Klasyka - nie wiem jak one to robią, ale po przejściu tego samego odcinka łąki, gdzie kilka osób nie złapalo nic, nasz kot potrafił mieć ich kilkanaście.
@Opornik psu raz na 3 miesiace daje bravecto - kleszcze się wbijają, ale wysychają ostatecznie. not great, not terrible, ale obroże gubił, a krople nie działały
Jak miałem kota to łapał kleszcze jak szalony, pierwsze nawet w lutym. Co miesiąc mu zakraplałem frontline spot-on i jak ręką odjął. Cały rok bez kleszczy.
Przypałętał się patafian do domu albo na którymś zwierzaku, albo stara przyniosła z grzybów.
Tak czy inaczej dobrze, że udało się go zobaczyć zanim kogoś dziabnął i złapany został na tą rolkę od supełków na odzieży.
Czy w Waszych okolicznych lasach też tak dużo kleszczy ostatnio? U mnie (świętokrzyskie) wystarczy wejść do lasu na 5 minut i już conajmniej jeden łajdak gdzieś się po nodze wdrapuje. Wczoraj po bieganiu z żony zdjąłem 2 i z siebie też 2 (na szczęście jeszcze łaziły), na dzisiejszym porannym spacerze jeden już się zaczął wgryzać żonie w brzuch a po powrocie do domu niestety nie sprawdziliśmy się dokładnie i synowi jeden wbił się i zdążył urosnąć do wieczora.
Zawsze wspominam dzieciństwo, gdzie z koleżankami turalismy się w wysokiej trawie, robiłyśmy w niej tunele i swoje bazy. Chodziłam z mamą po polach zrywać szczaw, gdzie kolwiek nie byłam na jakieś wycieczce zawsze wbiegłam w trawy i nic. Raz koleżanka złapała kleszcza i to była sensacja. Aktualnie wystarczy że się otre o jakaś gałązkę w lesie, a już jakiś skurwiel po mnie lazi, rok temu psy kopały dziury na dzikiej lace, ściągałam z nich masę kleszczy, a ja jednego znalazłam w bucie jak wróciłam, mimo że nawet nie schodzilam z ścieżki. Kiedyś słyszałam teorie, że to przez brak wypalania traw, że to ogień głównie wybijał te skurwiele. Mówi się że to przez łagodne Zimy, ale być może nawarstwia się na to właśnie wiele czynników.
Kochamy te małe stworzonka, a jeszcze bardziej te mniejsze, które sobie w nich żyją, słodkie bakteryjki Borrelia burgdorferi. To one robią sobie impry w organizmach ludzi, czasem z niemiłymi konsekwencjami.
Może jednak istnieć mechanizm powstrzymania tych słodziaków. A właściwie, spowodowania, by nie mogły się łatwo przenosić za pośrednictwem kleszczy. Bo w kleszczach największym problemem nie jest ich miłość do naszej krwi, ale pasażerowie na gapę, których nam zostawiają, w szczególności bakterie Borrelia burgdorferi. Praca, którą podrzuciło mi ScienceDirect, dotyczy właśnie mechanizmu w jaki te bakterie zapewniają sobie przeżycie (i wektor infekcji) wykorzystując te biedne kleszcze. Co więcej, okazuje się, że ten mechanizm można sabotować. Bakterie wykorzystują aktywację receptora ATF6 odpowiedzialnego za regulację cholesterolu (którym te bakterie się żywią) za pomocą stomatyny.
I tutaj w końcu jestem w okolicach mojej działki (kiedyś się tym zajmowałem od strony obliczeniowej i modelowania). Podaż stomatyny i aktywację ATF6 można blokować, uniemożliwiając tym samym rozwój populacji bakteryjnych. Jeśli zrobi się to dobrze, bez znaczącej zmiany dla podaży w przypadku braku tych populacji, to jest to dosyć sprytny sposób na stłumienie tego wektora zakażeń przez borellię et consortes. Dzieje się tak dlatego, że nadpodaż cholesterolu to wydatek energetyczny dla nosiciela (kleszcza). Jest on zatem ewolucyjnie upośledzony, bo nie wydaje się, by był to stosunek symbiotyczny - bakterie są tutaj pasożytami. Zatem, wprowadzenie populacji zmodyfikowanych genetycznie kleszczy, które blokowałyby próby bakterii w kierunku wykorzystania cholesterolu, może doprowadzić do zastąpienia populacji kleszczy podatnych w jakimś horyzoncie czasowym (przy odpowiedniej ilości danych da się to estymować).
Dzisiaj złapałem pierwszego w życiu kleszcza. Wyciągnąłem go bez większych problemów, mam czerwony punkcik i trochę większy, mniej czerwony obszar wokół. Zaznaczyłem długopisem żeby sprawdzać czy się nie powiększa. Zanim wyjąłem, przez pół godziny był drażniony przez spodnie + drapałem się po nodze przez spodnie, bo byłem na spacerze i dopiero tam się zorientowałem co mnie swędzi. Mimo to z opisów wydaje się że nie mam jeszcze rumieńca wędrującego. Trzymajcie kciuki.
żadnego robactwa tak nienawidzę jak tych kleszczy, mnie dziabnął ostatnio w dupsko, jak chodziłem z psem w krótkich spodenkach. Zauważyłem go 2 dni później i też był drażniony, ja myślałem że to krostka, aż w końcu się nie przyjrzałem lepiej.
Póki co żyję, ale sprawdzam czy gdzieś rumienia nie mam
Jeśli ktoś ma dzieciaki (albo wychodzące zwierzaki) to zdecydowanie polecam zakup lassa na kleszcze w aptece. Kleszcze wychodzą bez problemu, do tego wielorazowego użytku. Dzisiaj kolejny raz użyte.
@bori ja mam te małe szczypce kleszczyki, jak jest z tym lassem kiedy kleszcz jest baaaardzo mały? Nie jest tak że może się zdarzyć że lasso po prostu się pod niego nie zmieści?
Powiem wam, że jest tyle kleszczy, co tyle nie zobaczyłem jeszcze wcale. Po każdym głupim spacerze, gdy obserwuję jak psiak leży to potrafię ściągnąć z jego sierści do czterech skurwoli. Na szczęście się nie wbijają, nie wiem czemu, może ma tak gęste futro, że nie są w stanie przejść głębiej. Nie poczułem w tym roku, żeby jeszcze coś się wbiło, a nie sprawdzam go specjalnie, po prostu "przy okazji" widzę jak łążą po nim to je zgarniam - stąd uznaję, że nie znajduję wszystkich kleszczy i mają szansę na wbicie. Jednak nie robią tego.
Z resztą daje mu Nexgarda, to nawet jak się wbiją to nie pożyją długo. Ale jest jakiś dramat