Kolejna planszówkowa środa w Mysłowicach za nami. Na stołach m. in. Dune, Great Western Trial, Królewski Trakt i Wyprawa Darwina. Ja broniłem znowu ostatniego miasta przed Królową Roju w Aeon's End (z powodzeniem) a potem jeszcze testowałem karciankę Kolonia Księżycowa: Krwawa Jatka. Fajne, szybkie i z jajem.
Jestem wielkim fanem autora i jego serii z Robertem Hunterem. Nigdy tego nie ukrywałem, dlatego byłem lekko zdziwiony gdy dowiedziałem się, że Chris Carter napisał książkę bez detektywa, makabrycznych morderstw i psychopatów prześcigających się w wymyślaniu coraz bardziej wyrafinowanych sposobów zadawania cierpienia. Nie do końca wiedziałem, czego się spodziewać. Tymczasem dostałem książkę, która okazała się świetnym mariażem thrillera psychologicznego i powieści obyczajowej. Połączeniem, które na papierze może brzmieć trochę dziwnie, ale w praktyce sprawdza się znakomicie.
Główną bohaterką jest Sam Stewart, kobieta, której udaje się wyrwać z toksycznego małżeństwa i doprowadzić do skazania znęcającego się nad nią męża. Nelson Stewart trafia do więzienia, ale chwilę wcześniej, tuż po ogłoszeniu wyroku, obiecuje żonie, że ją odnajdzie i się zemści. Sam otrzymuje więc nową tożsamość i jako Mary Smith próbuje rozpocząć życie od początku na drugim końcu kraju. I całkiem sprawnie jej się to udaje, poznaje mężczyznę, w którym się zakochuje, i z którym jak jej się zdaje, jest szczęsliwa.
Problem w tym, że od przeszłości nie zawsze da się uciec, nawet jeśli zmieni się nazwisko, adres i całe dotychczasowe życie.
I właśnie tutaj Carter pokazuje zupełnie inne oblicze swojego rzemiosłą. Przez sporą część książki obserwujemy codzienność bohaterki. Jej próby odnalezienia się w nowej rzeczywistości, budowania relacji, podejmowania kolejnych decyzji i odzyskiwania kontroli nad własnym życiem. Z nieustannym oglądaniem się za siebie po każdym kroku. Chwilami bliżej tej historii do powieści obyczajowej (nawet delikatnego erotyka) niż klasycznego thrillera. Tyle że gdzieś z tyłu głowy cały czas pozostaje świadomość, że zagrożenie nie zniknęło i gdzieś się czai.
I Carter doskonale potrafi o tym przypominać, gdy czytelnik raczy zapomnieć. Kilka razy naprawdę miałem poczucie, że życie bohaterki wisi na włosku. Autor bardzo sprawnie buduje napięcie, pozwala nam na chwilę uwierzyć, że sytuacja się uspokoiła, po czym przypomina, że bezpieczeństwo Mary może być tylko złudzeniem. Co ciekawe, nie potrzebuje do tego makabrycznych scen, z których jest przecież tak dobrze znany.
Jeszcze bardziej spodobało mi się jednak to, jak stopniowo zmienia się nasze postrzeganie głównej bohaterki, gdy autor odkrywa karty.
Początkowo wydaje się, że mamy do czynienia z dość prostą historią kobiety uciekającej przed brutalnym mężem. Z czasem zaczynamy jednak dostrzegać, że Mary wcale nie jest tak krystalicznie czysta, jak mogłoby się wydawać. Coraz więcej szczegółów budzi wątpliwości, pojawiają się pytania o jej przeszłość, decyzje i prawdziwe motywacje. W pewnym momencie trudno już jednoznacznie stwierdzić, ile właściwie wiemy o osobie, której przez kilkaset stron kibicowaliśmy.
I to jest dla mnie jedna z największych zalet tej książki.
Carter bardzo umiejętnie rozgrywa informacje, które przekazuje czytelnikowi. Nie zdradza zbyt wiele, ale też nie mam poczucia, że celowo ukrywa przed nami wszystko tylko po to, żeby na koniec wyciągnąć z kapelusza absurdalne rozwiązanie. Kolejne elementy układanki pojawiają się stopniowo, a pełniejszy obraz sytuacji otrzymujemy dopiero w ostatnich rozdziałach.
Zwroty akcji są naprawdę świetne. Kilka razy wydawało mi się, że wiem już, w jakim kierunku zmierza historia, tylko po to, żeby na kolejnej stronie przekonać się, że jestem zagubiony.
Największym zaskoczeniem pozostaje jednak to, że Carterowi udało się stworzyć tak angażującą historię bez korzystania ze swojego najbardziej rozpoznawalnego przepisu na sukces. Zamiast kolejnego brutalnego śledztwa dostajemy opowieść o budowaniu życia od nowa, strachu, tajemnicach i konsekwencjach wcześniejszych wyborów. A wszystko to podszyte nieustannym poczuciem, że coś jest nie tak. Choć w pewnym momencie jakby dostajemy pomysł rodem z serii z Hunterem, to jest on również pewnego rodzaju zmyłką.
Gra w chowanego udowodniła mi, że Carter nie potrzebuje Roberta Huntera ani wyjątkowo pomysłowego seryjnego mordercy, żeby napisać znakomity thriller. Wystarczy ciekawa bohaterka, dobrze poprowadzona historia i umiejętność odkrywania kolejnych kart dokładnie wtedy, kiedy czytelnik najmniej się tego spodziewa.
Nie można dawać połówek, a dla mnie ta książka to 8,5/10, więc dodaję te 0,5 za ulubionego autora i wychodzi 9/10.
W kontrze do #pizza którą wrzucam zazwyczaj, będę (być może) co jakiś czas publikować recenzje swoich najbardziej nieudanych, według mnie, placków na przestrzeni lat
Odczucia się oczywiście subiektywne, dzieci w Afryce na pewno wcinałyby aż miło, ja natomiast jadłam z łezką w oku i zamówieniem z dostawą w głowie
Pizzę będę oceniać po następujących parametrach:
- prezentacja ogólna: czyli hot or not
- kształt: jak bardzo daleko odbiega od koła
- parametry ciasta: czyli składniki i procedura przygotowania
- wypieczenie: czy nie zapomniałam że czeka na wyjęcie z pieca
- składniki: kompozycja i jej jakość
- smak: może nie będę pamiętała każdej dokładnie ale po wyglądzie jako tako ocenię xD
Oceny od najgorszej do najlepszej:
- 💩💩💩💩💩 - tragedia na miarę Sofoklesa
- 💩💩💩💩 - hejtowicz płakał jak oglądał
- 💩💩💩 - every day we stray further from God
- 💩💩 - kiedy nakłamałeś w CV
- 💩 - dobre ale więcej nie rób
- 👍 - bez zastrzeżeń/spełnia oczekiwania
Post ma charakter humorystyczny, nie róbcie tego w domu i nie bierzcie na zbyt poważnie xD
---
To na start pozycja, która najbardziej mnie traumatyzuje kiedy scrolluję stare zdjęcia. Może na pierwszy rzut oka nie wydaje się takim syfem, ale uwierzcie, że była xD
Prezentacja ogólna:
💩💩💩💩
- ten kieliszek z nieznaną zawartością i ładnie przygotowane sztućce xD co ja sobie myślałam
Kształt:
💩💩
Parametry ciasta:
💩💩💩💩💩
- to po prostu widać: blade, niewyrośnięte brzegi, zero bombelków w polu widzenia, w środku lekko niedopieczona. Ale czego się spodziewać po placku robionym w godzinę, bez zaczynu, na mące tortowej, w zwykłym piekarniku, który niedomagał xD oczywiście bez kamienia i jeszcze jakiegokolwiek pojęcia na temat wypiekania pizzy. Do ciasta nawalone drożdży i cukru aby cokolwiek się to podniosło, być może zahacza to o czasy jak jeszcze dodawałam do ciasta mleko xD
Wypieczenie:
💩💩💩💩💩
- d⁎⁎a blada, piekarnik na korbkę, stara blaszka zamiast kamienia i pieczone na środku piekarnika, który dociągał do 220 stopni za komuny i tylko przy pierwszym teście na produkcji
Składniki:
💩💩💩💩
- gorzej nie ocenię bo kukurydza i jalapeno. Na składniki ciasta już ponarzekałam, teraz muszę wspomnieć o super duper autorskim sosie na pizzę zrobionym z saszetki Knorr Spaghetti Bolonese xDD ponadto zero mozzarelli w zasięgu wzroku, tylko smutna, tania, tłusta gouda, starta na tarce rozpaczy
Smak:
💩💩💩💩
- dałabym gorszą ocenę, ale w sumie zjadłam i nie zwróciłam xD
Podsumowanie: 24/30 w skali 💩
---
Nie wiem czy chce wam się takie rzeczy czytać i oglądać, więc jeszcze zobaczymy czy będzie kontynuacja xD
Zakładam tag #dziennikbrzydkiejpizzy i podpinam się pod #pizza xD
Zmienilem sobie olampowanie z Led plastikowe klosze na Led szklane klosze, plastki po 4 latach już zmatowiały a nie mam ochoty ich reanimować bo już raz straciłem przez nie dowodzik bo świecą na granicy legalności jak wściekłe. Wymieniłem zatem ba polski produkt firmy wesem z Wieliczki a do oślepiania dzików nocą dołożę sobie klasyczne reflektory hella na zderzak.
State lampy 7 cali oddam w dobre ręce za co łaska na szczytny cel.
Mogę je wyczyścić ISO i prysnąć przed wysyłką lakierem do lamp. Pasuje do Nivy, Samuraja, Jeepa Wranglera lub KJ.
Pytanie do osób pedalarskich - czy używa ktoś z was wideorejestratora na rowerze? Jakie kamery polecacie, a czego unikać?
Dodam, że nie zależy mi na uwiecznianiu pięknych widoków, tylko krótkich przejazdów po mieście i najistotniejsza jest dla mnie możliwość odczytania z filmu tablic rejestracyjnych.
@vvitch niby mam od jakiegoś czasu, ale rzadko biorę. Tylko że to jednak gopro13 i nagrywa miodnie, więc nie tylko rejestracje, ale i mordę w aucie się zobaczy, niemniej to raczej nie jest rodzaj sprzętu którego szukasz. Z tańszymi zwykłymi rejestratorami niestety nie miałem do czynienia.
Uchwyt na telefon za 30pln zamontowany w taki sposób jak na zdjęciu i darmowa aplikacja Road Recorder, lowcostowy zestaw do podpierdalania wymuszaczy pierwszeństwa
Wieś:Inczew – wieś w Polsce położona w województwie łódzkim, w powiecie sieradzkim, w gminie Wróblew. Liczba ludności w 2022 roku wynosiła 245 osób. Pierwsza wzmianka o wsi pochodzi z 1391 roku. W latach czterdziestych XIX wieku wieś kupił Stanisław Walewski. Było tu wzorowe, nowoczesne gospodarstwo rolne, w którym Walewscy gospodarowali do 1939 r. Zabytki: Murowany piętrowy dwór neoklasycystyczny z 1906–1908; w otoczeniu gorzelnia i współczesne dworowi budynki gospodarcze. Park (o pow. 3,9 ha) z alejami.
Data wykonania zdjęcia: Lata 1939-1943
Opis zdjęcia: Dwór w Inczewie w czasie okupacji hitlerowskiej. Źródło
Zwycięzca losowania: @Felonious_Gru
Jak chcesz wziąć udział w losowaniu kolejnego miasta kliknij w ten link
Nawet taki cham jak ja, chodzący na mecze i skaczący na punkowych koncertach musi czasami zażyć tzw. kultury wyższej. Dawno nie byłem w teatrze i postanowiłem, że czas nadrobić te braki. Wybrałem się więc do warszawskiego Och-Teatru na "Stowarzyszenie umarłych poetów". Dlaczego? Głównie z powodu filmu, który w czasach gdy miałem lat jakieś 13-14 po prostu mnie zafascynował. Chciałem mieć takiego nauczyciela jak John Keating, najlepiej z twarzą Williamsa takich kumpli, jak chłopaki z Akademii Weltona, ale do brzegu... Czy mi się podobało? Tak... ale nie do końca. Na pewno na plus scenografia. Fajna, minimalistyczna. Na środku kilka krzeseł i ławek, podest i coś jakby fragment rampy deskorolkowej. Wszystko to, czasami jest salą lekcyjną, pokojem w internacie a czasami jaskinią. Aktorzy sami przestawiają elementy scenografii, co dodaje pewnej dynamiki i jest zwyczajnie fajne dla widza. Sama historia też została fajnie przedstawiona i myślę, udało przełożyć filmowy pierwowzór na sztukę teatralną, ale znowu... nie do końca. Niestety uważam, że bez znajomości filmu bądź książki (napisanej zresztą na podstawie scenariusza) widz może nie do końca złapać o co chodzi. Do sedna, do sedna czyli do gry aktorskiej. Jest na poziomie, ale nikt mnie nie powalił. Aktorzy grający uczniów, a więc nastolatków, mają już lat ze 30 z lekkim hakiem. Jednak podołali i na tyle przekazali emocje i zachowania, że można uwierzyć, że są dorastającymi chłopakami. Mimo to, nie czułem z nimi takiego związku, jaki czułem i zawsze czuję oglądając film. Malajkat w roli Keatinga dobry, bo ten facet przecież potrafi grać, ale też bez rewelacji. Jak dla mnie zbyt komediowa jest ta postać w interpretacji teatralnej a za mało buntownicza. Tu znowu przed oczami stanął mi powalający Williams. Poza tym nie wiem po jaką cholerę ktoś na siłę chciał pewne kwestie uwspółcześnić dodając do sztuki takie słowa jak konsola do gier. Gryzie się to z całością i lepiej byłoby zostawić akcję w czasach, w których działa się w filmie, tym bardziej, że za chwilę mówi się o braku koedukacji w Akademii Weltona a kontakt chłopców z dziewczynami jest ograniczany pewnymi konwenansami, których w dzisiejszych czasach już nie ma.
Ostatecznie jednak całość oceniam pozytywnie i fajnie było przypomnieć sobie tę historię oraz zobaczyć, jak wypadnie na deskach teatralnych.
@PlatynowyBazant ja film mam obejrzany pewnie kilkanaście razy. Szczerze mówiąc, to idąc na sztukę byłem przekonany, że nie da się tego przenieść na deski teatru, ale jednak się da.
Kiedyś kolegę narzeczona zabrała na jakąś sztukę nowoczesną w Warszawie. Nie był do tego jakoś za bardzo przekonany, bo z taką kulturą nie obcuje. Po przedstawieniu opowiada: "Nawet to fajne. Cała widownia siedziała na krzesłach dookoła wielkiego stołu. Potem wyszła naga pani, rozdała wszystkim kieliszki i zaczęła lać wódkę" xD
@Marcus-Aurelius-64 to jest Ta zdzira która podczas konfliktu na granicy polsko-białoruskiej robiła maślane oczka i załamywała rączki, jak to biedne dziewczynki uchodźczynie cierpią na tej granicy, bo przecież same kobiety i dzieci, wpuśćcie ich wszystkich potem się zobaczy, nikt nie jest nielegalny!
Potem dostała oczywiście rolę w filmie Agnieszki Holland tej żydówy, a potem ją widziałem w reklamie co najmniej jednej.
Ćwikła, chlebek, pasztet z kaczki, to wieczorne moje smaczki. Takie oto me kanapki - chleba wypiek własny, ćwikła teścia, ale pasztet lekko nie pasuje, własnych wyrobów kompozycje jako kupny niweluje.