
Shagwest
- 543wpisów
- 2627komentarzy

Zaloguj się aby komentować
A dziś na spa pojechała Kawa, więc pożyczyłem sobie jej odpowiednik w wersji dla dziadków - Z900RS. Wygląd wiadomo, jak WSK, ale wrażenia z jazdy fenomenalne. Pozycja ultra wygodna, zbiera się jak moja zetka, brzmi całkiem spoko. Mógłbym tym jeździć.
Thruxton, którego miałem kilka dni temu, to całkowite przeciwieństwo. Pozycja koszmarna, nie da sie tym dłużej jeździć. Po parunastu kilometrach zrozumiałem podśmiechujki dilerów, którzy proponowali mi, bym go przetestował, bo nic lepszego nie ma. Dranie.
#motocykle #kawasaki

Zaloguj się aby komentować
Tygrysek trafił w końcu na zasłużone spa, a jako zabezpieczenie wziąłem od dealera Thruxtona 400. Uroczy sprzęcik, jednocylindrowa czterysetka, ma taki chamski vibe stodwudziestkipiątki. Ale jeździ trochę lepiej. I rozczulająco pierdzi, aż się chce odkręcać
#motocykle

Zaloguj się aby komentować
Takie post scriptum do mojego wpisu o #thebloodofdawnwalker. Ja naprawdę nie wiem, gdzie mają uszy ludzie chwalący ten dubbing. Bez spoilerów.
Rozmowa z ciut ważniejszym NPC-em, który ma jakąś tam rólkę w fabule. Gość tłumaczy swój plan, jest przy tym dość wyluzowany, może nawet nonszalancki. Taki typ pomniejszego pana na włościach, który ma do gracza interes. Wszystkie kwestie wypowiada właśnie w taki spokojny sposób, za wyjątkiem tej jednej linijki w środku rozmowy (dosłownie w środku dłuższej wypowiedzi, nie zaraz po wybraniu odpowiedniej opcji dialogowej - między jednym zdaniem a drugim) - gdzie przełącza się na lekko bełkotliwe i płaczliwe zawodzenie. Czym się różni ta linijka? Podczas jej wypowiadania postać popija z kielicha i nawiązuje do swoich motywacji. Zaraz po niej wraca do poprzedniego tonu.
No to jest niemożliwe, by aktor nagrywał tę rozmowę w całości. To wygląda, jakby dostali kwestie z całej gry ułożone alfabetycznie i lecieli po kolei - a przy tej była wskazówka, że postać robi przerwę na łyk alkoholu. No to dawaj, nagrywamy jakby był pijany.
Mógłbym też założyć, że to po prostu dogrywka w innym terminie i przypadkowo realizatorowi uciekł kontekst, ale takie losowe intonacje są w całej grze.
Reżyseria tego dubbingu jest koszmarna.
Gdyby ktoś tak zdubbingował animację kinową, to byłaby murowanym hitem. Ale z memów.
#gry
Zaloguj się aby komentować
Pograłem od wczoraj już paręnaście godzin w The Blood of Dawnwalker i po prologu i lekkim liźnięciu wątku głównego jestem bardzo na tak.
Fabuła jak na razie ciekawa, w ogóle wielki plus ode mnie za to, że jest to oryginalny świat, a nie adaptacja książki. Adaptacje to według mnie coś bardziej odtwórczego, co nie pozwala scenarzystom w pełni wykazać się kreatywnością. Walka mi się podoba, ja generalnie zawsze jestem kiepski w mocno zręcznościowe mechaniki. Jakieś Bayonetty polegające na wykuciu i wykonaniu długich combosów są dla mnie niegrywalne, a soulsy przechodzę bardziej siłą uporu niż małpiej zręczności. A tutaj zdarzało mi się już kilka razy wpaść w trans, kiedy nawet niespecjalnie widzę i analizuję, co się na ekranie dzieje, tylko reaguję instynktownie i przechodzę dłuższą walkę bez większych obrażeń blokując i parując kiedy trzeba (na poziomie trudności 3/4). Bardzo satysfakcjonujące.
Straaaaaaasznie podoba mi się mechanika upływającego czasu. Zawsze doceniam, gdy twórcy gry celującej w więcej niż jedno A mają odwagę eksperymentować (w indykach to norma, więc wprawdzie też doceniam, ale to nie to samo). W roleplejach od zawsze mamy ten śmieszny problem, że fabuła wmawia nam, że wisi nad nami jakiś miecz Demoklesa, a rozgrywka twierdzi zupełnie co innego. Geralt desperacko szuka Ciri, która jest w niebezpieczeństwie, ale w Gwinta zagra, utopca utopi, wyrucha pół Velen. Heniek powinien czym prędzej wyciągnąć Ptaszka z klatki, ale po drodze kuźnię wyremontuje, zegar miejski naprawi, wydoktoryzuje się w parzeniu herbaty.
W końcu ktoś miał odwagę zrobić to inaczej. Tu, by trzymać się przykładu z prologu i nie wyskakiwać ze spoilerami, jak mówią, że wieczorem będzie pewne wydarzenie i musisz się na nie przygotować, to wydarzenie będzie wieczorem (nie po 84 dniach spędzonych na polowaniu na sarny, gdy postanowisz z nudów pchnąć fabułę do przodu) i albo się przygotujesz, albo nie. Albo odpowiednio dobierzesz questy i aktywności, by zdążyć na czas, albo nie. I jak nie, to też nie jest game over, tylko drzewo fabuły uwzględnia to, co zrobiłeś. Według tego, co Rysław donosił, to drzewo jest przeogromne. I do tej mechaniki dobudowane są kolejne, związane mocno z fabułą i tym, w jaki sposób ukończymy główne zadanie, bo po prostu nie możemy zrobić wszystkiego, wyczyścić całej mapy jak w Horizonie czy Cyberpunku i wtedy dziarsko ruszyć do questa kończącego. Absolutnie fantastyczne.
I teraz w komentarzach na golu czy innych pepełe pełno mądrości "nienawidzę takich ograniczeń, pierwsze co zrobię po zainstalowaniu, to wrzucam moda wyłączającego to". Owszem, można, to jest siła #pcmasterrace, że modami można zrobić wszystko. Ale to tak jakby od razu po zainstalowaniu GTA wrzucić cheata na wszystkie bronie i nieograniczony hajs, bo "nienawidzę takich ograniczeń". To jest cała gra zbudowana na tym, a nie tylko licznik czasu w rogu ekranu, po upłynięciu którego gra się wyłącza. Jak ktoś lubi, to proszę bardzo. Tylko to takie dość smutne podejście, zero zainteresowania czymś nowym i odważnym.
Ale wracając do gry. W paru miejscach czuć budżet niższy niż wyższy. NPC-e i rozmowy z nimi mają vibe Wiedźmina pierwszego, modele strasznie powtarzalne i często niespecjalnie pasujące do postaci, które przedstawiają. Jakby wszyscy niebędący ważniejszymi dla fabuły osobami byli w wieku około 30-40 lat. I taki model postaci gra starowinkę albo młodego chłopaka na schadzce z dziewczyną. Brakuje też trochę takich prostych rzeczy z gatunku "quality of life". Nie znalazłem żadnych ustawień dostępności, a dla moich oczu kolor śladów podczas używania instynktu bardzo mało kontrastuje z otoczeniem. Nie ma też możliwości wyregulowania krawędzi ekranu dla interfejsu, co rodzi problem na monitorze ultrawide - ikony informujące o naładowaniu się zdolności czy tym, na co akurat jest przełączony krzyżak, są podczas walki za daleko od akcji i po prostu ich nie widzę kątem oka. A intencjonalne spojrzenie na nie prawie zawsze kończy się śmiercią.
Polski dubbing - ech. Głosowo w porządku, ale reżyseria... Ja nie wiem, u nas zupełnie normalne jest to, że aktorzy podkładający głos w grze nie znają kontekstu wypowiadanej kwestii. Że dialogi nie są nagrywane jednocześnie przez obu aktorów, dzięki czemu mieliby w ogóle szansę odegrać interakcję. Tutaj bardzo czuć, że aktorzy gubią wątek dosłownie co kwestię i za każdym razem zgadują (rzadko trafnie), jak zaintonować dane zdanie, bo nie widzieli całej rozmowy. Albo po walce z pierwszym większym wrogiem Coen rzuca do siebie coś w stylu "co to było?!". Ale aktor wypowiada to w sposób, jakby zaciekawiony kogoś rzeczywiście o to pytał. Nie dziwię się, jeśli dostał do przeczytania tylko "co to było?!" i zero kontekstu. Dubbing animacji stoi u nas od dekad na mistrzowskim poziomie, a w grach cały czas jest tak lub niewiele lepiej i najwidoczniej inaczej się nie da
Dobra, powymądrzałem się, wracam do gry. A, i już udało mi się zapamiętać tytuł i nie sprawdzam za każdym razem, czy to The Blood of Dawnwalker czy The Dawn of Bloodwalker.
#thebloodofdawnwalker #gry

@Shagwest
to wydarzenie będzie wieczorem (nie po 84 dniach spędzonych na polowaniu na sarny
Ale za to dzień trwa w nieskończoność
Przez ten upływ czasu nie da się zrobić wszystkich zadań. Musisz wybierać które zrobić a które nie. Niby takie było założenie twórców, ale dla mnie to tak średnio się podoba. Lubię kończyć gry na 100%.
@Shagwest nie grałem sam, ale w kilku różnych recenzjach widziałem opinie, że pod koniec ten czar presji trochę znika. Okazuje sie ze te 30 dni (w grze) to jest mnóstwo czasu i recenzenci którzy oszczędnie go gospodarowali mieli pod koniec gry wyczyszczoną mapę z większości aktywności poza tymi, które faktycznie były limitowane czasowo. Nie oznacza to jeszcze, ze gry nie warto przechodzić kilkukrotnie bo część questów może zostać zablokowana przez śmierć NPC czy przez pewne decyzje na wcześniejszym etapie, ale to akurat robiło już wiele RPG. Natomiast ta gra była reklamowana na zasadzie "masz za mało czasu aby skosztować większości aktywności za jednym podejściem" i to akurat nie do końca zostało dowiezione
Zaloguj się aby komentować
Jakiś czas temu ze względów ideologicznych wróciłem z korzystania z Airbnb do normalnych hoteli, ale jeszcze jedna stara rezerwacja mi została. Właśnie zawitałem do Łodzi. No nie mówcie mi, że to nie jest patologia i przyczyna całego zła na tym świecie.
#airbnb #lodzkurwa

@FriendGatherArena Po prostu dotarły do mnie argumenty o tym, z jakimi szkodami dla społeczeństwa wiąże się cały ten proceder, a nie lubię być hipokrytą.
Teraz Airbnb akceptuję tylko w przypadku jakichś agroturystyk czy tego typu rzeczy, bo to pośrednik w pewnym stopniu zabezpieczający mnie przed januszerką gospodarzy. Ale jak mam spać w centrum miasta, to od tego są hotele.
Zaloguj się aby komentować
Wracam z urlopu, wyglądam przez okno i widzę, że sąsiad będzie chyba kury hodował.
#heheszki #sasiedzi

Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Koniec przygody! Po ponad 85 godzinach w siodle dotarłem z Malagi przez Sewillę, Lizbonę, Porto, Saragossę, Andorę, Carcassonne, Monako, Trasę Wielkich Alp, Furkapass, Ofenpass i Stelvio, Bolzano, Brno i Rudę Śląską do Warszawy. Zobaczyłem pełne zaćmienie w Hiszpanii, pochillowałem w kilku basenach i jednym bajorku, strułem się portugalską kiełbasą i umierałem kilka dni, trochę zmokłem w Pirenejach i całkiem zmokłem przejeżdżając w ulewie Stelvio (i jakąś wcześniejszą przełęcz, której nawet nie widziałem, bo jechałem w chmurze i widoczność miejscami spadała do kilkunastu metrów). Miałem ponad 42 stopnie w Andaluzji i 12 w deszczowych górach. Były tysiące kilometrów autostrad, były tysiące ciasnych agrafek ćwiczących technikę ciasnego pokonywania zakrętów (i równomiernego pakowania kufrów bocznych).
Łącznie 6136 km. 24 tankowania, 299 litrów za 2450 zł.
Zdecydowana większość trasy samotnie, odrobina z Kolegą Tytusem. Tygrysek nie zawiódł mnie ani razu (z grzeczności nie wspomnę już o przygodach Kolegi Tytusa, nawet słowem nie zająknę się o jego MV Aguście, w ogóle nie przytoczę tej nazwy), zasłużył na spa, które dostanie już niedługo. Wskoczą nowe płyny, nowe klocki, a także coś zdecydowanie mniej standardowego.
Czas się rozpakować i zrobić pranie. Dużo prania. I mam dość jeżdżenia na co najmniej trzy godziny.
#shagwestnaeurotripie #motocykle #podroze





Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Po ponad dwóch dniach zmagań przejechałem całe Route Des Grandes Alpes od południa. Zaliczyłem wszystkie 16 przełęczy, setki serpentyn, nawet kilka opuszczonych wiosek, gdy niechcący zjechałem z trasy i zastanawiałem się, dlaczego mijam znaki wyglądające jak ostrzeżenie o zamkniętej drodze. Droga okazała się zamknięta i musiałem wracać 10 km
Wczoraj wylądowałem w hotelu na dwie przełęcze przed końcem trasy i byłem już kompletnie wypompowany. Pojawiła się nawet w mojej głowie myśl, że trochę mi się te góry opatrzyły, więc czas kończyć zabawę. Zaliczanie kolejnych gór i przełęczy przestało budzić te emocje, które budziło kilka dni temu, więc lepiej na tym skończyć i wrócic w Alpy w przyszłym roku na świeżo. Podjąłem więc decyzję, że rano jadę do końca wspomnianą trasę, a później wskakuję na autostradę i cisnę w stronę swojego wygodnego łóżka.
No więc dziś zaliczyłem Furkapass
Tyle z mojego planowania. Dojechałem do Szwajcarii i okazało się, że jednak mi mało. Wskoczyłem na krajową dziewiątkę i tak cisnąć przez sam środek Alp, w temperaturze sięgającej ponad 30 stopni, dojechałem po kilku godzinach do tej przepięknej przełęczy. Po drodze myślałem, że to był jednak błąd, bo trasa jest mocno turystyczna, masa miast i mieścinek, pełno cepelii i turystyki, w dodatku ogromny ruch. Ale po wjechaniu w samą przełęcz wrócił ten zachwyt sprzed kilku dni. Widoki absolutnie fenomenalne. Poszedłem nawet dotknąć lodowca przy słynnym Hotelu Belvedere. Jezioro i wodospad z niego tworzące źródło rzeki Rodan - coś niesamowitego.
A najwięcej emocji dostarczały barierki oddzielające drogę od skarpy prowadzącej wprost w piekielne czeluści - betonowe słupki bez żadnej poprzeczki
A, zapomniałem wspomnieć, co u Kolegi Tytusa. Wczoraj widzieliśmy się już tylko przelotnie, gdy przejeżdżałem koło jego koczowiska i pozdrowiłem go serdecznym gestem. Dalej nasza trasa się rozjechała, a później całkiem znikł z radaru, bo zapomniał kupić pakiecik szwajcarskiego internetu i zaraz po przejechaniu granicy zużył limit 250 zł. Ale już się odnalazł w Niemczech, cały, zdrowy i czysty (tak wnioskuję z pochwał pod adresem niemieckich pryszniców).
#shagwestnaeurotripie #motocykle #podroze #gory #szwajcaria





Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Wkroczyłem w Alpy, proszę Państwa. Zrobiłem dziś w siedem godzin około 280 km po górskich serpentynach i jestem WYKOŃCZONY. Ale po kolei.
Droga z Saragossy do Monako to nudne grzanie płatną autostradą w prawie czterdziestostopniowym upale. Jedyna rzecz warta wspomnienia, to absolutnie beznadziejne, zapchane stacje benzynowe. Należało odstać swoje w kolejce, poużerać się z czytnikiem kart przy instrybutorze, dowiedzieć się, że nie działa, pójść do kasy, zapłacić i dopiero można było tankować. I taka przygoda była na każdej stacji, odkrywana przez każdego, który pierwszy raz dziś tankuje na tej trasie. Kolejka kończyła się na zjeździe z autostrady.
Wieczorem dotarliśmy do Monako i tu już trzeba przyznać, że czuć przepych. Wielkie apartamentowce, drogie samochody, ludzie ze złotymi zębami. Ulice koszmarnie wąskie i strome, ruch ogromny. Ja miałem już zarezerwowany nocleg ze 30 km dalej i niespecjalnie kręciła mnie wizja błąkania się po tym miejscu w poszukiwaniu idealnego miejsca na fotę, więc postanowiliśmy się rozdzielić. Ja udałem się do Sospela spać, a Kolega Tytus prawdopodobnie do kasyna, by wykorzystać pomyślność, jaką niebiosa obdarzają go od początku tego wyjazdu.
Od Lazurowego Wybrzeża biegnie na północ w pobliże Genewy szlak Route Des Grandes Alpes. Jest to trasa Tour De France, 16 przełęczy, milard serpentyn, niesamowite widoki i w większości całkiem dobre asfalty.
Pokonałem wymęczony pierwsze 20 km tej trasy i okazało się, że mój nocleg magicznie teleportował się do wsi 15 km dalej. Nie ma to jak alpejskie serpentyny po zmroku. Ale dojechałem!
Za to dziś już bajka. Wyruszyłem z samego rana, ruch jeszcze zerowy, temperatury poniżej 20. Później i się zagęściło, i 30 stopni zawitało, ale na wysokości ponad 2000 metrów znów można było się schłodzić. Zrobiłem w siedem godzin jakieś 280 km osiągając średnią 41 km/h. Wymęczyłem opony, wymęczyłem Tygryska, zamęczyłem siebie. W tym rejonie Alp jeszcze nigdy nie byłem, ale tylko utwierdziłem się w mojej opinii, że po Alpach to ciężko, by jakieś góry zrobiły jeszcze wrażenie (w tego typu podróży oczywiście). Nasłuchałem się o górach Atlas, pojechałem do Afryki i co? Góry jak góry, w Bieszczadach też są.
Opracowaliśmy z Kolegą Tytusem perfekcyjny sposób podróżowania. Widzimy się raz dziennie. Albo i nie xD A tak to jedziemy osobno, każdy swoim tempem, a nawet trasą. Gdy on dopiero wychodzi z namiotu i zastanawia się, kim jest i co tu robi, ja już gnam wesolutko przez alpejskie wioski.
Zatrzymałem się w hotelu w czymś zwanym na mapach La Salle-les-Alpes. Poszedłem poszukać jakiejś kolacji i to miejsce okazało się takie elo, że nie chcieli mi dać stolika na zewnątrz w BURGEROWNI, bo byłem sam. Tylko w środku przy 35 stopniach. Francuzi
Poszedłem na stejka do elo restauracji.
Jutro może uda się pod Genewę dojechać.
https://youtube.com/shorts/NOi92yJQjQs
#shagwestnaeurotripie #podroze #motocykle #gory #francja





Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Przeszedłem się z rana po zamku czy tam fortecy w Carcassonne i powiem szczerze, że d⁎⁎y nie urywa. Jako typowy Polak-Motocyklista mam za sobą pierdyliard tego typu obiektów i jak na estymę, jaką otaczane jest to miejsce, to jestem rozczarowany.
#shagwestnaeurotripie #podroze #zamki #francja





Zaloguj się aby komentować
I opuściliśmy piękną Hiszpanię. Wracając z Portugalii mieliśmy zahaczyć o Góry Kantabryjskie, ale stwierdziliśmy, że najlepiej jednak byłoby wyrwać się już z tych upałów, a one nigdzie nie uciekną. Tak więc wczoraj uderzyliśmy w kierunku Saragossy, by tam zrobić przystanek w drodze na Pireneje.
Większość trasy to była koszmarnie nudna jazda przez płaskie jak naleśnik tereny środkowej Hiszpanii. I nie dość, że w upale, to jeszcze cały czas z burzą przed nami, którą nieśmiało goniliśmy. Ja zaklepałem sobie nocleg w hotelu w Saragossie i tam się zatrzymałem, natomiast Koledze Tytusowi mało było wrażeń, więc pojechał dalej, dogonił wspomnianą burzę, zmókł do suchej nitki i rozbił swój obóz w krzakach pod jakąś kaplicą w okolicach Lleidy.
Plan na dziś był taki, żeby pośmigać po Andorze i dotrzeć do Carcassonne na nocleg. Zrealizowany w 83% - kilka ładnych tras przez Pireneje zaliczonych (przepiękne góry), Andora zaliczona, do Carcassonne dotarliśmy (znaczy ja, bo Tytus znowu gdzieś w krzakach). Niestety na wjeździe do Andory złapała nas ulewa i nie zanosiło się, by gdziekolwiek sobie poszła. Posiedzieliśmy tam z godzinę, zjedliśmy, napiliśmy się obrzydliwej kawy i już prawie klepaliśmy noclegi na miejscu. Jednak w przypływie euforii po zjedzeniu dobrych sajgonek stwierdziłem, że zakładamy kubraki przeciwdeszczowe i jedziemy.
Tak więc odpadło zwiedzanie Andory wzdłuż i wszerz, bo wydostaliśmy się stamtąd najprostszą drogą, ale i tak było trochę emocjonujących górskich serpentyn (w deszczu!). A i wyrwaliśmy się z upałów, bo miejscami było 12 stopni (tylko 30 mniej niż miałem tydzień wcześniej :D). Pełen sukces.
Plan na jutro: Monako.
A w ogóle, to tu jakiś zamek jest.
#shagwestnaeurotripie #motocykle #podroze #gory #podrozojzhejto





Zaloguj się aby komentować
Oczywisty gwóźdź programu w postaci zaćmienia słońca już za mną. Wyjazd na to wydarzenie planowany był od przynajmniej dwóch lat, ale w ostatnim czasie plan został mocno zmodyfikowany, bo zimowałem z oboma motorkami w Andaluzji. A skoro tak, to wygodnie mi było zostawić tu Tygryska w magazynie razem ze spakowanymi już na wyjazd kuframi i przylecieć po niego samolotem.
W przeciwieństwie do Kolegi Tytusa, którego zmagania zasługują na co najmniej jeden akapit. Z kilku(nastu?) osób wyrażających na przestrzeni tych dwóch lat zainteresowanie wyjazdem, on jako jedyny rzeczywiście wyruszył. Pechowo jakieś dwa miesiące przed tripem oba jego motorki wypadły z gry i stanął przed koniecznością zakupu kolejnego. Padło na prawie nową MV Agustę Turismo Veloce z przebiegiem 5k km.
Wyruszył z Warszawy tydzień temu mknąc jak błyskawica po autostradach i śpiąc w namiocie w krzakach (z wyboru, nie z konieczności ;). Jechał północną częścią Europy, odwiedził Kopenhagę, skoczył na sekundę do Szwecji, zaliczył muzeum Le Mans w Le Mans. W poniedziałek rano był jeszcze we Francji, wieczorem dotarł do naszego noclegu w Portugalii. Cały dzień obserwowałem jego lokalizację na Google Maps - burza emocji.
Ale. Gdzieś w połowie drogi zgłosił, że padła mu elektronika w motorku. Nie ma map, ABS-u, kontroli trakcji, wskaźnik prędkości wariuje. Napisał do kilku serwisów w zachodniej Europie i umówił się z mechanikiem w Leirze w Portugalii na wtorek, że podjedzie i od ręki uda się ogarnąć temat. Oczywiście - nie udało się. Okazało się, że motocykl jest bardzo kiepsko złożony przez polskiego dealera, tylne koło na monowahaczu było prawdopodobnie dokręcone zbyt mocno, co uszkodziło łożysko i mechanik, złoty człowiek, zdecydowanie odradził dalszą jazdę. A to łożysko (czy tam jakaś część koło niego) to indywidualna część MV Agusty i warsztat nie ma jej na stanie. Finalnie Tytus na dzień przed zaćmieniem musiał nocować w Leirze, a mechanik, uwaga, załatwił z właścicielem jednego z aktualnie serwisowanych u niego takich samych motorków, że przeszczepi łożysko do motocykla kolegi, a on dostanie za darmo nówkę po kilku dniach.
W dzień zaćmienia ja udałem się do Hiszpanii w poszukiwaniu korzystnego, odosobnionego miejsca do obserwacji, a Tytus około 15 wyruszył z chudszym portfelem, działającym motorkiem i długą listą tego, co jest w nim źle zmontowane. Wyobraźcie sobie, że mając do pokonania lekko ponad 500 km w cztery i pół godziny (zmiana strefy czasowej!) dotarł na miejsce na kilka minut przed początkiem pełnego zaćmienia. Po drodze gubiąc GoPro. I łapiąc nowy błąd w Aguście, tym razem coś z regulatorem napięcia. Kosmita. Ja znowu więcej emocji miałem z obserwowania jego lokalizacji niż tego, co się na niebie dzieje.
A działo się. Jak pisałem, żadne zdjęcia czy filmy nie oddadzą tego, jak wygląda całkowite zaćmienie. Absolutnie niesamowity widok.
Dziś jeszcze jeden dzień spędzam w starym młynie w Portugalii, a jutro ruszamy w Góry Kantabryjskie, takie tam pasmo na północy Hiszpanii. Kolega najwidoczniej nie lubi spokoju i odpoczynku, więc ruszył koło południa do Porto, by wieczorem wrócić. Przed wyruszeniem w drogę dostał przykazanie, by skończył już z przynoszeniem emocji. 50 metrów dalej musiałem biec, by pomóc mu podnieść Agustę. Wspominałem, że mamy tu koszmarny dojazd? Wyjazd też.
A co u mnie? Strułem się przedwczoraj strasznie portugalską kiełbą z grilla i tylko wrodzone szczęście pozwoliło mi na jeden dzień opuścić okolice kibelka, by zobaczyć zaćmienie. Dziś nadal uziemiony. Więc przy przygodach Tytusa to nawet wstyd o tym wspominać
#shagwestnaeurotripie #motocykle #podroze #podrozojzhejto #zacmienie





Zaloguj się aby komentować
No więc u mnie tak to wyglądało. Ale żadne zdjęcia czy filmy nie oddadzą tego widoku, gdy cała tarcza jest czarna, tylko korona się świeci i wokół robi się tak upiornie mrocznie.
#shagwestnaeurotripie #motocykle #hiszpania #zacmienie #podroze
Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować