Zdjęcie w tle

Cori01

Sum
  • 72wpisy
  • 370komentarzy

ZYCIE TO PUZZLE

Od jakiegoś czasu mam silną potrzebę robienia czegoś, co wymaga manualnych zdolności, czegoś, co można dotknąć, poczuć i zobaczyć efekty swojej pracy. Pewnie to wynik pracy biurowej, gdzie rezultaty są „niewidoczne”, nie można stanąć obok nich i ich podziwiać. Oprócz sklejania modeli czy kolorowania, padło też na puzzle.

Spontanicznie kupiłam zestaw puzzli z 1000 elementów i zaczęłam układać.

Porwało mnie to na długie godziny. Dawno nie miałam takiego poczucia, że myśląc, iż minęło pięć minut, naprawdę minęło pół godziny. Tak mnie to pochłonęło, że czas przestał istnieć. I choć była to czynność przyjemna i satysfakcjonująca, miała też dodatkowy wymiar, wiele myśli zaczęło układać mi się w głowie, zwłaszcza wtedy, gdy miałam trudność ze znalezieniem odpowiedniego kawałka.

Kiedyś mój przyjaciel powiedział: „Życie to szachy”, cytując jednego ze swoich ulubionych szachistów. Ja jednak, pół żartem, pół serio, powiem: życie to puzzle.

Sam proces ich układania można porównać do zmagania się z trudnościami czy nauki nowej umiejętności.

Na początku wydaje się łatwo, układasz ramkę z kawałków wyraźnie odróżniających się od reszty. To idzie prosto, po prostu zaczynasz i stawiasz pierwsze kroki. Ale co dalej? Zostaje masa elementów, które trzeba w jakiś sposób posortować. To zajmuje mnóstwo czasu, a progres nie jest tak wyraźny jak na początku. W życiu często mówi się, że najtrudniej jest zacząć. Ja się z tym nie zgadzam. Najtrudniejsze jest nie przestraszyć się przy pierwszych trudnościach, schować dumę i szukać rozwiązań poprzez poszerzanie wiedzy i doświadczeń innych. To układanie planu, podejmowanie prób i niezałamywanie się, gdy te próby nie przynoszą od razu efektu jest najcięższe do pokonania.

Frustracja przychodzi, kiedy nie możemy znaleźć jednego puzzla, na którym się zafiksowaliśmy. Zamiast odpuścić i iść dalej, maniakalnie go szukamy, choć i tak prędzej czy później się znajdzie. Jednak jak w życiu, skupiamy się na tym, czego nam brakuje, zamiast po prostu iść dalej i robić swoje.

Czasem okazuje się, że poszukiwany element był tuż obok, a nawet w naszej dłoni, tylko źle próbowaliśmy go dopasować. To frustruje jeszcze bardziej. Ale życie uczy, że nic na siłę, wciskanie niepasującego puzzla nie sprawi, że magicznie zacznie pasować. Trzeba umieć odpuścić i iść dalej, byle nie cofać się w progresie który udało się osiągnąć. Trzeba umieć też dać sobie czas, nie ma nic od razu to, że jedne puzzle znajdujemy szybko to nie znaczy, że zawsze tak będzie i na odwrót.

Jak w wielu dziedzinach, przychodzi też moment, w którym winimy wszystko i wszystkich, tylko nie siebie. Nie mogę znaleźć puzzla? Pewnie się zgubił albo trafił mi się wadliwy zestaw. To na pewno nie moja wina. Tymczasem pokora to cecha, która przychodzi z wiekiem, choć nie zawsze, czasem trzeba się jej nauczyć.

Najpiękniejszy moment następuje wtedy, gdy obraz zaczyna nabierać kształtu. Gdy elementy znajdują swoje swoje miejsc w sekundę, a efekty są coraz szybciej widoczne. Wtedy trud włożony w wcześniejsze próby zaczyna przynosić czystą przyjemność i satysfakcję. W życiu ten moment również przychodzi rzadko, gdyż rzadko człowiek staje się specjalista w danej dziedzinie, ale kiedy już się pojawi, pozwala nam rozwinąć skrzydła i poczuć się po prostu dobrym w tym co robimy.

Najtrudniejszy jednak jest koniec. Gdy włożysz ostatni kawałek, pojawia się pytanie: co dalej? Pojawia się pustka. Czasem nawet dziwna chęć, by zniszczyć obraz i ułożyć go jeszcze raz, szybciej, lepiej, sprytniej. Ale zwykle do tego nie wracamy. Idziemy dalej, wybieramy nowe puzzle, nowe umiejętności, nowe trudności. Z doświadczeniem i wiedzą zdobytą wcześniej jest już po prostu łatwiej. Byle do przodu, a zawsze jest się do przodu kiedy jest się bogatszym o doświadczenie:)

#hobby #puzzle #rozkminy

0182be49-f4ac-4ec9-a286-4774c83cd03c

Zaloguj się aby komentować

"THE ROAD"

Spoilery!

                     OSTATNIE DOBRO NA ZIEMI 

„Droga” to książka uznawana za klasyk i jak najbardziej słusznie. Choć spodziewałam się, że będzie to dobra historia, to i tak mocno zaskoczyło mnie, jak przejmująca może być tak skromna opowieść o ojcu i synu, którzy przetrwali, a właściwie wciąż starają się przetrwać, apokalipsę.

Zwłaszcza, że nasza popkultura jest wręcz zalana wątkami postapo. Kanibalizm, niewolnictwo, głód, gangi, choroby to wszystko znamy aż za dobrze i często spotykamy w wizjach światów pozbawionych prawa, gdzie liczy się wyłącznie przetrwanie, a nie moralność. Więc co jeszcze może nas zaskoczyć?

A jednak autor pokazuje, że można więcej. I tym „więcej” są głębia, morał, pytania bez odpowiedzi i niedopowiedzenia, które pozwalają czytelnikowi jedynie domyślać się, co się wydarzyło lub co nadejdzie. To właśnie oferuje „Droga”, stan po przeczytaniu, w którym zadajesz sobie pytanie: czym właściwie jest dobro i czy warto o nie walczyć?

Dla Ojca było warto. To był jego cel w obliczu nieuchronnie zbliżającego się końca życia. Chciał ocalić ostatnie dobro na ziemi, jakim był jego syn. Niewinny, naiwny i altruistyczny, zupełnie niedopasowany do brutalnej rzeczywistości. Cechy, które normalnie byłyby zaletami, tutaj stawały się kulą u nogi. Bo w świecie, gdzie za puszkę gruszek ludzie są gotowi zabijać, potem zjadać samych siebie, dobroć wydaje się absurdem.

Jedna scena zapadła mi szczególnie w pamięć: chłopiec nalegał, by podzielić się odrobiną z trudem zdobytych zapasów z napotkanym samotnym starcem. Ojciec, niechętnie, ale uległ. Starzec jednak nawet nie podziękował. Dlaczego? Bo, on sam dla chłopca nie zrobiłby tego samego.

Ktoś w jednej z recenzji napisał, że „Droga” to bardzo depresyjna książka. Trudno się z tym nie zgodzić. Z każdą kolejną stroną narasta strach, że bohaterom stanie się coś złego, a jednocześnie szybko traci się nadzieję, że mogą przetrwać. No i to właśnie jest najtrudniejsze zarówno dla czytelnika, jak i dla bohaterów, trwać w nadziei.

Więc przychodzi pytanie co zrobiłoby się na ich miejscu. wybrałabym decyzję, jaką podjęła matka chłopca, czyli odejść ale na własnych zasadach, bez ryzyka gwałtu, kradzieży i brutalności od ludzi których prędzej czy później się spotka, czy też walczyłaby sie o życie do końca, mając wiarę, jak jego ojciec, że o źródło dobra warto walczyć, nawet jeśli wydaje się ono zupełnie niepasujące do zastanego świata?

#ksiazki #rozkminy

3badfb22-e8d0-46af-9838-db4761051b51

Zaloguj się aby komentować

ŹRÓDŁO WRAŻLIWOŚCI


Mam takie pytanie do ludzi, którzy wychowali się na wsi, ale takiej prawdziwej że zwierzętami pod opieką. Nie wiem czy znajdą się tacy, ale zastanawia mnie to co właściwie jest źródłem wrażliwości.


Pewnie to nic odkrywczego, że regularne patrzenie na śmierć zwierząt czy inne ich cierpienia, odczula. Jednak coś we mnie drgnęła, że kiedy sama siebie uważam, jako wrażliwa na cierpienie zwierząt i mimo że lubię też je jeść, to wydaje mi się że jakbym miała swoje zwierzęta hodowlane to bym traktowała je jak najlepiej mogę, jadły by trwake, miały sporo swojego miejsca i jadły dobre jedzonko, a w międzyczasie bym je głaskała po główce.


Jednak jak by na moją wrażliwość wpłynęło to, że bym się wychowała w takim środowisku, gdzie żyje się z hodowli zwierząt, czy wtedy też bym patrzyła na nie jak na inwentarz, a ich cierpienie nie miałoby dla mnie znaczenia? Bo przecież życie na takiej wsi to nie sielanka a ciężka robota, więc chyba wtedy wrażliwość całkowicie umyka i miłość do zwierzątek.


Stąd moje pytanie, czy ktoś się z was wychował w takim otoczeniu i jak to wpłynęło na waszą wrażliwość w stosunku do zwierząt?


#rozkminy #zwierzeta

821e5f89-dfca-474e-9a8a-1c84db60b965

@Cori01 jak na mnie to wpłynęło? Mieszkam w mieście. Nie ma co dorabiać ideologii, nasi rodzice czy dziadkowie często nie mieli innego wyboru. Gdyby nastały trudne czasy, pewnie robiłbym to samo, ale na szczęście teraz możesz iść do sklepu i kupić mięsko bez całej tej sadystycznej otoczki. Ktoś inny robi za Ciebie brudną czy tam krwawą robotę

@Cori01 jak moja babcia. Dziadek zabijał prosiaka to był kwik, hałas szarpanie i krew. To babcia głowa pod poduszkę. Kiedyś byłem u dziadków jak było świniobicie to do czasu aż posprzątali krew i flaki nie było mi wolno wychodzić na podwórko ani patrzeć przez okno. Jesteś kobietą to pewnie byś robiła to co wiele kobiet ze wsi, czyli chowała się żeby nie widzieć. A potem dostała byś mięso w blaszanej misie do roboty i robiła byś kiełbase. Nie czuła byś się z tym wspaniale ale jak byś mieszkała na takiej wsi 40 lat temu to rozumiała byś że tak wygląda życie. Nie protestowała byś i robiła swoje. A potem była byś szczęśliwa że twoje dzieci mają co jeść.

Zaloguj się aby komentować

JAK LECZYĆ KOMPLEKSY?


Jest to dla mnie bardzo osobisty wpis.Trudno mi się do tego przyznać, ale czuję, że potrzebuję wsparcia w tym temacie.


Zawsze myślałam, że portale społecznościowe nie mają wpływu na moje zdrowie psychiczne. Nie mam Instagrama, a na Facebooku prowadzilam tylko fikcyjne konto, bez znajomych itp. Mimo to od lat coś we mnie drąży.


Chodzi o przekaz, który wciąż powraca, że kobieta z wiekiem traci swoją wartość. Jako osoba z wykształceniem biologicznym rozumiem, że światem ożywionym rządzi ewolucja, a tym samym chęć spłodzenia potomstwa, więc mężczyźni naturalnie czują większy pociąg do młodych kobiet, bo są bardziej płodne i na nie wolą poświęcać swoją energie. Ale ten argument niczego nie ułatwia.


Nigdy nie korzystałam ze swojego młodzieńczego wyglądu jako „karty przetargowej”. Wręcz przeciwnie, zawsze czułam obrzydzenie, gdy starsi faceci próbowali się do mnie „przymilać”. Najbardziej wryły mi się w pamięć sceny z gimnazjum, kiedy nauczyciele gapili się na dziewczyny jak na „lolitki” śliniąc się na widok ich dekoltów. Dlatego wydawałoby się, że skoro i tak nigdy nie grałam swoją mlodoscia, to utrata tej „przewagi” nie powinna mnie boleć. A jednak boli.


Wynika to z tego, że najtrudniejsze dla mnie jest to uczucie, kiedy czuję, że ktoś patrzy na mnie z góry i ocenia mnie tylko powierzchownie. Coraz częściej natykam się na treści, które podkreślają, że kobieta traci wartość z wiekiem(w zasadzie mogłaby, być odkrywca przysłowiowych leków na raka, ale jak jest po 30 i nie ma dzieci, a nie męża to w życiu jej się nie powiodło). Zaczynam wierzyć, że wszyscy tak o mnie myślą. Wiem, że mam wokół siebie bliskich, którzy mnie kochają, i że to powinno wystarczyć. Ale w mojej głowie te myśli często dominują. A media, filmy czy nawet ludzie z mojego otoczenia tylko je wzmacniają, zwłaszcza jak cytują wykop. To samo filmy, główne role dla aktorek po 40-tce to wciąż rzadkość (chyba, że jako babcie 🙃).


Czy ktoś z was miał podobne doświadczenia? Macie sposoby, jak radzić sobie z tego typu kompleksami? Coraz poważniej rozważam terapię, ale na razie finsansowo mam inne priorytety zdrowotne.


#psychologia #zdrowie #zdrowiepsychiczne

19cc4eb2-da5c-4478-9797-49a003b5ea97

@Cori01 w kazdym wieku można kogoś poznać, pokochac (mam to sprawdzone A z drugiej strony często ludzie marzą o czymś czego nie mogą mieć, ale jeśli nawet to dostają okazuje się czymś innym niż było ich wyobrażenie. W sensie, można marzyć o byciu z kimś, ale jak już z tym kimś będziesz może okazać się że wcale nie jest tak fajnie jak się wydawało że będzie, a jest wiele "kosztów" tej relacji. Tak samo z posiadaniem rodziny, dzieci. Wszystko na swoje blaski i cienie, a także ryzyka o których nie wiemy dopóki nie podejmiemy decyzji. Może zatem warto cieszyć się tym co się ma? Co do utraty wartości zwiazabej z wiekiem.. to toksyki moim zdaniem wypisują. Gdzieś ostatnio był artykuł że najszczęśliwsze są kobiety 60plus myślę że nie czują się one bezwartosciowe, a wręcz przeciwnie - już nic nikomu nie muszą udowadniać i cieszą się poranna kawusia i fajnymi kwiatami w doniczce.

"kobieta traci wartość z wiekiem" - tak, ale tylko na onlyfans czy innych kamerkach. Nie jestem psychologiem, ale po prostu miej w d⁎⁎ie to co myślą inni - to rozwiązuje większość swoich wewnętrznych problemów.

Zaloguj się aby komentować

SYN PIERWORODNY


Pewnie, to co napisze nie będzie zbyt odkrywcze, aczkolwiek u mnie odblokowało, to pewne zrozumienie świata społecznego i zależności wobec których ludzie wykreowali kult i świetność.


Nigdy w zasadzie nie myślałam o tym dlaczego, tak ważna rolę w historii (następcy tronu) i religii (chrześcijanizm i nie tylko) pełni rolę syn pierworodny. Nie najmądrzejszy syn, nie najbardziej ogarnięta córką, a właśnie syn który urodził się jako pierwszy po zawarciu małżeństwa


Dla mnie w zasadzie zawsze to był jakiś element mocno religijny, sama nadawałam mu cechę niezrozumialwgo wyższego znaczenie ponad inne dzieci z małżeństwa, że coś może nadane przez Boga jest szczególne w takim dziecku. Później wyrosłam z religii i w zasadzie myśl o tym totalnie przepadła w moich rozważaniach.


Do momentu aż poznałam nowonarodzona córkę mojej koleżanki. Twarz dziecka była wręcz miniatura twarzy jej ojca, podobny przypadek jest u mojej siostry, jej pierwsza córką wygląda jak jej mąż kropka w kropke. Koleżanka powiedziała mi "jest taka legenda miejska, że dziecko jak jest nowonarodzone, bardziej przypomina ojca, żeby ten nie odrzucił dziecka".To mi nasunęło powort do myślenia o znaczeniu syna pierworodnego. Że w zasadzie taki syn (córka jako, że jest kobietą nigdy za bardzo znaczenia w historii i wladzy nie miała, więc to od razu ją skreśla z podstaw do bycia istotnym), który urodził się z zaliczonej dziewicy, był jedyną pewnością że jest on synem takiego króla czy innego ważniaka, potem on sobie wyjechał na wojnę czy do pracy xd i w zasadzie nie wiadomo czy żonka nie poszła w tango, skoro i tak takie małżeństwa najczęściej z żadnych uczuć nie były zawiązywane.


To mnie w jakiś sposób bawi, że ważność wychowywania i przekazania władzy swojemu potomkowi, a nie po "listonoszu* urosło do rangi świętości, a nawet kultu i gloryfikowania synków pierworodnych nawet zjebow ponad tych młodszych, ale bardziej ogarniętych. Zresztą w to samo można wpisać kult dziewictwa i wpędzanie ludzi, a zwłaszcza kobiet w poczucie winy jak im się nie uda ułożyć związku z typem którego zaliczyły jako pierwsze. Aktualnie mamy testy genetyczne więc ten strach przed wychowaniem nie swojego bąbla raczej nie powinien istnieć, a ważność pierworodnego też raczej nie ma już obecnie znaczenia, a przynajmniej w naszej kulturze, ale mimo wszystko jest to ciekawa zależność, którą po nitce do kłębka pokazuje, że najważniejsze jest po prostu dbanie o przekazanie swoich genów, a jako dziecko myślałam, że to ma jakiś wyższy sens, jakaś niezwykłość i szczególnie znaczenie dla świata, a na to wszystko jest prosta odpowiedź: BIOLOGIA 😅


#dzieci #rozkminy #religia #chrzescijanstwo

e117f69e-0736-44dc-81f8-60f994b613c0

To mnie w jakiś sposób bawi, że ważność wychowywania i przekazania władzy swojemu potomkowi, a nie po "listonoszu* urosło do rangi świętości, a nawet kultu i gloryfikowania synków pierworodnych nawet zjebow ponad tych młodszych, ale bardziej ogarniętych.

@Cori01 dziwne, ze Cię to bawi, skoro kawałek wcześniej wyjaśniłeś genezę takiego stanu rzeczy. Przekazanie własnych genów to instynkt pierwotny i motyw bardzo wielu naszych działań

Zaloguj się aby komentować

JAKIE JEST TWOJE HOBBY?

-KARMIENIE KRÓLICZKÓW!


Mieszkam na zadupiu a związku z tym, atrakcji nie ma tu za wiele.

Jedna z nią nich jest jednak mini zoo, w którym można karmić zwierzaki. Pawie, kangurki, papuszki no i właśnie króliczki. Nie wiem na ile jest to dobre dla tych zwierząt, zwłaszcza, że widzę jak właściciel nie ogarnia. Klatki dla zwierząt są nieszczelne, króliki jak pawie czy papuszki latają sobie poza ich zagrodami. Brakuje jeszcze żeby lamy sobie biegały luzem.


Czasem sobie myślę, żeby zagadać do typa, że po pracy mogę mu pomagać w ogarnianiu zwierzaków za drobną opłatą, dla mnie byłaby to miła odskocznia, od pracy biurowej więc w sumie nawet mogłabym robić to za darmo. Łatać ogrodzenie, sprzątać czy właśnie karmić zwierzaki.


No ale gdyby potrzebował właściciel pracownika to już dawno by go znalazł. Tutaj każdy się rzuca na pracę jak Reksio na szynke. Ale może warto spróbować.


#hobby #kroliki #zwierzaczki

79ae9526-8f88-45d6-9b01-335da905c093

@Cori01 Zapytać zawsze możesz. Najwyżej Ci powie, że nie potrzebuje pomocy.

Jeśli się uda, to zaszczep się dla bezpieczeństwa na tężca (bo pewnie nie masz aktualnych szczepień) i powodzenia!

Zaloguj się aby komentować

Kupowanie mieszkania to upokorzenie, a nie sukces.


Zacznę od tego, że nie chce narzekać. Żyje w kraju który jest jednym z bogatszych i bezpieczniejszych na świecie (tak łatwo się porównać do zachodu, ale jak już się porównamy do Afryki czy Ameryki południowej to nie ma co narzekać). Jednak boli mnie coś czego kompletnie nie rozumiem. Powinnam marzyć o tym żeby móc kupić sobie mieszkanie, ale wcale tak nie jest.


Jak patrzę na tą brzydotę, która jest budowana i jak klaustrofobiczne uczucie ona powoduje, to jestem w szoku, że ktoś jest wstanie się zadłużyć, żeby w czymś takim mieszkać. Niezmiernie mnie to frustruje bo wiem, że się da lepiej, ale cóż piniaszki i korupcja robią swoje. Mieszkałam w wielu mieszkaniach na wrocławskich osiedlach. Najlepiej wspominam mieszkanie, które było przy rzece i wyglądając zaa okna była widoczna przestrzeń, a światło dzienne docierało do wnętrza. Najgorzej wspominam mieszkanie, ktorego widok za oknem to ogromny blok i ledwo dostrzegalne niebo. Plusem było to, że było bezpośrednio przy parku więc tam można było sobie spacerować.


Na osiedlu mojej siostry zaraz na przeciwko budują kolejne bloki, mieszkania mają wielkość 40-50 M2, dopiero niedawno się dowiedziałam, że w jej bloku jej mieszkanie jest największe ma nieco ponad 60m. Uważam że na 4 osobową rodzinę jest tam dość ciasno, jednak coś na tle innych mieszkań to i tak wydaje się być kolosalny apartament xd Jak w czymś takim czuć się swobodnie i mieć swoją przestrzeń i moc odpoczywać? Mieszkania ktore obok niej powstają są warte 600000 stan surowy xd moja siostra swoje 5 lat temu kupiłam za 450000, nie wiem czy to tylko wina inflacji xd


Często na wynajmie miałam doczynienia z mieszkaniami, których nie chciałabym nawet za darmo mieszkać, a jakby były moje to bym to sprzedała w pizdu


Ostatnio widziałam zdjęcie że na przestrzeni zielonej między blokami powstaje kolejny blok, tak że niskie piętra nie bada mieć dostępu do światła. Komentarze mówią, że kupują to ludzie pod wynajem, a im wszystko jedno jakie są tam warunki.


Mnie jednak mierzi to jak ludzie czują dumę że kupili klitkę 50 M2 i że w końcu na swoim, w jakiś sposób jest to dla mnie upokarzające, że wiesz że to nie jest warte swojej ceny, więc człowiek się jakaś oszukuje, że to sukces.


Wiem że rynek to jeden wielki ekosystem i wszystko zależy od siebie i są ta powiązania, które dla laika nie są zrozumiałe, jednak na pewno w moim przypadku obdzieraja mnie z chęci posiadania swojego mieszkania. Jedyne na co jeszcze bym się pisała to na jakieś perełki z rynku wtórnego, choć na takie często jest licytacja.


Ps: taka wisienka na torcie zawsze są te pato place zabaw, siostra ma tak że jest coś podobnego jak na zdjęciu niżej, a na swoim miniogrodku jakiś mieszkaniec ma za tym placem swój dojebany plac zabaw, na które dzieci sąsiadów mogą patrzeć z zazdrością. Dla mnie coś takiego to splunięcie w twarz. Jak ludzie sobie radzą z takimi oszustwami to nie wiem, mnie to boli za każdym razem jak coś takiego widzę choć nie mam dzieci, ani nie mieszkam w czymś takim.


Ps: nigdy nie sądziłam że budownictwo z PRL będzie larytasem wśród tego co obecnie jest budowane.


#zalesie #patodeweloperka #przegryw

e9cbdaf2-e6ef-43d1-a0a7-a867e9e328ab

@Cori01


Mnie jednak mierzi to jak ludzie czują dumę że kupili klitkę 50 M2 i że w końcu na swoim, w jakiś sposób jest to dla mnie upokarzające, że wiesz że to nie jest warte swojej ceny, więc człowiek się jakaś oszukuje, że to sukces.


Z jednej strony tak, z drugiej strony - jaki mamy wybór?


Wynajem to często podobny koszt do kredytu. I jasne, kredyt to trochę jak pętla na szyi: podejmuje się mniejsze ryzyko, jeśli chodzi o pracę albo godzi na gorsze warunki, żeby tylko zachować stabilność (przykład z firmy, w której obecnie pracuję).


No ale jeśli miałbym przez dwadzieścia lat wynajmować mieszkanie i nic z tego nie mieć albo przez dwadzieścia lat spłacać kredyt i mieć coś na własność, to chyba jednak lepiej jest wybrać kredyt. Nawet jakby to nie było jakieś spore mieszkanie.

@Cori01

Z tym metrażem to masz rację, ciężko kupić coś powyżej 60m2, przynajmniej w mojej okolicy. Do tego patrzę na odklejone ceny i dochodzę do podobnego wniosku co Ty, że nie chcę mieszkać w takim miejscu, a co dopiero wyłożyć jeszcze na to tyle kasy.

Masz wielki blok, po sąsiedzku pięć innych wielkich bloków, całość wyłożona kostką, więc zero zieleni. Do tego deweloper ma w planie dobudowę jeszcze osiem kolejnych w ciągu czterech lat, więc będziesz mieszkać na placu budowy. Jak już cała inwestycja zostanie zakończona to zostaje patrzeć z okna na sąsiedni blok, lub co niektórzy jeśli im się poszczęściło to na pobliski cmentarz XD

Do tego infrastruktura drogowa, która już w tym momencie nie daje rady, a o jej rozbudowie nie ma co myśleć, bo nie ma na to przestrzeni - wszyscy podbudowani blisko drogi.

@Cori01 No i co z tego wynika? Możesz latami narzekać albo dostosować swoje wymagania do możliwości. Oraz cieszyć się z tego co masz (trudne ale wartościowe)

Zaloguj się aby komentować

"TO NIE LAS TO PLANTACJA"


Już od jakiegoś czasu na platformie Netflix dostępny jest film opowiadający o Simonie Kossak – niezwykłej, charyzmatycznej naukowczyni, która badała zwyczaje zwierząt w Puszczy Białowieskiej. Sama postać jest bardzo ciekawa i zdecydowanie warta poznania, ale to, co szczególnie mnie poruszyło, to ważne tematy, które film porusza, tematy, nad którymi wcześniej się nie zastanawiałam.


Jednym z nich jest kwestia lasów, a właściwie „nielasów”. Partner Simony powiedział zdanie, które zapadło mi w pamięć: że dzisiejsze lasy nijak mają się do tego, co stworzyła natura – to po prostu plantacje drewna. Muszę przyznać, że zawsze lubiłam obserwować mijane z pociągu czy samochodu lasy, ale nigdy nie patrzyłam na nie jako na coś, co jest po prostu uprawą.


Innym ważnym wątkiem była kwestia badań naukowych, że ich wyniki często zależą od tego, kto je zleca. Nawet tak podstawowe sprawy, jak to, czym żywią się sarny, mogą być przedstawiane różnie w zależności od intencji zleceniodawcy. To daje do myślenia i uczy, żeby podchodzić z ostrożnością do wyników badań, zwłaszcza tych szokujących lub kontrowersyjnych, i nie przyjmować wszystkiego bezrefleksyjnie, niezależnie od tego, w co sami chcemy wierzyć.


W filmie poruszono też wątek rodzinny. Podobno do dziś nie wiadomo, dlaczego matka Simony nie zostawiła jej nic z rodzinnego majątku, a wszystko przekazała niepokornej pasierbicy. Odpowiedź zdaje się kryć między wierszami. Matka Simony, podobnie jak wielu innych, wierzyła w „siłę krwi”. W to, jak ważne jest przetrwanie określonych genów, które według niej były przez pokolenia starannie „pielęgnowane”, bo przecież każdy Kossak był utalentowany. Simona przecież nie miała talentu do malowania. Miała go za to jej przyrodnia siostra, która również miała potomstwo. A Simonie, raczej nie było jej to po drodze lub prawdopodobnie nie mogła mieć dzieci.


Ech, jak ja lubię wielowątkowość w filmach. 😊


#filmy #rozkminy #natura

5f0d3704-8c0e-460c-93ca-59ee8e303152

Film moim zdaniem się za bardzo ślizga po tematach - za dużo chcieli pokazać i wydarli tak sobie. Niemniej polecam biografię Simona napisana przez A.Kaminska oraz książkę samej Simony pt. „saga puszczy Białowieskiej”. Picrel leśniczówka Dziedzinka gdzie Simona mieszkała - stan na jesień 2024.

104d7dcf-e669-4e79-85c2-195feabf98df

Podobno do dziś nie wiadomo, dlaczego matka Simony nie zostawiła jej nic z rodzinnego majątku, a wszystko przekazała niepokornej pasierbicy.


Nie pasierbicy ale siostrze Simony, Glorii. U Kossaków kuktywowano talent, a Simona nie była malarką i nie miała dzieci. Jej siostra była malarką i uznali ją za bardziej 'godną'.

Zaloguj się aby komentować

DLACZEGO PRZESTALAM WIERZYC W "EKOLOGIE"


Kiedyś bardzo przejmowałam się tym, jak moje codzienne nawyki wpływają na środowisko. Martwiło mnie jedzenie mięsa, robienie zakupów, kupowanie ubrań. Miałam poczucie, że przez to wszystko generuję masę niepotrzebnych rzeczy (mimo że to przecież nie ja je produkuję).


Ale od dłuższego czasu… delikatnie mówiąc, mam na to wywalone. Bo nieważne, jak bardzo będziesz się starać: kupować mniej plastiku, mniej ubrań, wybierać papierową słomkę zamiast plastikowej. Koniec końców i tak liczą się zyski. I zawsze pojawi się jakiś produkt, który, mówiąc wprost, nasra na twoje starania.


Dla mnie takim punktem zwrotnym było uświadomienie sobie, jak ogromną popularność zdobyły jednorazowe papierosy. Ciągle słyszymy o zielonych ładach i promowanej wszędzie ekologii, a tymczasem jakiś producent wypuszcza smakowe, jednorazowe e-fajki, które po jednym użyciu, razem z baterią lądują w śmietniku. No jedno wielkie XD.


Podobnie z opakowaniami. Na zdjęciu poniżej – zamawiasz coś wielkości paznokcia, a dostajesz papierowa paczkę kilkanaście razy większą, zapakowaną w kilka różnych opakowań. Nie wiem, kto na tym korzysta… chociaż się domyślam.


Dlatego nie zamierzam czuć się winna, kupując coś. Nie chcę już cały czas analizować, gdzie i jak coś kupić, żeby jak najmniej szkodzić środowisku. To wiedza, którą trzeba zdobyć, a przecież jeszcze trzeba być ekspertem w niemal każdej dziedzinie, żeby ktoś nie zrobił z ciebie frajera. Bo doradztwo klienta praktycznie już nie istnieje, ale to wątek na inny temat.


I właśnie dlatego uważam, że przerzucanie odpowiedzialności za produkcję śmieci na konsumenta jest bezczelne. To producent powinien martwić się o to, jak stworzyć produkty zapakowane ekologicznie i odpowiedzialnie, to oni powinni się martwić o ich bezpieczeństwo, a tymczasem tak nie jest więc skoro tak nie jest, a odpowiedzialność przerzuca się na prostych ludzi, często też niezbyt wyedukowanych, którzy często nie mają czasu dla siebie, a co dopiero na to żeby poświęcać go kombinowaniu na tym jak być zero waste. To myślę, że ta ekologia chyba nie jest taka ważna skoro najbardziej majętni ludzie, z największym wpływem na rzeczywistość mają to gdzieś.


Ps: już pomijam fakt, że poniższy produkt kupiłam, bo nowe telefony nie mają wejścia jack xd


#rozkmina #zalesie #ekologia #srodowisko

86f8e041-7eb9-4f4c-94a7-fa75a3dc4949

@Cori01 słuszne wnioski. Sam nie lubię lubię takiego marnotrawstwa, co się poniekąd wiąże też z elokogią. Dla zgody z samym sobą żyję tak a nie inaczej, jednak w życiu spotykam tyle absursów, że ciężko mi pewne kwestie brać na serio - i oczywiście np. nie śmiecę bo sam nie chciałbym żyć na śmietnisku, dbam jakoś o przyrodę choćby we własnym ogrodzie, ale jak widzę jak właśnie wielkie firmy mają to w d⁎⁎ie i wycierają sobie gębę ekologią? Wyjebane w to co mówią i to co wypada. Wszystko to biznes i/lub polityka, nie ufam wielkim słowom.

@Cori01 myślę, że w tym wszystkim trzeba zachować zdrowy rozsądek. Czy wkurwiają mnie wielkie firmy syfiące na potęgę? Tak. Czy wkurwia mnie, że przenieśli produkcję do Azji żeby tam syfić jeszcze bardziej juz bez żadnego nadzoru? No ba! Czy brzydzą mnie celebryci i miliarderzy w swoich prywatnych odrzutowcach i gargantuicznych jachtach majacy ślad węglowy małego państwa? Jeszcze jak!

Czy traktuję to jako pretekst do lenistwa i życia jak brudas j⁎⁎⁎ny jak paru uzytkowników tutaj wyżej? Absolutnie nie.


Sortuję swoje odpadki, nie marnuję jedzenia, jeżdzę na ekulogiczny prąd lub rowerem a przede wszystkim staram się produkować jak najmniej śmiecia. Kupuję sprzęt droższy ale bardziej jakościowy (w domyśle rzadziej wymagający wymiany). Ubrania podobnie - jakość>ilość. Jedzenie kupuję w większych opakowaniach np. ryż i mąkę w workach po 10kg (co też zapewnia mi pewien poziom zapasu żywności "w razie W"), ograniczylem też spożycie mięsa, kiedyś jadlem praktyczjie codziennie, teraz może 4x w tygodniu. Na zakupy chodzę z plecakiem i wielorazową torbą. Skończyłem z żelami pod prysznic w plastiku, zastąpiłem je zwykłym mydlem. Żel i plastikowe maszynki do golenia skutecznie zastąpiły mi mydło do golenia i maszynka na żyletki, malutka paczka za 10zl wystarcza mi na caly rok. W zimie grzeję mieszkanie do 20° a nie do 24°. Takie pierdoły są proste do wprowadzenia i nie obniżające jakości życia a pozwalają oszczędzić nie tylko planetę ale też pieniądze. Może to niedużo w skali planety ale "robię swoje" na tyle ile potrafię.

@Cori01 Jestem już tak zmęczony tą całą ekologią, że mam w głębokiej sortowanie śmieci... W bloku niestety dziady i tak sypią wszystko byle gdzie więc nie ma to sensu.

Zaloguj się aby komentować

YOU'RE NOT THE BOSS OF ME NOW


Wśród Dragon Balla, Pokémonów i innych popularnych seriali z dzieciństwa, tym, do którego czuję szczególny sentyment, jest "Zwariowany świat Malcolma". Ostatnio włączyłam go ponownie, gdy zobaczyłam, że jest dostępny na Disney+. I muszę przyznać, poczucie humoru z tego serialu, wciąż bawi mnie tak samo.


Być może jako dziecko nie dostrzegałam tego tak wyraźnie, ale teraz zaczynam rozumieć, dlaczego tak bardzo mi się podobał. Widzę w nim, jak wiele jest podobieństw w relacjach rodzinnych, mimo różnic kulturowych między Polską a USA. Oczywiście serial jest mocno przerysowany, ale wiele zachowań okazuje się na tyle uniwersalnych, że podejrzewam bawią niezależnie od szerokości geograficznej, nooo przynajmniej w naszym kręgu kulturowym.


Na pewno tym, co wyróżniało ten serial, było to, że mimo wspomnianego przerysowania, wydawał się i myślę, że dla wielu wciąż się wydaje, bardziej realistyczny niż słodkie, idealne rodzinki przedstawiane w innych produkcjach dla dzieci z tamtych lat. Poruszał też problemy dzieciaków i nastolatków z tamtych lat no i niestety wydaje mi się, że pod tym względem serial stał się aktualnym bo o i czasy się zmieniają i problemy się zmieniają, więc chyba taki serial nie bawiłby obecnego młodego pokolenia chodzącego jeszcze do szkoły.


#seriale #rozkminy #nostalgia

7c49460f-9757-4f8c-9247-02b26cfd675e

@Cori01 - wśród seriali o rodzinach u mnie stoi na pierwszym miejscu Everbody Loves Raymond, na drugim właśnie Malcolm i na trzecim ex aequo The Middle oraz The Goldbergs.

Taka ciekawostka, że aktorka Patricia Heaton zagrała najpierw żonę Raymonda, a potem matkę w The Middle - czyli jest w obu moich ulubionych serialach rodzinnych

Zaloguj się aby komentować

EPIDEMIA SAMOTNOŚCI - MOJA POKRĘTNA TEORIA


Tak, wiem, to bardziej bóldupienie niż poważna analiza, ale zacznę od znanego stereotypu, że po trzydziestce nie ma się już przyjaciół. Zawsze myślałam, że to kwestia lenistwa towarzyskiego, że po prostu się już nie chce, a dzieci i praca to tylko wygodna wymówka, żeby nie spotykać się ze znajomymi czy nie wychodzić „do ludzi”.


Sama nie mam szczególnie silnych potrzeb towarzyskich, ale nie będę udawać, że nie zdarza mi się tęsknić za paczką znajomych z liceum czy studiów. Za wspólnym wygłupianiem się przy planszówkach, za regularnymi wyjazdami w góry. Te znajomości rozpadły się z różnych powodów. I często mnie boli, że nawet jeśli chciałabym wrócić do takich regularnych spotkań, to po prostu nie ma na to czasu(albo możliwości, odległość itp). A już na pewno nie mają go osoby z dziećmi. Kiedyś mnie to dziwiło, teraz już nie.


Takie przemyślenie przyszło mi do głowy, kiedy coraz więcej firm zaczęło rezygnować z pracy zdalnej na rzecz biurowej. Nagle człowiek traci możliwość wyspania się, spędza godziny w korkach. Do samej pracy dochodzi dodatkowe 1,5–2 godziny dziennie na dojazdy i przygotowanie się. Potem po pracy trzeba ogarnąć dom, dzieci, psa, chomika, czy tam człowiek głaszcze przed snem. Zanim człowiek się obejrzy, robi się 20:00 albo i później. A gdzie tu miejsce na hobby, samorozwój, dbanie o zdrowie, sport, zakupy? I nagle się okazuje, że cały dzień(poza weekendami) jest totalnie wypełniony. Zaczynasz więc rozważać każdą wolną chwilę: czy poświęcić ją dziecku, partnerowi, czy znajomym? A w takiej sytuacji wybiera się rodzinę, a przynajmniej tak powinno być.


Pomijając już to, że fizjologicznie nie mogę mieć dzieci, to nawet gdybym ich pragnęła, sama myśl, że nie miałabym dla nich tyle czasu, ile chciałabym poświęcić, żeby naprawdę ja je wychowywała, a nie szkoła czy internet, jest w zasadzie kolejnym powodem na nie. Bo potem w takim dziecku może się zakorzenić coś, czego ja bym nie chciała mu przekazać, a na co nie miałabym wpływu. Bo praca, obowiązki, zmęczenie po całym dniu. I nie dziwi mnie, że ludzie decydują się dziś na maksymalnie dwójkę dzieci, bo jak poświęcić każdemu z nich odpowiednią ilość czasu, kiedy się ma ich więcej (nie wspominając o kosztach), a większość życia spędza się w pracy?


Pamiętam, że powstała kiedyś książka, której tytułu niestety nie pamiętam, napisana przez pielęgniarkę opiekującą się osobami starszymi w domach opieki. Zadawała im pytanie, czego w życiu żałują i co by zmienili. W większości odpowiadali, że poświęciliby więcej czasu rodzinie i bliskim, a mniej pracy.


Nie wiem, może to naturalne, że człowiek szuka sensu w pracy i sam się w nią angażuje, nawet jeśli w głębi duszy czuje, że to go pożera. Może nawet gdyby miał więcej wolnego czasu, to i tak nie potrafiłby go docenić. Może. Ale to nie zmienia faktu, że kiedy pracodawcy zaczynają „kraść” pracownikowi dwie godziny dziennie na dojazdy, bo przecież nie każdy mieszka 15 minut od biura, to aż się nóż w kieszeni otwiera. Bo nie widzę żadnego racjonalnego powodu dla takiej zmiany. Zwłaszcza że praca zdalna, przypadkowo wymuszona przez pandemie, okazała się jedną z nielicznych pozytywnych rzeczy tego okresu. Ludzie nagle poczuli, jak to jest mieć więcej czasu dla siebie. A teraz im się to po prostu odbiera.


Tak wiem, praca w korpo to tylko mała gałązka gospodarki i większość musi chodzić do pracy, a kiedyś to też się pracowało więcej niż 40h tygodniowo. Jednak mam nadzieję że przyszłe pokolenia będą mieć więcej czasu dla siebie i technologia i rozwój jakąś ruszy w tej dziedzinie. No ale podsumowując i tak mamy dobrze w przeciwieństwie do krajów 3 świata czy koreii pld czy Japonii gdzie ludzie dosłownie żyją w miejscu pracy.


#rozkmina #zalesie #pracbaza #korposwiat

4a43c83a-2ce0-4e0c-911f-e79955749d08

ja nie mam ani znajomych, ani związku, bo zerwałem z ex w zeszłym roku i wyprowadziłem się do innego miasta. Obecnie nie mam nawet hobby, bo poszło się póki co, j⁎⁎ać razem z moim obojczykiem, więc zostało mi zacząć od nowa.

Dosłownie.

Zero znajomych, nowe miasto, nawet zacząłem pracę w zawodzie, którego nigdy w życiu nie wykonywałem, jako asystent rzecz jasna.


Czy jest źle?

Soboty i niedziele owszem, reszta tygodnia - do zniesienia, lub poprostu przespania :p

Ja w ciągu max 2 lat planuję poświęcać na pracę znacznie mniej czasu niż obecnie. Czuję jak wyniszcza to moje zdrowie psychiczne i fizyczne. Z tym że ja zawsze miałem dobry balans tylko ostatnie 2 lata wpadłem w wir żeby dopiąć pewne sprawy.

U mnie mam podobne odczucia z tymi spotkaniami towarzyskimi ze znajomymi. Część się rozpadło, a z kilkoma osobami się widzę parę razy na piwie w roku, bo pracują w delegacjach i trafić z terminem, aby im pasowało to jak z koniunkcją planet na nocnym niebie.


U mnie (nie)stety pomaga na to... pracoholizm. Czuję się dość potrzebny, bo uważam, że robię coś ciekawego i trochę niszowego, ale wiem że jestem tylko trybikiem w całej maszynerii. Parę razy myślałem, aby coś zmienić, nawet przeglądałem ogłoszenia sprzedaży mieszkań we Włoszech (są 2-3x tańsze niż w Polsce), mimo że włoskiego nie znam, ale wszystko sprowadza się do tego, że odpoczywam w domu. Czuję się samotny, ale nie umiem poznawać za bardzo ludzi. Kiedyś miałem marzenia jak podróż do krainy bojowonastawionejowcy (Nowa Zelandia), nauka właśnie włoskiego czy - obecnie już (tfu) - rosyjskiego. Mam pewne niefajne przeżycia (powiedziałbym że pseudo-związkowe, gdyby nie to że w związku nie byłem) i to też rzutuje na tym, że jestem mniej ufny wobec obcych "w realu". Codzienność to praca (komp) - dom (komp) - wyrko. Rzadko zdarza się coś innego. Pomysły są, pieniądze się znajdą, ale weny brak, brakuje strasznie tej motywacji.


Mam raptem prawie 31 na karku, a czuję się wewnętrznie na takie... 70 (nie przesadzając, serio). Mentalnie zmęczony, mindfulnessy, tablety i psychoterapie nie pomagały. Dlatego też cieszę się, jako ex-aktywny wykopowicz, że odnalazłem się tutaj na Hejto, gdy tam poziom ciągle spadał i stawał się coraz bardziej toksyczny. Te sporadyczne wpisy jakie utworzę, ale też komentowanie innych wpisów, takich jak ten, czy czytanie historyjek sprawia, że dość wypełnia to niektóre potrzeby przynależności z piramidy Maslova i jest mi lepiej. Dziękuję.

Zaloguj się aby komentować

BROŃ PŁCI


Zawsze jak na światło dzienne wychodzi jakąś afera związana z oskarżeniem o gwałt, zwłaszcza jakieś osoby wpływowej lub popularnej przypomina mi się jeden motyw z czasów uczelnianych.


Na moim wydziale miałam do czynienia z profesorkiem, który zamiast egzaminu pisemnego uznawał odpowiedź ustna. Zaliczenie wyglądało tak, że do jego gabinetu wchodziły po dwie osoby i odpowiedziały na pytanie jak jedna osoba sobie nie poradziła z tym pytaniem przechodziło to na drugą osobę itp. No ale clue tego wątku jest takie, że zawsze musiały wejść dwie osoby, nigdy pojedynczo. Ja byłam jednak w takiej sytuacji, że musiałam, kiedyś o coś go zapytać w związku z jakimś zagadnieniem jak miał godziny dla studentów, wtedy kiedy weszłam sama i zamknęłam drzwi jak to kultura wymaga, on kazał mi je otworzyć bardzo szeroko, a dopiero wtedy zadać pytanie.


Wtedy przyszła mi do głowy pewna myśl, że jego zachowanie moze być uwarunkowane tym, że kiedyś mógł zostać oskarżony przez jedną ze studentek o gwałt lub molestowanie- więc znalazł sobie sposoby na to, żeby mieć "świadków".


Zaczęłam się wtedy zastanawiać, czy rzeczywiście takie oskarżenia miały miejsce, czy po prostu woli być przezorny.


No ale wcale mnie jego zachowanie nie dziwi. Moja koleżanka na zaliczenie poszła umalowana i wystrojona w szpilkach jakby szła na randkę albo na jakąś imprezę dla singli. Ubrała się bardzo kusząco, ale mimo to nie wyglądała jak lambadziara. Później chwaliła się, że celowo tak się ubrała bo wie, że chłopy to są proste i takie coś bardzo na nich działa. Dostała 5. Nie chce umiejszac jej wiedzy bo być może nie musiała się odjebac żeby zaliczyć. Jednak to, że ona o czymś takim pomyślała to, co jeżeli były studentki, które posunęły się o wiele dalej bez żadnych skrupułów, zwłaszcza wtedy, kiedy drzwi były zamknięte.


#logikakobiet #studia #seks #rozkminy #logikarozowychpaskow

e1bf6af8-64f7-444f-9196-01fc94e66fb7

W powoli staczających się kukoldystanach takich jak FR, PL czy USA rządzonych przez kondominium białorycerzy i karyn, gdzie prawo rzymskie nie obowiązuje, trzeba imać się przeróżnych rozwiązań.


I niestety piszę to w 100% poważnie. Ale "z zalet" (to zależy od punktu widzenia) za 2-3 pokolenia populacje, gdzie kobieta może oskarżyć mężczyznę o gwałt z 0 własnym ryzykiem i on musi miesiącami udowadniać nie bycie wielbłądem zastąpi populacja, która publicznie zbiczuje zgwałconą kobietę za seks pozamałżeński. Have fun.

U nas też takie numery odchodziły. Mieliśmy typa, który miał z nami trzy przedmioty na przestrzeni dwóch lat. Chłop wyglądał jak krzyżówka ogra z osłem, wolałabym uniknąć takich osądów, ale no... do amanta było mu w uj daleko. Ale na uczelni miał renomę kobieciarza... Niby nic konkretnego nie robił, ale popatrzeć sobie lubił. Toteż panny różnej aparycji ochoczo wdziewały spódniczki mini i wydekoltowane bluzki, żeby se facet popatrzył i jaką dobrą ocenę postawił. Różnie to z tym bywało, ale na ogół zaliczały egzaminy. Dlatego nie mam zbyt dobrego zdania o kobietach, a jak słyszę rewelacje z wielkiego świata o różnych molestowaniach, to odsuwam się od tego daleko, żeby złapać dystans

@Cori01 nie wiem czy się zdarzyło coś takiego u mnie na studiach, ani gdy prowadziłem zajęcia, jednocześnie byłbym ekstra podejrzliwy, gdyby studentka tak wystroiła na egzamin.

Spotkałem się z czymś innym, u mnie na roku była studentka, która miała bandę orbiterów, którzy robili za nią wszystko, włącznie z projektem inżynierskim xD

Zaloguj się aby komentować

Kolorowanki dla dorosłych to najlepszy prezent jaki dostalam.


Zanim je dostałam nie byłam do nich przekonana, poniekąd uważałam, że lepiej już samemu coś narysować. Jednak kiedy samemu coś się rysuje często mocno się człowiek skupia na tym co ma narysować jak ma pociągnąć kreskę itp nie ma to wtedy efektu odstresowania, który w tym wszystkim niezwykle mnie wciągnął. Dodatkowo można się cudowanie bawić kolorami, nie ma w tym ograniczeń, plus kolorując obrazki, które nie są czymś codziennym tworzy się fantazja, pobudzająca dziecięcą wyobraźnię, a to relaksuje jeszcze bardziej 😊

#hobby #rysowanie #rozkminy #chwalesie

1de923b2-6985-4d21-9c88-3de9bd48302c

@Cori01 żona przepadła w kolorowanki, nawet nie spodziewałem się, że można tyle siana dawać za różnego rodzaju kredki i mazaczki, no ale sam miałem skromnym sumptem malować figurki do gier planszowych, a już przepadają horrendalne kwoty na 'niezbędne' przybory.

Swoją drogą to niektóre kolorowanki mają tak świetne ilustracje, że chyba sam się skuszę... oczywiście jak pomaluje wszystkie obiekty 3d w mieszkaniu xd

82d6e97a-f275-4a44-a6af-c3c20135274d
74f5047f-eeb1-4e66-b5dd-712b9d3bcb99

Zaloguj się aby komentować

"KIEDY ZWYCIĘSTWO TO ZA MAŁO"


Film - F1


Zacznę od tego, że w zasadzie nie znam się dobrze na żadnym sporcie, a tym bardziej nigdy nie wciągnęło mnie oglądanie zawodów (poza krótką zajawką na piłkę nożną i e-sport). Ale to, co potrafi we mnie obudzić ducha sportowego fana, to dobrze zrealizowany film oparty na jakiejś dyscyplinie. Zwłaszcza taki, po którym ma się ochotę zgłębiać tajniki danego sportu.


I właśnie takim filmem jest „F1”. To jeden z tych tytułów, które są stworzone do kina — no, ewentualnie w domu, ale tylko jeśli ktoś ma porządny sprzęt, a zwłaszcza dobre nagłośnienie. Nie chcę się skupiać na samej fabule, bo jest dość przewidywalna. Choć historia ma swoje przeslenie i moim zdaniem jest spójna choć miejscami splyca się relacje międzyludzkie, ale jest to mankament, na który można przymknac oko. Chcę jednak za to podkreślić emocje, jakie ten film wywołuje — a tych jest mnóstwo. Zwłaszcza, że jakieś 80% czasu akcji toczy się na torze, a nie na zbędnym "pierdololo".


To co moim zdaniem najbardziej ekscytowało to ujęcia kręcone z wnętrza bolidu — szczególnie w scenach, gdy muzyka całkowicie cichła, a słychać było tylko oddech kierowcy i pracę kierownicy. Do tego dochodzi klimat samych zawodów, zwłaszcza dźwięki tła, jak komentarze speakra czy zgrane ruchy zespołu.


Na plus — choć wiem, że nie każdemu się to spodoba — to główny bohater grany przez Brada Pitta. To dość klasyczny "złodupiec", może i oklepany, ale jak tylko wchodzi na ekran, to człowiekowi automatycznie się cieszy gęba. Brakowało mi w kinie takich postaci, których archetyp sięga filmów z lat 90.


Ah ta muzyka — Hans Zimmer jak zwykle nie zawodzi. Jego utwory wręcz hipnotyzują.


Jestem świadoma, że ten film raczej kierowany jest do laików. Osoby bardziej zorientowane w świecie Formuły 1 pewnie nie są wstanie nie czuć cringu jak tylko wyczują jakąś nieścisłość. No ale jeśli traktować ten film jako kino sensacyjny, to trudno mówić o rozczarowaniu.


Podsumowując: to jeden z nielicznych filmów, na które chętnie poszłabym do kina drugi raz. I jeden z tych, po których końcówce zadaje sobie pytanie: „Jak oni to, do cholery, nakręcili?”


#filmy #ogladajzhejto

f3eb1b13-dc8c-475a-8a16-1994f60ab4fc

@Cori01


Podsumowując: to jeden z nielicznych filmów, na które chętnie poszłabym do kina drugi raz. I jeden z tych, po których końcówce zadaje sobie pytanie: „Jak oni to, do cholery, nakręcili?


Oj tak - jest to jeden z niewielu filmów, których „making of” z czystej ciekawości bym obejrzał.

Zaloguj się aby komentować

Jedną z ciekawszych ekspozycji w muzeum sztuki nowoczesnej jest poniższy kolaż notatek. Wystawa ma charakter tymczasowy i została stworzona przez dzieci z jednej ze szkół podstawowych. Na karteczkach zapisano odpowiedzi dzieci na pytanie: co sprawia, że się uśmiechasz?


W większości były to odpowiedzi w stylu: „przyjaciele”, „koledzy”, „koleżanki” itp. Pojawiły się też hmm bardziej ambitne gdzie dzieci pierwsze o czym pomyślały to o radości z otrzymania dobrej oceny. Ale jednak to radość z relacji międzyludzkich wiedzie tutaj prym - co mnie pozytywnie zaskakuje.


Samo czytanie tych notatek wywołuje pewien rodzaj nostalgii, choć wydaje mi się że jak byłam w wieku tych dzieci (z tego co pamiętam w opisie było, że to 10latki) to bym dała odpowiedź bardzo materialistyczną, no ale z wiekiem zmienia się perspektywa w jedną bądź drugą stronę.


#sztuka #rozkminy #dzieci

9cda3e2f-04ee-49b9-bbda-c7493f5c2cd9

Zaloguj się aby komentować

Warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej sprawiło, że zmieniłam o nim zdanie.


Oglądając zdjęcia w internecie tego nowego dzieła architektury, byłam nim oburzona – przypominał mi, jak i wielu innym osobom, kontener pracowniczy z placu budowy. Dziś miałam okazję zobaczyć ten budynek na żywo i, o dziwo, zrobił na mnie duże wrażenie. Zdziwiło mnie to, że miałam już o nim wyrobione zdanie i zupełnie nie spodziewałam się, że można je zmienić. A jednak – czasem trzeba coś zobaczyć osobiście, by przekonać się, że wrażenia mogą być zupełnie inne, niż się spodziewaliśmy.


Być może zrobił na mnie wrażenie dlatego, że lubię tego typu brutalistyczne bryły. Ba, uważam nawet, że budynek wygląda znacznie lepiej z zewnątrz niż w środku – choć jednym z głównych argumentów jego obrońców jest to, że to właśnie wnętrze jest fenomenalne i nie należy oceniać go pochopnie.Z czym się jednak zgodzę, to to, że budynek zupełnie nie pasuje do miejsca, w którym się znajduje. Tworzy przez to dziwny kontrast, który odbiera mu majestat, a dodaje jedynie dziwności. Wydaje mi się, że odbiór byłby zupełnie inny, gdyby stanął w otoczeniu nowoczesnych osiedli, a nie w centrum – na tle komunistycznej architektury. Udało mi się również zwiedzić wystawę, która, cóż... nie trafia do mnie. Mam ogólnie problem ze sztuką nowoczesną – zupełnie nie odczytuję jej głębi.


To, co mogę jednak przyznać, to fakt, że jest to chyba najlepszy sposób na poruszanie ważnych tematów w sztuce. W tym przypadku opisy ekspozycji odgrywały dla mnie większą rolę niż samo obcowanie z dziełami. Choć było kilka prac, które swoją formą mnie zaintrygowały, to raczej nie nabrałam większej wrażliwości na ten rodzaj sztuki.


Największą uwagę w tym budynku przyciągały ogromne drzwi i okna z niepowtarzalnym widokiem na Warszawę.


**Podsumowując: **Polecam zobaczyć ten budynek na żywo. Co do wystawy – trudno mi mieć jednoznaczną opinię, bo albo jej nie rozumiem, albo nie o zrozumienie tu chodzi.


#sztuka #warszawa #muzeum

50d1ccab-38c6-444a-8df2-5ce35ccf8b5c
9eed8074-0849-4b83-8f6b-469a7a2f1692
ef33dfb1-3a22-4280-8252-03683b7fc3b0
6489896c-aa6b-42e5-b1e1-265b01fdba46
da8f0127-42eb-47ff-a74b-387c5e385513

Zaloguj się aby komentować

"JAKIE TO MA ZASIĘGI?”


Przyznam, że lubię, gdy Netflix pozytywnie mnie zaskakuje – a ostatnio robi to coraz częściej. Tym razem chodzi o serial z polskiego podwórka, czyli „Aniela”. Uwielbiam, kiedy jakaś produkcja wpływa na moje myślenie i zostawia we mnie ziarno spojrzenia na rzeczywistość, które kiełkuje po obejrzeniu – pozwala mi zreflektować się nad tym, co chciał powiedzieć autor. Choć tu akurat zreflektowały mnie dwie rzeczy: jeden poboczny wątek i jeden główny.


Zacznę od tego pierwszego. Im częściej oglądam produkcje, w których występuje młodzież, tym bardziej czuję się dziadersem – choć na razie mam dopiero „trójkę” z przodu. Szokuje mnie, jak wszystko kręci się dziś wokół telefonów, zasięgów, social mediów i pozorów, jakie się w nich kreuje. Wszystko jest nagrywane i trafia do internetu. Co ciekawe, nawet dziadersi z Facebooka zaczynają być tym poirytowani. Przykład z dzisiaj: Pod zdjęciem kobiety myjącej samochód pod maską na myjni samoobsługowej nie było już komentarzy w stylu „hahahaha, ale beka”, tylko jednogłośne „powiedziałbyś jej, że tak się nie robi, a nie od razu zdjęcie do neta wrzucasz”.Jednak w przypadku młodzieży i mojego zrozumienia ich to jest to zmiana, za którą nie nadążam – być może dlatego, że nawet jako nastolatka portale społecznościowe szybko mnie nudziły. Dość szybko zauważyłam też, jak zły wpływ mają na mój nastrój, więc ograniczyłam się do dziaderskiego Facebooka w formie „in Cogito”. Wszystko, co związane z social mediami, wydaje mi się dziś obce i odpychające, a przez to czuję się dziwnie jak w filmach czy serialach odgrywają one nie mała rolę, jakbym była zupełnie z innej epoki, ale może tak jest.


Druga rozkmina to fakt, że Netflix ostatnio ostro jedzie po „klasie wyższej” – świetnie widać to w 1670, Syrenach, a teraz w Anieli. Nawet żarty się powtarzają – te, które mają kpić z burżujów. Nie wiem, czy to tylko moda, czy rzeczywiście narasta jakaś społeczna niechęć do „bananowych” ludzi, którzy z ciężką pracą mają niewiele wspólnego, a są najbardziej widoczni w social mediach. Ciekawi mnie, jak długo utrzyma się ten trend(jeżeli można nazwać to trendem)


Wracając do oceny serialu – domyślam się, że wiele osób się od niego odbije, ale ja jestem zachwycona. Może nie scenariuszem, choć – o dziwo – poza zakończeniem, ciężko było mi przewidzieć, co wydarzy się dalej. Nie czułam dłużyzn, mimo że odcinki trwają ponad 40 minut. To, co mnie najbardziej zachwyca, to zabawa formą: mnogość technik robienia zdjęć, oświetlenie – każde ujęcie wydaje się niezwykle intrygujące i bardzo… eteryczne.


Uwielbiam to, jak przerysowany i surrealistyczny jest ten obraz. Najlepsze jest to, że twórcy nie ukrywają przerysowania postaci – wręcz przeciwnie, mocno czerpią ze stereotypów, dzięki czemu każda postać jest bardzo wyraźna i charakterystyczna. Cudowna jest tutaj Kożuchowska – nie sądziłam, że coś takiego o niej powiem, ale świetnie się bawi swoją rolą i widać, że doskonale się w niej odnalazła. W końcu Małgorzata nie gra Małgorzaty.


Scenografia – absolutnie na plus. Dbałość o szczegóły tego, co znajduje się w tle kadr. Mój ulubiony element? Menel śpiący na automacie do gier – niby nic nie wnosi do fabuły, a jednak nadaje klimat, który zostaje w pamięci na długo.


Z minusów – trochę ich jest. Przede wszystkim zbyt oczywiste rozwiązania, które psują immersję i sprawiają wrażenie leniwego pisarstwa. Wybaczam to jednak za dobrze napisane dialogi – mają swój niepowtarzalny styl. Drugi minus to gra Pazury – mam wrażenie, że zbytnio się nie starał i grał tę samą rolę co zawsze. Dla mnie to spory błąd castingowy. Zdarzały się też momenty, w których łatwo było się pogubić w ciągłości fabularnej – może to kwestia montażu, może scenariusza, ale były sceny, w których nie do końca wiadomo, co z czego wynika.


Podsumowując – bardzo polecam ten serial. Myślę, że warto dać mu szansę, bardzo ciekawe doświadczenie wizualnie już abstrahując od fabuły:)


#polecam #seriale #rozkminy

2da91c06-30e1-4d84-9466-4842008f776e

To masz jakieś małe wymagania jak Netflix Cię zaskakuję, przez ostatni rok to tam same gówno wypuszczają, u nich się kliknięcia liczą nie jakość.

Zaloguj się aby komentować

I TY BRUTUSIE!


Pisząc ten post nie bardzo licze na to, że zostanie on przeczytany bo będzie to dość długa wypowiedź. Jest to dla mnie pewnego rodzaju spowiedź, która chce puścić w eter internetu.


Od kad w miarę dojrzałam i rozmowa z przeciwna płcią przestała być dla mnie stresująca, zauważyłam, że dużo lepiej mi się rozmawia z kolegami, niż koleżankami. Miałam z kumplami więcej wspólnych zainteresowań, wspólne granie w LoL'a, ulubione seriale czy poczucie humoru, które dla większości moich koleżanek było zbyt "ostre". Wspomniane aspekty sprawiały, że przywiązywałam się do tych kumpli czułam więź większa niż miałam z koleżankami, z którymi ciężko było mi mieć nić porozumienia i zaufania. To co też sprawiało, że bardziej mnie ciągnęło do kolegów to, to że faceci byli dla mnie prostsi, łatwiej było mi odczytać ich intencje, a przysłowiowe fochy się nie zdarzały( no może czasem). A częste fochy w relacjach z kobietami wprowadzały mnie w niepotrzebny stres. Nie potrzebne dramy totalnie mnie życiowo roztrajaly(jak w sobie chłopy z tym radzicie to ja nie wiem xd). Wśród relacji z kumplami brak tych dram i ich bezpośredniość w komunikacji była dla mnie ukojeniem.


Jednak to co różniło moje relacje najbardziej między kobietami, a mężczyznami to to, że z żadnym facetem nie miałam nigdy relacji, której mogłabym nazwać "przyjacielską" ale do czasu... Stawiałam tą granicę, żeby nie wchodzić w ryzyko zakochania się. Nawet kiedyś jedna z koleżanek zapytała się jak to robię, że faceci chcą się ze mną kumplować, a nie mnie przyslowio tylko przelecieć. Myślę że wynikało to właśnie z tego że miałam z tymi kumpali wspólne zainteresowania, więc nieskromnie mówiąc realnie czerpali przyjemność z rozmowy ze mna, plus stawiałam granicę. Nigdy ich nie kokietowalam, nie podrywalam i nie rozmawiałam z nimi na intymne tematy, które mogłyby wytworzyć niepotrzebna bliskość. Oczywiście czasem zdarzały się wtopy ale wyciągałam z nich lekcje i im dłużej takie znajomości trwały, były one bardziej solidne i jasne.

Jednak taka sielanka w relacjach koleżeńskich kończyła się zazwyczaj w tym samym punkcie zmian w życiu tych kumpli, otóż wtedy kiedy znajdowali sobie dziewczyny. Ja z ich życia znikalam, kontakt się urywał stopniowo bądź nagle. Byłam często (choć nie zawsze) z automatu nielubiana przez partnerki moich kumpli, choć nigdy nie dawałam im powodów do zazdrości, ani ci kumple, którzy otwarcie mówili, że widzą we mnie "kumpla". Myślę, że to prostu czysto odzwierzęca terytorialnosc, która rozumiem, ale nie pochwalam.


Takie zrywanie kontaktu zawsze było dla mnie bolesne, ale nie mogłam mieć pretensji, często to też był wynik braku czasu z ich strony czy chęć uniknięcia konfliktów( no niestety często komunikacja w związkach leży), które nie były warte relacji z kumpela od gierek i wspólnego smieszkowania.


Co do tego jak podchodzę w życiu do relacji, to wiem, że sama popełniałam w nich błędy, traciłam relacje bo wykazywałam w nich za mało zaangażowania mimo tego, że były dla mnie ważne, albo pod wpływem trudniejszego etapu w życiu totalnie je olewalam licząc, że potem się to naprawi. Nie dało się naprawić. Stąd też wyciągałam lekcje i pewne refleksje, że w życiu najważniejsi są relacje, które nam sprawiają radość i satysfakcję i tak oczywiście hierarchizację się relacje i partner, dzieci, rodzina będą ważniejsze, później przyjaciele, jeszcze później koledzy, znajomi, znajomii z pracy itp. Ja ta hierarchię oceniam pod względem ilości poświęconego czasu(jak ktoś potrzebuje mojego wsparcie to hierarchia nie ma znaczenia, a ważność problemu), ale myślę, że przy dobrych checiach, da się dbać o każda relacje, która jest dla nas ważna i sprawia nam przyjemność i nas pozytywnie buduje, tak żeby nikt nie poczuł się poszkodowany.W imię zasady, że dorośli ludzie po prostu potrafią się dogadać. Uważam, że ludzie, którzy nas otaczają, również nas tworzą i bez nich bylibyśmy jak puste niezapisane karty. Dlatego z każdą utraconą znajomością, odczuwam nieopisaną stratę, a jeżeli dotyczy ona przyjaźni(czasami z takimi ludźmi jest się bliżej niż z rodziną, bo nie zawsze rodzina równa się przyjaciel)czy związku i osób którym poświęcałam dużo czasu, jest to strata której żadne słowa nie są wstanie tego opisać.


Dlatego jest i on Brutus, sytuacja, której kompletnie nie potrafię zrozumieć i sprawia że jest to coś co wyrywa kawałek mojego serca, duża część energii, emocji i całą masę zaangażowania i przyjemności z jakościowej i rozwijającej rozmowy. Jest to relacja, której końca się nie spodziewałam. Trwała 4 lata, a zakończyła się z dla mnie kompletnie niezrozumiałego powodu, powodu który był dla mnie zrozumiały w poprzednich przypadkach, ale nie w przypadku człowieka którego nazywalam prawdziwym przyjacielem (w całym swoim życiu miałam ich dwóch, teraz został 1, a partnera nie zaliczam do tej kategorii bo jest on naturalnie kimś więcej).


Słowem wstępu, moja relacja z tym przyjacielem była na swój sposób wyjątkowa, znaliśmy się tylko przez internet i przez telefon. Mieszkamy w różnych krajach i nigdy nawet nie było okazji żeby się zobaczyć, co w tej reakcji nie było dla mnie ważne, co było ważne to więź. Rozmowa na tym samym poziomie i to, że jak tylko miałam jakiś problem to zawsze mogłam do niego zadzwonić i to obgadac no i dostać realne wsparcie, a on miał to samo ode mnie. Pomógł mi niezmiernie bardzo i wyciągnął z jednego z największych dołków jakie mialam, sam twierdził, że również bardzo mu pomogłam. Więc hmm znajomość była równa? Wspaniałe się rozmawiało o książkach, filmach, wydarzeniach społecznych czy filozofii czy po prostu o jakiś odmóżdzajacych smieszkach. Uwielbialam rozmowy gdzie mieliśmy różne zdanie na jakiś temat, choć czasem powodowało to spięcia to praca nad rozmową sprawiała, że koniec końców dużo z takiego dialogu oboje wynosiliśmy. Sama uważam, że bardzo ciężko natrafić na kogoś z kim ma się wspólne flow, ja poznałam myślę w życiu wiele ludzi, ale takich z którymi czułam nic porozumienia było na tyle nie wielu, że jak się już przytrafiało taka osobę spotkać to się cieszyłam jak głupia i robiłam wszystko żeby taką znajomość utrzymać. Choć może czasem za mało, skoro efekt jest jaki jest.


Pewnego dnia dostaje wiadomość od Brutusa, która w skrócie można sparafrazować do "było fajnie, znajomość z tobą bardzo mnie rozwinęła, ale moja nowa dziewczyna jest zazdrosna, a ja dla niej zrobię wszystko, także dziękuję za współpracę nie będę już z tobą utrzymywać kontaktu, jak coś się będzie działo to pisz". Dla mnie ta sytuacja jest tak bardzo niezrozumiała, że jedyne co mi przyszło do głowy to, to że nasz wspólny kontakt zaczął go męczyć, w co zaprzeczył więc jeszcze bardziej mnie to szokuje i sprawia, że ciężko mi uwierzyć w jakie kolwiek relacje przyjacielskie(nie chce myslec to co mówi większość, że przyjaźń między facetem, a kobieta nie istnieje, bo nie jesteśmy chyba prostymi zwierzętami, które muszą się parzyć każdy z każdym i chyba kierujemy się czasem czymś więcej niż tylko instynktem). Bo prócz ostatniej przyjazni, która jest chyba dla mnie ostatnia nadzieja na wiarę w to że warto się angażować w znajomości, które nie są związkiem.


Nie wiem jak mają też inni, ale o ile osoba z którą jestem, jest dla mnie najważniejsza, to nie umiejsza to innym Choć zdaję sobie sprawę, że dla dużej grupy ludzi do szczęścia wystarczy tylko partner, a reszta osób nie ma znaczenia choć to zupełnie nie moja rzeczywistość.


Nie wiem jak ludzie postrzegają miłość, myślę że każdy ma inną definicje, ale w przypływie złości zawsze obwinialam kobiety moich kumpli i przez to w jakiś sposób kierowałam mimowolnie nienawiść w ich stronę, że to wszystko ich wina i że wredne z nich manipulantki, myślące tylko o sobie . Ale prawda jest taka, że to nie ich wina, one po prostu robią to intuicyjnie bo takie są normy społeczne. Nie do końca zastanawiając się nad konsekwencjami swoich czynów i słów. One po prostu mnie nie znają wiec właśnie jedyne czym mogą się kierować to hmm stereotypem. Winie jednak w tym przypadku tych bliskich mi kumpli czy przyjaciela. Sama nie mogłabym pokochać kogoś, kto chce ode mnie urwania kontaktu z bliskimi mi ludźmi mającymi na mnie dobry wpływ, wyraźnie widząc, że mnie to unieszczęśliwia. Choć może się mylę i miłość polega na spełnianiu zachcianek drugiej osoby bez względu na koszt własnego szczęścia bo szczęście partnera = własne szczęście. Pewnie wszystko zależy od punktu widzenia, ale szkoda tylko, że są w takich przypadkach postronych osób, ktore muszą ponosić koszty takich poświęceń.


Pewnie sama nadawalam tej przyjaźni większą wartość niż ona miała. Być może czułam w niej za duża pewność, że tak radykalnej decyzji on nie podejmie i zrobi wszystko by dogadać się z nową partnerką, gdzie jak sam mówił komunikacja jest na wysokim poziomie. Wiedziałam, że ma obiekcje, ale myślalam, że im lepiej go pozna tym dostrzeże ja jak uczciwa i dobroduszna osobę trafiła, która żadnych intryg i zdrat nigdy jej nie sprawi, więc nie ma czego się obawiać. A jak mnie pozna, bo było to w planach to jeszcze bardziej się przekona, że nie ma co wpływać na jedyna przyjaźń jaką ma jej partner. Choć może jedno stronnie kompilacja była dobra i ona mówi wyraźnie czego chce, a on nie doknca skoro nie potrafił wyjaśnić, że moja znajomość z nim jest czysto platoniczna i równie dobrze mogłabym być facetem z bardzo babskim głosem. Czuje się dziwnie, że nie była "warta" nasza przyjaźń wysiłku włożonego w dogadanie się między nimi.


No ale być może nie chodzi o to, kim i czym jestem, a o czas, który mi poświęcał nawet jeżeli to było pół godziny pisania tygodniowo czy telefon raz na miesiąc, wcześniej kontakt był dużo bardziej intensywny, ale dla mnie zrozumiałe jest to, że oboje jesteśmy w nowych związkach(poprzednia dziewczyna nie miała, ze mną problmu) więc oboje się na nich skupiamy, choć dla mnie zawsze był gdzieś czas, żeby opisać coś i podtrzymywać relacje. Sprawiło mi to radość dzielenie się informacjami, które wiem że go też ciekawily. Liczyłam że z czasem samo się wszystko unormuje. Nigdy nie wymagałam od niego atencji i nie jest to dla mnie problem jak ktoś mi na coś odpisuje po paru dniach. Nigdy też nie komentowałam jego relacji, w imię zasady, że jeżeli ktoś sam nie zapyta mnie o zdanie co do problemu związkowego to go nie komentuje. W tym przypadku, co myślę powiedziałam w emocjach w słowie na "dowodzenia". W normalnej sytuacji nigdy bym tego nie powiedziała, bo to nie mój związek nie moja sprawa. No chyba, że ktoś przez niego urywa ze mną kontakt...no ale to też nie moja decyzja, na którą wpływu totalnie nie miałam. Dla mnie jedynie liczyła się dobra intencja i dbałość o relacje tak żebym nie czuła że jest ona na przymus, ilość poświęconego czasu nie miała znaczenia. No może bardziej jestem w stanie wiele zrozumieć choć jak widać nie wszystko. Być może za dużo wymagałam, sama już nie wiem, jest to dla mnie na pewien rodzaj niedokończona i niewyjaśniona sprawa, ale też chyba sens wyjaśniania jej nie istnieje skoro decyzja zapadła. Także wszystko się kiedyś kończy, a powody końca nie mają znaczenia. Choć warto mieć ciepłe wspomnienia, to aktualnie czuję tylko zdradę i rozczarowanie, choć też pewna infantylność z mojej strony, że nadaje realacja przyjacielskim zbyt duże znaczenie w moim życiu bo nikt normalny tego nie robi, albo tylko ja odnoszę takie wrażenie.


Podsumowując, czy powinnam być rozczarowana skoro, wiedziałam jakie jest podejście Brutusa do związków, oparte na racji, że wszystko dla związku bez względu na cenę, chyba nie. Mimo to łudziłam się, że będzie inaczej. Jest mi po prostu niezmiernie żal, że moim bliskim przychodzi tak łatwo urwanie ze mną kontaktu, eh nie tylko ze mną, bo taki problem nie dotyczy tylko mnie. Jest po prostu chyba tak że ludzie dzielą się na tych co się przywiązują o tych co wystarczy lekkie podkniecie w relacji lub jakiś inny błahy, choć wygodny powód żeby tą relacje zakończyć. Myślę że w tym przypadku, gdyby realacja była solidna jak myslalam, wystarczylo by się trochę postarać by to jakaś rozwiązać, porozmawiać, być może w trójkę, być może potrzebna by była jakaś przerwa na dogadanie się między nimi w związku, a może nawet ewentualne spotkanie w czwórkę z również moim chłopakiem.


Problem w tym, że tu chyba chodziło o atencję i za duża ilość czasu, która mu zabierałam. Nie wiem jak wyglądał ich układ czy po wieksciu związek jego dziewczyna również zerwała kontakt ze znajomymi i przyjaciółmi. Wnikać nie będę. Z mojej perspektywy dało się to inaczej rozwiązać, ale do tego trzeba chęci a nie pójść na łatwiznę, co chyba tylko pokazało, mi, że nigdy nie powinnam wierzyć w przyjacielskie relacje, stąd się nie dziwię, że ludzie potrafią się czuć samotni nawet w otoczeniu masy ludzi. Eh byłam z tej przyjaźni bardzo dumna, ale cóż koniec mojego biadolenia, jedyne co mogę zrobić to po prostu się z tym pogodzić.


#zwiazki #rozkminy #zalesie

fc10e1a7-bd93-4079-9de8-4120166183a9

Zaloguj się aby komentować

"Co wtedy, kiedy śpiew przestaje działać?"


Na platformie Netflix pojawił się nowy serial o nazwie "Syreny", przyciągnął mnie z trzech powodów, jest krótki (ma tylko 5 odcinków), występuje w nim Milly Alcock, oraz był na pierwszym miejscu top 10, a to, że miałam ochotę obejrzeć cokolwiek do kotleta to akurat padło na ten serial.


No i bardzo pozytywnie się zaskoczyłam, pomimo opinii, które w zasadzie hejtuja ten serial bo jest podobno "marna podróbką serialu Biały Lotos". Ja tego serialu nie widziałam, a jedyne co o nim wiem, to to że jest to satyryczny komentarz życia ludzi z wyższych sfer. W tym serialu też tak zwane wyższe sfery są punktem zaczepienia. Gdyż całe tło historii dzieje się w posiadłości multimilionera, ale czy jest to historia o tym jak bagatym ludziom odwala, no nie bardzo, bym powiedziała.


Co prawda są poboczne wątki, które próbują wyśmiać to jak ci turbo bogaci są snobistyczni i że mają odklejke, ale to nic nowego, nie jest to coś czym tym ten serial zachwyca, po za tym świat bogaczy jest tu pokazane w tak surrealistyczny sposób, że ciężko by było uwierzyć, że jest to pewien rodzaj prawdziwego odzwierciedlenia. W tej historii jednak moim zdaniem chodzi o to czym w zasadzie jest sam tytuł, czyli o "Syreny".


O tym jak kobiety wykorzystują swój "syreni śpiew" co można przełożyć na po prostu "manipulacje" (choć nie do końca to dobre słowo) do tego by układać sobie rzeczywistość pod ich dyktando, zwłaszcza gdy są hipnotyzująco piękne. Dla takich "syren" jednak problem pojawia się wtedy kiedy syreni śpiew przestaje działać, czy to na mężczyzn, których uwodzą czy na inne kobiety widzące w nich swój ideał do którego chciałby dążyć. Wtedy zaczarowana osoba widzi kto tak naprawdę kryje się za tym cudownym obrazkiem, widzi tam potwora czyli nikogo innego jak własne odbicie. Odbicie swoich słabości i błędów popełnionych w imię pożądania.


Choć czy z odkryciem potwora przychodzi w ofiarach syren jakąś refleksja, otóż nie. Cała wina spada na ich "oprawce". Czy to multimilioner oskarża swoją żonę o to, że dla niej urwał kontakty z własnymi dziećmi. Czy to znajomy bohaterki oskarża ja o uwodzenie i niszczenie jego życia. Czy to usprawiedliwia syreny za to, że wykorzystują swój "śpiew" żeby uzyskać to co chcą, myślę, że nie, ale robią to bo to działa (nie na wszystkich co też fajnie ten serial pokazuje), więc czemu by nie skorzystać?


Podsumowując, jak ktoś lubi krótkie historie obyczajowe, ubrane w ładny obrazek i nuta surrealizmu, to bardzo polecam, historia jest spójnie napisana, ani razu się nienudzialam, ani też nie miałam ochoty przewijać, a to co najbardziej lubię, nie jest to pusta historia i można cos z niej wyciągnąć. Również jak ktoś jest fanem Milly Alcock to się nie zwiedzie, bo jest fenomenalna w swojej roli.


#seriale #rozkminy #logikakobiet

c35fe146-ba5a-4558-8e9f-433f6b723b2c

@Cori01


Bardzo lubię Twoje opinie o filmach i serialach. Piszesz w ciekawy sposób o produkcjach, na które normalnie nie zwróciłbym nawet uwagi, a tak kolejny raz czuję się zachęcony do zapoznania się z czymś. : )

Zaloguj się aby komentować

Jakiś czas temu trafiłam na FB na profil artystki(o ile jest to prawdziwa osoba, bo w czasach AI zaczynam już wątpić w większość rzeczy, które widzę w internecie), która tworzy grafiki, również za pomocą AI, choć nie wszystko. Które są dla mnie czymś co w jakiś nieokreślony sposób trafia idealnie w poczucie mojej estetyki, wywołując we mnie uczucia nostalgii i niepokoju powiązanego z ciekawością. Nie wiem czy ten rodzaj sztuki ma swoj gatunek, ale jakby jeszcze nie miał, to nazwałabym to właśnie sztuka niepokoju. Nie jest to typowy horror, ale coś co budzi ciekawość i z chęcią weszło by się do tych obrazów sprawdzając co tam się kryje choć zdrowy rozsądek mówiłby żeby jednak zawrócić, tak jak właśnie to bywa w typowych horrorach, ale jest pewna znaczącą roznica, że patrząc na ten rodzaj sztuki, właśnie wcale nie musi się kryć tamnic strasznego nikt nie zastosuje jump scare, a wszystko to co czujemy to tylko wyobraźnia.


Profil artystki: https://www.facebook.com/share/18YN6xxdfp/


No i trochę moich ulubionych grafik, jak ktoś zna artystów tworzących podobne dzieła będę wdzięczna za polecajke!


#sztuka #rozkminy #fotografia

cf745703-d01f-416f-85c6-ca683240cfa8
3ccab07f-c5c4-4f81-aaf3-bdb9638f2fc7
ef8d94c6-a636-4111-a1b2-dcd606cd8aa0
88ae22f1-a7d2-4675-b830-f19be7c8a3ae
a2719750-30bf-4d9f-a6e9-f60535c3413d

Zaloguj się aby komentować