Krótka lektura traktująca o losach Tomasza Münzera i wojny chłopskiej w XVI w. na terenie dzisiejszych Niemiec i Szwajcarii.
Przyjemnie czytało mi się tę książkę. Temat wyzysku biednych przez bogatych towarzyszy nam od zarania ludzkości i pewnie zawsze będzie towarzyszył. Warto pamiętać, do czego to prowadzi na dłuższą metę.
Kiedy parę minut temu sprawdzałem, to mieliśmy remis z kolegą @George_Stark. I chociaż widzę, że sytuacja się zmieniła, to na dzisiejsze rozdanie zapraszamy jednak obaj.
Temat: Okres godowy
Rymy: leszcze - ptaszyny - jeszcze - leszczyny
Have fun!
Zasady:
Masz podany temat i rymy
Ogarniasz wierszyk w tej tematyce i z tymi rymami.
Oczywiście rymy mają być użyte z zachowaniem podanej kolejności
Szerzysz radość z tworzenia
Piorunujesz jak najęty
Wiersz z największą liczbą piorunów do 20:00 wygrywa, a jego autor wrzuca własny temat i rymy
Powieść inspirowana losami Jamesa Brooke’a, angielskiego żołnierza, który w latach 40. XIX w. założył radżat Sarawaku na wyspie Borneo, którym rządził przez ponad 20 lat.
Książka niezwykła, lecz trzeba od razu zaznaczyć, że trudna w odbiorze. Fabuła została poprowadzona w sposób bardzo chaotyczny, klasyczna narracja potrafiła bez ostrzeżenia przechodzić w dygresję, a jedna dygresja w dziesiątki kolejnych, tak samo POV potrafiły zmieniać się w jednym zdaniu. Do tego setki słów z języka malajskiego, których znaczenie nie zostało podane w słowniku na końcu i ciężko było się go domyśleć z kontekstu. Z czasem idzie się przyzwyczaić do tego przeskakiwania między wątkami i bohaterami i niezrozumiałego słownictwa, jednak jak ktoś nie ma cierpliwości ani chęci, by wytężać umysł nad lekturą, powinien sobie odpuścić tę powieść.
Klimat książki rekompensuje chaos narracyjny. To jedna z najbardziej „obrazowych” powieści, jakie kiedykolwiek czytałam, autorka odtworzyła egzotyczny świat brytyjskich kolonii w Azji Południowo-Wschodniej w najdrobniejszych szczegółach i czytając Kalimantan nietrudno o wrażenie, jakby się przeniosło w miejscu i czasie. Również bohaterowie, zarówno ci główni, jak i drugoplanowi, skonstruowani zostali z niezwykłą drobiazgowością i mimo czasem bardzo krótkich POV, jawią się postaciami z krwi i kości.
Ta powieść to niemal gotowy materiał na film i trochę dziwi mnie, że przeszła bez echa, zwłaszcza, że tematycznie wpisuje się w podobny nurt, co brytyjskie heritage films – Kalimantan to przede wszystkim nostalgia za wspaniałą, utraconą przeszłością i wbrew temu, co sugeruje opis wydawcy, nie rozlicza się jednoznacznie z mroczną stroną brytyjskiego kolonializmu. Powiedziałabym raczej, że to ostatnia powieść kolonialna.
Kontynuując moje wyzwanie związane z czytaniem książek z "Perdido" w tytule, miejscach i nazwach własnych, trafiłem na literaturę młodzieżową, która niedawno miała swoją polską premierę - "Agencja Perdido - Droga przez mrok".
Jest to pierwszy tom przygodowo-fantastycznej historii o Lucy Lachance, dziewczynce, której matka znika w tajemniczych okolicznościach, zostawiając po sobie więcej pytań niż odpowiedzi. Lucy trafia pod opiekę ciotki, która w dużym skrócie traktuje ją jak Dursleyowe Harego Pottera, czy kolejni opiekunowie rodzeństwo Baudelaire.
Rok później Lucy trafia na dziwny przedmiot - wahadło, które okazuje się nie tylko kluczem do świata rzeczy zagubionych, ale też początkiem wejścia w rzeczywistość pełną ukrytych miejsc, do których trafiają przedmioty, ludzie i sekrety, których zwykły świat nie potrafi już odzyskać. Od tego momentu książka zmienia się w wyprawę przez kolejne warstwy tajemnicy: od nowojorskiego Grand Central, przez mroczne podziemia pełne zgub, aż po Kraj Cierni, w którym dziecięcy lęk miesza się z prawdziwym horrorem.
Najbardziej podobało mi się w tej książce to, że Victor Dixen bardzo dobrze wykorzystuje prosty, ale nośny pomysł: co dzieje się z rzeczami, które gubimy? Na tym fundamencie buduje świat, który jest jednocześnie baśniowy, trochę steampunkowy, trochę gotycki i momentami naprawdę niepokojący. To nie jest tylko przygodówka o szukaniu matki, ale też opowieść o pamięci, porzuceniu, winie i o tym, że pewne rzeczy - nawet jeśli zostają zgubione - nadal mają ciężar. Bardzo pasowało mi to przejście od zwyczajnego dramatu dziewczyny, pozostawionej samej sobie, do historii o tajnej gildii, potworach karmiących się strachem i rodzinnych sekretach, które sięgają dużo głębiej, niż początkowo można zakładać.
Lucy jest bohaterką skonstruowaną w dość klasyczny sposób: skrzywdzona, samotna, ale uparta i mająca w sobie moc, której sama jeszcze nie rozumie. Mimo że to schemat znany z wielu książek młodzieżowych, tutaj działa, bo jej motywacja jest bardzo konkretna i emocjonalna - ona nie chce ratować świata, tylko odnaleźć matkę - tyllko tyle i aż tyle. Dopiero później okazuje się, że osobista sprawa jest częścią większej układanki. Dobrze wypada też Jasper, który początkowo wygląda jak ktoś stojący po niewłaściwej stronie, ale z czasem staje się bardziej tragiczną postacią niż zwykłym pomocnikiem. Rita Perdido dodaje historii tajemnicy i ciężaru, a Rex, czyli arogancki kot, wprowadza odrobinę humoru, który nie rozwala klimatu, tylko pozwala odetchnąć między bardziej mrocznymi scenami.
Największą siłą książki jest jednak klimat. Grand Central jako brama do ukrytego świata rzeczy zgubionych to świetny punkt wyjścia, a Kraj Cierni ma w sobie coś z koszmaru, baśni braci Grimm i dziecięcej traumy, która nigdy do końca nie znika. Podobało mi się też to, że książka stopniowo poszerza skalę: zaczynamy od zaginionej matki, potem pojawia się tajemnicza agencja, potem rodzinne dziedzictwo, a na końcu przeklęte regalia i większy konflikt, który wyraźnie przygotowuje grunt pod kolejne tomy.
Słabsze jest dla mnie to, że miejscami książka idzie bardzo mocno ustalonym schematem pierwszego tomu serii: dużo wyjaśniania zasad świata, dużo nowych nazw, dużo elementów, które są bardziej zapowiedzią przyszłych wydarzeń niż pełnoprawnym rozwiązaniem w tej części. Czasami miałem wrażenie, że autor wrzuca kolejne koncepcje trochę za szybko. Wszystkie elementy są ciekawe, ale chwilami robi się tego tak dużo, że czytelnik traci trochę koncentrację.
Niektóre rozwiązania są też dość wygodne fabularnie. Lucy bardzo szybko wpada w sam środek ukrytego świata i choć oczywiście wynika to z jej daru oraz rodzinnego pochodzenia, momentami czuć konstrukcję "tej wybranej/wyjątkowej". Nie przeszkadzało mi to bardzo, bo książka ma w sobie dużo energii i wyobraźni, ale jest to ten typ historii, w której trzeba zaakceptować konwencję. Jeśli ktoś nie lubi młodzieżowych przygodówek z tajnym światem ukrytym pod powierzchnią naszej rzeczywistości, może mieć poczucie, że zna już część tych mechanizmów z innych książek.
Mimo tego "Agencja Perdido" czyta się bardzo dobrze. To książka, która ma świetny pomysł, mocny nastrój i wyraźną obietnicę większej historii. Najbardziej doceniam ją za wyobraźnię i za to, że świat rzeczy zagubionych nie jest tylko ładnym gadżetem, ale miejscem naprawdę niepokojącym, pełnym strat, niedopowiedzeń i potworów zbudowanych z dziecięcych lęków. Nie jest to tom całkowicie samodzielny - finał wyraźnie zostawia czytelnika z poczuciem, że prawdziwa opowieść dopiero się zaczęła - ale jako otwarcie serii działa bardzo dobrze.
To jedna z tych książek, które już z samego założenia powinny się nie udać. Kryminał, w którym śledztwo prowadzą… owce? A jednak Leonie Swann zrobiła z tego coś naprawdę inteligentnego, zabawnego i momentami zaskakująco refleksyjnego.
Punktem wyjścia jest śmierć pasterza George’a, którego ciało odnajduje jego stado. Owce, przekonane, że człowieka zamordowano, próbują rozwikłać zagadkę na swój własny sposób. Problem polega na tym, że interpretują świat przez pryzmat owczej logiki - rozumieją tylko fragmenty ludzkich zachowań, często wyciągają absurdalne wnioski, ale jednocześnie potrafią dostrzec rzeczy, które ludziom umykają.
Największą siłą książki są właśnie literackie nawiązania i gra konwencją. Oczywiste skojarzenia z "Folwarkiem zwierzęcym" czy "Wodnikowym Wzgórzem" pojawiają się niemal od razu, ale im dalej w historię, tym więcej można znaleźć kolejnych tropów. Sama konstrukcja śledztwa mocno przypomina klasyczne kryminały w duchu "Morderstwo na plebanii" albo historii z "Przygód Sherlocka Holmesa" - mamy zamkniętą społeczność, obserwację szczegółów i próbę logicznego połączenia faktów.
Ale pod tą lekką formą kryje się też coś bardziej gorzkiego. W kilku momentach książka bardzo mocno skojarzyła mi się z "1984" czy nawet "Procesem". Szczególnie wtedy, gdy bohaterowie próbują zrozumieć system, którego zasad nie pojmują, albo gdy absurd zaczyna być traktowany jako coś normalnego. Owce obserwujące ludzi momentami przypominają czytelnika próbującego zrozumieć świat, który ma sam coraz mniej sensu.
Najlepsze jest jednak to, że Swann bardzo umiejętnie balansuje humor i refleksję. Książka jest zabawna, czasem wręcz absurdalna, ale nigdy nie zamienia się w parodię dla samej siebie. Pod tą "owczą" perspektywą naprawdę kryje się inteligentna obserwacja ludzkich zachowań. To kryminał totalnie nietypowy, ale właśnie dzięki temu tak dobrze zapadający w pamięć.
Świetnie się bawiłam czytając książki z tej serii. Odnośnie okładek wolę polskie wydania z poprzedniej dekady. Gdzieś w internecie mignął mi zwiastun filmu z Hugh Jackmanem z motywem owiec prowadzących śledztwo. Nie wiem tylko czy jest inspirowany tą książką czy nie.
Śmierć przechylił czaszkę na bok, jakby wsłuchiwał się w wewnętrzny głos. Opadł mu kaptur i martwy król zauważył, że Śmierć przypomina gładki szkielet pod każdym względem prócz jednego: oczodoły płonęły mu błękitem nieba. Verence nie czuł strachu - trudno czuć strach, jeśli elementy do niego niezbędne stygną właśnie o kilka stóp obok, a w dodatku nigdy w życiu niczego się nie bał i nie miał ochoty zaczynać w tej chwili. Po części z powodu braku wyobraźni, ale też dlatego że był jednym z tych rzadkich osobników całkowicie zogniskowanych w czasie.
Dom Wydawniczy REBIS ogłasza dodruk historyczny. "Chwała Rzymu" Anthony'ego Everitta ponownie w sprzedaży od 9 czerwca 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie obejmuje 464 strony, w cenie detalicznej 89 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Pasjonująca opowieść o tym, jak z małej osady nad Tybrem Rzym przekształcił się w imperium, które zmieniło oblicze świata.
Anthony Everitt przedstawia wciągającą, a przy tym rzetelną naukowo opowieść o drodze Rzymu do chwały, pełną ważnych lekcji dla naszej epoki. Jak starcie między patrycjuszami i plebejuszami kształtowało politykę republiki? Dlaczego roztropna rzymska strategia oferowania obywatelstwa pokonanym sąsiadom przyczyniła się do rozwoju kiełkującego imperium? Jak to się stało, że niewyobrażalne bogactwo i potęga wypaczyły tradycyjną republikańską virtus i w Rzymie, triumfującym na zewnątrz, pojawiły się pierwsze oznaki rozkładu wewnętrznego?
Autor kreśli niezapomniane portrety wielkich Rzymian, m.in. Cyncynata ,symbolu rzymskiej odwagi i surowości obyczajów; błyskotliwego wodza Scypiona Afrykańskiego, który odparł zagrożenie ze strony Hannibala. Oddaje też głos pisarzom, historykom, myślicielom, których uwagi na temat sztuki rządzenia i „dobrego życia“ inspirowały wszystkie zachodnie potęgi od starożytności po obecne czasy, jak choćby Cyceron, wytrawny prawnik, mówca i filozof – jego pisma poświęcone sprawiedliwości i wolności do dziś kształtują nasz dyskurs polityczny.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Książka napisana w gawędziarskim stylu, jak to u Myśliwskiego bywa, lecz cała jej fabuła wydaje mi się tylko pretekstem do przemycenia filozofii i snucia refleksji na temat życia. Wiele spostrzeżeń jest niesamowicie trafnych, głębokich i ciężko się z nimi nie zgodzić. Ja sobie tę książkę zaznaczam jako nadającą się do czytania w ramach praktyki stoickiej. Choć takiego stricte bezpośredniego stoicyzmu w niej nie ma, to zawiera w sobie taki pokład refleksji, że ciężko aby nie poruszyły one tej naszej wewnętrznej refleksyjności i z nią nie zarezonowały.
O treści książki nie będę pisał, bo są już jej dużo lepsze recenzje na bookmeter.
Czytając pierwszą część z Pięcioksiągu Sokolego Oka nie spodziewałem się, że tak się wciągnę. Nie wkurzały mnie opisy natury, postacie były całkiem fajnie napisane, a tłumaczenie... Kto to kurka tłumaczył i czemu Sokole Oko jest Sokole, a nie Jastrzębie?
Mniejsza o to, bardzo fajnie mi się czytało książkę, pomimo tego co właściwie się w samej książce dzieje. Jak na ponad dwustuletnią książkę i dosyć stare tłumaczenie, to nie miałem problemu by zagłębić się w całość i naprawdę dobrze się bawić. Co ciekawsze, znacznie lepiej się bawiłem przy tej książce niż obecnie przy bardziej znanym Ostatnim Mohikaninie.
Tłumaczenie wierne vs lokalizacja i zakorzenione w kulturze zwroty.
"Sokole oko"i wszytko jasne, a "Jastrzębie oko" co symbolizuje? Chyba, że faktycznie, z kontekstu postaci imię opisuje inną cechę niż przyjęte w Polsce Sokole oko.
Absolutnie nie jestem fanem rodziny królewskiej, ale coś mnie podkusiło kilka lat temu by kupić książkę. I tak sobie stała na półce i zbierała kurz. W sumie to już chyba z miesiąc temu przeczytałem ją, ale strasznie się męczyłem. No i w sumie nie chciało mi się wrzucać wpisu xD
O samej książce cóż... Harry rozprawia się ze swoimi demonami przeszłości, opisuje jak wielki uraz zostawiła mu w głowie śmierć Diany. I tak w sumie całą książkę. Podobały mi się w sumie opisy z życia Harry'ego, zwłaszcza, że w przeciwieństwie do wielu innych autorów - jego opisy przyrody były... fajniejsze? Ciekawsze? Coś w tym stylu.
Niemniej jednak, strasznie się męczyłem z przebrnięciem przez całość.
@ArmandoNumber5 mnie również nie ciągnie do rodzin królewskich (normalni ludzie jak każdy, tyle że urodzili się tam a nie gdzieś indziej), a jeszcze bardziej mnie nie ciągnie do biografii w ogóle ludzi (no chyba że Hitler XD)
Wspomnienia amerykańskiego ambasadora, który spędził w Polsce około dwóch lat, by ostatecznie po "wolnych" wyborach w roku 1947 zrezygnować ze stanowiska i wrócić do USA.
Ciekawa lektura, szczególnie opis interakcji z moskiewskimi pachołkami(Bierut, Berman i reszta komunistycznej kliki).
To piękny opis tragedii polskiego narodu i porażki państw zachodnich w egzekwowaniu postanowień z Jałty i Teheranu. Gdy w Polsce opozycja jest niszczona, ludzie zastraszani, a nawet zabijani przez komunistycznych agentów, najlepsze, co może zaoferować amerykański sojusznik, to kolejne pisma, które, a jakże, są olewane. Twardsze działania sugerowane przez autora są puszczane mimo uszu.
Książkę można dorwać na archive.org w wersji angielskiej, jeśli kogoś interesuje taka tematyka.
Wydawnictwo Zysk i S-ka zapowiada dodruk książki Johna Ronalda Reuela Tolkiena. "Silmarillion" wróci do sprzedaży 2 czerwca 2025 roku. Wydanie w twardej oprawie z obwolutą ma 484 strony, w cenie detalicznej 104,99 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Niezbędna pozycja w biblioteczce każdego fana Tolkiena ? zbiór opowieści o Pierwszej Erze Świata, czyli Dawnych Dniach, poprzedzających epokę, w której rozgrywa się akcja Władcy Pierścieni.
Opowiedziane w książce legendy i mity sięgają zamierzchłych czasów, gdy pierwszy Władca Ciemności przebywał w Śródziemiu, a elfy Wysokiego Rodu toczyły z nim wojnę, by odzyskać Silmarile, trzy „świetliste klejnoty“, w których przetrwało światło Dwóch Drzew Valinoru.
Książkę wypełniają legendy o Ainurach, Valarach, upadku Númenoru i Pierścieniu Władzy. Razem składają się one na niepowtarzalny obraz dziejów Śródziemia ? od Muzyki Ainurów, z której zrodził się świat, aż do końca Trzeciej Ery, gdy powiernicy Pierścienia odpłynęli z Szarej Przystani...
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Tymczasem król Verence, władca Lancre, dokonywał odkrycia.
Jak większość ludzi - w każdym razie większość ludzi w wieku poniżej sześćdziesiątki - Verence nie dręczył swego umysłu rozważaniami, co się dzieje z człowiekiem po śmierci. Jak większość ludzi od samego zarania dziejów zakładał, że w końcu wszystko samo się jakoś ułoży.
I - jak większość ludzi od zarania dziejów - był teraz martwy.
Jakby nie było źle, on zawsze da się popieścić,
swymi kosmatymi łapkami będzie chciał Cię przytulić,
W jego małym serudszku ogrom miłości potrafi zmieścić,
więc przygarnij go ze schroniska i pozwól sobie otulić
Książka trochę o niczym. Czytałem ją jakieś 2 miesiące temu i bez sięgania po nią na półkę nie pamiętam z niej nic (a aż tak źle z moją pamięcią nie jest...).
Biorąc już książkę w rękę i ją wertując, coś jednak sobie przypominam. Podmiot liryczny zaczyna od stwierdzenia, że dokładnie upozorowała swoją śmierć. I zaczyna w ten sposób pleść opowieść o swoim życiu, którego finałem będą efekty tego (spoiler alert - nieudolnego) upozorowania śmierci. Bohaterki życie było pełne gwałtownych skrętów, których motywację trudno było mi zrozumieć. Nie chce się w żaden sposób dać wtłoczyć w schematy, które widzi w życiu, więc tak kluczy, w końcu nie ma innej ucieczki niż "śmierć" i rozpoczęcie od nowa.
Pomysł ciekawy, wykonanie co najwyżej przeciętne. Szkoda było czasu.