No dobra. Jestem w Östersund. Do Trondheim zostało ok 350 km, w nogach mam ok 230 km. Ostatnie kilka nocy spałem pod namiotem, dzisiaj się regeneruję w hostelu. Samo miasto i okolice chcę pozwiedzać, więc zostanę tu na dodatkową noc. Są tu muzea i kamienie z runami.
Poznałem na trasie innego pielgrzyma, Szwajcara. Oczywiście iść razem jest ciężko, bo każdy ma swoje tempo, więc tylko wymieniliśmy się kontaktami i umówiliśmy tak, że na koniec dnia będziemy się informować o dobrych miejscówkach na rozbicie namiotu. Dwie noce rozbijaliśmy obóz razem. Raz dołączył do nas pewien Niemiec, który idzie w przeciwnym kierunku. Zaczął z Oslo, doszedł do Trondheim, teraz idzie w kierunku Sundsvall.
Dla przypomnienia - ja idę z Selånger/Sundsvall do Trondheim.
Ziom był o tyle ciekawy, że nie miał plecaka, tylko pchał przed sobą wózek i do tego szedł jeszcze z… wiolonczelą xD. W poprzednim poście na jednym zdjęciu widać futerał.
Z ciekawych rzeczy to 2 dni temu wpadłem na grupę studentów jakiegoś leśnego kierunku i w ramach wyprawy wakacyjnej szli na wycieczkę zwiedzać jaskinię Hållbergsgrottan. A że było to na szlaku, to podpiąłem się pod nich i sobie pogawędziliśmy.
Ogólnie pogodowo jest tak sobie, ale i tak jest w pytę
@Ravm haha spoko dzięki! Jeśli o mnie chodzi, to sama pielgrzymka jest to kwestia ponadreligijna. Sakralny charakter trasy czy różnych miejsc tworzą atmosferę i sprzyjają duchowości. Niemniej myślę, że tak i ateista jak i osoba wierząca znajdują tu dużo dla siebie, o ile kręcą ich takie tematy.
Trasy pielgrzymkowe zazwyczaj po prostu mają dobra infrastrukturę dla podróżników i tym się głównie kieruję przy wyborze szlaku.
Wkroczyłem w Alpy, proszę Państwa. Zrobiłem dziś w siedem godzin około 280 km po górskich serpentynach i jestem WYKOŃCZONY. Ale po kolei.
Droga z Saragossy do Monako to nudne grzanie płatną autostradą w prawie czterdziestostopniowym upale. Jedyna rzecz warta wspomnienia, to absolutnie beznadziejne, zapchane stacje benzynowe. Należało odstać swoje w kolejce, poużerać się z czytnikiem kart przy instrybutorze, dowiedzieć się, że nie działa, pójść do kasy, zapłacić i dopiero można było tankować. I taka przygoda była na każdej stacji, odkrywana przez każdego, który pierwszy raz dziś tankuje na tej trasie. Kolejka kończyła się na zjeździe z autostrady.
Wieczorem dotarliśmy do Monako i tu już trzeba przyznać, że czuć przepych. Wielkie apartamentowce, drogie samochody, ludzie ze złotymi zębami. Ulice koszmarnie wąskie i strome, ruch ogromny. Ja miałem już zarezerwowany nocleg ze 30 km dalej i niespecjalnie kręciła mnie wizja błąkania się po tym miejscu w poszukiwaniu idealnego miejsca na fotę, więc postanowiliśmy się rozdzielić. Ja udałem się do Sospela spać, a Kolega Tytus prawdopodobnie do kasyna, by wykorzystać pomyślność, jaką niebiosa obdarzają go od początku tego wyjazdu.
Od Lazurowego Wybrzeża biegnie na północ w pobliże Genewy szlak Route Des Grandes Alpes. Jest to trasa Tour De France, 16 przełęczy, milard serpentyn, niesamowite widoki i w większości całkiem dobre asfalty.
Pokonałem wymęczony pierwsze 20 km tej trasy i okazało się, że mój nocleg magicznie teleportował się do wsi 15 km dalej. Nie ma to jak alpejskie serpentyny po zmroku. Ale dojechałem!
Za to dziś już bajka. Wyruszyłem z samego rana, ruch jeszcze zerowy, temperatury poniżej 20. Później i się zagęściło, i 30 stopni zawitało, ale na wysokości ponad 2000 metrów znów można było się schłodzić. Zrobiłem w siedem godzin jakieś 280 km osiągając średnią 41 km/h. Wymęczyłem opony, wymęczyłem Tygryska, zamęczyłem siebie. W tym rejonie Alp jeszcze nigdy nie byłem, ale tylko utwierdziłem się w mojej opinii, że po Alpach to ciężko, by jakieś góry zrobiły jeszcze wrażenie (w tego typu podróży oczywiście). Nasłuchałem się o górach Atlas, pojechałem do Afryki i co? Góry jak góry, w Bieszczadach też są.
Opracowaliśmy z Kolegą Tytusem perfekcyjny sposób podróżowania. Widzimy się raz dziennie. Albo i nie xD A tak to jedziemy osobno, każdy swoim tempem, a nawet trasą. Gdy on dopiero wychodzi z namiotu i zastanawia się, kim jest i co tu robi, ja już gnam wesolutko przez alpejskie wioski.
Zatrzymałem się w hotelu w czymś zwanym na mapach La Salle-les-Alpes. Poszedłem poszukać jakiejś kolacji i to miejsce okazało się takie elo, że nie chcieli mi dać stolika na zewnątrz w BURGEROWNI, bo byłem sam. Tylko w środku przy 35 stopniach. Francuzi
Stare miasto oraz okolice jeziora są super. Pięknie, słonecznie, ciepło, dużo się dzieje. Nadal drogo :)
Domy i mieszkania na sprzedaż jakie widziałem to koszt 800k franków i więcej. Zgaduję, że ta brzydsza cześć miasta jest nieco tańsza. Poszukam jakiegoś info i dam znać.
Życie wydaje się tutaj bardzo sielankowe. Ludzie się nie śpieszą, nikt mnie nie zaczepia na ulicy (poza jednym żulem :) Nie namawiają na kupno jak było w Maroko. Zastanawiam się, czy wszystkim żyje się tutaj dobrze.
Wyda w jeziorze przejrzysta i ciepła (choć jeszcze nie pływałem, tylko ręce moczyłem). Są maszyny ze sprzętem wodnym do wypożyczenia (takie vending machines). Na boiskach sportowych takie same maszyny wydają piłki do koszykówki, nogi, paletki... Za darmo.
Dzisiaj będzie administracja, więc jutrzejszy wpis będzie skromny :)
Nie da się odwiedzić każdego kraju zaczynającego się na literę alfabetu w języku polskim, angielskim, ani po 2 znakowych kodach ISO 3166-1 alfa-2 ani 3 znakowych ISO 3166-1 alfa-3.
Ale... Da się odwiedzić każdą literę z country code top-level domain.
XK - to tymczasowy kod Kosowa (jego nie ma w ISO jeszcze) ale jest w domenach
YT - to Majotta zamorska część Francji na Oceanie Indyjskim
Przeszedłem się z rana po zamku czy tam fortecy w Carcassonne i powiem szczerze, że d⁎⁎y nie urywa. Jako typowy Polak-Motocyklista mam za sobą pierdyliard tego typu obiektów i jak na estymę, jaką otaczane jest to miejsce, to jestem rozczarowany.
I opuściliśmy piękną Hiszpanię. Wracając z Portugalii mieliśmy zahaczyć o Góry Kantabryjskie, ale stwierdziliśmy, że najlepiej jednak byłoby wyrwać się już z tych upałów, a one nigdzie nie uciekną. Tak więc wczoraj uderzyliśmy w kierunku Saragossy, by tam zrobić przystanek w drodze na Pireneje.
Większość trasy to była koszmarnie nudna jazda przez płaskie jak naleśnik tereny środkowej Hiszpanii. I nie dość, że w upale, to jeszcze cały czas z burzą przed nami, którą nieśmiało goniliśmy. Ja zaklepałem sobie nocleg w hotelu w Saragossie i tam się zatrzymałem, natomiast Koledze Tytusowi mało było wrażeń, więc pojechał dalej, dogonił wspomnianą burzę, zmókł do suchej nitki i rozbił swój obóz w krzakach pod jakąś kaplicą w okolicach Lleidy.
Plan na dziś był taki, żeby pośmigać po Andorze i dotrzeć do Carcassonne na nocleg. Zrealizowany w 83% - kilka ładnych tras przez Pireneje zaliczonych (przepiękne góry), Andora zaliczona, do Carcassonne dotarliśmy (znaczy ja, bo Tytus znowu gdzieś w krzakach). Niestety na wjeździe do Andory złapała nas ulewa i nie zanosiło się, by gdziekolwiek sobie poszła. Posiedzieliśmy tam z godzinę, zjedliśmy, napiliśmy się obrzydliwej kawy i już prawie klepaliśmy noclegi na miejscu. Jednak w przypływie euforii po zjedzeniu dobrych sajgonek stwierdziłem, że zakładamy kubraki przeciwdeszczowe i jedziemy.
Tak więc odpadło zwiedzanie Andory wzdłuż i wszerz, bo wydostaliśmy się stamtąd najprostszą drogą, ale i tak było trochę emocjonujących górskich serpentyn (w deszczu!). A i wyrwaliśmy się z upałów, bo miejscami było 12 stopni (tylko 30 mniej niż miałem tydzień wcześniej :D). Pełen sukces.
Wczoraj odwiedziłem Turnicki Park Narodowy. Pewnie sporo osób nawet o nim nie słyszało — i nic dziwnego, bo takowy nie istnieje. To na razie propozycja, która wciąż nie może doczekać się realizacji. Miejmy nadzieję, że w końcu się uda.
Uwielbiam to miejsce. Cisza, spokój, ptaki i cerkiewki. Jeśli ktoś chce choć na chwilę uciec od gonitwy codziennego życia, zdecydowanie polecam.
W przybliżeniu są to okolice sławnego Arłamowa, między Przemyślem a Ustrzykami Dolnymi.
@Kronos myślę, że 2-3 osoby by się zmieściły. Ale jak idziesz szlakiem, to widzisz po wpisach w księgach gości w różnych miejscach, ile osób idzie przed Tobą i ile dni do przodu są. Także małe szanse
Dobra, wszytko już śmiga, tak więc chętnie podzielę się wrażeniami (i zdjęciami/video) z ostatnich dni.
Dzisiaj nocuję w hotelu w miejscowości Bräcke. Korzystam z możliwości zrobienia prania/zakupów etc.
Ostatnie dwie noce spędziłem w publicznie dostępnych chatach, tak więc nawet nie rozbijałem namiotu. Jedna to ta ze zdjęcia poniżej, a z wejścia do drugiej planuję wrzucić odrębne video.
Ogólnie jestem już tydzień w podróży i nasuwa mi się kilka porównań do Camino de Santiago (rok temu robiłem drogę centralną z Lizbony do Santiago i następnie jeszcze doszedłem do Fisterry i Muxii).
-Szlak św. Olafa jest do tej pory technicznie łatwy, na pewno o wiele łatwiejszy niż portugalskie Camino.
-Największym wyzwaniem jest logistyka. Tutaj trzeba zawsze wiedzieć kiedy jest następny supermarket lub restauracja, bo jak nie ogarniesz to możesz zostać nawet na 2-3 dni bez jedzenia! Z drugiej strony nie ma co przejmować się dostępem do wody. Można śmiało korzystać ze strumyków. Tu jest najczystsza woda na świecie. Wczoraj gotowałem zupkę chińską na kupionym przed 3ma dniami zestawie kuchennym. Była w pytę.
-Mocne poczucie samotności. Ty vs natura. Dużo przestrzeni. Tu nie ma innych ludzi. Idziesz sam, godzinami, dniami. Do tej pory spotkałem 3 innych pielgrzymów i spędziłem z nimi dosłownie max 15 min. Na Camino spotyka się mnóstwo ludzi i nawiązuje fajne znajomości. To nie jest lepsze, ani gorsze. Na pewno inne.
Natura jest tu przepiękna, a Szwedzi mają we krwi dbanie o nią i korzystanie z niej. To czuć przy smalltalku w supermarkecie, albo przy podbijaniu pieczątek przy kościołach. Bardzo sympatyczni ludzie, cieszą się też, że ktoś przybywa z daleka by przejść taki szlak w ich kraju. Mam też wrażenie, że wszyscy b. dobrze znają się tu na sprzęcie trekkingowym. Pewnie dlatego, że prawie wszyscy regularnie uprawiają hiking.