Wisconsin, lata 80. XIX wieku, czyli Dziki Zachód.
Szeryf i pastor równocześnie zanosi z innymi znalezione ciało żołnierza do miasteczka (Jacob też kiedyś był żołnierzem). Ale doktor mówi, że to choroba zakaźna i że trzeba działać bardzo ostrożnie.
Na razie nie chcą wzniecać paniki, ale zaczyna chorować coraz więcej osób. Do tego zbliża się prawdopodobnie wielki pożar do ich miasteczka.
Śmierć zbiera swoje żniwo. Horror, groza, piekło.
Bardzo mocny film, w pewnym momencie czułam, że wchodzę do piekła i bam! nagle tam jestem ze wszystkimi bohaterami. Jeszcze na początku czy w środku filmu można trochę brechnąć śmiechem, ale im dalej tym groza zabiera fun i wkraczamy na depresyjne klimaty gdzie śmierć jest codziennością.
Veska wraca po latach do rodzinnej miejscowości na wykopaliska, jest archeolożką. Od razu spotyka Saida, kolegę, który kiedyś jej pomógł, więc chce się odwdzięczyć. Czuć chemię między nimi, ale Said nagle znika.
Za to pojawiają się kolejni starzy znajomi, jak Ilja, miejscowy szef gangsterów. Ogólnie przez cały film Veska błąka się po miasteczku i okolicach, poznaje nowych ludzi i starych znajomych. To taka jej osobista odyseja.
Pięknie zrealizowany film o tym, jak przeszłość wpycha się z powrotem w życie dojrzałej kobiety, a jedynym znajomym z dawnych czasów wydaje się właśnie Said, który też niechętnie chce dalej uczęszczać ścieżką przestępczą.
Ogląda się wybitnie. Mimo że film trwa prawie 3h i niewiele się dzieje akcyjnie, to nie czuć powolności obrazu. Wprost przeciwnie, podążamy zawsze i wszędzie za Veską, ciekawi, gdzie zaprowadzi nas teraz.
Gorąco polecam, sama byłam w szoku jak gładko mi wszedł ten obraz. Jest tam pewien urok lokalności na obrzeżach, a zarazem mrok, krążący niespokojnie pod skórą tej specyficznej bułgarskiej społeczności.
Film przygodowy familijny, klasyczne przygody, na plus to, ze rzeczywiscie bylo to kręcone w krajach, w których sie dzieje a nie jakis greenscreen. Moim zdaniem ocena na filmweb jest zaniżona. Przyjemnie sie to oglada, ladne aktorki i czasem nawet humorystyczne sceny. Taki Indiana Jones z temu. Ogolnie polecam
Dzień świra trochę? Ale poziom amatorski, niskobudżetowy.
Dwie młode nauczycielki, które są parą, z dnia na dzień tracą mieszkanie i ruszają w odyseję poszukiwań nowego lokum, co okazuje się okazją do zrewidowania swoich oczekiwań wobec życia.
Dużo gagów słownych, jazda samochodem z rejestracją KWA 2137, neutralne relacje z rodzicami.
Ogólnie film śmieszny, choć po zastanowieniu te sytuacje, z jakimi borykają się młode dziewczyny, wcale nie są w gruncie rzeczy śmieszne. Śmieszne teksty lecą, ale reszta realizacyjna nie do końca styka się z dziełem filmowym, można wybaczyć, bo debiut za małą kasę.
Silvia ze swoim partnerem żyje z połowu alg. Nie może mieć dzieci, ale gdy przygarnia suczkę Yuri, dużo się zmienia.
Silvia czuje dużą więź z psem, ale gdy suczka dorasta i ucieka, podążając za swoim instynktem, kobieta przywołuje traumę z dzieciństwa, gdy w trakcie zabawy zgubił się jej rówieśnik nad morzem.
Relacja z Yuri przybiera skomplikowaną formę, która tworzy konflikty pomiędzy psem a kobietą.
Bardzo ciekawy film, który początkowo oceniałam na 6/10 ale po rozmowie z kolegą, który też był ze mną na seansie, doszłam do wniosku, że kumpel ma rację i całkiem inaczej spojrzałam na ten film i nagle to, co mi tam nie pasowało, wszystko wskoczyło na swoje miejsce.
To zobligowało mnie do dyskusji z koleżanką z festiwalu - że czy ja jestem ujowa w ocenie filmów, bo jako jedyna potrafię elastycznie zmieniać zdanie, a na przykład inni trzymają się swojej oceny i nawet jeśli kiwają głową, rozumiejąc tłumaczenia innych to już nie zejdą z raz obranej oceny?
A może wprost przeciwnie, może dzięki otwartemu umysłowi jestem wręcz idealnym krytykiem filmowym, który lubi zyskiwać różne perspektywy na jeden film i analizować więcej "po" niż "w trakcie seansu"?
W każdym razie był to przez to jeden z ciekawszych seansów festiwalu.
Miałem w głowie, że remake to był gniot. Przyjemnie się rozczarowałem. Nawet nie brałem poprawki na wiek tego dzieła. To jest po prostu bardzo dobry film i dalej się go dobrze ogląda.
Libańska wioska. Poznajemy zwyczajną rodzinę. Jedna z sióstr pracuje jako pielęgniarka, druga pracuje w polu i ma adoratora. Wszystko się zmienia, gdy ich brat potrąca śmiertelnie mężczyznę z wrogiego klanu. Ten klan domaga się zadośćuczynienia: albo śmierci brata, albo dwóch sióstr.
Rodzina więc ucieka, a siostry zostają zawiezione do szejka wrogiego klanu, który każe im wybrać, która tu zostanie i wyjdzie za mąż za jednego z nich.
Piekło kobiet wciąż istnieje, w tle plemienne waśnie, ale czemu za to wszystko co zmajstrowali faceci "płaci się" kobietami?
Smutny to film, wciąż razi, że dalej tak jest w XXI wieku. Z jednej strony kochająca się rodzina, ale gdy zawiśnie nad nią śmierć syna, nie ma zastanawiania się - wysłanie sióstr to o wiele mniejsza cena, a ich uczucia i to czego chcą od życia są drugorzędne, o ile w ogóle są ważne.
Zrobił wrażenie na mnie ten film, szczególnie ostanie sceny.
Zanim powstał "Kieł" Lanthimosa, była "Twierdza cnoty".
Tutaj zamknięta rodzina wytwarza domową trutkę na szczury. Trójka dzieci, w tym dorastający syn i córka, całe życie żyją w zamknięciu, nie wychodzą z domu. Ojciec uczy ich sam, bo świat jest do d⁎⁎y i to ma niby ich ochronić.
Ale kto ochroni ich przed samym ojcem? Oprawcą, cholerykiem i przemocowcem? Na pewno nie stłamszona matka, która stara się jak najbardziej przypodobać mężowi, któremu wciąż jest za mało jej uczuć.
Dla mnie bardziej thriller niż dramat, szaleństwo ojca pogłębia się, a może zawsze takie było, ale rodzina wierzy mu na słowo, więc wytrzymuje wszystko, nawet jego bezpośrednie groźby, że ich zabije.
Zaskakująca końcówka, ładny smash tam mamy - choć ja podejrzewałam, że skończy się jednak trochę inaczej i co innego rozwali ową "twierdzę cnoty". Polecam film, warto nadrobić.
Młoda Daphne ma talent do judo i trafia do zespołu uznanego trenera Yuriego, który ma na koncie jedną zawodniczkę ze złotym medalem. Zoe jest w przeciwnej drużynie i na sparingu szybko i łatwo pokonuje Daphne, ale po wszystkim zawiera z nią bliską relację.
Daphne łatwo daje się manipulować dziewczynie, przez co traci zaufanie do trenera. A jednak w końcu dowiaduje się prawdy i zostaje powołana do pierwszego zespołu. Tam pokonuje wszystkich i w finale czeka ją pojedynek z Zoe.
Miły, lekki grecki film o odkrywaniu siebie i tego, co się liczy. Wysoka ocena, bo lubię filmy sportowe. No i naprawdę dobrze się bawiłam.
Hutu stanowili większość ludności Rwandy, Tutsi byli mniejszością.
Podziały etniczne zostały mocno pogłębione w okresie kolonialnym przez Belgów, którzy faworyzowali Tutsi.
Po uzyskaniu niepodległości władzę przejęli Hutu, a napięcia między grupami narastały.
W 1994 roku, po zestrzeleniu samolotu z prezydentem Rwandy, ekstremiści Hutu rozpoczęli ludobójstwo.
W ciągu około 100 dni zamordowano ok. 800 tys. osób, głównie Tutsi, ale także umiarkowanych Hutu.
Masakry zakończyły się dopiero, gdy kraj przejęły siły Rwandyjskiego Frontu Patriotycznego (RPF), złożone głównie z Tutsi.
Więc film mocno zahacza o tę tematykę. Główna bohaterka jest w stanie wybaczyć mordercy z Hutu, ale z drugiej strony nie umie zrozumieć swojej córki, która przed studiami zachodzi w ciążę.
Rodzinny film, w sumie o samych kobietach – babci, cioci i matce, która w końcu jednak wybiera wsparcie córki. Bo cóż? Skoro umiała wybaczyć mordercy z Hutu, to czemu nie miałaby mieć ciepłych uczuć do własnego dziecka? Bardzo mi się podobał ten film. Historia ludobójstwa jest zaledwie tłem, a z drugiej strony ma duże znaczenie - w gruncie rzeczy to od nas zależy co wybierzemy z tej historii - ja wybrałam nawrócenie głównej bohaterki na sprawy własne, rodzinne, przełożenie filozofii wybaczenia na zwykłą codzienność.
Wiedzieliście na przykład, że w Iranie można legalnie przejść tranzycję płci? Tak, islam dopuszcza pewne przypadki - oczywiście życie takich ludzi tam to koszmar, ale sama możliwość jest. Ja w każdym razie nie wiedziałam.
Między marzeniem i nadzieją może zdarzyć się wiele rzeczy. Na przykład taka, że sprawia, iż realizacja płynie. Relacja, obserwacja z punktu widzenia zakochanej partnerki Azad, która szuka swojego ukochanego, który zaginął nagle, próbując uzyskać zgodę ojca na zmianę płci. Iran.
Hańba rodziny, z której nie mogą się otrząsnąć mężczyźni, to oni uprowadzają córkę, a ta partnerka go szuka.
Film trochę skręca gatunkowo, co nadaje mu fajnego, ostrzejszego rysu. Nie czułam jakieś super chemii między Azadem a jego partnerką, ale sam fakt, jak dziewczyna była uparta i lojalna to sztos - nie bała się wpaść w sam środek tego Iranu na obrzeżach, gdzie baba to przedmiot i starać się uratować swojego ukochanego.
Film mimo wszystko wydaje się trochę wybrakowany, ale dobrze się oglądało. Są różne smaczki, typu gdy na początku Azad dowiaduje się, że jednak uzyskanie zgody na tranzycję nie jest takie proste i narzeka na to przed urzędnikami oni kwitują to "płacze jak baba, a chce być facetem" - czy coś w tym stylu.
To był mój ostatni film festiwalu!
Od teraz będę wrzucać na bieżąco już Dziękuję za cierpliwość!
Islam w Iranie bo tamtejsze rządzące turbany takie fatwy dali, większości muzułmanów to nie dotyczy. Jeszcze jakiś czas temu Iran był drugim po Tajlandii krajem z największą liczbą takich ludzi.
Obserwujemy dwie równoczesne historie: opowiadaną w 2004 roku historię (opisywaną przez scenarzystę) Elsy, reżyserki reklam i jej boyfrienda, strażaka i striptizera, oraz dziejący się współcześnie proces twórczy starszego nieco reżysera i scenarzysty, który coraz więcej zaczyna czerpać z życia innych niż ze swojego, jak np. z życia swojej przyjaciółki agentki, co naraża ich na spory konflikt.
Zaczyna też nieco olewać swojego partnera, co ma swoje odbicie w książce. Proces twórczy wybucha z siłą po kłótni z przyjaciółką.
Można się wściekać na wiele niewspółmiernych rzeczy w obu historiach, ale warto wziąć pod uwagę, że to samokrytyczny film Almodovara, w którym rozlicza się z samym sobą, z tego jak pracuje, jak mu to idzie coraz toporniej i on jest tego świadomy i jak wybuch inspiracji bierze go w posiadanie mimo wszystko.
Ta kwestia bardzo mi podwyższyła ocenę filmu - wiadomo, bez zrozumienia tego, kim jest Almodovar, może być ciężko, chociaż konkluzja wciąż pozostaje ta sama: twórca mierzy się z rzeczywistością w ten sposób, że bierze sobie z niej co chce i przekształca na swój wzór. I chociaż często wydaje się to złe, to dla twórcy zawsze będzie takie samo - proces twórczy musi się toczyć bez względu na wszystko.
Ciekawy był to seans zaraz po "Historiach równoległych", które przecież również opowiadają o tworzeniu w oparciu na obserwacji, tego co widzimy.
Baaaardzo luźna adaptacja "Krótkiego filmu o miłości" Kieślowskiego.
Adam pomaga odzyskać portfel młodej kobiecie, a ona zatrudnia go do pomocy przy pakowaniu i sprzątaniu mieszkania ciotki, z którego ta ma się wyprowadzić. Ciotka to pisarka, która inspiracje czerpie z obserwacji sąsiadów przez teleskop. Sama sobie interpretuje to, co widzi, dopisuje do tego pseudohistorie.
Ale wydawczyni nie podoba się książka, więc ciotka podrzuca ją Adamowi: „Przeczytaj, jak chcesz, i wyrzuć”.
On jednak poznaje sekret podglądania i w pobliskiej kawiarni udaje pisarza przed sąsiadką podglądaną przez ciotkę. Sąsiedzi to ekipa dwóch braci i żona starszego z nich. Ekipa robi dźwięk do filmów. Gdy rękopis książki ciotki trafia w ich ręce, ich relacje ulegają przeobrażeniom.
W filmie Kieślowskiego podglądanie miało ukoić samotność i dać fikcyjny strzęp bliskości, u Farhadiego podglądanie to przede wszystkim interpretacja. Tutaj mamy takie wymieszanie, że rzeczywistość obserwowana wpływa na fantazję, a ta znów wpływa na rzeczywistość.
Wielu widzę po ocenach to nie pasuję, ale mi się wiele wątków podobało - sam aspekt pisarski i jak to przerzuca się na świat zastany w postaci Adama, który postanawia przedstawić fantazję rzeczywistości i jak wypada ta konfrontacja.
Ogólnie można mieć wrażenie, że historia przerzuca się z wątku na wątek, ale musimy zrozumieć, że poruszamy się po różnych obszarach, a nic nie jest takie, jakie się wydaje (jak np. to że były złodziej ratuje przypadkową kobietę przed aktem złodziejstwa w wybuchu niespodziewanego bohaterstwa, a potem sam kradnie powieść).
Gdyby drogim krytykom chciało się oceniać skutki i powiązania, zamiast koncentrować się na porównaniu do filmu Kieślowskiego, to może miałby lepsze oceny ten film. Ale nawet, tam gdzie krytycy odpuszczają porównania to określają to miszmaszu, artystycznej soap-opery.
Szkoda, bo fakt, film jest pomieszany na maksa, ale nie jest wcale trudno definiować co się dzieje na ekranie, a można by z tego wyciągnąć wiele rzeczy na temat twórczości i relacji ludzkich.
"Nie widzę swojego życia poza granicami oblężenia. I nie widzę końca oblężenia poza granicami mojego życia." - napis na drzwiach mieszkania jednego z bohaterów filmu.
Palestyna. Oblężenie widziane z różnych perspektyw.
Arafata już psychicznie zjechanego, grupki znajomych chowających się w czasie ostrzału w wypożyczalni filmowej. Na sam koniec mamy akcję w szpitalu. Codzienność ludzi, którzy postanowili tu zostać.
Nie jest to na pewno mocno depresyjne kino, to raczej tak wygląda codzienność ludzi - ludzi, którzy są zdolni przystosować się do wszystkiego, dalej kochać, przyjaźnić się, kochać, rozsiewać dobrą energię. Ale jednak więcej tych przeszkód w nawet takich ograniczonych warunkach codzienności - bo przecież gdy chowacie się w zimnej starej wypożyczalni kaset video to warto by wykorzystać stare kasety do rozpałki, ale jedna z osób oburza się, bo dla niej te kasety to niezrównany symbol "życia przed", symbol kultury i wspaniałości życia, gdy nie było oblężenia. Dziś jednak nikt nie ogląda kaset, a ogrzać się trzeba, gdy na zewnątrz trwa ostrzał.
Opowieść o styku dzieciństwa z dorosłością. Trzy dziewczynki + młodsza siostra jednej z nich wybierają się w ostatnią podróż jako dzieci.
To wielka przygoda, kino drogi.
Po powrocie większość z nich czeka porzucenie szkoły i praca w fabryce. Realia Chin. Film mi tak średnio podpasował, ale wywołał myślenie, więc nie oceniam go źle. Kolejne smutne realia female stuff, tym razem z Chin.
Młoda para z Delhi. Gdy popadają w finansowe tarapaty... No niestety brak chemii, ciężko polubić bohaterów. Snuje się to i nie wciąga. W tle podobne problemy rówieśników głównej pary.
Etienne oprócz siostry nie ma rodziny. Całe życie jeździ ciężarówką. W trasie poznaje innego kierowcę, Bartosza (w tej roli Julian Świeżewski), i od razu iskrzy między nimi.
Jednak oprócz rozmów online nie mogą się spotykać regularnie - mimo, że ich uczucie rozkwita, czasem mijają się tylko gdzieś na trasie. To jednak za mało dla nich obu. Po kłótni Bartosz rezygnuje z jeżdżenia i wraca do kraju. Etienne mocno tęskni, więc bierze kilka dni wolnego, by pojechać do Warszawy i odnaleźć Bartosza.
Taki "tirowy" Brokeback Mountain, ale cała iskra wspaniałości to fakt, że i Etienne i Bartosz to zwykli faceci. Nie przypominają pięknych lic kowbojskich znanych z gejowskiego westernu. Etienne jest w średnim wieku, mógłby spokojnie trochę schudnąć, ale poza tym to grzeczny facet (no, może też trochę grzeszny, bo na "pauzach" lubi chodzić do parków, gdzie tirowiec-gej może znaleźć "obsługę" - tam zresztą poznaje Bartosza).
Całe jego życie to te jeżdżenie ciężarówką w trasy. Ma swoje problemy w pracy, bo widzi jak firmy z innych krajów podbierają rynek, bo właśnie takim kierowcom jak z Polski płaci się mniej.
Bartosz ma więcej werwy niż spokojny "misiu" Etienne. Dla niego praca na ciężarówce to nie jest całe życie, a raczej przymus by zarabiać. Te światopoglądy kłócą się ze sobą. Ale może jednak uczucie będzie ważniejsze?
Jedyny film festiwalu na którym płakałam ze wzruszu jak dzieciak. Milutko było na serduszku po takim filmie. I sam fakt, że ci panowie nie byli zbytnio atrakcyjni tylko podbijał realizm i zarazem romantyzm sytuacji
Młody zakochuje się w Ryanie, koledze ze szkoły. Ryan ma też innego „kolegę” i zazdrosny młody sypie na nich. Chłopcy przechodzą dziwną konwersję u jakiegoś dziwnego pastora „uzdrawiającego” homoseksualizm.
Z czasem uberreligijna matka nasyła go też na młodego. Od tego czasu chłopcy widzą kogoś w postaci samych siebie, a to jakaś demoniczna siła przybierająca postać kogoś, do kogo czują pożądanie. Niby horror coming out of age, ale podprogowe przesłanie jest zbyt proste: nie lękaj się kochać, kogo chcesz.
Niestety w warstwie horrorowej również dostarczył film zaledwie podstawę.
Turcja. Udane małżeństwo z czternastoletnią córką. On dramaturg i wykładowca na uniwersytecie, ona główna aktorka Teatru Narodowego w Ankarze.
Ale pewnego dnia wszystko rozsypuje się jak domek z kart. On zostaje wydalony z uczelni za to, że namawiał studentów na wykładzie do wyjścia na demonstrację, ona za to, że po spektaklu nie poszła zrobić zdjęcia z gubernatorem.
Polityka wchodzi i psuje całkiem satysfakcjonujące życie tych ludzi. Bez pracy i pieniędzy są zmuszeni wyjechać do Stambułu i zamieszkać u teściowej. On jeździ taksówką, ona zapewne zaraz będzie grała w jakichś telewizyjnych serialach.
On pisze nowy dramat Żółte listy i postanawia wystawić go w małym lokalnym, zaprzyjaźnionym teatrze. Ogólnie film o tym, że tacy ludzie i tak sobie poradzą, tylko kosztem rozpadu rodziny, gdy zmieniają się podejścia jego i jej, wobec zmian polityczno-społecznych, które dotykają klasę średnią w dużych miastach.
Ciekawostka: niemieckie miasta udają Ankarę i Stambuł (Berlin i Hamurg).
Jakkolwiek oceniać temat filmu - sam obraz ogląda się dobrze, aktorzy top, akcja leci, nie nudzi się widz.
Javier Bardem gra doświadczonego reżysera, który wraca do Hiszpanii, by nakręcić swój najnowszy film i odzyskać kontakt z córką, w której życiu nigdy nie uczestniczył. Proponuje jej jedną z głównych ról. Dla niej to szansa, bo nie jest znana i zazwyczaj gra w jakichś TV chałach.
Relacje jej i ojca oraz całej ekipy podczas kręcenia filmu czasem przybierają różny obrót. Ojciec i córka obserwują siebie z dystansem, próbując traktować siebie profesjonalnie, ale widać, że brak dopowiedzenia odciska swoje piętno.
Bardzo dobry film, dużo zbliżeń, które nie są robione dla samych zbliżeń, ale mają nam pokazać myśli dwójki głównych bohaterów, jak w jednym spojrzeniu wyraża się uczucie i ciężar wobec samych siebie.
Znakomite kino, znakomite aktorstwo i bardzo przemyślane zdjęcia. Plus w bonusie zaglądamy za kulisy pracy filmowej.
Taka bardziej gorącokrwista "Wartość sentymentalna".
@Carthago Możliwe, nie wiem jak to wygląda z premierami z Cannes, o ile sprowadzanie na festiwale to norma, to nie czaję reguł dotyczących ogólnej dystrybucji.
W każdym razie polecam pamiętać, warto! Dobry film.