Także tego...
Przed zimą, czy tam w zimie robiłem domek dla nadwornych, pól dzikich kotów, które dokarmiam. Z początku były trzy. Z czasem zniknął jeden... Okazało się, że wpadł do studni. Później ta bardziej czarna ze zdjęcia uległa kocurzym zalotom i się zbrzuchaciłą, ale zniknęła i nie wiem co z nią. Pewnie ją trafił samochód. Została ta bardziej biała. Znaczy już nie zostala, bo zniknęła na pare dni i dzisiaj przyszła brudna, z posklejaną sierścią od krwi i innych płynów. Wpakowaliśmy ją do kontenera i do weterynarza. Ja się spodziewałem, że będzie do uśpienia, ale jednak się łudziłem, że coś może jest do odratowania... Najprawdopodobniej uderzona samochodem, bo miednica roztrzaskana i w ranie już pojawiły się robaki.
No cóż, uroki życia na wsi. Szkoda zwierzaka :(
#zalesie #koty
Dzisiaj pierwszy raz skorzystałem z apki #toogoodtogo, t-pizza- bez szału ale nic w okolicy nie było ciekawszego. Punkt 21 byłem w pizzerii i poinformowali mnie że muszę poczekać 20 minut, bo wszystko co mieli uszykowane, przed chwilą sprzedali. Nowa pizza za połowę ceny -tyle wygrać! Jeszcze jakieś rosly dostałem.
Ukraina przestanie się w tańcu pi⁎⁎⁎⁎lić i każdy taki rewanż przypieczetuje kolejnym atakiem aż się ruskim oczy otworza
Pisałem dzisiaj że w kontekście napierdalania orków w cele cywilne ani trochę mi nie szkoda moskiewskich bloków mieszkalnych, ale cały czas gdzieś z tyłu głowy krąży jak to będzie pijarowo odbierane. Bo nie chodzi o drugi policzek czy takie typowo polskie "zachowaliśmy honor ale wyjebali nas w d⁎⁎ę w kilku", ale orki zaczną krzyczeć, jeszcze się trumpinho w to zaangażuje i znowu wyjdzie na arenie międzynarodowej że to "ukraińscy faszyści źli".
Tak, wydaje mi się że w końcu używają dobrego lewara, tj. orki na samym dole drabiny biorą w d⁎⁎ę i w sumie chyba tędy droga, ale nie wiem - chyba wolałbym, jeśli brać pod uwagę straty w cywilach, żeby ukry zmietli cały ten sowiecki gnój z powierzchni ziemi w jedną chwilę, bo teraz będziemy mieli kolejne kampanie medialne o tym jakie to orki poszkodowane...
Książka ma oficjalną premierę w połowie czerwca, ale Audioteka dała ciała i wypuściła audiobooka ponad miesiąc przed premierą. Mówi się trudno i słucha sie dalej
Trzeci tom serii z Cecilie Mars niestety potwierdza coś, czego trochę obawiałem się już po "Bestiach nocy" - ta historia z każdą kolejną częścią traci część swojej świeżości i siły. Tym razem Cecilie zostaje szefową wydziału, co samo w sobie jest ciekawym kierunkiem, bo zmienia jej pozycję i sposób działania. Pokazuje presję z góry, ze strony prasy i polityków. Problem w tym, że wraz z awansem coraz trudniej ignorować jej przeszłość. Jeden ze współpracowników zaczyna mocno drążyć wcześniejsze sprawy i powoli dochodzi do wniosku, że Cecilie nie zawsze pozwalała wymiarowi sprawiedliwości działać zgodnie z procedurami. Coraz wyraźniej wychodzi z jego śledztwa, że część morderców (z poprzednich tomów) mogła paść ofiarą jej prywatnej vendetty.
I to jest chyba najciekawszy element książki. Seria coraz mocniej odchodzi od klasycznego kryminału w stronę historii o bohaterce, która nocą zmienia się w Batwoman, a do tego sama zaczyna przypominać potwory, które ściga. Problem polega jednak na tym, że im lepiej poznajemy Cecilie, tym mniej interesująca się staje. W pierwszym tomie działała dzięki moralnej niejednoznaczności i presji sytuacji. W drugim dzięki temu, że sama staje się ofiarą. W trzecim co raz częściej wygląda po prostu jak osoba, która że jest ponad prawem, a układ z polityczką (podobna relacja jak z Łazarzem z 1 tomu), tylko to potwierdza.
Fabularnie dostajemy serię brutalnych zbrodni na kobietach - okaleczone ciała, organy na wierzchu, charakteryzacja ofiar, trofea i pytanie, czy te przypadkowe ofiary coś ze sobą łączy. Sam motyw jest mocny i momentami naprawdę niepokojący, ale Chris Carter mnie już do takich przyzwyczaił. Mam natomiast wrażenie, że cała intryga wypada słabiej niż wcześniej. Autor nadal próbuje budować ciężki klimat skandynawskiego noir, tylko że coraz częściej przykrywa nim fabularne uproszczenia.
Największym problemem jest chyba to, że seria zaczyna zjadać własny ogon. To, co początkowo było świeże i nieoczywiste, staje się coraz bardziej przewidywalne i oparte na eskalowaniu brutalności oraz moralnej degeneracji głównej bohaterki. Świeżości dodaje tu tylko śledztwo wewnętrzne przeciwko Cecilie, które zdaje się pokazywać czytelnikowi, że nie ujdzie jej to na sucho.
Mimo wszystko polecam fanom kryminałów, bo nieźle się to czyta i daje jednak sporo ciekawych pomysłów w tym mimo wszystko, dość zamkniętym i skończonym gatunku, w którym trudno zaskoczyć czytelnika.
Niedawno wróciłem z myjki i miałem wpis robić, ale podepnę się pod zasięgi - Bogu dziękować za program NABŁYSZCZANIE na myjkach ręcznych, bo nie dość że woda demineralizowana, to jeszcze cisnienie prawie że żadne i nie wepchnie się wody tam gdzie się jej rower nie spodziewa.
Poniżej standardowy scenariusz, może mnie ktoś rowerowy wyprowadzi z błędów które popełniam:
No więc podjechałem na myjkę rowerem z napędem zapsikanym WD-40, jest niedziela i kropi więc nikogo poza mną się nie spodziewam. Złotówka w myjkę, program NABŁYSZCZANIE i wstępnie zmiękczam/nawadniam brud. Jak się skończy to przechodzę do nanoszenia piany aktywnej - w moim przypadku z puszki bo wielokrotnie zmieniam biegi, staram się żeby wszędzie weszło a z lancy na myjce byłby to problem. Korzystam z faktu że nikogo nie ma i piana aktywna żre syf. Po kilku minutach zaczynam pracę że szczotą, i tu uwaga że jeśli podjeżdzam tylko na mycie napędu to Fenwick's jest za⁎⁎⁎⁎sty, bo mega rozprężna piana - psikasz jako tako na kasetę a wchodzi wszędzie. Natomiast grubsza posiadówa jak dzisiaj to dowolna piana aktywna i powolutku przemy do przodu. Jak już wszystko wyszorowane to dwójka w myjkę, znowu program NABŁYSZCZANIE i na spokojnie wymywamy cały syf z roweru. Później kilka razy rzucić go na koła żeby strząsnąć wodę, wysuszyć I wyczyścić do końca bawełną łańcuch z resztek syfu, wosk i jazda do domu.
@Furto WD-40 poszedł przed myciem na cały napęd - od zawsze mam wrażenie, że lepiej wózki przerzutek chodzą wtedy po myciu.
Wosk oczywiście poszedł na łańcuch wytarty do suchego po myciu, a jako że aplikuję wodny roztwór a nie świeczkę to traktuję te resztki wody wewsrodku jako po prostu wydłużające proces, stąd zwykle taka myjka wieczorem, dojeżdżam do domu 300m z myjki i schnie do rana.
Niemiecki projekt Blutengel słynie z budowania wokół swojej muzyki mrocznego, wampirycznego uniwersum, a sam lider zespołu Chris Pohl napisał ten flagowy hit jako przewrotną opowieść o pokusie i zatraceniu, w której tytułowe "podanie ręki” jest metaforą wejścia do pełnego tajemnic świata ciemności.
Label: Out Of Line
Album: Tränenherz
Wykonawca: Blutengel
Utwór: Reich mir die Hand
Kraj wydania (label): Niemcy
Kraj pochodzenia: Niemcy
Wydany: 18.02.2011
Gatunek: Electronic
Styl: Futurepop, Synth-pop, Darkwave
Myłem rano samochód na bezdotykowe i podjechała dziewczyna ok 25 lat, jakimś starym Nissanem i zabiera się do pompowania koła.
Ja robię swoje aż ta nagle krzyknęła i stoi i gapi się na koło, kompresor napierdala a ta stoi i się tylko gapi.
Co się okazało? Panienka urwała wentyl w kole i całe powietrze jej zeszło w raczej gwałtowny sposób.
Zapasu oczywiście brak, pozostaje dzwonienie na pomoc (zazwyczaj w pakiecie z ubezpieczeniem)
Niby nic wielkiego ale c⁎⁎ja do ręki bym jej nie podał.
#taxicoolstory #motoryzacja
Przypomniała mi się sytuacja jak na stacji chciałem sprawdzić ciśnienie w kołach. Kompresor zajęty był przez dziadka który pompował koło. Sobie czekam a kompresor cały czas nabija i nabija.
Podszedłem zobaczyć ocb. Okazało się że dziadek nie dokładnie nałożył przewód i kompresor źle odczytywał ciśnienie w oponie i cały czas nabijał. Nie wiem ile tam barów finalnie było ale po poprawieniu przewodu kompresor długo zbijał ciśnienie. A dziadek cały czas gadał, że urządzenie zepsute nie ogarniając że opona mogła mu dupnać w każde chwili 😁
Mam ostatnio jakiś zastój czytelniczy, czytam mniej, a jak już czytam to same ksiązki 5-6/10, więc nic wybitnego. Zazwyczaj receptą na czytelnicze zastoje był Reacher, więc tę samą pigułkę połknąłem tym razem.
17 tom przygód Jacka Reachera:
Początek jest zbliżony do każdej innego tomu: Jack robi to, co wychodzi mu najlepiej - stoi przy drodze, łapie okazję i trafia prosto w środek problemów, które spróbuje za wszelką cenę rozwiązać. Tym razem zostaje zabrany przez trójkę niepokojąco spiętych ludzi jadących przez nocne Stany. Już od początku wiadomo, że coś jest nie tak. Reacher zaczyna analizować pasażerów, ich zachowanie, rozmowy i napięcie wiszące w aucie, próbując zrozumieć, w co właśnie się wpakował. 2 mężczyzn i kobieta, cała trójka ma te same koszule na sobie i udaje, że jest to ich służbowy wyjazd z pracy. Jadą daleko i mogą po drodze wyrzucić Reachera. Dość szybko dostaje on również propozycję miejsca za kółkiem i odciążenia pozostałych kierowców, by mogli odpocząć. Szybko okazuje się, że na autostradach ustawione są policyjne blokady, a FBI poszukuję 2 sprawców napadu. Z racji tego, że samochodem podróżują w 4, szybko zostają przepuszczeni w dalszą drogę.
I muszę przyznać, że pierwsza połowa książki (prawie połowa) jest naprawdę świetna. Właściwie niemal całość rozgrywa się w samochodzie i opiera głównie na dialogach, obserwacjach, tajnych wiadomościach i rosnącym napięciu. Child bardzo dobrze wykorzystuje ograniczoną przestrzeń i paranoiczny klimat. Reacher robi to, co w tej serii lubię najbardziej - analizuje ludzi, wyłapuje szczegóły, buduje w głowie obraz sytuacji i krok po kroku dochodzi do prawdy. To bardziej thriller psychologiczny niż sensacyjny i działa znakomicie.
I tu się pojawia problem, bo w momencie, gdy Racher wysiada z auta (nie będę spoilerówał dlaczego), książka siada. Gdy auto nie jest już jedynym miejscem historii i akcja przeradza się w bardziej klasyczny pościg za poszukiwanymi oraz ich zakładniczką, książka wyraźnie traci energię. Tempo niby rośnie, ale napięcie paradoksalnie spada. Wszystko staje się bardziej schematyczne, mniej subtelne i coraz bardziej przewidywalne. Mam wręcz wrażenie, że z każdą kolejną stroną było trochę gorzej.
To jeden z tych tomów, które pokazują zarówno największą siłę, jak i największą słabość serii. Child fenomenalnie buduje krótkoterminowe napięcie i sceny oparte na obserwacji oraz dedukcji, ale kiedy musi domknąć większą akcję sensacyjną, często robi się dużo bardziej sztampowo. Natomiast świetnie wypada relacją Reachera z zakładniczką i agentką FBI, nie wiem, czy nie jest to jedna z lepszych takich, zbudowanych w dotychczasowych tomach serii.
Mimo tego nadal dobrze się to czyta - głównie dlatego, że Reacher pozostaje Reacherem. Jego sposób myślenia, chłodna analiza sytuacji i poczucie, że jest najniebezpieczniejszym człowiekiem w każdym pomieszczeniu, nadal robią robotę. I chyba właśnie dlatego finalnie ocena zostaje wyższa, niż pewnie powinna - po prostu bardzo lubię tę serię i tego bohatera.
Przestałem liczyć kalorie w ciągu dnia, orientacyjnie około 3600 zjedzone ale to tak ± 300 kcal może być.
Dzisiaj nie szkodzi bo ostatnie 3 dni mocno węglowodanów jadłem, ale po jutrze wracam do swojego trybu i tak to tylko funkcjonalnie pod biegi będę bo podchodzę wodą za bardzo i mi się to średnio podoba.