Piąty tom sagi Blackwater jest dla mnie zdecydowanie najspokojniejszą częścią całej historii. Po wcześniejszych tomach, gdzie coraz mocniej zaczynały przebijać się elementy grozy, zjawisk nadprzyrodzonych i mrocznych rodzinnych tajemnic, tutaj McDowell wyraźnie przesuwa ciężar w stronę rodzinnej sagi i codziennego życia Caskeyów. Horror - o ile w ogóle chcemy jeszcze używać tego słowa przy tej serii - się w tym tomie ulotnił.
I to jest jednocześnie największa zaleta i wada tego tomu. Z jednej strony nadal świetnie czyta się obserwowanie relacji w rodzinie, walki o wpływy, drobne konflikty i tego specyficznego klimatu południa USA, który McDowell buduje fenomenalnie od pierwszego tomu. Blackwater od początku było przecież bardziej southern gothic i sagą rodzinną niż pełnoprawnym horrorem.
Z drugiej strony mam wrażenie, że Fortuna momentami za bardzo zwalnia. W poprzednich częściach nawet spokojniejsze fragmenty miały gdzieś pod spodem poczucie niepokoju i świadomość, że coś "nadnaturalnego" czai się pod powierzchnią. Tutaj tego napięcia jest wyraźnie mniej. Seria coraz bardziej skupia się na majątku, rodzinnych interesach i codziennym funkcjonowaniu kolejnych pokoleń Caskeyów. A trzeba przyznać, że Caskeyowie w tym tomie śpią na hajsie. Są właścicielami niemal wszystkiego w okolicy, a na ich ziemii odkrywane są co raz to większe pokłady ropy, które przynoszą im milionowe zyski, dużo większe niż tartak.
Oczywiście nadal obecna jest aura tajemnicy wokół Elinor i całego związku kobiecej części rodziny z rzeką, ale wszystko staje się bardziej subtelne, mniej agresywne i mniej "grozowe". Mam wręcz wrażenie, że McDowell świadomie pokazuje, jak nadprzyrodzoność została wchłonięta przez codzienność tej rodziny. Jedynym elementem grozy, jest poród bliźniąt, z których jedno, od razu po urodzeniu, jest inne i łaknie "powrotu" do wody.
To nadal bardzo dobrze napisana książka. McDowell wciąż ma niesamowitą lekkość prowadzenia narracji i budowania postaci. Nawet kiedy niewiele się dzieje, dalej chce się śledzić losy bohaterów. Problem polega tylko na tym, że po mocniejszych wcześniejszych tomach oczekiwałem trochę większego ciężaru emocjonalnego, a w zanadrzu jest już tylko 1 - ostatni tom sagi.
Mówię tu dużo (i, obawiam się, niezbyt interesująco dla osób nie będących zapalonymi miłośnikami wersologii – a takie, choć może to dziwić, stanowią podobno większość społeczeństwa) o rymach [...]
Tak już mam, że kiedy coś mnie zafascynuje, zaraz chcę się dowiedzieć jak to jest zrobione. To właśnie z tego powodu podglądam treningi akrobatów, których wcześniej oglądałem na jakimś festiwalu sztuki ulicznej, to z tego powodu miałem kiedyś przyjemność być prezenterem i realizatorem studenckiej rozgłośni radiowej (takiej z koncesją, nadającej w eterze, nie w Internecie). To z tego powodu zdarza mi się chadzać na spotkania albo czytać wywiady z autorami literatury i to z tego powodu bardzo interesują mnie niuanse pracy tłumacza. Do dziś doskonale pamiętam wrażenie, jakie zrobił na mnie artykuł pana Filipa Łobodzińskiego o tym jak zmagał się z tłumaczeniem tekstu Like a rolling stone pana Boba Dylana, choć trafiłem na niego dobrych kilka lat temu. Ostatnio coś podobnego zafundował mi pan Barańczak, tylko w znacznie bardziej zaawansowanej i obszernej formie.
Książka, a czytałem jej wydanie trzecie, poprawione i znacznie rozszerzone, zawiera teksty dotyczące teorii tłumaczenia, które autor pisywał przy rozmaitych okazjach – czy to dla celów seminaryjnych, czy do prasy (również niejako w samoobronie przed zarzutami, głównie przy tłumaczeniu Szekspira). To wydanie trzecie, z roku 2004 wzbogacone jest dodatkowo jeszcze o ostatni rozdział – o antologię czterdziestu tekstów „nieprzetłumaczalnych” z wyjaśnieniem tej „nieprzetłumaczalności”, a na końcu z ich już wykonanymi przez pana Barańczaka tłumaczeniami (no dobra – przekładami, bo to jednak różnica).
Fascynująca to była lektura, choć niesamowicie trudna, a pan Barańczak wielkim tłumaczem był! Niemal cała książka wychodzi od słów pana Roberta Frosta, że poezją jest to, co ginie w tłumaczeniu. Pan Barańczak, moim zdaniem, zdaje się zadawać kłam temu twierdzeniu. Porównując sobie oryginały (tam, gdzie byłem w stanie je zrozumieć) z proponowanymi przez niego tłumaczeniami uważam, że praca, którą wykonał pozwoliła przełożyć na język polski wszystko to, co w oryginalnych tekstach było ważne. Przy okazji autor tłumaczy czytelnikowi dlaczego właśnie tak a nie inaczej, niejednokrotnie (a właściwie to zawsze) wychodząc daleko poza tłumaczony utwór. Sięga bowiem nie tylko do całości twórczości autora oryginału, ale i do prądów panujących w literaturze w danej epoce, a robi to po to, żeby przekład był wierny nie tylko w treści, nie tylko w formie, ale i w czymś co ja nazwałbym duchem utworu.
Jeśli przyjąć tę książkę jako edukacyjną, to należałoby wówczas założyć, że człowiek uczy się na błędach, a uczyć się najlepiej – wiadomo! – na błędach cudzych. Świetnym tego przykładem jest wiersz The Tyger pana Williama Blake’a, którego przedstawione są trzy polskie tłumaczenia (pana Romana Klewina, pana Józefa Waczkowa oraz pana Adama Pomorskiego). Każdy z tych przekładów jest dokładnie przeanalizowany, w każdym zostały wskazane wady i zalety. Na koniec pan Barańczak proponuje swoje własne tłumaczenie i rzeczywiście różnica w jakości jest odczuwalna.
To, co na pewno zapamiętam z tej książki to dwie rzeczy. Po pierwsze coś, co pan Barańczak nazywał dominantą semantyczną utworu, bo jasnym jest, że poezji nie da się przełożyć jeden do jednego. Zanim w ogóle zacznie się pracę trzeba najpierw zdecydować (najlepiej prawidłowo, a to już bywa trudne) co bezwzględnie należy w tłumaczeniu ocalić, a gdzie można pójść na kompromis (choć zdarza się, że tłumacząc można napisać utwór lepszy niż oryginał – inny język daje zupełnie inne możliwości, choć w tej sprawie należy raczej stosować podejście „co zrobiłby autor, gdyby jego język dawał mu takie możliwości, jakie tłumaczowi daje język, na który utwór jest tłumaczony, a nie starać się być lepszym czy poprawiać autora). Ta wiedza przyda mi się gdyby kiedyś przyszło mi do głowy próbować jakiś utwór przełożyć samodzielnie, gdybym natomiast miał ochotę zająć się rzeczą wcale nie łatwiejszą, czyli krytyką cudzych tłumaczeń, wówczas chciałbym pamiętać o postulowanym przez pana Barańczaka sposobie oceny tłumaczeń. Polega ona na tym, że wiersz czytamy najpierw jako samodzielny utwór, zupełnie niezależny od oryginału i oceniamy jego wartość artystyczną. Dopiero kiedy ten test da wynik pozytywny należy zastanowić się nad oddaniem sensu i znaczeń oryginału. Cóż, poezja już taka jest – forma jest równie ważna co treść, a czasami nawet ważniejsza.
Choć lektura była trudna (te wszystkie jamby i trocheje, echolalie, aliteracje, a jeszcze i obce języki!), książkę czytało mi się bardzo dobrze. Nie tylko dlatego, że temat mnie interesuje, ale i dlatego, że autor wiele spraw podaje z humorem. I nie mam tutaj na myśli wyłącznie rozdziału „Wiatr porywisty na wysokości pupy” traktującego o zabawnych wpadkach tłumaczy (napisanego zresztą we wspaniałej formie praktycznego poradnika złego tłumaczenia), ale i dystans do siebie samego, bo jak bez dystansu (ale i pewnej buty, że „ja zrobię to lepiej”) porywać się na tłumaczenie czegoś, co nie tylko już zostało przetłumaczone, ale to poprzednie tłumaczenie na dodatek zostało już ogólnie uznane i weszło do kanonu (trochę się przy okazji dostało innym tłumaczom, szczególnie panu Słomczyńskiemu, ale – moim zdaniem – całkiem zasłużenie).
Kolega, który polecił mi tę książkę, polecił mi ją słowami „tobie się będzie podobać, ty lubisz dziwne książki”. Miał rację (przynajmniej w kwestii, że będzie mi się podobać, w pozostałych kwestiach nie zajmuję stanowiska). Czy ja bym ją komuś polecił? Nie wiem. Może tym, którzy mają na coś takiego ochotę. No i jeszcze może liczącym sylaby formalistom, bo z tej książki można się dowiedzieć wielu rzeczy nie tylko o tłumaczeniu, ale i o poezji w ogóle. A w kwestii tłumaczenia można się z niej dowiedzieć na przykład dlaczego angielskie równanie 10 + 8 + 10 = 28 można (a nawet warto) na język polski przełożyć jako 13 + 11 + 13 + 3 = 40.
Jeśli zaś miałbym się czegoś w tej książce czepić, to wyłącznie tego, że wiele informacji i stwierdzeń się w niej powtarza. Nie powinno to co prawda dziwić, wszak składa się ona z zebranych tekstów pisanych w różnym czasie i pod różne adresy, a każdy z tych tekstów miał istnieć i być spójny i logiczny samodzielnie. Myślę jednak, że wydając to wszystko w jednym tomie można było się pokusić o jakąś redakcję - książka byłaby wtedy być może nieco przystępniejsza.
EDIT:
A, jest też rozdział o tłumaczeniu poezji polskiej na języki obce. Że też nigdy nie przyszło mi do głowy, że w tę stronę to też działa.
@bojowonastawionaowca idę w piątek to sprawdzę te targowe promki, bo na poprzednich pod PKiNem były relatywnie dobre promki tylko na 1h przed końcem targów
Ja w ogóle nie wiem co to za pomysł żeby wydawać te dwie książki w jednym tomie. Z tego powodu podzielę wpis na dwie części, bo inaczej nie będzie w tym żadnego sensu.
***
BYŁA RAZ WOJNA
Nie chcę twierdzić, że korespondenci kłamali. Wcale tak nie było. Wszystko, co zanotowano w tej książce zdarzyło się rzeczywiście. Nieprawda tkwi w tym, o czym w niej nie wspomniano.
Pan Steinbeck był na wojnie. Był korespondentem wojennym, tak jak inny z wielkich amerykańskich pisarzy, pan Ernest Hemingway. Mimo, że wojna ta sama, bo obaj oglądali II wojnę światową, to podejścia tych dwóch autorów, a co za tym idzie i ciężar ich relacji (a także powieści) skupia się na czymś innym. Pan Hemingway pisał o człowieku – o jego bohaterstwie i wyobcowaniu, pan Steinbeck zaś, choć też pisał o człowieku, to jednak o jego „ludzkich” cechach – o przyjaźni, współpracy i o życiu pod bombami.
Była raz wojna to zbiór tekstów z pobytu autora w czasie wojny w Anglii, Afryce oraz we Włoszech. To zestaw miniaturek skupiających się głównie na codziennych sprawach nie tylko żołnierzy, ale i mieszkańców Dover, gdzie pan Steinbeck trafił. Najbardziej chyba poruszyły mnie właśnie te relacje dotyczące życia cywilów w mieście, w którym bombardowania stały się normą (o tym mówi jeden z tekstów, Ludzie z Dovru). Bardzo przypominały mi one książkę, którą czytałem już jakiś czas temu – Sarajewskie Marlboro pana Miljenko Jergovića, która bardzo mi się podobała (w senie poruszyła mnie). Była raz wojna też mnie poruszyła, ale trochę jednak mniej.
Na dodatek teksty te podane są świetnym, obrazowym językiem, a wydanie które czytałem (Prószyński i S-ka) opatrzone jest wstępem autora, z którego czytelnik może dowiedzieć się co nieco o pracy korespondenta wojennego i o okolicznościach wydania tych relacji w formie książkowej.
***
BOMBY POSZŁY
Łatwo też dowieść, że kadeci uchodzą za bardzo atrakcyjnych. Gdy tylko zostają wysłani do jakiegoś nowego ośrodka, bardzo szybko monopolizują czas i myśli ładnych młodych kobiet z okolicy.
O ile Była raz wojna zrobiła na mnie wrażenie bardzo pozytywne, tak Bomby poszły też zrobiły wrażenie, tylko że zupełnie odwrotne. Nie byłem w stanie uwierzyć, że pan Steinbeck (a kilka jego książek przeczytałem i cenię bardzo wysoko) był w stanie napisać coś takiego. Bomby poszły to twór propagandowy, toporny, mający na celu zachęcić młodych Amerykanów do wstępowania do Sił Powietrznych. Napisany językiem prostym, wręcz prostackim, przedstawiający Siły Powietrzne jako elitę zupełnie bez wad, a młodych Amerykanów jako wspaniałych i nadających się idealnie do tego żeby do tej formacji wstąpić, co ma uczynić ich jeszcze wspanialszymi. Jedyną chyba zaletą książki Bomby poszły jest wstęp do niej napisany przez pana Jamesa H. Mereditha wyjaśniający okoliczności jej powstania i motywy, które kierowały autorem oraz zajmujący się problemem tego, czym jest propaganda (z delikatnym zarysem historii propagandy i negatywnego nacechowania tego słowa). Wstęp czytałem z zainteresowaniem, przez samą książkę nie przebrnąłem. Przerwałem ją po dwóch i pół rozdziału (z dziewięciu) – pan Steinbeck skutecznie przekonał mnie może nie do tego, że Amerykanie i Siły Powietrzne są takie wspaniałe, ale przede wszystkim do tego, że nie ma co się niczego więcej już dalej spodziewać.
@ciszej To jest wypadkowa obu tych książek. Pierwsza jest bardzo dobra, druga fatalna. Jeśli chcesz sprawdzić drugą, to na własną odpowiedzialność. Ja swoje napisałem i umywam ręce.
Golem mojej mamy wypowiedział posłuszeństwo żydowskim przodkom. Mama ostentacyjnie deklamowała w towarzystwie, że „nie znosi czosnku”, choć nigdy go nie wyczuwała, gdy dodawany był do potraw.
Ja takich książek nie lubię i w życiu bym sam z siebie tych Dziadów i dybuków nie przeczytał, no ale wylosowały się jako lektura w klubie książkowym, to nie miałem wyjścia. Wyjście za to miał pan Jarosław Kurski (tak, brat Jacka), który wyszedł z punktu, a punktem tym była reakcja jego matki na zdanie dotyczące wypowiedzi o Żydach pana Lecha Wałęsy, które to zdanie w książce o panu Wałęsie pan Kurski zamierzał zawrzeć. Ta reakcja matki skłoniła pana Kurskiego do poszukiwań, do rozgrzebania przeszłości swojej rodziny i Dziady i dybuki to właśnie efekt (albo opis) tych poszukiwań.
Książka, choć mnie się nie podobała (o powodach za chwilę), ma świetny tytuł, bo jak trafniej można nazwać grzebanie po cmentarzach, to wyciąganie z grobów żydowskich przodków, którzy bardzo chcieli (w większości) być Polakami? Książka ma też podtytuł, a ten podtytuł brzmi Opowieść dygresyjna. Nie jest już tak piękny jak tytuł, jest równie jednak trafny.
To, co wynika z trafności tego podtytułu, to chyba mój największy zarzut do książki pana Kurskiego. Czytało mi się ją zwyczajnie źle. O ile doceniam ogrom wykonanej pracy, o ile doceniam bezstronność (a przynajmniej mam wrażenie tej bezstronności) w opowieści o własnej rodzinie, tak autor podał mi to wszystko w sposób absolutnie dla mnie niestrawny. To mnóstwo osób, które przewinęły się w tej opowieści w pewnym momencie zaczęło mi się zlewać w jedno i nie wiedziałem już do końca kto jest kim, przynajmniej bez sięgania do uproszczonych drzew genealogicznych umieszczonych na końcu książki (może trzeba było sobie w czasie lektury robić notatki?). Na moją uwagę o panującym w książce chaosie, w czasie spotkania dostałem odpowiedź, że w Dziadach i dybukach zachowana jest chronologia, tylko jest to chronologia odkrywania przez autora kolejnych faktów. To prawda, sam w czasie czytania tego nie zauważyłem, niemniej taka chronologia w żaden sposób nie porządkuje chaosu.
Kolejny zarzut, jaki mam do tej książki, to jej warstwa językowa. Dziady i dybuki są według mnie książką językowo niespójną. Od języka reportażu autor przechodzi nagle do stylizacji archaicznej, którą stosuje jednak wybiórczo. W efekcie czytelnik dostaje miszmasz stylistyczny, a mnie to akurat denerwuje. Podobnie zresztą dzieje się z figurami retorycznymi. O ile jestem jeszcze w stanie przełknąć (choć staje mi w gardle) tego „golema polskości”, tak porzucanie i wracanie do tej metafory w sposób przypadkowy to już dla mnie za dużo.
Co do samej treści Dziadów i dybuków, to jeśli ktoś posiada wiedzę o dwudziestoleciu międzywojennym (bo o tym okresie głównie mowa) bliższą źródłom historycznym niż romantyzowanej wizji literackiej dotyczącej tego okresu, to nie znajdzie tutaj nic nowego ponad to, co już wie. Owszem, są tutaj historie pojedynczych osób, jednak nie są one (o ile ci ludzie nie są czytelnikowi w jakiś sposób bliscy) jakoś szczególnie wyjątkowe (może poza Luisem Namierem), co jeszcze nie byłoby wadą, gdyby zostały przedstawione w sposób literacki (choć wtedy trzeba by nazwać tę książkę powieścią) – brakowało mi w tych wszystkich nazwiskach, datach i faktach oprócz porządku również emocji, ale to jest zarzut natury osobistej, wynikający z tego, co ja w książkach lubię, a nie natury ogólnej.
Podsumowując: dla mnie Dziady i dybuki to świetny materiał wyjściowy do powieści, jeśli tylko ktoś taką powieść umiałby napisać (fikcja może być bliższa prawdy niż sama prawda – tutaj zgadzam się z panem Twardochem i panem Myśliwskim). Ja lubię kiedy w opowieści mam coś co mnie przez nią prowadzi. To dlatego w czasie spotkania porównałem sobie tę książkę do dwóch dzieł pana Dehnela – Lali, która mi się nie bardzo podobała (bo nie bardzo miało mnie co przez nią prowadzić) i Łabędz_i,_ które podobały mi się bardzo (bo prowadziła mnie przez nią porcelana) – a w Dziadach i dybukach autor niczego takiego mi nie dał.
***
W czasie spotkania byłem w mniejszości, której się ta książka nie podobała. Ci, którym się też nie podobała podnosili podobne do mnie argumenty, głównie dotyczące chaosu. Ci, którym się podobała, zwracali uwagę również na jej „piękny język”, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem.
Wzruszam się, kiedy tu sprzątam, bo zdumiewa mnie, że można być w sposób, jakby się w ogóle nie było.
Szafa jest krótka, bo Szafa składa się z trzech tylko opowiadań. A że potrzebowałem książki krótkiej, takiej na jeden późno rozpoczynający się wieczór, zachęcony wpisem kolegi @wewerwe-sdfsdfsdf (nie że treścią tego wpisu, raczej samym faktem jego publikacji i tym, że dowiedziałem się z niego, że taka książka w ogóle istnieje) postanowiłem do Szafy sięgnąć.
W Szafie znalazłem trzy opowiadania: Szafę (to jakiś rodzaj incepcji?), Numery i DEUS EX. Najbardziej podobała mi się Szafa operująca chyba wyłącznie nastrojem, bo o co w tym opowiadaniu chodzi, to nie mam pojęcia, choć jest napisane ładnie. Chyba że jest w nim jakaś głębsza metafora, ale jakoś jej nie dostrzegłem (albo potrafiłbym dopasować ich około siedemnastu, tylko że każdą trochę na siłę). Otóż w Szafa opowiada o tym, że małżeństwo kupuje szafę, a później się w niej zamyka.
Numery, też całkiem niezłe i najdłuższe z wszystkich trzech opowiadań, to historia pokojówki, która sprząta piętro w hotelu. Ma na tym piętrze kilka pokoi, a w każdym z nich ktoś mieszka. Po pozostawionych przez gości śladach, po przedmiotach i po bałaganie pokojówka-narratorka snuje opartą na obserwacjach i domysłach opowieść o tych pokoi lokatorach. Więc może Numery to nie historia pokojówki, ale opowieść pokojówki? Smaczku dodaje (o ile to prawda, bo nie sprawdzałem, i być może tylko wydaje mi się, że gdzieś tak kiedyś czytałem), że pani Tokarczuk zanim na dobre zajęła się literaturą (albo zanim środowisko literackie zajęło się panią Tokarczuk i ją doceniło) pracowała w Wielkiej Brytanii właśnie jako pokojówka.
Numery to opowiadanie, które podobało mi się niemal tak jak Szafa, choć akurat w Numerach dokładnie wiadomo o co chodzi. To może być Numerów zaleta. Ale może to być też ich wada.
Na końcu tego zbiorku znajduje się tekst pod tytułem DEUS EX. To historia informatyka, który zajmuje się tym, że tworzy grę, w której tworzy świat. Później tym światem chwilę steruje, a jeszcze później sterować przestaje i ten świat podąża swoją drogą i nie kończy się to dobrze. To, co mnie bardzo raziło w tym opowiadaniu, to lekkość reaserchu, z jakim to opowiadanie zostało napisane. Widać, niestety, że pani Tokarczuk nie wie (a przynajmniej kiedy to opowiadanie pisała nie wiedziała) wiele o komputerach. Widać, że o coś tam kogoś tam spytała, ten ktoś być może nawet jej coś tam opowiedział, ale tekst bije po oczach płytkością i naiwnością jeśli chodzi o aspekty techniczne komputerów i może to ten zgrzyt powoduje, że jeśli jest w nim coś więcej, to to coś więcej pod tą naiwnością ginie. Jeśli zaś chodzi o samą treść, to w temacie „opowiadań kreacjonistycznych” daleko pani Tokarczuk choćby do tego, co zrobił pan Zajdel w swojej Relacji z pierwszej ręki.
Szafa jest krótka, to taka lektura na jeden wieczór (chyba że ktoś chce się na siłę doszukiwać w niej głębi, to można czytać ją i przez dwa tygodnie) i w jeden wieczór ją przeczytałem. To był całkiem miły wieczór, ale niczego w moim życiu nie zmienił. Nie pomyślałem przy lekturze o niczym nowym, na nic nie spojrzałem z innej perspektywy. Miałem w czasie lektury trochę przyjemności estetycznej, bo pani Tokarczuk potrafi pisać ładnie, ale gdybym tamtego wieczora po prostu wcześniej usnął, to myślę, że straciłbym niewiele, a może nawet bym coś zyskał, bo wyspałbym się wtedy trochę bardziej niż zwykle.
Literatura piękna – rodzaj dzieł literackich o charakterze artystycznym; typ piśmiennictwa (także dzieł ustnych), do którego zalicza się wszystkie teksty o dominującej funkcji estetycznej języka, a więc dzieła literackie, w odróżnieniu od literatury użytkowej, tj. tekstów o charakterze informacyjnym, publicystycznym, naukowym itp.
@George_Stark no okej, tylko wciąż- można napisać skończone gówno używając jak to definicja ujęła "funkcji estetycznej języka", albo innego stosowanej przez takiego Brauna grandilokwencji, żeby brzmieć mądrze, ładnie i udawać. Będzie brzmieć mądrze? Jak najbardziej. Będzie brzmieć ładnie? Oczywiście. Będzie brzmieć elitystycznie? A jakże. Czy to zmieni fakt, że pod spodem to dalej będzie skończone barachło, tylko dla niepoznaki przypudrowane? Powiem tak- możesz sobie na kartofla mówić jaśmin do porzygu, ale żadna ilość tych zaklęć nie sprawi, że nagle zacznie wyglądać i pachnieć jak jaśmin. I dzieła Tokarczukowej to właśnie taki kartofel. A sama autorka już wiele razy pokazała, że to właśnie robi, przy okazji gardząc otwarcie każdym, kto nie czyta tych jej wypocin, za co nieprzypadkowo dorobiła się określenia "arystokarczuk", a ostatnio- używając AI do pisania jakichś prymitywizmów. I naprawdę uważam, że danie jej tego Nobla- pomijając już całą tyradę za co ona go niby dostała- było bardzo złym ruchem, który wyrządził wiele złego. Bo jak inaczej nazwać to, że trafiła do kanonu szkolnych lektur (again- pominę zupełnie tu moje zdanie na temat TEGO wynalazku).
Książka dla odważnych, lub tych co szukają ujścia we własnym bólu.
Na pewno nie jest przerysowana, nie próbuje na siłę grać na emocjach.
Sam temat przynosi emocje: ostatnie dni życia śmiertelnie chorego chłopca. Od początku sprawa jest przesądzona, nie trzeba już walczyć, trzymać się nadziei, udawać że będzie dobrze.
Został określony czas, bardzo krótki. Co Ty z nim zrobisz?
Oskar miał dobrą przewodniczkę. Zaproponowała taką zabawę: 12 dni do końca roku, a każdy z tych dni to 10 lat twojego życia. Czy da się przeżyć całe życie w 12 dni? Pierwszy spędzić na nieogarnieciu, drugi na błędach młodości i pierwszej miłości i podobnie kolejne?
W pewnym sensie, tak.
Jest to ciekawy zbiór refleksji na temat życia i śmierci, nie ma tu nic odkrywczego, żadnej tajemnicy. Tylko zwykłe, proste prawdy o których wszyscy zapominamy.
“Ubik natychmiast postawi cię z powrotem na nogi.”
Przyszłość, rok 1992 (książka miała premierę w 1969 także ten), rodzaj ludzki wyewoluował: telepaci czy jasnowidze są czymś powszechnym. Szczególnie poszukiwane są osoby obdarzone antyzdolnościami, tłumiącymi zdolności psychiczne innych, chroniąc tym samym prywatność klienta. Nawet śmierć nie jest końcem, organizm można utrzymać jeszcze przez jakiś czas w stanie półżycia.
Dick jak zwykle niczego nie tłumaczy i od razu wrzuca czytelnika w środek swojego świata. Podobnie jak w “Płyńcie łzy moje, rzekł policjant” burzy postrzeganie rzeczywistości, zaciera różnice pomiędzy ułudą a rzeczywistością, pogłębiając iluzję o percepcję bohaterów. Nawet chronologia wydarzeń nie jest do końca jasna, przy czym w “Ubiku” autor nie wskazuje jednoznacznie rozwiązania i wiele pozostawia domysłom.
Fascynujące jest to, że w 1969 roku autor przewidział świat pełen płatnych usług: abonament za kawę, prysznic, a nawet opłata za otwarcie drzwi własnego mieszkania.
Niewątpliwie błyskotliwa i surrealistyczna lektura, pełna typowych dla autora skrótów myślowych. I choć momentami sprawiała wrażenie napisanej na kolanie, to tym razem pasowało to do koncepcji opowieści.
No k⁎⁎wa w koncu dobra lektura w tej kupie empikowego gowna co wstawiaja na #bookmeter ! Grwtulacje jestes drugim laureatem erwinkowego tokenu dobrego gustu ! To unikallny przedmiot jesli kiedykolwiek ktos ci bedzie mowil ile “1984” mowi o naszym spoleczenstwie wystarczy ze wezmiesz token do reki i powiesz 3 razy Erwinku przybywaj pojawiam sie wtedy z nikad i typa napierdalam.
Wydawnictwo Astra zapowiada historyczną nowość. "Kroniki Mercji. Król Offa i początki państwa anglosasów. 630-918" Maxa Adamsa mają zaplanowaną premierę na 22 lipca 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie obejmuje 512 stron, w cenie detalicznej 119,99 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
W VIII wieku w środkowej Anglii biło serce królestwa Mercji. Jej władcy — po raz pierwszy od upadku Cesarstwa Rzymskiego — sprawowali w regionie skuteczną władzę i aż do czasu hegemonii Wesseksu dominowali w heptarchii anglosaskiej. Rozwijali kulturę, gospodarkę i system obronny, a także budowali sieci handlowe łączące królestwo z kontynentem.
Potęga Mercji rosła za panowania dwóch królów — Æthelbalda i Offy. Ten drugi wzniósł imponujący wał, oddzielający jego królestwo od wojowniczych walijskich państewek i poprzez monety z własnym wizerunkiem umacniał przekonanie o politycznej wyższości Mercji. Za rządów Æthelbalda i Offy, objęte ich patronatem klasztory stały się ważnymi ośrodkami gospodarki i handlu. Utrwaliły się również zależności między władzą królewską, własnością ziemską i Kościołem — zależności, które przetrwały aż do epoki wikingów.
W swojej książce Max Adams opowiada o fascynującym stuleciu w dziejach dawnej Brytanii.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Trzy postacie wstąpiły w krąg światła ognia. Babcia spojrzała w zimne oczy - oczy lodowate jak zbocza Piekła.
Ich posiadacz odrzucił na bok kuszę. Kiedy wyciągał miecz, pod jego przemoczonym płaszczem błysnęła kolczuga.
Nie zakręcił młynka ostrzem. Oczy, wciąż wpatrujące się w twarz Babci, nie należały do człowieka, który lubi kręcić młynki. Należały do kogoś, kto doskonale wie, do czego służą miecze.
“W żelazie nasza siła. W sile nasza wola. W woli nasza wiara. W wierze nasz honor. A honor nasz jest z żelaza!”
XXIII część cyklu Herezja Horusa
Prymarcha III Legionu - Fulgrim dowiaduje się o tajemniczej broni Eldarów mogącej przechylić szalę zwycięstwa na stronę rebeliantów. Ponieważ broń ukryta jest w twierdzy, namawia Perturaba - mistrza oblężeń i prymarchę IV Legionu do udziału w misji.
Dobrze, że poczekałem z lekturą tej pozycji, gdyż zapoznanie się z Wielkim Oblężeniem Mniejszej Damantyne z “Ery Mroku” jak i bitwy o Phall opisanej w “Cieniach zdrady” pomaga zrozumieć kontekst niektórych wątków.
Książka przedstawiająca doktrynę “Żelaznych Wojowników” oraz Perturaba, o którym do tej pory mówiono tylko tyle, że jest ponury. Perturabo okazał się ciekawą postacią: mistrzem strategii wojennej, budowniczym, wynalazcą, historykiem i przede wszystkim niezrozumianym marzycielem. A także wodzem zmęczonym faktem, że jego legion wykorzystywany jest przez Imperium do prowadzenia żmudnych i wyniszczających oblężeń.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten tom ma w sobie coś z komiksu efektowne narysowanego w jaskrawych barwach. Fulgrim osiąga niespotykany dotąd poziom melodramatyzmu i zepsucia. Fabius - szalony naukowiec, pozbawiony moralnych ograniczeń, przypomina mi złoczyńcę z uniwersum Batmana. Sharrowkyn i Wayland będący parą agentów wyjątkowych nawet jak na standardy Astartes. Stary znajomy - fechmistrz Lucius wciąż szukający przeciwnika mogącego zapewnić mu choć odrobinę rozrywki.
Znów jedna z lepszych części: bogaty język, barwne i pobudzające wyobraźnię opisy, wspaniała scena pojedynku pod koniec oraz emocjonujące zakończenie.
„Do sprzedaży trafił właśnie czerwcowy numer "Nowej Fantastyki". Na jego okładce widnieje plakat zbliżającego się wielkimi krokami święta fantastyki - Pyrkonu. A co czeka w środku?
Na początek proponujemy wywiad z twórcami nowych przygód Tytusa, Romka i A'Tomka: Arturem B. Chmielewskim (synem Papcia Chmiela), Karolem Weberem i Zbyszkiem Larwą. Świadomi tego, że kontynuacja tak kultowej serii może budzić obawy fanów, nie stroniliśmy od niewygodnych pytań, aby dać Wam lepszy wgląd w podejście kontynuatorów do tematu.
To nie jest zresztą jedyny okołokomiksowy wywiad w tym numerze, mamy dla Was powiem także rozmowę ze znakomitym belgijskim twórcą Bédu.
A z okazji Dnia Dziecka proponujemy nietypowy komiks: przygody Emilki Sza autorstwa Meago i Maćka Kura.
Dla fanów literatury mamy artykuł o sadze Blackwater, która niedawno trafiła na półki księgarń, a miłośnicy kina znajdą w tym wydaniu obszerne podsumowanie filmów, które pojawiły się na festiwalu Splat!
Do tego tradycyjnie recenzje, felietony i inne stałe atrakcje.
W dziale opowiadań trzy teksty polskie, w tym wyróżnione w naszym konkursie literackim "Nasze wspólnoty" Adrianny Filimonowicz, oraz cztery opowiadania zagraniczne - trochę retro, trochę nowości, z różnych stron świata. Każdy znajdzie coś dla siebie.
"Nową Fantastykę" możecie kupić w szanujących się kioskach i empikach, a także w księgarni stacjonarnej wydawnictwa Prószyński i S-ka przy ul. Rzymowskiego 28 w Warszawie. Niezmiennie najbardziej korzystną opcją kupna jest roczna prenumerata, którą możecie znaleźć w Gildii - towarzyszy jej promocja z prezentem książkowym - do wyboru nowe wydanie "Cmętarza zwieżąt" Stephena Kinga albo humorystyczne "Monstery i afery" Sylwii Dec.
NF jest też dostępna w Nexto oraz Legimi - w formatach czytnikowych epub i mobi oraz w pdf.
Prenumeratę "Nowej Fantastyki" znajdziecie pod tym adresem internetowym:
Drugi tom o milicjancie Litwinie-alkoholiku w Szczecinie. Tym razem historia dzieje się w latach 1967-1968 i znów inspirowana jest prawdziwym wydarzeniami, konkretnie największa katastrofą tramwaju w historii Polski oraz niską tolerancją władzy ludowej na żydów. Całkiem dobra.
W odróżnieniu od Ja, Dago, Mieszko. Wyjście z cienia to pełnoprawna powieść historyczna, pozbawiona fantastycznych wątków, opisująca domniemane losy Mieszka I zanim objął tron w sposób brzmiący nawet prawdopodobnie.
I na tym plusy tej powieści się kończą. Fabularnie wieje nudą – w kółko czytamy o tym, jak to Czcibor z bratem naradzają się, żeby posłać po Mieszka i przekazać mu władzę, Mściwoj sapie się, bo jego zięć Czcibor nie zostanie królem, Mieszko i jego wikińska drużyna robią rozwałkę randomowej wiochy i gwałcą pojmane kobiety, a Bogna kombinuje, jak tu zostać pierwszą konkubiną Mieszka. Postacie są papierowe, przy czym, w porównaniu do książki Nienackiego, Mieszkowi-Dagome brakuje charyzmy i cała jego władza nad drużyną trzyma się na trytytkach, jego potencjalni przeciwnicy nie mają w sobie ani miligrama ikry i są jak dzieci we mgle, a do pełnego scharakteryzowania dowolnej żeńskiej postaci wystarczy wybrać kategorię matka/żona/kochanka. Do tego świat przedstawiony ogranicza się do tego, że gdzieś tam w tle ludzie wierzą w słowiańskie/nordyckie bóstwa.
Generalnie, cała powieść to taki trochę biedafanfik powieści i seriali o wikingach. Nie jest to może męcząca lektura i można ją stosunkowo szybko przeczytać/przesłuchać, lecz nie umywa się do Ja, Dago czy wikińskiego cyklu Cornwella i zwyczajnie szkoda na nią czasu.