Widzę zwiększony trend powrotu z UK. Po pierwsze widać po ich wyglądzie. Wieś tańczy, wieś śpiewa. Prosto ocenić po okladce, ale mocno się wyróżniają np. Tatuaże na mordzie.
Sposób wyslawiania się. Polskiego zapomnieli a angielskiego się nauczyli.
Drą mordy po nocach na osiedlu. Kłócą się, dramat normalnie.
W moim przypadku widzę jeszcze ściąganie swoich moto trupów stamtąd. Modele które u nas są warte poniżej 10k. Kierownica po złej stronie. Zlom totalny. Widać ze mentalnie utknęli w kraju z którego wyjechali przed laty. Osobiście nie widzę sensu tego ściągać chyba że na części. Ewentualnie pakowali cały majątek i uciekli.
@30ohm kiedyś przeczytałem, że emigrują najlepsi i najgorsi. Jeśli sytuacja w Anglii robi się faktycznie coraz gorszą to jedynie ci najgorsi wrócą, a najlepsi to pewnie już dobrze się tam zagnieździli
Dziś ciut później i leniwiej, no i w większym gorącu. Muszę zacząć wcześniej wstawać, bo jutro o tej porze to zdechnę z kretesem xD
Wczorajsze włażenie na Wieżę Eiffla było relaksujące w porównaniu z przejazdem zatłoczoną linią metra numer 7 xD
Najmłodszy syn teraz ma traumę i jak mówimy dokąd się wybieramy to pyta czy można tam dojechać bez wsiadania do metra...
Turystyka bieganiowa, bardzo fajna rzecz. Ja zaliczyłem Belweder w Wiedniu, most Karola w Pradze i centrum Wrocławia z Halą Stulecia. Zważywszy kiedy biega się rano, nie ma ludzi i te miejsca są tylko dla ciebie.
Bardzo miło wspominam. W Wiedniu to w ogóle było jeszcze ciemno jak biegałem bo październik szósta rano. Eh, chciałbym znowu biegać *
*Nie pytajcie czemu nie biegam bo to długa historia.
Ostatnio wracając z urlopu znowu sobie uświadomiłem jaka zmianę w zachowaniu potrafi przynieść przekroczenie granicy.
Po tygodniu jeżdżenia po Austrii i Szwajcarii przekroczyłem granicę i wjechałem do Czech i szybko sobie przypomniałem dlaczego tak nie lubię tego stylu jazdy bo nawet chyba 2 km nie zdążyłem przejechać już mi ktoś "siedział na d⁎⁎ie" przy wyprzedzaniu bo nie robiłem tego wystarczająco szybko w jego mniemaniu. Najlepsze że ci wszyscy ludzie potrafią idealnie trzymać się ograniczeń prędkości, dystansów czy używać lewego pasa tylko do wyprzedzania kawałek wcześniej...
@KattaK W sensie, że już pepiki tak jeżdżą?
Byłem u nich rok temu na urlopie i podobnie jak Litwinów - oceniam ich jazdę jako bardzo płynną - nawet jak jedziesz za takim to wydaje się skupiony, trzyma tempo i tak się toczymy.
Rok temu pisałem, że łażenie tydzień po górach mnie tak nie zmęczyło jak przejazd 600km przez Polskę - wariaty na zderzaku, na lewym pasie, zero wpuszczania, skakanie po pasach, rozpędzanie do 150, żeby za chwile zamulać prawy pas z nosem w telefonie.
Na krajówkach 150 na prostej żeby zwolnić do 70 w zakręcie.
Szkoda strzępić
@zuchtomek powiem tam, z mojej opinii Czesi są bardziej podobni do nas w stylu jazdy niż do Austriaków. Ale nie będę ukrywał że nasi rodacy też się odpalają już w Czechach i tu mówimy o ekspresówkach i autostradach bo zazwyczaj po Czechach jeżdżę tranzytem więc jak jest na zwykłych aż tak nie wiem.
@zuchtomek ale jestem ciekaw bardzo krajów bałtyckich, byłem ale nie samochodem. Jak będę miał okazję to chętnie zwiedze. Ale ten też jest duża różnica np. z Estończykami którzy poczuwają się bardziej do nordów niż Bałtów
W tamtym roku zrobiłem trasę do Tallina. I wspominacie to o płynnej jeździe w krajach bałtyckich i trochę jest w tym racji. Ale myślę, że decydują o tym drogi.
Jadąc przed Litwę, czy Łotwę prawie wszystkie drogi, krajówki, są jednojezdniowe, jest sporo fotoradarów. Ale jest też bardzo mało obszarów zabudowanych (są kawałek od głównej drogi), drogi nie są kręte, normalnie, jedziesz za tirem, 90 na tempomacie i odpoczywasz. Czasem jakiś baran wielkim suvem wyprzedza i tyle.
Jak tylko wjechałem do kraju to od razu, 1,5 miliona znaków, ograniczeń, drogi krajowe prowadzą przez wsie i miasta, co chwila "zwolnij", "zginiesz", "ostry zakręt"... No i więcej baranów i to nawet nie w wielkich suvach.
Nie ma co wybielać kierowców za granicą, a że u nas jak w lesie. Po prostu wszędzie dostosowują się do lokalnych warunków, kar i ich nieuchronności. W Polsce można naprawdę dużo odpier.olić na drogach i nie ponieść żadnej konsekwencji.
@DziadBorowy tu się oczywiście zgadzam, nieuchronność kary tworzy profil kierowcy. Ale to, że jazda jest płynna i w okolicy dopuszczalnej prędkości, wymaga też tego żeby nie było zamulaczy. A to u nas druga plaga bo jak jadę wyremontowaną powiatówką, a koleś toczy się 60km/h to też prowadzi do niepotrzebnego ryzyka ;p
Oczywiście to też kwestia perspektywy, u siebie znam każdą dziurę i zakręty na pamięć, na obcym terenie jednak jedzie się też „ostrożniej”
@zuchtomek no i to jest raczej źródło problemu. W Polsce możesz grzać i długo nie dostać żadnego mandatu. Choćby z tego powodu że wszystkie fotoradary są oznakowane i pomalowane tak żeby je było widać z kilometra. Brakuje żeby jeszcze świeciły podczas gdy za granicą są mobilne i bardziej ukryte. Ale to tylko jeden problemów
Nie wiem gdzie w Austri jezdziles. Bo może i w zabudowanych trzyma sie te 59. Ale start na swiatlach w Wiedniu to rakieta w porownaniu do polski. A i jazda poza zabudowanym w Austri to raczej takie 100+
„Spotkanie z Ramą” bardzo ładnie się zestarzało, a książka ma już ponad 50 lat. W większości książek science fiction kontakt z obcą cywilizacją oznacza spotkanie z kosmitami. Clarke zrobił coś znacznie ciekawszego. Nie pokazuje obcych. Pokazuje ich dzieło, które nagle trafia do naszego Układu Słonecznego.
Rama ma około 50 kilometrów długości i 20 kilometrów średnicy. Początkowo wygląda jak zwykła asteroida, ale gdy ludzie zbliżają się do niej, odkrywają, że jest idealnym cylindrem wykonanym z nieznanego materiału. Nie ma żadnych anten, okien, sygnałów radiowych ani oczywistych śladów załogi. Jest jak gigantyczny statek kosmiczny, który od realizuje swój własny cel.
Najbardziej fascynujące jest jednak jej wnętrze.
Po otwarciu śluzy okazuje się, że Rama jest pusta tylko pozornie. W rzeczywistości jej wnętrze stanowi cały świat. Obracając się wokół własnej osi, generuje sztuczną grawitację. Na wewnętrznej powierzchni cylindra znajdują się góry, równiny, zabudowania, a nawet morze. Ludzie, którzy wchodzą do środka, mają wrażenie, jakby znaleźli się na powierzchni nowej planety..
Jeszcze ciekawsze jest jednak to, że Rama sprawia wrażenie całkowicie obojętnej na obecność ludzi. Nie próbuje się z nimi komunikować. Nie atakuje ich. Nie pomaga im. Jest jak mechanizm działający według własnego planu, którego ludzie nie rozumieją.
W pewnym sensie Rama przypomina bardziej zjawisko naturalne niż statek kosmiczny. W środku znajdują się również tajemnicze konstrukcje i biomechaniczne istoty. Nie wiadomo jednak, czy są mieszkańcami Ramy, robotami, narzędziami czy czymś jeszcze innym. Im więcej odkrywają bohaterowie, tym bardziej zdają sobie sprawę, jak niewiele rozumieją. I właśnie to najbardziej mi się podobało.
Współczesne science fiction często stara się wszystko wyjaśnić. Clarke robi coś odwrotnego. To trochę jak wejście do piramidy zbudowanej przez cywilizację miliony lat bardziej zaawansowaną od naszej. Możemy mierzyć ściany, opisywać pomieszczenia i analizować mechanizmy, ale nie jesteśmy pewni, po co to wszystko powstało. I chyba dlatego Rama robi tak wielkie wrażenie. Jest tajemnicą. A Clarke doskonale rozumiał, że czasami największy zachwyt budzi nie odpowiedź, ale rodzące się pytanie.
@entropy_ Mi się podobało, bo lubię tematykę podróży kosmicznych, ale jednocześnie średnio lubię literaturę opisującą „pierwszy kontakt”, a ta książka idealnie się w te gusta wpisuje.
Pracuję na wielkim parku logistycznym składającym się z kilku hal w którym mieści się kilkanaście firm. Całe to centrum stoi w szczerym polu i do najbliższego sklepu mam jakieś 3 kilometry.
Dużo gęb do wyżywienia - czyli idealny biznes dla dostawców typu "Pan kanapka" i teraz opowiem wam jak pięknie to można spierdolić xD
Cały teren został zdominowany przez jednego dostawcę. Przywozi kilka skrzynek jedzenia a wyjeżdża z pustymi skrzynkami. Ledwo to mieści do auta. No fajnie? Niby tak, tylko to jego jedzenie jest takie sobie. Takie mocne 5/10 w polotach do 7/10.
A mimo to wszyscy i tak u niego kupujemy (no chyba, że ktoś woli gotować w domu) bo reszta dostawców wypierdala się na tak prostych rzeczach, że szok.
Na potrzeby historii nazwijmy tego dostawcą Kanapka Oryginalny.
Kanapka Oryginalny codziennie jest o tej samej godzinie. Czy słońce, czy śnieg, ja wiem że o 8:05 podjedzie kombiak i wyjadą z niego obiadki.
I pojawia się konkurent, chce walczyć o tytuł samca alfa kanapkowych dostawców. Ma smaczniejsze jedzenie. Ceny takie same jak oryginalny ale bije jakością.
Pierwszy dzień jest o 9:00. Drugi o 9:30. Trzeci o 11:00. Czwarty o 7:30 i nikt nie kupił bo nie zdążyliśmy dojechać do roboty. Piąty 10:30. Szósty o 11:00. Siódmego go nie było. Ósmego dnia był około 12:30 jak już wszyscy zjedli obiad.
Za pół roku znowu jest konkurencja. Ma większe porcje i ciut lepsze ceny. Przyjeżdżał dosyć regularnie. Pierwszy dzień 9. Drugi dzień 9. Trzeci dzień 9. Czwarty dzień godzina 12 i chłopa nie ma. Dzwonię gdzie jest - centrala nie wie. Następnego dnia był ktoś inny i mówi że tamtemu zabrali prawko za jazdę po pijaku. Ale ten inny przyjechał raz i nara.
Za pół roku kolejny kanapka chce zdominować, sam Pan Viking. Jedzenie the best. Ale co z tego jak mu dali elektryczne auto i 3 dni z rzędu przyjechał z rana na 8:30 jak czwartego spadł śnieg i przyjechał po 12 bo mu się auto rozładowało i stał i ładował xD No to zmienił harmonogram tak aby doliczyć sobie ładowanie więc był u nas o 6 rano gdy tylko jedna firma pracowała a potem wracał około 12 jak już każdy skombinował sobie inny obiad.
Teraz też przyjechali jacyś, niby jedzenie też OK ale co z tego jak przyjechali 3 dni i tyle ich widzieli.
A do tego za każdą taką akcją lista chętnych na ich obiadki spadają bo masz dwie opcje:
-o 8 rano kupić jedzenie u sprawdzonego gościa co jest codziennie
-olać pierwszego gościa i modlić się, że ten drugi łaskawie dzisiaj przyjedzie gdzieś między 8 a 12.
Więc każdy widzi nowego dostawcę ale już nikomu nie chce się wychodzić, oglądać co ma w ofercie bo wie, że za tydzień już tu go nie będzie.
Jeszcze do tego każda firma zwija się od razu gdy wpadnie jakiś dzień na minusie. A czy muszę mówić, że oprócz robotników jest też dużo biurw które w piątki pracują z domu? I teraz wpada piąteczek i katering jest na minusie tego dnia i już w poniedziałek już ich nie ma xD
Przy takim zejściu to tam się chyba nawet opłaci podjechać food truckiem i stać te 4 godziny dziennie (8-12:00) z hot dogami, burgerami czy pizzą. Do teka kawa, napoje i lody. Dać opcję budżetową i premium i biznes się kręci.
Trochę Cię rozczaruje. Na chwilę obecną nie muszą mocno się starać bo rynek gotowego żarcia ma jeszcze mnóstwo miejsca na rozwój. Robię teraz przy rozbudowie zakładu produkcyjnego jednej z takich firm - w kilka miesięcy po otwarciu pierwszego etapu rozbudowy przerób wzrósł im o 100 % i z planowanej dalszej rozbudowy o kolejne 1000 M2 robi się 5000 M2. Zmiany w projekcie polegające na zwiększeniu rozbudowy wprowadzają co kilka miesięcy - w jednym miejscu już 3 razy fundamenty laliśmy bo się w międzyczasie koncepcja zmieniała, jak ktoś kiedyś to odkopie to będzie miał niezły mindfuck. Z rozmowy z gościem który koordynuje ta rozbudowę wynika że ten rynek w Polsce w porównaniu do zachodu nie osiągnął jeszcze połowy w przeliczeniu na mieszkańca.
Nie ma to jak wstać o 2.30 w nocy, żeby obejrzeć wschód słońca w Biebrzańskim Parku Narodowym, obserwować poranne łosie, bobry i polujące pustułki (nie mam aparatu z teleobiektywem, więc nie mam zdjęć). A do tego przecudne rosiczki - na zdjęciach.
No pięknie tutaj jest!
Zdjęcia makro zrobione telefonem i lupą jubilerską 😎 Gdyby światło było lepsze, to i zdjęcia byłyby lepsze, a tak, są jako-takie. Ale pierwszy raz znalazłem rosiczkę w naturalnym środowisku.
#fotografia #makrofotografia #biebrzanskiparknarodowy #przyroda