Bardzo zgrabna i ładnie napisana opowieść o tureckim nastolatku, który mierzy się z dorastaniem, surowymi okolicznościami, w jakich przyszło mu żyć i presją rodziny by osiągnąć sukces, który nie chce nadejść. Przyjemne do przeczytania, ale szybko wylatujące z głowy, bo i nie ma powodu by w to w głowie trzymać, skoro takich historyjek powstaje masa. Na pewno robi wrażenie to, że tureckie okoliczności potrafiła tak ładnie przedstawić Polka.
@JapyczStasiek no i mi Pan spierdoliłeś plany czytelnicze :(
A tak na serio, to dzięki za recenzję, zakładałem, że to będzie 8-9/10, ale skoro nie, to przesuwam ją dalem w TBR
Bardzo lubię George'a R.R. Martina za umiejętność tworzenia wyróżniających i dających się lubić postaci. Dunk i Jajo także do nich należą. Ich relacja została świetnie napisana, mimo że opiera się na powtarzalnych „gagach”: Jajo nie potrafi się powstrzymać i pyskuje, Dunk grozi mu trzepnięciem w ucho.
Bawi też możliwość podsłuchania myśli wędrownego rycerza, który często krytykuje samego siebie, powtarzając słowa swego mistrza. To miła odmiana po różnych „badassowych” głównych bohaterach, mrukach i podobnych.
Do tego świetne ilustracje Gary'ego Gianni. Wielokrotnie przestawałem czytać, żeby móc dłużej nacieszyć się poszczególnymi rysunkami. Aż zazdroszczę, że sam tak nie potrafię. :' )
Jednakże jest kilka rzeczy, które mi przeszkadzały.
Opowiadania zostały napisane w różnych latach, przez co niektóre informacje dosyć często się powtarzają. To jest zrozumiałe - warto przypomnieć coś, o czym czytelnik poprzednim razem mógł przeczytać kilka lat temu. W zbiorze, kiedy teksty czyta się jeden po drugi, trochę psuły odbiór.
Ponadto każe opowiadanie ma ten sam schemat - Dunk bardzo mocno obrywa, ale i tak wygrywa walkę. Albo przegrywa najpierw walce na kopie, by potem odnieść zwycięstwo w walce w bliskim kontakcie. Odniosłem wrażenie, że autor kazał rycerzowi założyć fabularną zbroję, która chroni go przed śmiercią. Co też nie jest dziwne, skoro opowiada o przeszłości Duncana i Jaja. Mimo to nie spodziewałem się, że akurat Martin będzie oszczędzał swoich bohaterów. ; )
No i trzeba uważać na tylną okładkę, która zdradza różne zwroty fabularne. Mnie nie przeszkadzają spoilery, ale istnieją ludzie, którzy wolą sami odkryć niektóre rzeczy.
Dodam, że ekranizacja pierwszego opowiadania jest świetna i warto ją obejrzeć, nawet jeśli przeczytało się historię. Jajo został świetnie odegrany. W drugą stronę tak samo - warto przeczytać opowiadania po obejrzeniu serialu.
Dostrzegam już, że wstawianie wpisów do kolejnych tomów będzie się stawało coraz trudniejsze; nawet jeżeli wydarzą się w nich rzeczy istotne/ciekawe/niespodziewane (niepotrzebne skreślić), to tak czy siak utoną one w standardowej otoczce. Nie jest to dla mnie wada per se, bo dalej czyta się to niezgorzej - po prostu ciężko tutaj zawiesić na czymś umysł na dłużej, doświadczenia przychodzą i odchodzą bez większego poruszenia z mojej strony.
Zupełnie nie jestem fanem wybrańców, którzy po krótkim szkoleniu w jeden księżyc samym swoim potencjałem mogą bić na głowę profesjonalistów z wieloletnim doświadczeniem. Tutaj właśnie coś takiego się zapowiadało i w sumie po części nawet ziściło, ale, będąc szczerym, po tych 2000 stron - podczas których wewnętrznie minął na oko rok, bohaterowie, jakby nie patrzeć, faktycznie sporo przeżyli, szkolili się pod okiem prawdziwych fachowców, no a poza tym to wokół nich kręci się przecież - dosłownie i w przenośni - cała ta historia - nawet człowiek nie zwracał na to większej uwagi. Czytałem znacznie, znacznie gorzej zrealizowane tego typu motywy.
Fabuła ponownie rozdziela drużynę, obiera każdemu nowe cele, rzuca jednocześnie kłody pod nogi, a w trakcie tułaczki niektórym z nich ukazuje nowe rewelacje, by wreszcie mnogością zrządzeń losu sprowadzić całość do jednego punktu. Czy wszystkie fragmenty i epizody są porywające? Oczywiście nie, choć ponownie próby przyjętych - tym razem Elayne - wsadzają bohaterkę do emocjonalnej maszynki do mięsa i fundują czytelnikowi swój specjał: więcej pytań niż odpowiedzi.
Tak jak Nyaneve, Egwene i Elayne już po pierwszym przekroczeniu progów Tar Valon nie za bardzo wiedziały, komu powierzyć swoje zaufanie, tak wydarzenia tej książki spotęgowały to wielokrotnie i zmuszają dziewczyny do szukania oszustw w spiskach, półprawd w każdym zdaniu, dosłownego cienia w każdym kącie i po prostu trzymania języka na wodzy w każdym momencie. Takie uwypuklenie nowego wymiaru nieufności w społeczności, która domyślnie nie papla o wszystkim na prawo i lewo jest czymś intrygującym.
Lekkie zastrzeżenie mogę mieć wobec czasu spędzanego z konkretnymi bohaterami: niekiedy potrafi to być kilka rozdziałów z rzędu, by po stu stronach wrócić do wcześniej przerwanego - w może i dosyć sensownym punkcie, ale jednak - wątku.
Do tego zabrakło tu jeszcze jednej rundy korekty, gdyż kilka razy zdarzyło mi się zauważyć pomieszany szyk zdania albo w ogóle 2 przeplecione sensem sentencje. Zdarzył się też brak myślnika lub zamiana płci. Ponadto ktoś chyba bardzo lubi przecinki; sam zaliczam się do tych osób, no ale bez przesady. Tutaj przykład: "[...]zdawała się czekać. Czekać, aż coś, wybuchnie".
Obiecałem sobie, że przy lekturze będę wypisywał więcej notatek pomagających przy pisaniu tych wpisów, ale tutaj po prostu ciężko znaleźć coś dostatecznie charakterystycznego, by zapaliła mi się lampka każąca sięgnąć po notatnik.
Odwrócił się, by odejść, i wtedy właśnie usłyszał najlżejszy z możliwych odgłosów. Był wobec dźwięku tym, czym foton wobec światła: tak słaby i delikatny, że z pewnością nie słyszany w huku działającego wszechświata.
To maleńki skrawek materii rodził się w pustce.
Śmierć podszedł do punktu jego pojawienia i spojrzał uważnie.
I zobaczył spinacz.
Wielu uczonych sądzi, że powinien to być atom wodoru, co przeczy jednak obserwowanym faktom. Każdy, kto odkrył nieznaną wcześniej trzepaczkę do piany, blokującą niewinną szufladę w kuchennej szafce, wie dobrze, że pierwotna materia bezustannie dopływa do wszechświata w pewnych określonych postaciach. Pojawia się normalnie w popielniczkach, wazonach i skrytkach na rękawiczki. Wybiera formę, mającą odwrócić podejrzenia; typowe jej manifestacje to spinacze biurowe, szpilki z opakowań koszul, gałki do kaloryfera, szklane kulki, kawałki kredek, tajemnicze elementy urządzeń kuchennych i stare albumy Kate Bush. Dlaczego materia tak postępuje, nie zostało dotąd wytłumaczone. Wydaje się wszakże pewne, że materia ma Plany.
Btw. teraz widzę dopiero, że jest to w jednej linijce, bo się rozjechało, a nie jak w apce hejto pokazywało. No zaraz wyrzucę przez okno tę apkę gównianą (╯°□°)╯︵ ┻━┻
Miałem przyjemność poznać ten ponadczasowy tytuł wspólnie z moim 7- latkiem. Przez kilkanaście wieczorów wspólnie poznawaliśmy kolejne przygody Bilba (w które wplątał się trochę wbrew swojej naturze) i jego kompanii, dzięki czemu mogłem się cieszyć nie tylko kunsztem Tolkiena, ale także tym, jak Młody chował się pod kołdrę kiedy bohaterowie wpadali w tarapaty oraz jak skakał po łóżku kiedy z nich wychodzili - taka żywiołowa interakcja z treścią książki jeszcze bardziej zwiększa przyjemność z poznawania fabuły.
Na temat samej książki nie zamierzam za wiele pisać - ponieważ słyszał o niej w zasadzie każdy kto wie jak w ogóle jakakolwiek książka wygląda i nie jestem w stanie napisać na jej temat nic, co już by nie zostało napisane. Szokująco niska dla niektórych ocena wynika z tego, że jest to tylko wstęp do właściwej historii oraz ja osobiście akurat wolę mniej czarno-białe fantasy, co nie oznacza, że nie doceniam wpływu jaki wywarł ten tytuł na literaturę i że kwestionuję to, że na to zasłużył.
@Kuba0788 u mnie podobnie reagowały dzieciaki ! Ale końcówkę już nie potrafili słuchać.
Najbardziej irytowało ich świetne zobrazowanie krasnoludów, którzy po ujrzeniu złota, stali się mega nieprzyjemni i chamscy.
Po pierwsze kategoria z LubimyCzytac, ja bym tutaj dał bardziej fantastykę jednak.
Po drugie jakoś nie moje klimaty, ale że mam na półce pierwsze trzy książki z serii to je zaliczę, a co.
Silnie uzbrojony batalion wojska polskiego wraz z Amerykanami przygotowuje się do wyjazdu na misję w Afganistanie w 2007. Niestety zrządzeniem losu przenosi się w czasie do pierwszego września 1939. No i mamy super nowoczesne uzbrojenie (przynajmniej jak na tamte czasy) vs wermacht. Dużo opisów technicznych co do uzbrojenia, amunicji czy innych pocisków. Do tego lekka zagadka jak i czemu się tam znaleźli, niektórzy bohaterowie bardzo charakterystyczni (głównie pozytywnie), także książka całkiem dobra.
"Solenoid" to jedna z tych książek, które trudno opisać klasyczną recenzją, bo ona właściwie wymyka się prostej fabule. Niby opowiada o niespełnionym pisarzu, nauczycielu rumuńskiego w podmiejskiej szkole w Bukareszcie, który prowadzi dziennik pełen wspomnień, snów, cielesnych obsesji, szkolnej codzienności i metafizycznych wizji. Ale tak naprawdę jest to ogromna opowieść o porażce, samotności, ciele, literaturze, śmierci i pragnieniu wydostania się poza granice zwykłego życia.
Najbardziej doceniam w tej książce jej kompletność. Cartarescu stworzył powieść totalną - taką, która chce pomieścić wszystko: dzieciństwo, komunizm, Bukareszt, chorobę, szkołę, erotykę, sny, owady, śmierć, religię, matematykę, fizykę, literaturę i kosmos. Są tu fragmenty naprawdę wybitne, szczególnie wtedy, gdy autor opisuje miasto jako organizm albo ludzkie ciało jako coś jednocześnie obrzydliwego, kruchego i metafizycznego. W najlepszych momentach miałem poczucie obcowania z książką wielką, dziwną i bardzo osobistą.
Jednocześnie właśnie ta kompletność jest dla mnie największym problemem. W "Solenoidzie" jest wszystkiego po trochu i nic konkretnie. Książka potrafi zachwycić jednym akapitem, a za chwilę kompletnie zgubić czytelnika w dygresjach, snach, symbolach i cielesnych opisach, które ciągną się daleko poza moją cierpliwość. Mamy cudowny rozdział, a chwilę później bohater wyciąga kolejny fragment sznurka z pępką, jakby chciał sprowadzić czytelnika na ziemię mówiąc: nie przyzwyczajaj się do dobrego. Często czułem się bardziej wrzucony w cudzy majak niż prowadzony przez opowieść. Lubię literaturę wymagającą i dziwną, ale tutaj zagubienie nie zawsze dawało satysfakcję - czasami było po prostu męczące.
Najbardziej przeszkadzały mi fragmenty, które celowo balansują na granicy obrzydzenia. Rozumiem, że ciało jest tu jednym z głównych tematów, że wszy, skóra, pępek, choroby, wydzieliny i pamiątki swojego ciała, mają pokazać człowieka jako istotę biologiczną, śmiertelną i uwięzioną w materii. Tylko że momentami miałem poczucie, że autor tak mocno dociska ten motyw, że zamiast pogłębiać doświadczenie, wybija mnie z immersji. Czujemy, że bohater jest książkowym przykładem psychopaty, a jednocześnie jest nauczycielem, co samo w sobie jest też mocno niepokojące. A opis szkoły, kar cielesnych, traktowania dzieci, spuszczania wpierdolu nauczycielom z zemsty, czy tatuowania uczniom herbu szkoły, wcale nie pomaga i jeszcze bardziej pogłębia tę psychozę. Podobnie działał nadmiar metafizycznych tropów - solenoidy, sny, sekty, znaki, ukryte wymiary - wszystko to jest fascynujące, ale razem tworzy czasem bardziej katalog obsesji niż spójną historię, której autor też przesadnie nie tłumaczy.
Podsumowując:
To weird fiction, bez horrorowego sznytu, to literura piękna, która skręca w rejony "Pachnidła". To książka o fizyce, bez tłumaczenia zagadnień fizycznych. To sci-fi, które przeradza się w "Powrót króla" z Frodem idącym zniszczyć rękopis zamiast pierścienia. Jest tu tak wiele wątków i nawiązań (subtelnych, ale jednak), że łatwo się zgubić. Z jednej strony każdy znajdzie tu coś dla siebie, ale pytanie: czy każdy powinien? Czy na tym polega literatura, żeby jedna książka próbowała zadowolić i zniesmaczyć gusta wszystkich czytelników na raz.
Dla mnie to 7/10 - książka imponująca, gęsta i miejscami genialna, ale też przesadnie rozdmuchana, dezorientująca i momentami odpychająca. Doceniam jej ambicję i literacką siłę, ale nie mogę powiedzieć, że dałem się jej w pełni porwać. To raczej doświadczenie niż powieść: ważne, intensywne, ale nie zawsze przyjemne.
Ponieważ podobno wraz ze @splash545 wygraliśmy poprzednie #nasonety i cZŁOwiek Pajonk mnie wrobił w organizację kolejnej edycji ( ͠° ͟ʖ ͡°) , zatem "otwieram nasz program już" i ogłaszam rozpoczęcie CXXV edycji #nasonety .
Widać, że wyzwania się fajnie, póki co, sprawdzają, więc wrzucam moje wytyczne xD Jest ich siedem, jak u @fonfiego. Oto i one:
1. sonet z tekstem à la disco polo xD
2. sonet popkulturowy, czyli z nawiązaniami do czegokolwiek znanego z popkultury
3. jak był sonet diss to teraz sonet pochwalny na cześć kogokolwiek lub czegokolwiek
4. sonet z suspensem
5. sonet z d⁎⁎ą
6. sonet-pastisz, parodiujący istniejący już sonet/wiersz, któregokolwiek ze znanych poetów (prosimy o podanie we wpisie z czego się śmiejemy-tytul i autora)
7. sonet chaotyczny - bez zasad. np. w jednym utworze mogą być pomieszane różne rodzaje rymów i nie musi być rytmu
Rymujemy #diproposta pod zapronowany przez @splash545 wiersz Tadka Boya Żeleńskiego.
MARZENIE
Myśl o śmierci... bezmiaru żądzy i boleści
Skojarzenie... rozszerza się strachem źrenica,
Gdy pragnieniem drży serce - dziwna tajemnica
Tkwi w tem słowie, co razem i łamie i pieści.
Myśl o śmierci... ach! ileż w swoich głębiach mieści
Uroków i przerażeń - wieczysta krynica
Uczuć drażniących, co swym nektarem nasyca
Duszę znużoną życiem bez celu i treści.
Nie czuć - nie istnieć - nie żyć... co znaczą te dźwięki...
Skąd płynie tych wyrazów mistyczna muzyka?...
Czuję dotknięcie ręki jedwabistej, miękkiej...
Gładzi lekko me czoło i oczy przymyka...
I wszystkie moje myśli, pragnienia i lęki
Gasną, cichną i dziwna rozkosz mnie przenika...
Aktualne wydanie #nasonety trwa do 10 maja 2026 r. Fajnie, żeby było #diproposta , ale nikomu głowy nie urwiemy, gdy warunek nie zostanie spełniony.
Jeśli mój współwygraniec się zgadza, wygra utwor z największą liczbą piorunów. Jeśli u 3 najwyżej punktowanych osób będzie taka sama liczba piorunów, zastrzegamy sobie możliwość wyłonienia zwycięzcy wg widzimisię organizatorów. Jeśli będzie to tylko dwie osoby, to będzie dwóch zwycięzców.
Zatem, rymować, sprośności nie żałować, rymy budować i niczego do szuflady nie chować!
– Nie sądzę – odrzekł Rincewind, mówiąc z własnego doświadczenia – Nie ma pędu powietrza. Kiedy spadasz, czujesz pęd powietrza. Poza tym całe życie przewija ci się przed oczami. A jak dotąd nie zauważyłem jeszcze niczego, co bym rozpoznał.
Ciekawe czy wtedy życie przelatujące przed oczami, to są te wyobrażenia o przeszłości, które mamy? Czy też odpala się wtedy ukryta na co dzień, głębsza część podświadomości i można zobaczyć swoją przeszłość taką jaka była naprawdę?
Kiedy otwierając tę edycję wymyśliłem sobie siedem (słownie: 7) sonetów, z których każdy miał spełniać jedną z siedmiu (słownie: 7) kategorii i do tego wszystkiego wyznaczyłem krótki termin bo tylko do 3 maja czyli, jakby nie patrzeć, do dzisiaj - byłem święcie przekonany, że zabawa zdecydowanie nam się przeciągnie. Jakież było zatem moje zdziwienie, kiedy przed chwilą siadłem do komputera i okazało się, że nie dość, że wszystkie siedem (słownie: 7) zadań zostało przez Państwa zrealizowane, to na dodatek sonetów jest więcej - bo jak kolega @George_Stark zdążył już policzyć jest ich dziewięć (słownie: 9). Muszę przyznać, że wywiązaliście się z zadania celująco. Moje gratulacje!
Niestety przez Waszą nadgorliwość i moją prokrastynację mój sonet, który planowałem sobie na spokojnie "na dniach" dokończyć nie załapie się już do konkursu. No chyba, że się wpasuje w którąś z edycji kolejnych.
No dobrze, ale żeby wyłonić zwycięzcę, musimy teraz przyjrzeć się, jak Państwo sami oceniliście się za pomocą piorunów. Poniżej lista zgłoszonych prac, w kolejności chronologicznej wraz z liczbą otrzymanych głosów:
Combo - by @splash545 ️17
Do moderatora - by @Endrevoir ️11
Wiersz modernistyczny, wysokoartystyczny, w dodatku trzynastozgłoskowy coby punkt pierwszy mieć od razu z głowy - by @George_Stark ️7
Po której stronie Odry leży Gorzów Wielkopolski? - by @George_Stark ️9
Płomienna kita - by @George_Stark ️10
O miłości absolutnie nie romantycznej - by @Evivalarte ️9
Sonet motoryzacyjny, przynajmniej przez trzy strofy - by @George_Stark ️9
Nie ze spiżu to, a z gówna - by @Kaligula_Minus ️17
Pracownia Specjalne Troski - by @George_Stark ️7
Jak widać na powyższym obrazku, najwyżej oceniani uczestnicy zdobyli tę samą liczbę piorunów. Wynik taki nazywamy remisem.
Dlatego jest mi niezmiernie miło ogłosić, że CXXIV (słownie: 124) edycję zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem wygrywają ex aequo koleżanka @Kaligula_Minus wraz z kolegą @splash545.
@splash545 to może sonet zagadka, sonet z tekstem a la disco polo xD, sonet popkulturowy, jak był sonet diss to może sonet pochwalny na cześć (?), sonet z suspensem, sonet z dupą, sonet - pastisz parodiujący istniejący już sonet/wiersz któregokolwiek ze znanych poetów. Będzie tego?
Krótka satyra. Pewien rosyjski urzędnik budząc się zauważa, że z jego twarzy zniknął nos. Ale to nie jest najgorsze, nos ten prowadzi odrębne życie i przechadza się po ulicach petersburga. Bohater próbuje go znaleźć i przytwierdzić na właściwe miejsce.
To nie jest książka, którą da się "opowiedzieć". To raczej doświadczenie - poszatkowane, niespokojne, momentami wręcz odpychające, a jednocześnie dziwnie przyciągające. Cvijetić buduje swoją opowieść wokół Filipa Latinovicia - zbrodniarza wojennego, który wraca do domu po latach i zamiast potępienia dostaje coś znacznie bardziej niepokojącego - status bohatera - symbolu. To punkt wyjścia, ale szybko okazuje się, że fabuła jest tu tylko szkieletem dla czegoś znacznie cięższego.
Największą siłą tej książki jest jej forma. To kolaż: notatki, listy, monologi, urwane sceny, cytaty, powroty do tych samych motywów. Historia nie płynie - ona się rozrywa na kawałki i scala na nowo. I to działa, bo dokładnie tak funkcjonuje pamięć i trauma. Już od pierwszych stron widać, że autor świadomie rozbija narrację, zestawiając różne głosy i porządki - literackie, historyczne i osobiste. Dzięki temu czytelnik nie dostaje jednej wersji świata, tylko chaos, który musi sam uporządkować.
Bardzo mocno wybrzmiewa tu motyw winy. Nie jako jednorazowego aktu, ale jako czegoś, co zostaje z człowiekiem na zawsze. Świetnym przykładem jest obraz "niesienia kości" - przekonania, że każdy powinien dźwigać szczątki tych, których zabił. To jeden z tych fragmentów, które wchodzą pod skórę i zostają tam na długo. Podobnie działa cały wątek powrotu Filipa - człowieka, który sam widzi siebie jako mordercę, podczas gdy społeczeństwo próbuje zrobić z niego symbol.
Ciekawie wypadają też nawiązania do "Zbrodni i kary". Nie są one tylko literackim mrugnięciem oka - raczej próbą przepisania tej historii na realia wojny i współczesności. Raskolnikow u Dostojewskiego mierzy się z winą jednostkową, tutaj mamy winę zbiorową, rozmytą, często wypieraną. To mocne zestawienie, które pokazuje, jak bardzo zmienił się kontekst moralny w ciągu 1 wieku.
Jednocześnie to książka trudna w odbiorze. Brak klasycznej fabuły, ciągłe przeskoki, brutalność obrazów i języka - wszystko to sprawia, że momentami można się od niej odbić. Są fragmenty, które wydają się chaotyczne albo zbyt hermetyczne. To książka, za którą trudno "przepaść", ale od której trudno się oderwać. Jest w niej coś magnetycznego - może szczerość, może brutalność, może fakt, że nie próbuje być wygodna dla czytelnika. To literatura, która bardziej działa niż opowiada i choć momentami męczy, to zostawia po sobie ciężar, którego trudno się pozbyć.
Po raz kolejny musze zganić polską okładkę książki, która jest nijaka. A w porównianiu z oryginalną (2 zdjęcie), wypada blado.