wszystkie kobiety w Stepford są niemal identyczne. Perfekcyjnie ubrane, zawsze uśmiechnięte, bez reszty oddane sprzątaniu, gotowaniu i uszczęśliwianiu swoich mężów. Co gorsza, nawet kobiety, które początkowo wydawały się normalne, po pewnym czasie przechodzą dziwną przemianę. Joanna próbuje odkryć, co naprawdę dzieje się w Stepford, zanim będzie za późno.
Najbardziej podobał mi się sam pomysł. Levin stworzył historię, która jest jednocześnie thrillerem, horrorem science fiction i satyrą na role społeczne oraz małżeństwo. Dzisiaj ten motyw wydaje się znajomy, ale trzeba pamiętać, że książka powstała w 1972 roku i była jedną z pierwszych, które tak otwarcie poruszały temat uprzedmiotowienia kobiet i lęku przed utratą własnej tożsamości. Nie bez powodu „żona ze Stepford” weszła na stałe do języka jako określenie kobiety idealnej... aż do przesady.
Miałem też bardzo ciekawe skojarzenie z sagą Blackwater Michaela McDowella. Oczywiście są to zupełnie inne historie, ale w obu przypadkach ogromną rolę odgrywa atmosfera małego miasteczka, pod którego spokojną powierzchnią kryje się coś bardzo niepokojącego. Bohaterka trafia do zamkniętej społeczności, gdzie wszyscy zachowują się tak, jakby znali sekret, którego ona jeszcze nie odkryła. To właśnie ten powolny narastający niepokój najbardziej przypominał mi pierwsze tomy Blackwater.
Niestety sama lektura nie dostarczyła mi tylu emocji, ile obiecywał pomysł. Książka jest bardzo krótka i przez to wiele wątków rozwija się zbyt szybko, albo po łebkach. Bohaterowie pozostają dość jednowymiarowi, a napięcie, choć obecne, nie osiąga poziomu, którego oczekiwałem. Współczesny czytelnik może też dość szybko domyślić się, dokąd zmierza cała historia, bo przez ponad pięćdziesiąt lat motyw Stepford był wielokrotnie kopiowany, rozwijany, ekranizowany i reinterpretowany.
Ostatecznie bardziej doceniam Żony ze Stepford za ich znaczenie dla gatunku niż za samą historię. To książka, bez której prawdopodobnie nie powstałoby wiele późniejszych thrillerów i horrorów psychologicznych, ale jako samodzielna lektura pozostawiła mnie ze sporym niedosytem.
@WujekAlien pamiętam, ze kiedy miałem naście lat to mi się bardzo podobał pomysł tej książki. No ale to były czasy gdy wciągałem dużo tanich, kieszonkowych wydań z serii Amber Horror, których pełno było w osiedlowej bibliotece.
Po całkiem udanym pierwszym tomie miałem nadzieję, że Andrzej Pupin pójdzie w stronę rozwijania stworzonego świata, zamiast jedynie powtarzać sprawdzony schemat. I dokładnie to zrobił. Rozbłyski ciemności są dla mnie wyraźnie lepszą książką od Szeptów ciemności. Nadal dostajemy mieszankę kryminału, fantasy i weird fiction, ale tym razem autor znacznie śmielej odsłania karty i pozwala czytelnikowi lepiej zrozumieć zarówno głównego bohatera, jak i naturę samej Ciemności.
Jerzy coraz mocniej odnajduje się w świecie, o którego istnieniu jeszcze niedawno nie miał pojęcia. Wiemy już więcej o jego przeszłości, o zasadach rządzących nadnaturalną rzeczywistością i o tym, czym właściwie jest Ciemność. Paradoksalnie jednak wraz z kolejnymi odpowiedziami pojawiają się nowe pytania.
Najbardziej intrygujący pozostaje wątek kobiet z otoczenia Jerzego. Po wydarzeniach z pierwszego tomu znów dochodzi do tajemniczego zniknięcia - tym razem przepada Barbara, jego bogata wspólniczka z agencji detektywistycznej. Problem staje się jeszcze bardziej osobisty, gdy znika również adoptowana przez nią dziewczynka, Zofia, którą Jerzy miał się opiekować podczas nieobecności Barbary. Od tego momentu śledztwo przestaje być jedynie kolejną sprawą detektywistyczną. Staje się czymś znacznie bardziej osobistym.
Bardzo podobało mi się połączenie dwóch pozornie niezależnych historii. Z jednej strony Jerzy prowadzi zawodowe śledztwo, z drugiej desperacko próbuje odnaleźć Zofię, z trzeciej dalej pamięta o ukochanej Wandzie, którą utracił w 1 tomie. Oczywiście czytelnik przeczuwa, że oba wątki muszą się w końcu połączyć, ale autor robi to w sposób naturalny i satysfakcjonujący. Dzięki temu książka ani przez chwilę nie sprawia wrażenia dwóch historii zszytych na siłę.
Świetnie wypada również fragment rozgrywający się na więziennej farmie. Jerzy, działając pod przykrywką strażnika, próbuje od środka zrozumieć, co naprawdę dzieje się w tym miejscu. To jedna z najciekawszych części książki, a zarazem największa. Czego się kompletnie nie spodziewałem, gdy się zaczynała. Zamiast klasycznego śledztwa dostajemy infiltrację zamkniętego środowiska, w którym nie wiadomo, komu można zaufać, a atmosfera z każdą kolejną stroną robi się coraz bardziej niepokojąca.
To właśnie klimat pozostaje największym atutem serii. Nadal miałem skojarzenia z Materią Primą Adama Przechrzty - światem, w którym magia i nadprzyrodzone zjawiska funkcjonują tuż obok codzienności, choć większość ludzi nie ma o nich pojęcia. Mam jednak wrażenie, że Pupin coraz śmielej buduje własną tożsamość i nie ogranicza się już tylko do samego motywu przenikania dwóch światów.
Najbardziej cieszy mnie to, że drugi tom rozwija praktycznie każdy element pierwszego. Bohater jest ciekawszy, nie jest taką sierotą, świat jest bardziej rozbudowany, Ciemność staje się bardziej zrozumiała, a sama intryga ma większy rozmach. Jednocześnie autor zachowuje wystarczająco dużo tajemnic, by po zakończeniu lektury od razu chcieć sięgnąć po kolejny tom. Więc mój plan z wciągnięciem całej trylogii w wekeend pasuje tu jak ulał.
Na minus - świat astralny, sam zamysł super, każdy bohater ma reprezentację w tym świecie i jest to nietypowe/zmodyfikowane stworzenie. Wszyscy po za Jerzym zdają się mieć zwierzątko lądowe albo morski, a on ma Anioła (dlaczego?). Ale to nie jest jedyny zgrzyt, bo Jerzy wchodzi w postać astralną od czasu do czasu i nie do końca ma to uzasadnienie. Gdy prowadzi śledztwo i szuka tropów, to ten przypadek użycia jest ok, ale niewiele później wie, że na więzienie robią rajd sowieci i wtedy jakby zapomina o tej umiejętności. Choć sama walka z nimi jest świetna i mega mi się podobała.
"Rozbłyski ciemności" to przykład kontynuacji, która robi dokładnie to, czego oczekuję od drugiego tomu serii - nie powiela pierwszej części, tylko rozwija jej najmocniejsze elementy. Dzięki temu bawiłem się jeszcze lepiej niż przy "Szeptach ciemności", a świat i Jerzy dali się polubić jeszcze bardziej.
Bardzo dobre fantasy dla kogoś takiego jak ja, kto nie ma lęki przed tym gatunkiem przed zbyt dużą ilością nazw własnych, za bardzo pokręconą fabułą, zbyt dużą ilością bohaterów. Tutaj mamy stosunkowo prosta fabułę, bardzo przyjemnie to wszystko jest napisane co tylko zwiększa przyjemność z czytania. Świat przedstawiony jest klimatyczny, czytając o Ostatnim Imperatorze czuje się jego wielkość wylewającą się z kartek. Podobał mi się tu też system magii oparty na metalach co trochę sprawiało wrażenie, że ta magia jest bardziej przyziemna i przypadło mi to do gustu. No i główna bohaterka, którą bardzo polubiłem, charakterna, nie dająca sobie w kaszkę dmuchać, bardzo lubiłem z nią "spędzać czas" czytając
@kopytakonia spermisz do... Kurde była taka nijaka, że aż imienia zapomniałem xD
Dla mnie to był taki średniaczek mocny- czytałem tylko dlatego bo zacząłem od archiwum burzowego światła i dam ci radę. Jak kolejna część nie podejdzie po kilkudziesięciu stronach to się nie męcz bo to było takie gówno jakiego w życiu dawno nie czytałem.
Od razu skacz do Archiwum burzowego światła bo tam Sanderson trochę pracował nad stylem.