TLDR na przykładzie sytuacji społecznej w USA moje luźne spostrzeżenia o tym jak nauka uderza w podstawy społeczeństwa i czemu konserwatyści przegrywają.
Najważniejszy towar eksportowy USA to kultura. Za jego pomocą, trochę przy okazji, docierają do nas echa rasowych tarć, które i w Polsce potrafią zakwitnąć (przypomnę tylko przemarsz w Poznaniu z kładzeniem się na ziemi, na fali protestów po śmierci George'a Floyda, który w naszym folklorze wyglądał dość osobliwie).
Niezależnie jakie są wasze poglądy i na ile zgadzacie się z kierunkiem tych zmian, bądź czy w ogóle was obchodzą - warto zdać sobie sprawę z jakich podstaw one wynikają i czemu dalsze napięcia społeczne, nie tylko rasowe, wydają się nieuniknione. I co to oznacza dla nas, Polaków, wciąż dość jednorodnego etnicznie i rasowo narodu.
O czym właściwie mowa? Tarcia społeczne w USA to temat rzeka, więc zacznę w tym wpisie od względnie mało kontrowersyjnego tematu, tj akcji afirmacyjnej (ang. Affirmative action), inaczej znanej pod wdzięczną nazwą "pozytywna dyskryminacja". Jej przykładem może być priorytetowe przyjmowanie mniejszości etnicznych (przykładowo Afroamerykanów lub Latynosów) na uczelnie wyższe (czyli de facto rasową dyskryminację pozostałych). Warto wspomnieć że wiele uczelni doczekało się pozwów, określając taką dyskryminację jako niekonstytucyjną.
Z czego to wynika i czy jest to sprawiedliwe?
Jasne, po części wynika to z wielu lat opresji, jakie dotykały m.in. czarną społeczność i silnego poczucia krzywdy. Ale jest też inny powód.
Chodzi o postępujące "specjalizacje" ras. Dobrym przykładem jest np sport, gdzie w niektórych dyscyplinach widać wyraźną różnicę w wynikach z podziałem na rasy (żeby wymienić kilka: bieganie, pływanie, koszykówka). Ale na sporcie się nie kończy, bo innym sztandarowym przykładem są wyniki Azjatów w naukach ścisłych, bądź statystyczne różnice w wynikach testow IQ.
Istnieje też ciekawe zjawisko psychologiczne, w którym oczekiwania otoczenia wzmacniają wyniki jednostki (np od murzyna oczekuje się wysportowania, od azjaty umiejętności liczenia, więc w tych dziedzinach będzie im dodatkowo lepiej szło). Ale czy można tłumaczyć te różnice tylko przyczynami pozabiologicznymi? Myślę że nie, choć trwają na ten temat emocjonalne debaty, podsycane przez polityków, popierane z obu stron różnymi badaniami.
I teraz najważniejszy wniosek: jeżeli jednak istnieje biologiczna różnica między rasami (jak wspomniałem, dodatkowo wzmocniona przez różne społeczno-kulturowe mechanizmy) to nie da się tworzyć równego i zdrowego społeczeństwa poprzez równe traktowanie ludzi z różnymi potencjałami w różnych dziedzinach. Upada fundamentalny paradygmat demokracji o równym traktowaniu każdego człowieka, jako przestarzały i nieprzystający - bo wtedy różnice społeczne się pogłębiają zamiast zacierać (przykładowo skazując czarnych na pracę fizyczną i sport, zostawiając azjatom i białym pracę umysłową). Jeżeli natomiast chcemy te różnice niwelować, to musimy "pozytywnie" dyskryminować (więc np właśnie promować murzynow/latynosow w nauce kosztem białych/żółtych. Wypadałoby też mieć jakieś programy sportowe skierowane do białych/Azjatów, ale szczerze nie mam pojęcia czy takie w USA na szerszą skalę istnieją). Stąd też może dość zauważalny odgórny nacisk na mieszanie się ras, niejako atakując problem u podstaw - nie ma różnic rasowych, jeśli same granice ras będą się zacierać.
Co to wszystko znaczy? Że ludzie nie powinni oczekiwać równego traktowania i że przestaje być ono logicznie uzasadnione, przynajmniej dopóki posługujemy się lewicowymi wartościami, gdzie nadrzędnym celem jest równość. Równość szans w tym wypadku nie wystarcza. O ile jesteśmy w stanie jasno stwierdzić przyczyny danych różnic (w opisanym przypadku skupiłem się na rasach, ale przecież to nie jedyna przyczyna - są inne o podłożu genetycznym i srodowiskowym, jak wzrost, wygląd, sytuacja ekonomiczna, miejsce zamieszkania, historia chorób, ...), o tyle jesteśmy w stanie te różnice lepiej mierzyć i kompensować. A chyba nikt się nie łudzi, że z postępującą technika będzie o to trudno.
Oczywiście ktoś słusznie zauważy, że dążenie do równości ponad wszystko nie jest optymalnym rozwiązaniem - dużo lepsza byłaby specjalizacja, ale wtedy wracamy do argumentu marginalizacji i nierównego dostępu do zasobów i atakujemy inny fundament społeczeństwa demokratycznego, tj prawo do samorealizacji.
Czy jest to sprawiedliwe? Odpowiedź zależy chyba od punktu widzenia i przekonań politycznych. Jeśli wolno mi puścić wodze fantazji, to uważam, że lepszym rozwiązaniem byłaby specjalizacja, gdzie różnice z niej wynikające bylyby kompensowane o podatek hamujący rozwarstwianie się społeczeństw. To, jak i normalizowanie różnic (np podkreślanie ich losowego charakteru), zamiast nagradzania "zwycięzców" i wytykania palcami pozostałych.
Na podstawie tylko i wylacznie wlasnych doswiadczen (takze pewnie mozna to sobie o kant d⁎⁎y rozbic) stwierdzam, ze glownie kwestie kulturowe maja znaczenie. Bedac na wakacjach otoczony przez roznych “majfrendow” mam wrazenie, ze to krok cywilizacyjny za Europa, tj. widzisz osobe czarnoskora, to mozesz minimum oczekiwac, ze bedzie sie zachowywal jak przecietny europejski nastolatek, czyli jak zjeb.
Z kolei w pracy mam pewien odsetek czarnoskorych i w wiekszosci to super osoby i pracownicy, od szeregowych po managerow.
Jedyna roznica miedzy nimi to de facto to, gdzie sie wychowali.
@pietrodolan rownosc jest wazna kiedy stawiamy czlowieka przed majestatem prawa albo decydujemy czy dac mu sie szacunek nalezny istocie ludzkiej, ale to co bedzie mial, na jakim poziomie zyl powinno zalezec od tego czy inni ludzie dobrowolnie chca zaplacic za owoc jego pracy albo przekazac swoje zasoby bezinteresownie.
@pietrodolan Byt określa świadomość. Poprawianie warunków materialnych, znoszenie stereotypów rasowych (zwłaszcza w kontekście uczestnictwa w procesie produkcji) i wyrównywanie szans moim zdaniem jest dobrym rozwiązaniem.
"Specjalizowanie ras" czyli rozwarstwianie w jakikolwiek sposób społeczeństwa śmierdzi podziałem kastowym, którego wprowadzenie ponownie w obecnych Stanach jak wciąż poprzedni podział na panów i niewolników jeszcze nie został w pełni posprzątany, to zły pomysł. Indie wciąż też mają problem z dawnym podziałem, na Facebooku można zreportować kogoś za obrażanie za przynależność do kasty, a ją można określać bodaj nawet na podstawie nazwiska.
Oczywiście ktoś słusznie zauważy, że dążenie do równości ponad wszystko nie jest optymalnym rozwiązaniem
Zależy kto ma jaki cel. Jeżeli kierujesz się utylitarnością to może nawet i podbój innych krajów jest optymalny. Powoli, ale to bardzo powoli, zbliżamy się do momentu, że w zasadzie mamy bardzo dobrą wydajność produkcyjną, a teraz trzeba w jakiś sposób dobrze podzielić się tortem, by ci z pustym talerzem nie wywołali wojny atomowej.
Zaczyna być to przerażające, a jednocześnie fascynujące. Jako projektant już od paru lat korzystam z AI. Zdaję sobie jednak sprawę, że przyjdzie czas, gdy AI nabędzie zdolność abstrakcyjnego postrzegania, że to będzie koniec. Myślę, że to kwestia czasu, gdzie neurologiczne sieci będą naturalnie się tworzyć, w podobny sposób jak w ludzkim mózgu, tylko znacznie szybciej, w niewyobrażalnym tempie.
Pytanie, czy to coś doceni, te miliony lat postępu gatunku ludzkiego, które pozwoliło na jej istnienie.
@MartwyKrolik moim zdaniem już mamy pozamiatane. Takie roboty połączone do neta wykonujące rozważy centralnego AI, w lapach i karabin. Ostatnio ludzie zajmujący sie AI byli na podcastach u Stanowskiego i też za dużych szans ludzkości nie dawali. Na razie to jeszcze nic ale za 20 lat może być ciekawie.
Zastanawialiście się kiedyś na czym polega bycie sobą? Jeżeli zdefiniujemy siebie jako stan mentalny, możemy zaowazyć że cięgle się zmieniamy. Jeśli obudzimy się rano w dobrym nastroju, a wieczorem będziemy się kłaść w gorszym to można powiedzieć że nasz stan mentalny się zmienił. Jesteśmy nieco inną osobą niż byliśmy rano. A co w przypadku kiedy porównamy siebie teraz do samego siebie z lat dzieciństwa? Wówczas zaoważymy że różnica jest kolosalna, ja wtedy i dzisiaj to już dwie różne osoby. Co zatem nas łaczy? Ciągłość występujących po sobie wydarzeń, które nas definiują teraz. Przeszłość i przyszłość są nierealne, jedyna realność to tu i teraz. Nasza przeszłość definiuje teraźniejszosc a teraźniejszość definiuje przyszłość. W każdej chwili swojego życia stajemy się sobą, a nasze przeszłe przeżycia i wybory podążają za nami jak cień i definiują nas tu i teraz.
Nie jesteśmy nigdy jednym spójnym bytem tylko chloniemy zmyslami doswiadczenia wokol nas. Tyczy sie to kazdego czlowieka. Jestesmy zlepkiem genow wchodzacych w interakcje ze swiatem, ktory wchodzi do naszej strefy bańki. Wciaz konsumujemy i nieustannie rosniemy.
Jestem programistą. Najłatwiej mi się myśli nie jak siedzę przy kompie, tylko jak robię inne rzeczy. Jak już się narobię, to wtedy siadam do komputera i w godzinkę szybko wpisuję literki, wysyłam przemyślane wiadomości, odpisuję konkretnie na pytania itp.
Ostatnio ogarnąłem, że jak jestem na zdalnej to moim robieniem rzeczy jest sprzątanie. Jak chodziłem do biura to chodziłem na szluga i zagadywałem ludzi z losowych działów.
Wtedy przykładny pracownik korporacji, dziś przykładna kura domowa. Nie wiem jak się z tym czuję.
@wombatDaiquiri Ja gotuje dla 5-6 osób dziennie. a to proces, od kupna, wrzucenie na patelnie, do podania na talerzu. Dużo w tym sprzątania, nie da się bez!
Filozofowie chcieli odkryć prawdę o świecie, ale mam wrażenie, że się od niej oddalili na tyle, że zaczęli w ogóle wątpić by ona w jakkolwiek istniała. W pewnym sensie myślę, że rozwój filozofii poszedł w nie tą stronę co trzeba.
zaczęli w ogóle wątpić by prawda w jakkolwiek istniała
no bo poza religią "prawda" nie jest do osiągnięcia za pomocą nauki. świat to fraktal, jak znajdziesz odpowiedz na cos to dostajesz milion nowych pytan.
rozwój filozofii poszedł w nie tą stronę co trzeba.
Żeby naukowiec mógł potwierdzić jakas hipotezę najpierw ktoś ta hipotezę musi wymyślić. Wydedukować na postawie obecnie znanej wiedzy. Filozofia zawsze wyprzedzała "naukę" - filozofia to również nauka - po to właśnie, żeby przedstawiać koncepty warte zbadania. Co więcej filozofia nie zajmuje się tylko fizyka ale również metafizyką, retoryką i etyką. Ostatnio opór się w to wkręciłem polecam podcast philisophize this. Filozofia bez poznania czasów, w których była tworzona jest nic nie warta
"Filantrop oddaje publicznie bliźniemu część tego co mu ukradł prywatnie" - Julian Tuwim, cytat często przywoływany przez intelektualistę o wybitnej moralności i empatii Piotr Ikonowicza.
Człowiek ten z jego wykształceniem i znajomością wielu języków mógłby teoretycznie zarabiać spore pieniądze już dawno i je przeznaczać na pomoc ubogim. Wydawałoby się to efektywniejsze niż to co robi, przecież ta kasa byłaby skuteczniejsza.
Błąd. Ten film jest głębiej o tym.
Jeden z idiotów kucowskich tutaj na hejto przekonywał (słynne "załóż firmę") że lewak powinien sam założyć firmę i pokazać jak się więcej płaci pracownikowi i że to jest jedyna droga dla polepszenia bytu pracownika.
Otóż nie.
Bycie antysystemowcem to coś więcej i jest trudne intelektualnie. Bo to coś innego, wyrwanie się z utartych oklepanych schematów i powielanie ich, a już na pewno konserwatyzm jest synonimem braku antysystemowości. Świetnie wiadomo że znaczna część nawet Polskiego społeczeństwa łaknie "czegoś innego". Ale samo nie wie czego i błądzi regularnie. Przykład: Kukiz. Kukiz się nie zmienił - to wyborcy się pomylili, sami nie wiedzieli czego chcą. Więc dokonują następnego wyboru i następnego... Mówił o tym Janusz Palikot (kanalia, ale inteligentna bardzo) u Stanowskiego, że w Polskim społeczeństwie jest ileś tam procent ludzi którzy jak widzą coś nowego to zagłosują. Ludzie "antysystemowi".
Polecam też świetny film "Nie patrz w górę" - który jest doskonałą satyrą świata w jakim żyjemy.
Poniższy film "Myśleć Głębiej" polecam. Jest o "efektywnym altruizmie". Dylematy moralne, dobro i zło, skuteczność i modne słowo "antysystemowość" (chociaż oni używali innych słów), o tym jak bogacze kreują przekaz (Gates). Kawał dobrego lewactwa.
Bo marksistowska lewica odrzuca utylitarne myślenie w kontekście rachunku zysków. Już pomijam fakt, że bodaj Engels krytykował działalność charytatywną, bo im nie chodziło tyle o wyrwanie ludzi z biedy co o zniesienie kapitalizmu, gdyż był on zły nie tyle dlatego, że wpędzał robotników w nędzę co dlatego, że dehumanizował człowieka. No i oczywiście to w dalszym ciągu postrzeganie człowieka w sposób utowarowiony, przeliczając jego potrzeby na pieniądze.
Od siebie tylko dodam, że od jakiegoś czasu niemiłosiernie drażni mnie działalność "charytatywna" różnych atencjuszy, która jest po prostu wycieraniem sobie gęby potrzebami innych.
Ciekawa rozmowa z Pauliną Danielak z zakresu psychologii, psychoterapii i filozofii. Szczegółowa rozpiska tematów na zrzucie.
Oprócz interesujących wątków, muszę dodać że głos Pauliny jest dla mnie tak kojący, że od samego słuchania robi się milutko na sercu.
Jeśli chodzi o kanał Przemka Górczyka, mocno kibicuje bo dobór gości jest bardzo fajny. Tylko czasem rozmowa w moim odczuciu jest dziwnie prowadzona i coś mi w niej nie leży. Liczę że to kwestia doświadczenia i będzie tylko lepiej.
Goście są mega, choć ostatnio z midelem sie widział ale wystarczy nie oglądać.
Muszę jednak zarzucić że mimo iż Przemo to dobry i miły chop to czasem zwyczajnie mnie irytuje swoją niewiedzą, miał podcast z laską co w Ameryce południowej prowadzi badania archeologiczne i jego brak podstawowej wiedzy w tym zakresie był tak widoczny że gołym okiem było widać że nie jest on specjalnie ciekawy świata, bo jak może ktoś mi wytłumaczyć gdy pyta czy Egipcjanie mieli jakieś pojęcie o astrologii xD.
@Kondziu5 Faktycznie, mam podobne odczucia. Jakiś czas temu słuchałam odcinek (nr 52) z neurobiolożką i czułam bezsens niektórych pytań. Problem rozwiązałoby pewnie lepsze przygotowanie się merytoryczne, chociaż wiadomo nie zawsze jest w stanie przewidzieć gdzie pójdzie rozmowa. Jest potencjał dlatego mocno kibicuje .
Miło że ktoś potrafi patrzeć rzeczywiście o nie wali odrazu że jak nie uwielbiasz to idź stąd 😏.
Takie rozmowy budują, Przemo słuchając takich ludzi sam się edukuje i myślę że z czasem będzie on coraz lepszy, zresztą ostatnio sam mówił że chce wprowadzić trochę innych tematów niż wojna i kilka nagrań pod rząd rzeczywiście znalazł konkretne tematy.
Ogromna większość użytkowników Internetu nigdy się w nim nie wypowiada. Na ile uprawnione jest przyznawanie im takich samych poglądów jak te wyznawane przez aktywną mniejszość?
Powiedzenie „milcząca większość” weszło do słownika w 1969 roku
Wtedy to Prezydent USA Richard Nixon trapiony masowymi protestami przeciwko wojnie w Wietnamie odwołał się do „milczącej większości Amerykanów”. Prezydent wychodził z założenia, że większość Amerykanów popiera jego politykę, ale w ogóle tego nie okazuje, w przeciwieństwie do bardzo głośnych aktywistów. Od tamtej pory świadomości istnienia ogromnej rzeszy ludzi, którzy swoje zdanie mają, ale go nie wypowiadają stale towarzyszy politologom.
Nie inaczej jest w Internecie
Zasada „1%” głosi, że zaledwie jeden procent użytkowników tworzy treści, kilka procent wchodzi z nimi w interakcję, a cała reszta tylko biernie przegląda. Różne badania podają tu różne wartości, wszystkie są jednak do siebie zbliżone: nagłówki piszące o tym, że „internauci” się o czymś wypowiedzieli to bzdura. To jedynie koniuszek góry lodowej o nazwie „społeczność internetowa”.
Co o nich wiemy?
Cóż – niewiele. Odruchowe ekstrapolowanie poglądów aktywistów na ogół populacji jest bardzo poważnym błędem. Szczerze powiedziawszy, myślę, że nie tylko prawdopodobieństwo przeczy takiemu rozwiązaniu. Muszą być jakieś cechy sprawiające, że jedni ludzie garną się do twórczości, a inni nie. Mamy więc do czynienia z dwoma „typami” ludzi i skoro różnią się pod tym względem, to mogą się różnić też przed innymi.
Oczywiście statystycy doskonale o tym wiedzą
Każde badanie statystyczne jest obarczone błędem (swoją drogą od dawna nie widziałem, żeby któryś artykuł prasowy o tym wspominał, jakby sondaż był wyrocznią), a badacze mają swoje metody korekty standardowych skrzywień. Stąd też sondaże wyborcze mniej więcej pokrywają się z rzeczywistością. Tyle tylko, że sondaże wyborcze badają konkretne zachowanie: na kogo się zagłosuje w wyborach. To zaś, jak pisałem poprzednio może wynikać z najróżniejszych motywacji, niekoniecznie ze zgodności z poglądami głoszonymi przez jakiegoś polityka czy jakąś partię.
To zaś powinno napawać niepokojem
Schemat powtarzający się we wszystkich rewolucjach jest taki, że politycy kompletnie nie rozumieli ludzi, którzy z kolei patrzyli na polityków jak na przybyszów z innej planety. W końcu ta skrajna alienacja przeradzała się w regularny sprzeciw i gilotyny szły w ruch.
Co stoi na przeszkodzie, by tą przepaść zasypać?
Odwołam się tutaj do dwoje myślicieli którzy różnie od siebie opisali zjawisko upadku sfery publicznej. Zdaniem Hanny Arendt problem wynikał z obecnego systemu politycznego, zaś Jurgen Habermas dostrzegał go w mediach.
Hanna Arendt już była na blogu przy okazji słynnej koncepcji „banalności zła”. Oglądając na żywo proces hitlerowskiego zbrodniarza Adolfa Eichmanna uznała ona, że za złem współczesnych totalitaryzmów stoi bezmyślność i wyzbycie się własnego rozumu na rzecz ślepego, mechanicznego wykonywania rozkazów.
No dobrze, ale dlaczego nagle ludzie zaczęli bezmyślnie słuchać jakiegoś niespełnionego malarza z dziwnym wąsem?
Arendt w swojej pracy „O kondycji ludzkiej” porównała dwa modele demokracji – antyczny i współczesny.
Starożytność znała (to oczywiście model mocno uproszczony) jasny podział na sferę prywatną i publiczną. Sfera prywatna – gospodarstwo domowe (oikos, od tego słowa pochodzi „ekonomia”) była bytem hierarchicznym, gdzie wszyscy byli podporządkowani głowie rodziny. Tam odbywała się produkcja ekonomiczna i to oikos były odpowiedzialny za zjawisko nazwane „gospodarką”.
Głowa rodziny jednak, uczestnicząc w życiu publicznym stawała w obliczu równych sobie ludzi.
Życie publiczne jednak było czymś znacznie innym niż to co znamy teraz. Każdy obywatel wręcz był skazany na uczestniczenie w nim, a do szerokiej „polityki” (czyli życia polis – wspólnoty) należały też liczne święta, rytuały religijne czy przedstawienia teatralne. To w sferze publicznej człowiek (czy raczej: wolny mężczyzna) wolny mógł się w pełni realizować tocząc nieustanną, bezkrwawą walkę o wyznawane przez siebie ideały.
Zdaniem żydowsko-niemiecko-amerykańskiej filozofki dzisiejsza sfera publiczna znacznie się od niej różni
Zatarciu uległa różnica między tym co prywatne i tym co publiczne. Zamiast obywateli władzę sprawuje na co dzień zawodowa kasta polityków, od których oczekuje się dobrego zarządzania państwem, na wzór zarządzania przedsiębiorstwem czy gospodarstwem. Zbytnia rywalizacja polityczna jest postrzegana jako szkodliwa, jeżeli prowadzi do obstrukcji w wydajnym „rządzeniu”. Rola obywateli w dużej mierze sprowadzona jest do roli głosujących maszynek. I można jej swobodnie nie wypełniać.
Kluczem do przełamania tej obywatelskiej apatii jest wprowadzenie takich zmian, które wymuszą niejako istnienie permanentnej strefy publicznej wszystkich obywateli. Niestety, Hannah Arendt jest stosunkowo mało płodna jeżeli chodzi o konkrety. Podaje jedynie wzory ustrojowe – hierarchiczne rady delegatów istniejące w początkowych fazach wielu rewolucji. Takim radom daleko było do zawodowego grona polityków i wpływających na nich lobbystów. To byli autentyczni delegaci przenoszący wyżej wyłącznie głos dołów.
Właśnie – a co z głosem? Wydawać by się mogło, że współczesne realia internetowe to idealne miejsce do tego, aby każdy mógł się wygadać.
Jednak nie do końca. Jurgen Habermas widział we współczesnych mediach (przy czym było to 60 lat temu a miał na myśli głównie radio i telewizję) główny bloker debaty publicznej. W idealnej (aż nazbyt wyidealizowanej) przeszłości początków czasów nowożytnych istniała, skupiona wokół różnych salonów i kawiarni rzeczywista sfera publiczna. Ludzie na bieżąco dyskutowali ze sobą, a jeżeli ktoś czuł się wykluczony mógł „założyć” własne kółko dyskusyjne. Było to możliwe z dwóch powodów: po pierwsze, grono obywateli było dosyć wąskie i ograniczało się do garstki bogatych mężczyzn. Po drugie, próg wejścia na rynek medialny był stosunkowo niski i wystarczyło zainwestować trochę grosza w małą drukarnię. Bardziej przypominało to lokalną politykę w małej gminie.
Współczesne media masowe niewiele mają z tym wspólnego.
Opanowany przez koncerny medialne rynek praktycznie nie pozwala wejść komuś nowemu. Najgorzej jest w branży social mediów, gdzie każdy perspektywiczny startup dostaje szybko propozycję nie do odrzucenia: albo cię kupujemy, albo wycinamy. O tym „co mówią internety” w ogromnej mierze decydują algorytmy Google, Facebooka i Twittera, które wybierają nam treści pojawiające się na głównej stronie. Takie algorytmy z zasady nie mogą być bezstronne i faworyzują jakiś rodzaj materiałów choćby ze względu na formę. A ta zawsze jest powiązana z treścią.
Tak naprawdę więc nie mamy pojęcia, czy to co uznajemy za „poglądy społeczeństwa” jest nimi rzeczywiście czy też bezprawnie ekstrapolujemy na wszystkich poglądy grupek walczących ze sobą, internetowych aktywistów i zawodowych polityków. Nie wiemy, bo istniejące realia polityczne i medialne zdobyć takiej wiedzy nie pozwalają a skazani jesteśmy na jedynie często pośrednie spekulacje. To trochę jak gotowanie zupy pod przykryciem i próba zgadnięcia na czują kiedy zacznie się podnosić. Ryzyko, że nie zgadniemy a zupa wykipi jest bardzo duże.
PS1: można mnie znaleźć na FB, Instagramie i Hejto:
Jako że poziom dopaminy mi ostatnio pozwala na coś więcej to myślę że warto pójść za ciosem i podzielić się ciekawszymi tezami czy poznaniem świata w ogóle; a że dużo rozmyślam, trochę ze mnie filozof, amator psychologi czy metafizyki to może akurat komuś spodoba się to co mam na uwadze.
ewentualny tag do zablokowania : #blackcontrol
Nasze mięśnie to jeden wielki organ odbierający, odtwarzający a często i magazynujący emocje wszelkiej maści, nieistotnego pochodzenia; dokładnie te mięśnie z których składa się w dużej części twoje ciało.
Cokolwiek byś nie czuł, czujesz to właśnie tam, w spięciach bądź rozluźnieniach tych struniastych struktur. Nasz mózg interpretuje owe reakcje na bodźce (czy to zewnętrzne czy wewnętrznie) łącząc ze sobą odpowiednie wspomnienia, nawyki, przekonania czy aktualny stan wydając jakiś nowy osąd o tym miejscu, o tym mięśniu.
Osąd ten, będąc już "sygnałem"; wersją cyfrową fizycznego ruchu, wpływa na to jakie są nasze kolejne działania.
Nie chcę pisać za długich tych postów, może kiedyś, jakieś.
Mało kto wie, ale Dugin wspiera matriarchat i chce zwalczać mikroagresje ustawowo.
>"Płeć: w Imperium kobietom oddawana będzie cześć, ponieważ są bardziej interesujące, niż mężczyźni (i piękniejsze). Mężczyźni nie poczują się przez to zirytowani, bo zazdrość zostanie zniesiona przez dekret (pierwszym dekretem będzie zniesienie zawiści, zazdrości i mienia, zazdrość będzie karana: trzy pociągnięcia bluszczową witką za zazdrosne spojrzenia, a sześć – za zazdrosne słowo)."
Ma też inne ciekawe pomysły
>Społeczeństwo powinno być zbudowane w formie hierarchii, opartej na ejdetyczno- egzystencjalnej zasadzie, to jest, podstawą kryterium hierarchicznego powinna być miara intensywności życia ejdetycznego danej osoby. To nic innego, jak rozliczne poziomy lub stopnie egzystowania Aniołów. Winniśmy przyjąć jako dogmat: ludzie nie żyją – to Anioł żyje poprzez nas i im jaśniej i intensywnej on żyje, tym wyższy stopień hierarchiczny tego, przez kogo on żyje i, odpowiednio, tym mniejszy w tym, przez kogo on żyje, stopień indywidualności. Anioł i ego są obecne w człowieku w odwrotnej proporcji: im większy Anioł, tym mniejsze ego. Im skromniejszy i bardziej ascetyczny jest człowiek, tym mniejsza w nim indywidualność, tym wyższe zajmuje miejsce w prawdziwej hierarchii.
>Ludzie, którzy osobiście znali Stalina, poświadczają o jego skrajnej bezpretensjonalności w życiu codziennym; na przykład, mówią o tym jak, u szczytu swojej władzy, wolał sypiać na łóżku polowym. Inny komunistyczny wódz imperialnego mocarstwa, Mao Tse-Tung, starał się nigdy nie dotykać pieniędzy, których fizycznie nie znosił. Sama myśl o pieniądzach, bądź dotykaniu ich, wywoływała w nim fizyczny ból. To są oznaki bliskości anielskiej obecności.
Zrzyna też od Platona i łączy to z pseudomistycyzmem
>Państwo powinno znajdować się pod przywództwem króla-filozofa, który jest całkowicie przezroczysty, pozbawiony cech indywidualnych. Jego indywidualna zasada powinna być tak znikoma, że pożądane jest, aby wszystko w niej było ukryte – w tym jego ciało, jego wizerunek itp. Byłoby lepiej, aby nikt nie postrzegał władcy-filozofa jako aspektu zewnętrznego. Wszyscy powinni postrzegać go jako władcę wewnętrznego, jako „gościa od wewnątrz”.
Popiera też komunizm
>Własność prywatna zostanie zniesiona. Działać będzie słońce. Ziemia i czas należeć będą do eidos (grec. eidos, łac. essentia; esencja, istota, sedno, prawdziwa natura rzeczy – przyp. tłum.). Nie będzie banków, ani wielkich posiadłości. Rilke i Heidegger mówili o „przeniesieniu ciężarów z rąk Kupca do rąk Anioła”.
I integracje z przyrodą.
>Wkoło będą sady i lasy, a także dzikie zwierzęta pomiędzy tymi domowymi. Wilki wprawią się w rzemiośle i pomagać będą ludziom naprawiać wozy i śpiewać pieśni. Chłopi nosić będą ogromne brody, w które wplatać będą dojrzałe kłosy. Niedźwiedzie będą pracować na polach jako najbardziej inteligentni z leśnych braci. Świnie wykarmią się same lub wybiorą sobie świnię-dowódcę.
Będzie też miejsce na postacie ze świata fantazy.
>To będzie wielkie Imperium. Państwo będzie posiadało bogactwo krajobrazów i różnorodne stosunki polityczne. Zasada Imperium musi zostać zrehabilitowana. Obok trójfunkcyjnego systemu (filozofowie, żołnierze i chłopi), w Imperium znajdować mogą się enklawy różnych istot – Amazonek, dwugłowych, ptakonogich i bezgłowych stworzeń, Cyganów, Ewenków itd. Może być nawet republika syren, a także leśne wiece, którym przewodzić będzie zebranie Domowojów (duchów opiekuńczych domu – przyp. tłum.) i Leszych. Możemy również wyobrazić sobie kongres Aniołów lub tatarski kurułtaj.
@Al-3_x W latach 90-tych w Rosji musieli ostro pić i ćpać, bo właśnie wtedy książka Dugina została lekturą obowiązkową na kierunkach wojskowych i dyplomatycznych. Ten Putin nie jest taki głupi, skoro z biegiem czasu odsuwał Dugina coraz dalej i dalej od Kremla.
Masa dorosłych ludzi wychowała się na jakimś zadupiu. Nie dostali dobrej edukacji. Stwierdzili oni, że nie da się wyżyć i nie ma perspektyw. Wyjeżdża więc w delegację, do miasta, czy na #emigracja
Odkładają pieniądze.
Co robią gdy już zaoszczędzą?
Wracają w to samo miejsce gdzie się urodzili. Stawiają tam domy.
Zakładają rodziny.
Wychowują dzieci w tym samym miejscu żeby ich bombelki mogły powtórzyć ten sam cykl.
Przecież w większości przypadków duże miasto gwarantuje lepszy start w życiu.
@VladTheImpaler wyjechałem z powiatowego do wojewódzkiego, pozylem tam 12 lat, doszedłem do wniosku że to wojewódzkie to c⁎⁎j oszustwo. Wszystko drogie, wszędzie daleko, życie jakieś k⁎⁎wa za szybkie. Wróciłem do powiatowego i czuje dobrze cowiek maupa. Dzieciak jak będzie sie chcial wyprowadzić do wojewódzkiego to nie będę mu bronił.
Ludzie wracają bo meczy ich życie w dużym mieście jeśli z niego nie są, proste. A do tego teraz dochodzą kwestie finansowe. Jak możesz wrócić do powiatowego i postawić sobie dom, zamiast mieszkać w kurniku to wracasz. W pewnym wieku po prostu zmieniają się priorytety.
@StrongSilentType i to jest najlepsza odpowiedź. Ja mieszkam w UK. Tu spłacam dom. Ale na przyszłość to kupię sobie domek gdzieś pod Białymstokiem i będę się rozkoszował spokojem.
Uwielbiam tłumaczenie swojej nieporadności "zapirdalaniem rzycia w mnieście" xD
Zaraz obok "olaboga bo nie urodziłem się w rodzinie miliardera, to będę rypał na magazynie jako robol bo nawet nie spróbuję się rozwinąć - ŻYCIE/PLANETY/ŚWIAT SOM PCZECIFKO MNIE" xD
@VladTheImpaler Z punktu widzenia całego społeczeństwa to niedobrą rzeczą jest migracja wszystkich do dużych miast. Wsie i miasteczka, gminy, miasta powiatowe też muszą się rozwijać.