#rekrutacja

0
55

Mam 34 lata, od około 10 lat pracowałem jako technolog konstrukcji i detali stalowych do obróbki skrawaniem. Przeszedłem przez 4 firmy, różne style zarządzania i kilka mocno nieprzyjemnych doświadczeń. Piszę, bo chciałbym usłyszeć merytoryczny feedback od osób, które miały podobnie albo patrzą na to z dystansem.


Nie pracowałem w trakcie studiów, więc pierwszy pracodawca był dla mnie konkretnym zderzeniem z rzeczywistością. Był to czas dosyć dużego bezrobocia, więc już sam fakt, że miesiąc po studiach udało mi się znaleźć pracę biurową, traktowałem jako sukces. Startowałem od umowy zlecenia na 3 miesiące, a plan wdrożenia zakładał 2 miesiące na produkcji i 1 miesiąc w kontroli jakości. Na papierze brzmiało to sensownie, bo firma miała dość szeroki park technologiczny: cięcie termiczne, laser, wykrawanie, prasy krawędziowe, spawanie, prostą obróbkę skrawaniem i malowanie, głównie przy cienkich blachach, często nierdzewnych. Z perspektywy czasu uważam, że taki start mógł mieć dużą wartość, gdyby był lepiej poprowadzony.


Pierwszy miesiąc spędziłem na dziale czyszczenia ślusarskiego. Ludzie byli w porządku, trafił się nawet kolega z technikum. Brygadzista był nerwowy, ale kiedy trzeba było, pomagał i tłumaczył. Problem polegał na tym, że przez cały ten czas nie było żadnej konkretnej rozmowy z moim docelowym przełożonym o tym, jak ma wyglądać wdrożenie i czego dokładnie powinienem się uczyć. Dzisiaj sam ustaliłbym takie rzeczy od razu na starcie: ile czasu na którym dziale, jakie cele, jaki zakres wiedzy do opanowania. Wtedy byłem świeżo po studiach, bez doświadczenia i bez większej asertywności.


W rozmowie z jednym z pracowników, chyba z kontroli jakości, dowiedziałem się, że powinienem przejść przez różne działy firmy, żeby zrozumieć proces. Poszedłem więc do głównego technologa, czyli mojego docelowego przełożonego, i razem z nim do kierownika produkcji, żeby ustalić, gdzie mam trafić dalej. Padło na dział montażowo-klejarski. Tam również trafiłem na ludzi, którzy byli pomocni i normalni w kontakcie. Praca była już bardziej przekrojowa: wiercenie, nitowanie, kalibrowanie gwintów, malowanie, czasami klejenie. W części operacji potrzebny był nadzór pracowników z odpowiednimi uprawnieniami, więc można było też zobaczyć, jak wygląda odpowiedzialność przy bardziej wrażliwych etapach. Drugi miesiąc dał mi sporo kontaktu z realnym wykonaniem detali i montażem, ale znów bez większego udziału głównego technologa. Pojawił się może raz, przy okazji jakiegoś zlecenia, i tylko zapytał, czy wszystko dobrze.


Trzeci miesiąc spędziłem w kontroli jakości. Tu zaczęło się coś, co faktycznie mogło budować podstawy pod późniejszą pracę technologa. Uczyłem się korzystania z podstawowych narzędzi pomiarowych: zwykłej suwmiarki, sprawdzianów przechodnich i nieprzechodnich do gwintów, kątomierza, mikrometru, średnicówki, do tego wypełniania raportów pomiarowych. Szkoda, że zabrakło czasu na ramię pomiarowe, bo to byłby już bardzo konkretny plus na start. Znowu jednak największą wartością byli ludzie z działu, bo zawsze było do kogo podejść i dopytać, jak prawidłowo wykonać pomiar albo jak interpretować wynik.


W tym momencie, któregoś dnia, bez wcześniejszych zapowiedzi zostałem poproszony do biura technologicznego na rozmowę z głównym. Okazało się, że było to odpytywanie z całego parku maszynowego i jego możliwości (firma typu cięcie termiczne laserem/wykrawanie/prasy krawędziowe/spawanie/ewentualnie prosta obróbka skrawaniem/malowanie raczej na cienkich blachach często nierdzewnych). Biuro w którym byłem odpytywany to był typ open space, z ok. 15 pracownikami (większość w biurze). Na moment rozmowy nie wiedziałem, że powinienem się orientować w parku maszynowym tak dokładnie, chociaż teraz wiem że na pewno by to przyspieszyło wdrożenie na technologa i jeśli sam, jako kierownik działu, stworzyłbym takie wdrażanie, to wymagałbym przyswojenia takiej wiedzy ale uprzedzając o tym jasno. Z mojej strony było głównie "nie wiem" jako odpowiedź. Główny technolog opierdzielił mnie od góry do dołu na oczach wszystkich, ton między podniesionym głosem a krzykiem i jedna czy 2 bluzgi nawet. Po tym jak w domu przerobiłem sobie wszystko po swojemu co się stało, doszedłem do wniosku że trzeba się ogarnąć i faktycznie nauczyć parku maszynowego, mimo że jakiejś obecności czy prowadzenia nauki nie było ze strony głównego co już w tamtym momencie zaświeciło się jak czerwona kontrolka. Kolejnej rozmowy na temat parku maszynowego nie było już, przynajmniej nie pamiętam żeby taka była.


Po upłynięciu trzech miesięcy dostałem umowę o pracę na czas określony. W dziale miałem zajmować się wykonywaniem instrukcji montażowych i planów kontroli, choć w praktyce najczęściej kończyło się na instrukcjach montażowych. I szczerze mówiąc, to była dla mnie naprawdę ciekawa część pracy. Uczyłem się wtedy korzystać z CAD 2D i 3D — głównie Inventora oraz DraftSighta do 2D, choć nie zawsze były licencje dla wszystkich. Robiłem zdjęcia na produkcji, jeśli akurat dany wyrób był montowany, zbierałem materiał i przekładałem to na dokumentację dla montażu. Potem wszystko trafiało do weryfikacji głównego technologa.


Weryfikacja w biurze technologów, na stojąco przy biurku głównego. Opierdziel przy wszystkich stawał się normą, raz większy raz gorszy i nie zawsze zasłużony gdyż starałem się pracować sam (po jednym czy 2 pytaniach dowiadywałem się, w nerwach, że powinienem to wszystko wiedzieć ze studiów). Po wykonaniu 2 instrukcji, dowiedziałem się że jeszcze będę pomagał przy wycenach pod technologię i wtedy już zaczęło się piętrzyć. Z jednej strony główny czepiający się o instrukcje czemu jeszcze nie zrobione a z drugiej prezes firmy (nadzorował wycenianie) czepiający się dlaczego wyceny nie zrobione (wyceny były dosyć dokładne, gdyż stanowiły bazę pod przewodniki płacowe; cały BOM, marszruta technologiczna z czasami założona w systemie ERP na każdy detal z zapytania). Teraz wiem, że wyceniający jest to osobne stanowisko w takich firmach ale wtedy walczyłem z tym i chciałem podołać, ale nerwy wychodziły w tym czy innym momencie, w ten czy inny sposób (w pracy czy poza pracą).


Tak minęło około 5 miesięcy i wtedy przeszedł moment, w którym poprosił mnie na rozmowę główny na salkę konferencyjną. Wręczył mi wtedy wypowiedzenie, usprawiedliwiając je koniecznością redukcji mojego etatu. Miałem totalnego zonka i nie wiedziałem o co chodzi, więc głupio zapytałem czy coś było moją winą w tym wszystkim i główny powiedział, że nie ma totalnie związku z tym jak wykonywałem swoją pracę. Jeśli chodzi o moją, jeszcze świeżą po studiach, psychikę, to był kosztowny dzień ale poszedłem wtedy do brygadzisty na montażu, z którym naprawdę spoko rozmawiało i poszedłem po radę co robić. W ten sposób, w tej samej firmie, znalazłem z powrotem pracę na montażu do czasu, aż znajdę kolejną biurową.


Z perspektywy czasu patrzę na tę pierwszą pracę dwojako. Z jednej strony była to szkoła życia i pierwsze realne zetknięcie z produkcją, kontrolą jakości, dokumentacją technologiczną, podstawami pracy w CAD i wyceną opartą o BOM-y, marszruty i ERP. Z drugiej strony było to wejście w zawód w środowisku, w którym wymagania były momentami sensowne, ale sposób ich egzekwowania i samo wdrożenie były mocno chaotyczne. I chyba właśnie to doświadczenie najmocniej zostało mi w głowie — nie dlatego, że ktoś „coś powiedział”, tylko dlatego, że od początku połączono brak jasnego prowadzenia z publiczną presją i oceną.


Po jakimś miesiącu znalazłem pracę na stanowisku technologa w oddalonym o ok. 50 km mieście wojewódzkim. Połączenie spoko, praktycznie z pociągu 5 minut do pracy z buta. Bardzo w porządku ludzie (małe wyjątki, ale gdzie ich nie ma). Tutaj najpierw wyceniałem, a następnie pisałem technologię — czasem robiłem jedno, czasem drugie, a czasem przeplatałem oba zadania. Czasami było pracy pod korek ale nie było źle. Największy szok dla mnie to był mój nowy kierownik działu. Co bym nie potrzebował się dowiedzieć to "pytaj, nie kombinuj sam". Nauczyłem się w tej pracy porządnie CAD 2D (AutoCAD LT), kolejny system ERP do przyuczenia, ale w tej pracy sam z siebie poznałem go już dosyć dobrze (na tyle ile wymagało to stanowisko; niektórzy programiści CNC z obróbki wymagali wiedzy jaką mieli oni sami ale na to zwyczajnie brakło czasu). Nauczyłem się też porządnie rysunku technicznego chociaż z rysunkiem zawsze sobie dobrze radziłem sam z siebie (mam na myśli czytanie i rozumienie rzutów, wymiarowania itd.). W tej pracy zleciało mi ok. 3 lata. Po czasie zaczął doskwierać dojazd pociągiem (czas tracony na spóźnieniach, awariach pociągów i dworcach itd.; plusem było że lubię czytać książki i czytałem wtedy dosyć dużo w pociągach). Do rozstania z tą pracą przyłożył się również brak podwyżek po 2 czy 3 rozmowach, trzecia była już po złożeniu przeze mnie wypowiedzenia.

Ta praca dała mi pierwszy wyraźny sygnał, że problemem nie zawsze jestem ja, tylko często po prostu środowisko i sposób prowadzenia ludzi.


Kolejna praca była w moim rodzinnym mieście, ok. 15 minut jazdy autem albo 15 minut autobusem i około 10 minut pieszo. Również stanowisko technologa. To właśnie tam najmocniej rozwinąłem się w CAD 3D. Miałem też bardzo w porządku kierownika, chyba najlepszego z dotychczasowych, i głównie dzięki niemu nauczyłem się tyle w tym obszarze. Jedną z nowości było dla mnie także programowanie wypalarki plazmowej — nie było o tym mowy na rozmowie o pracę, ale wdrażałem się w to pod okiem pracownika odchodzącego na emeryturę, którego miałem zastąpić.


W tej firmie spędziłem blisko 6 lat. Bywał zapierdziel, bywały też spięcia z ludźmi z innych działów. Z czasem nauczyłem się, że każdy — w tym ja — ma tendencję do myślenia, że to właśnie on ma najwięcej na głowie, a prawda zwykle leży gdzieś pośrodku. Jednocześnie dość szybko da się wyczuć, kto naprawdę pracuje, a kto po prostu wali w ch..a. Dlatego przestałem z góry zakładać, że to ja mam najgorzej, i starałem się grać zespołowo, ale z poprawką na to, że jeśli ktoś od początku robił mi pod górę, to trudno było później oczekiwać z mojej strony pełnego zaangażowania w pomoc. Mimo tych zgrzytów większość ludzi wspominam dobrze.


Po czasie pojawił się też drugi temat, mniej spektakularny, ale ważny z perspektywy tego, gdzie jestem dziś. Po kilku latach ta praca zrobiła się momentami bardzo powtarzalna. Nadal dawała mi stabilność i nadal miałem tam ludzi, od których można było się czegoś nauczyć, ale coraz częściej łapałem się na myśli, że zawodowo zaczynam się trochę zasiedzieć i kręcić wokół podobnych problemów. To był jeszcze etap luźnych przemyśleń, a nie konkretnego planu, ale właśnie wtedy pierwszy raz zaczęło mi kiełkować z tyłu głowy, że może kiedyś przyjdzie pora coś zmienić.


Było jednak jedno wydarzenie, które mogło zaważyć na tym, jak byłem później postrzegany w tej firmie. Raz w tygodniu odbywała się narada, na której technolodzy prezentowali koszty ze zleceń i omawiali problemy. Uczestniczył w tym prezes, kadra dyrektorska oraz biurowi. Zwykle było raczej merytorycznie, bez większych fajerwerków. Na jednym z tych spotkań padło na moje zlecenie, gdzie było przekroczenie godzinowe wynikające z dużo dłuższej obróbki ślusarskiej — trzeba było wyprowadzić chropowatość, do tego pojawiły się wady materiałowe — oraz droższej kooperacji, niż zakładała wycena. Część ślusarską potrafiłem wyjaśnić, ale prezes zapytał mnie, a dyrektor produkcji to podchwycił, dlaczego tak często koszty rozjeżdżają się między wyceną a wykonaniem.


Przygotowałem się do tej narady i wcześniej sprawdziłem najbardziej aktualne wyceny. Wyszło mi, że były one po prostu dosyć nieaktualne względem kosztów rejestrowanych w systemie. Powiedziałem więc to wprost i dodałem, że ceny powinny zostać odświeżone. Na spotkaniu zostało to przyjęte bez większych komentarzy, ale około godziny po powrocie do biurka przyszedł do mnie wyceniający od detali tego klienta i praktycznie zaczął na mnie krzyczeć o to, co powiedziałem. Starałem się zachować spokój i kulturę, tym bardziej że był to człowiek ode mnie starszy o jakieś 30 lat. Wyjaśniłem mu swoje stanowisko, ale nic to nie dało — wyszedł w nerwach i trzasnął drzwiami.


Od tego momentu zacząłem zauważać, że część osób z dłuższym stażem w firmie — głównie ze sprzedaży, wycen, zaopatrzenia i magazynu — zwyczajnie mi nie ufa. Zachowanie wobec mnie zrobiło się co najmniej chłodne. Starałem się później normalnie rozmawiać z ludźmi, ale chyba dla części z nich zostałem kimś w rodzaju konfidenta albo sygnalisty. Nawet wyjścia na piwo w większym gronie zrobiły się przez to męczące, więc bywałem na nich raczej od czasu do czasu. Co ważne, przed tamtym spotkaniem pytałem swojego kierownika, czy mam to powiedzieć, bo czułem, że padnie pytanie o przekroczenie kosztów. Usłyszałem, że mam mówić dokładnie to, co ustaliłem, więc w tej konkretnej sytuacji nie mam sobie wiele do zarzucenia. Myślę jednak, że koszt tej jednej sytuacji ciągnął się za mną do końca pracy w tym miejscu.


Niektórzy z czasem się przekonali, ale finalnie i tak doszedłem do momentu, w którym coraz mniej obchodziło mnie, kto i jak mnie odbiera. To właśnie tam nauczyłem się, żeby nie przejmować się aż tak mocno opinią innych, bo wcześniej wpływało to u mnie mocno i na samoocenę, i na psychikę.


Ta praca skończyła się dla mnie zwolnieniem. W firmie od kilku miesięcy trwała fala redukcji etatów — raz kierownik działu, raz księgowa, raz ktoś z biura. Z tyłu głowy czułem, że może paść również na mnie, bo dało się zauważyć pewien wzorzec. Dodatkowo po około 2–3 latach poszedłem po podwyżkę, bo kończyła mi się umowa na czas określony, a kolejna miała już być na czas nieokreślony. W międzyczasie firma dawała podwyżki wynikające głównie ze wzrostu minimalnej krajowej — po ok. 300 zł netto i, z tego co było słychać, wszystkim, od produkcji po biura.

Na rozmowie o przedłużenie umowy siedział ze mną dyrektor produkcji i mój przełożony. Dyrektor od razu rzucił, że pewnie chodzi mi o to, czy przedłużą mi umowę na czas nieokreślony, i że to jest oczywiste. Odpowiedziałem, że tak, ale liczyłem też przy tej okazji na podwyżkę. Już wtedy było widać, że nie jest mu to w smak. Zacząłem więc argumentować konkretnie: dokładnością pracy, bardzo małą liczbą błędów generujących koszty oraz aktywnym udziałem w upraszczaniu pracy w nowo wdrażanym systemie ERP. W praktyce byłem jedną z osób, które najlepiej go ogarniały, i często pomagałem innym w dziale.


W odpowiedzi usłyszałem klasyczne: „czy wie pan, jaki koszt jako pracodawca ponosimy, zatrudniając pana?”. Byłem świadom kosztów zatrudnienia, ale z drugiej strony nie przychodziłem tam siedzieć i nic nie robić. Odpowiedziałem więc, że to rozumiem, ale zapytałem, czy mam w takim razie zrezygnować z oczekiwań finansowych przy rosnących kosztach życia. Dyrektor zaproponował wtedy 200 zł brutto. Liczyłem na więcej, więc próbowałem jeszcze rozmawiać. Tylko że od tego momentu rozmowa przestała być merytoryczna. Dyrektor zaczął mnie przegadywać (zaczął podnosić również głos) i nie przyjmował moich argumentów do wiadomości, więc uznałem, że nie ma sensu tego dalej ciągnąć. Mój kierownik do pewnego momentu mnie popierał, ale gdy rozmowa zaczęła się sypać, zamilkł. Nie mam do niego o to żalu, ale myślę, że cała ta sytuacja mogła później zaważyć na moim zwolnieniu.


Po sześciu latach człowiek mimo wszystko przyzwyczaja się do miejsca pracy, więc to też swoje kosztowało. A powody z wypowiedzenia były, moim zdaniem, lekko naciągane. Pierwszy to „częste L4”. W trakcie tego zatrudnienia miałem 8 zwolnień lekarskich: jedno trzytygodniowe, dwa dwutygodniowe i resztę krótszych, kilkudniowych. Część wynikała z rzeczy losowych, część z gorszego momentu psychicznego po dłuższym czasie napięcia. Drugi powód to błąd przy przepisywaniu danych z atestu materiałowego do wykonania graweru na detalu — przy czym takich danych przepisywałem w ciągu roku setki razy, a błędy zdarzały się bardzo rzadko.


Zwolnienie przypadło na koniec listopada 2024, więc miałem jeszcze 3 miesiące wypowiedzenia. Przez kilka dni po wypowiedzeniu jeszcze chodziłem do pracy, chyba bardziej z rozpędu niż z czegokolwiek innego. Później byłem już na zwolnieniu i skupiłem się na szukaniu kolejnej pracy.


I teraz zaczyna się cyrk zwany rekrutacjami w roku, dla mnie, 2024 przez 2025 i dalej trwający w 2026. Przy rekrutacjach zawsze starałem się iść w jakość, a nie w ilość. W CV zawsze opisywałem obowiązki takimi, jakie były. Schludnie, krótko acz treściwie. Ale w trakcie tych 3 miesięcy miałem 3 rekrutacje, więc traktowałem temat w miarę luźno. Dwie z trzech nie wypaliły, oczywiście bez choćby słowa, i gdybym nie zadzwonił, to pewnie dalej nikt by się nie odezwał. Trzecia wypaliła i zaczynałem pracę w marcu, równo z końcem czasu wypowiedzenia.


Praca niestety okazała się mocno przestrzelona. Park maszynowy w nowej firmie różnił się od poprzedniego (m. in. były frezarki obwiedniowe, dla mnie nowość). W drugi dzień pracy, poprzedniego dnia było głównie szkolenie BHP, dowiedziałem się, że będę prowadził grupę 20 chłopa z zawki, którzy mają praktyki zawodowe w zakładzie. Nikt się nie zająknął nawet słowem na ten temat na rozmowie o pracę. Wiedziałem, że będę musiał się mocno podszkolić z opisywania prac na maszynach obróbczych (dokładnego rozpisywania procesów toczenia/frezowania, z rozbiciem na opisanie zamocowania, dobór narzędzi itd.). Jestem świadom tych braków i miałem plan je nadrobić w toku pracy. Ciężko jednak nabierać takiego doświadczenia, gdy już na samym starcie ma się do prowadzenia praktyki 20 chłopaków. Bez kursu pedagogicznego (informowałem, że go nie mam, ale usłyszałem, żeby się tym nie przejmować), bez doświadczenia i bez znajomości samej firmy, w której pracuję. Ostatecznie, po rozmowie najpierw z przełożonym („nic nie da się zrobić bo ktoś musi praktyki prowadzić”), a następnie z prezesem ustaliłem, że nie jestem w stanie wykonywać tego obowiązku należycie i zostało to przekazane innej osobie w dziale. Dodatkowo, od poprzedniego szkoleniowca, który jeszcze był kilka dni w firmie po decyzji o rezygnacji z jego usług (gość na emeryturze, nauczyciel ze szkoły mechanicznej dorabiał sobie prowadząc praktyki), że ta decyzja zapadła około 2 dni przed moim przyjściem do pracy, a dobry tydzień po dogadaniu mojego zatrudnienia.

Przy tym jeszcze na początek wyceniałem głównie detale obróbcze, również bardzo dokładnie zakładając wstępną marszrutę w systemie ERP (stworzenie BOM, założenie operacji i czasów obróbczych). Taka wycena to proces czasochłonny, tym bardziej że większa część pracy szła w powietrze i nie przynosiła zamówień (czasy były mocno przegadywane i w miarę możliwości dopasowywane, żeby był wilk syty i owca cała, ale kto tak pracował, ten wie, że nie da się tak zawsze). Do tego dochodzi kierownik działu. Facet już dawno na emeryturze. Nie było dnia w ciągu tych 3 miesięcy, żeby z kimś się nie pokłócił, a zwykła dyskusja, zależnie od humoru tego przełożonego, zamieniała się w kłótnię. Facet bardzo wybuchowy, dał sobie wklepać funkcję głównego technologa i kierownika produkcji naraz. Na pewno szła za tym gratyfikacja finansowa — nie wierzę, że nie. Czasami po jego przejściu po produkcji jedna lub dwie osoby po prostu szły do domu i brały tego samego dnia L4 albo urlop na żądanie jeśli mieli. Ze mną tak od razu sobie nie pozwalał, ale już po 2 miesiącach mieliśmy jedno czy dwa ścięcia. Dodam tylko, że przynajmniej na tyle, na ile mogłem ocenić, facet miał wiedzę i czasami nawet pomagał, mnie i innym, jak miał lepszy humor. Ale była jedna sytuacja, gdy wrócił z jakiejś narady (pewnie premiowej; rozpisanie premii na działy na podstawie sprzedaży; zasady dla działu technologicznego, jak mi kolega z działu pokazał, były zaprojektowane tak, żeby dać jak najmniej premii) i pojechał po nas wszystkich, praktycznie krzyczał na nas, że nic nie robimy. Kolega, który zaczynał tam wcześniej jako operator, a później przez długi czas był programistą CNC (gość zdolny i często pytany o radę przez wszystkich), dostał tak, że przez kilka dobrych minut był w szoku, zanim odpowiedział. Ogólnie była to połajanka o tym, jacy to wszyscy jesteśmy źli. Nie podeszliśmy do tego agresywnie tylko chcieliśmy to jakoś zagasić ale kierownik sam skończył w końcu tyradę i poszedł do swojego biurka. Dwa dni później dowiedzieliśmy się, że dodatkowo kierownik poskarżył się prezesowi, że pracownicy, w tym nasz dział, go gnębią. W ciągu tych 3 miesięcy zdarzyły się również dwie sytuacje, w których podczas kłótni z innym pracownikiem prawie doszło z jego strony do rękoczynów.


Ludzie, przez takie „zarządzanie”, tam ostro pracowali, nie było „kawusi” i pierdzenia w stołek. Widziałem, że naprawdę mógłbym się dużo nauczyć zarówno na tym stanowisku, jak i od chłopaków, ale oprócz prowadzenia praktyk miałem też zastąpić osobę odpowiedzialną za kwestie czysto systemowe (nadzorowanie kosztów, rejestrowanie zleceń, kart braków; obowiązki czysto dla jednej osoby i czysto bez dodatkowych obowiązków). Ale ostatecznie, na decyzję o odejściu z tego miejsca pracy, z końcem okresu próbnego złożyło się głównie zachowanie kierownika w stosunku do wszystkich. Wrażliwość na krytykę już mi przeminęła, ale wiedziałem, że środowisko pracy, które ten pan tam tworzył, odbiłoby się na mnie długofalowo. Albo ja bym musiał swoje życie i dumę do kieszeni schować całkowicie i się dawać tak traktować albo wyjście, które wybrałem. Wiem, że nie byłaby to osoba, z którą można normalnie pracować. Lubię nowości, lubię się uczyć, ale pewne rzeczy, moim zdaniem, trzeba dawkować i zadbać trochę o własny interes.


No i a propos dbania o własny interes. Mamy drugą połowę marca 2026. Z ostatnią firmą rozstałem się z końcem maja 2025. Po mniej więcej dwóch miesiącach odetchnięcia usiadłem do nauki programowania w Pythonie, początkowo bez bardzo konkretnego kierunku. Zacząłem od kursu z Udemy, później coraz częściej korzystałem z AI do tworzenia ćwiczeń i to właśnie taka forma nauki zaczęła przynosić pierwsze wymierne efekty. Dopiero wtedy zacząłem czuć, że nie tylko „klepię” składnię, ale faktycznie zaczynam rozumieć logikę pisania kodu.

Z czasem pojawiło się pytanie, w jaką stronę w ogóle chcę z tym iść zawodowo. Obok Pythona zacząłem więc uczyć się SQL w PostgreSQL. Nie wiem, czy wybrałem idealnie, ale chciałem po prostu od czegoś ruszyć i zobaczyć, czy da się z tego zbudować realny kierunek — może pod helpdesk w systemach ERP, może później pod bardziej zaawansowaną pracę z bazami danych, jeśli wiedza i doświadczenie będą szły w dobrą stronę. Gdzieś z tyłu głowy przyświeca mi też myśl o pracy zdalnej, a nie o żadnych legendarnych kokosach z internetu. Po prostu o pracy, która dawałaby trochę więcej spokoju i normalności.


Ta myśl o zmianie nie wynika tylko z samej ciekawości. W dużej mierze wynika z tego, że zwyczajnie potrzebuję zmiany środowiska. Jestem świadom, że nie ma branży wolnej od trudnych ludzi i słabych przełożonych. Sam też na pewno nie jestem bez wad. Ale po tych wszystkich doświadczeniach wiem jedno: bardzo dużo daje środowisko, w którym można normalnie zapytać, normalnie dostać merytoryczną odpowiedź i normalnie robić swoją robotę bez zbędnych gierek, upokarzania czy ciągłego napięcia. Ćwiczę fizycznie, staram się dobrze jeść, staram się trzymać głowę w ryzach. Widzę postępy na treningach, widzę, jak znika tkanka tłuszczowa, którego od dziecka chciałem się pozbyć, i to naprawdę pomaga mi się nie rozsypać w takim czasie jak ten.


W międzyczasie wysyłałem pojedyncze aplikacje, raczej stawiając na jakość niż ilość. Zdarzało się też, że to rekruterzy sami się odzywali. I chyba właśnie tutaj mam dziś największy problem. Samo usłyszenie „nie” nie jest najgorsze. Najgorszy jest ghosting, szczególnie wtedy, gdy człowiek przejdzie już kawałek procesu, poświęci czas, przygotuje się, czasem nawet zrobi zadanie albo przejdzie dwa etapy rozmów, a potem zapada cisza. I nie chodzi nawet wyłącznie o urażoną dumę. Bardziej o to zawieszenie, w którym człowiek zaczyna rozkładać wszystko na czynniki pierwsze i zastanawiać się, co zrobił źle, nawet jeśli obiektywnie nie ma z czego wyciągnąć żadnego wniosku.

Miałem też rekrutacje, na których zależało mi bardziej niż na innych. Jedna z ostatnich kosztowała mnie tyle, że przez dwa tygodnie praktycznie zaniedbałem naukę nowych umiejętności, bo tak bardzo siedziałem głową w tym, czy się uda. Finalnie się nie udało, ale przynajmniej po kilku telefonach dowiedziałem się, dlaczego. I chyba właśnie to pokazuje najlepiej, w czym rzecz — zdecydowanie wolę usłyszeć „nie”, nawet twarde, niż tkwić w zawieszeniu i dopowiadać sobie resztę.


Najgorsza myśl w tym wszystkim jest chyba taka, że z czasem człowiek zaczyna podejrzewać, że to z nim jest coś nie tak. Że może cały czas robi coś źle. Że może za dużo oczekuje. Że może sam fakt, że chciałbym pracować w środowisku, gdzie da się dostać merytoryczną pomoc od przełożonego i oddać to zaangażowaniem, to już jest oczekiwanie z kosmosu. I to jest chyba ten moment, w którym najbardziej trzeba sobie pilnować głowy, bo łatwo zacząć mylić zmęczenie, rozczarowanie i gorszy okres z tym, kim się naprawdę jest i jaką ma się wartość.

Podsumowując: nie szukam współczucia, nie próbuję nikomu wmówić, że zawsze problem był po drugiej stronie i że ja wszystko robiłem idealnie. Na pewno nie. Ale po tych wszystkich doświadczeniach, kilku pracach, różnych przełożonych, kilku naprawdę niepotrzebnych zderzeniach i obecnym etapie szukania pracy mam po prostu coraz częściej w głowie jedno pytanie: czy ze mną faktycznie jest coś nie tak, czy po prostu miałem pecha do środowisk i ludzi, a teraz próbuję się po tym wszystkim na nowo poukładać?


Podsumowując jeszcze prościej: chcę „tylko” i „aż” pracować.


Na koniec, krótkie 3 pytania do społeczności — jak Wy to widzicie:

1. Po czym u siebie rozpoznawaliście, że problemem było konkretne środowisko pracy, a nie po prostu Wasza zbyt duża wrażliwość albo zmęczenie?

2. Jak radzicie sobie z ghostingiem po rekrutacjach, żeby później nie mielić tego w głowie?

3. Przy takim tle zawodowym cisnęlibyście dalej w przebranżowienie, czy raczej szukali pracy w tym, co już umiem i znam?




#pracbaza #praca #rekrutacja

@PatMat92 w IT dla juniorów jest chu*nia w tej chwili. Próbuj w firmach, które zajmują się sprzętem i da się choć ułamek Twojego przeszłego doświadczenia wykorzystać. Albo za granicą (zdalnie) - będziesz mieć dźwignię w postaci niższego niż tam zwykle wynagrodzenia. Może się też okazać, że za trzy lata IT już w ogóle będzie mało przyszłościowe.


Jak chcesz, to możesz mi podesłać na priv, co tam z tego obszaru już umiesz i jakiś przykładowy projekt, to być może coś zdołam podpowiedzieć. Szczególnie że język programowania + coś z baz danych to za mało - jest strasznie dużo rzeczy "dookoła", które też trzeba znać i to już na entry level. Dobra wiadomość jest taka, że prawie wszystko możliwe do nauczenia z netu.

@PatMat92 Twoja kariera to 1:1 to co spotyka moich kolegów z roku z polibudy. No a przynajmniej tych, którzy pracują w zawodzie. Praca w stresie, zarobki marne, o podwyżki trzeba się prosić, wszędzie pierdolnik. Pamiętam jak wziąłem dziekanke na ostatnim roku żeby trochę dorobić a oni właśnie pokończyli i weszli na rynek pracy. Chryste panie, armagedon, terminy z d⁎⁎y, robisz kosztorysy na miliony samemu zarabiając przy tym minimalną krajową + kilka stów pod stołem.

Jak się dowiedziałem z pierwszej ręki jak to wygląda to rzuciłem to w pizdu i zostalem na emigracji. Nie żałuję.


Tak, że i feel for you bro. Trzymaj się i kombinuj.

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

#rekrutacja #hr #pracbaza #historia #polska #ciekawostki #pracaspawaczamnieprzeistacza

Jak zagadacie z LLMami o pośrednikach i historii polski - to napiszą wam spójniejszą i sensowniejszą historie niż ta znana z podręczników ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Pośrednicy: Ciągły Mechanizm Władzy w Historii Polski

W historii Polski, od jej początków w X wieku po współczesność, dominującą narracją szkolną jest opowieść o “nieszczęściach narodowych” – obcych inwazjach, rozbiorach, powstaniach i odzyskiwaniu niepodległości. Ta perspektywa, skupiona na flagach, bitwach i bohaterach, pomija jednak głębszy mechanizm, który kształtował codzienne doświadczenie milionów Polaków: system pośrednictwa. Teza, którą rozwijam w tym artykule, brzmi następująco – podstawowym problemem polskiej państwowości nie była sama eksploatacja ludności (bo ta była powszechna w Europie), lecz organizacja tej eksploatacji poprzez lokalnych pośredników. Ci pośrednicy – od kasztelanów Piastów, przez szlachtę, po współczesnych podwykonawców – przejmowali kontrolę nad pracą, daninami i nadwyżką ekonomiczną, nie ponosząc odpowiedzialności ani wobec centrum władzy, ani wobec społeczeństwa. Mechanizm ten zapewniał ciągłość systemu, mimo zmian ustrojów, i wyjaśnia, dlaczego Polska nigdy nie przeszła pełnej centralizacji władzy, jak np. Francja czy Anglia.

Analiza opiera się na czterech stałych elementach: źródle utrzymania aparatu władzy, relacji centrum–peryferie, sposobie egzekwowania przymusu i odpowiedzialności za skutki wyzysku. W każdym okresie historycznym sprawdzam, kto realnie egzekwował pracę i daniny, oraz kto ponosił konsekwencje nadużyć. Tam, gdzie role te są rozdzielone, powstaje warstwa pośrednicząca – amortyzator konfliktów, który chroni centrum, ale utrwala lokalny wyzysk. Ten model nie jest unikalny dla Polski, ale w Polsce przetrwał najdłużej, bez brutalnych przerwań jak rewolucje czy wojny domowe. Wyniki? Brak zaufania do instytucji, personalizacja konfliktów (winny jest “zły szef”, nie system) i akceptacja lokalnej przemocy ekonomicznej jako normy.

Początki: Państwo Piastów i Fundament Pośrednictwa

Państwo polskie rodzi się w X wieku pod rządami Mieszka I (ok. 960–992), który jednoczy plemiona słowiańskie i przyjmuje chrzest w 966 roku, integrując Polskę z łacińską Europą. To nie był scentralizowany organizm – Mieszko budował strukturę militarną opartą na grodach, kasztelanach i lokalnych możnych, wywodzących się z dawnych struktur plemiennych. Ci pośrednicy zbierali daniny (np. w zbożu, bydła czy pracy), organizowali robociznę do budowy fortyfikacji i rekrutowali wojowników do książęcej drużyny. Centrum (książę) potrzebowało zasobów do utrzymania władzy i ekspansji, ale egzekucję delegowało lokalnie, co tworzyło rozszczepienie: władza formalna w rękach Piastów, realna kontrola nad ludnością w rękach kasztelanów.

Dlaczego to pośrednictwo? Wczesne państwo Piastów opierało się na nadwyżce z rolnictwa i handlu (w tym srebrem z handlu niewolnikami, jak sugerują badania archeologiczne), ale brakowało biurokracji do bezpośredniej kontroli. Możni, często z rodów przedpiastowskich, traktowali siebie jako współwłaścicieli ziem, co osłabiało centralizację. Bolesław Chrobry (992–1025) kontynuował ekspansję, ale nawet on musiał negocjować z lokalnymi elitami, by uniknąć buntów.

Odpowiedzialność za nadużycia? Rozmyta – książę mógł obwiniać kasztelana, a ludność widziała w nim bezpośredniego oprawcę. Ten model przetrwał fragmentację dzielnicową (XII–XIII wiek), gdy Piastowie dzielili ziemie między synów, wzmacniając lokalne autonomie. Jak pisze Norman Davies w swojej historii Polski, Piastowie nigdy nie zdołali w pełni zdyscyplinować możnych, co utrwaliło decentralizację. 0

W porównaniu z Zachodem, gdzie monarchie jak francuska budowały bezpośrednią administrację (np. via prewotów), Polska pozostała w modelu pośrednim. To nie była słabość kulturowa, ale racjonalna adaptacja do rozległych, słabo zurbanizowanych terenów. Efekt: państwo Piastów rosło, ale jego stabilność zależała od lojalności pośredników, co później ułatwiło fragmentację.

Szlachta: Prywatyzacja Państwa i Kulminacja Modelu

Kluczowy zwrot następuje w XIV–XVI wieku, gdy ustrój szlachecki prywatyzuje funkcje państwa. Po śmierci Kazimierza Wielkiego (1370), ostatniego Piasta, Jagiellonowie (od 1386) i kolejni władcy nie centralizują władzy, jak na Zachodzie, lecz ustępują szlachcie. Przywileje (np. koszyckie 1374, nihili novi 1505) dają szlachcie immunitet, monopol na ziemię i kontrolę nad chłopami via pańszczyzna. Szlachcic nie jest urzędnikiem – jest właścicielem ludzi i ziemi. Państwo zrzeka się kontroli nad chłopem, monopolu na przemoc ekonomiczną i odpowiedzialności za warunki życia.

W folwarku szlachcic egzekwuje pracę (do 6 dni pańszczyzny tygodniowo w XVII wieku), zbiera nadwyżkę (eksport zboża do Europy) i karze opornych. Centrum (król, sejm) pobiera podatki od szlachty, ale bez ingerencji w lokalne relacje. Wyzysk staje się lokalny, odpowiedzialność rozproszona – za bunty chłopskie (np. galicyjski 1846) winny “zły pan”, nie system. Prawo dla chłopów jest fikcją, bo egzekwowane przez szlachtę. Jak opisuje to w źródłach o szlachcie, ten model wywodzi się z piastowskiej decentralizacji, gdzie możni stali się współwłaścicielami państwa. 0 Pośrednik przestaje być narzędziem – staje się właścicielem.

Złoty Wiek (XVI wiek) maskuje problem: Rzeczpospolita jest potęgą, ale opartą na eksporcie zboża, co utrwala feudalizm. Szlachta blokuje reformy, by chronić marże – np. liberum veto paraliżuje sejm. W porównaniu z Anglią (gdzie Tudorowie dyscyplinowali lordów) czy Francją (absolutyzm), Polska wybiera kompromis z pośrednikami, co prowadzi do upadku w XVII–XVIII wieku (potop szwedzki, rozbiory).

Rozbiory i XIX Wieku: Zmiana Nadzorcy, Nie Mechanizmu

Rozbiory (1772–1795) nie niszczą modelu – zmieniają tylko centrum. Zaborcy (Rosja, Prusy, Austria) opierają się na lokalnych elitach: szlachta staje się administratorami, dzierżawcami i nadzorcami. W Kongresówce (rosyjskiej) car używa magnatów do egzekucji podatków; w Galicji (austriackiej) szlachta zachowuje autonomię. Przymus pracy (pańszczyzna do 1848/1864) egzekwowany lokalnie, odpowiedzialność rozmyta w biurokracji zaborczej.

Po powstaniach (1830, 1863) reformy (uwłaszczenie) przesuwają pośrednictwo: teraz na biurokratów, ziemian i przemysłowców. W Prusach Junkrzy (szlachta pruska) zarządzają polskimi ziemiami podobnie. Jak pokazuje historia Polski od 1863, po klęsce powstania styczniowego szlachta traci supremację, ale mechanizm trwa – nowe klasy (inteligencja, burżuazja) dziedziczą rolę. 1 Zaborca deleguje przymus, pośrednik wykonuje, dół ponosi koszty. To wyjaśnia ciągłość: mimo braku państwa, doświadczenie zależności pozostaje stałe.

II RP: Odzyskanie Państwa, Ale Nie Kontroli

Niepodległość w 1918 przywraca państwo, ale nie przełamuje modelu. II RP dziedziczy strukturę: elity ziemiańskie i przemysłowe (często te same rodziny) zachowują wpływy. Reforma rolna (1920) jest połowiczna – pośrednicy (właściciele majątków, fabryk) egzekwują pracę, państwo stoi z boku. Sanacja Piłsudskiego próbuje centralizacji, ale nieskutecznie; prawo pracy egzekwowane lokalnie. W relacjach centrum–peryferie (np. kresy wschodnie) lokalni administratorzy mają wolną rękę.

Odpowiedzialność? Rozmyta – za kryzysy (np. wielki kryzys 1929) winni “źli przedsiębiorcy”, nie system. Jak w analizach instytucjonalnych historii Polski, decentralizacja elit blokuje modernizację. 2 To państwo słabe wewnętrznie, mimo zewnętrznej siły.

PRL: Teoretyczna Likwidacja Klas, Praktyczna Rekonstrukcja Pośredników

PRL (1944–1989) likwiduje klasy własnościowe, ale odtwarza pośredników: dyrektorów PGR-ów, sekretarzy PZPR, aparat zakładowy. Centrum (partia) planuje, ale egzekucja lokalna – nakazy pracy, normy produkcyjne w fabrykach. Odpowiedzialność rozmyta w biurokracji: za nadużycia winny “zły dyrektor”, nie system. Jak w “Prześnionej rewolucji” Andrzeja Ledera, PRL zamienia stare elity na nowe, ale folwarczna logika trwa – centrum deleguje, lokalni wykonują.

W gospodarce planowej pośrednicy (nomenklatura) przejmują marże: korupcja, czarna gospodarka. Bunty (1956, 1970, 1980) to reakcja na lokalny wyzysk, nie abstrakcyjny komunizm. Mechanizm przetrwał, bo brak rewolucji – kompromis z elitami.

Transformacja po 1989: Pośrednik w Wolnym Rynku Po 1989 państwo rezygnuje z kontroli nad pracą: prywatyzacja, deregulacja. Nowi pośrednicy – agencje pracy, podwykonawcy, franczyzobiorcy, “przedsiębiorcy” zależni od korporacji. Praca realna, ryzyko przerzucone na dół (umowy śmieciowe), marża w środku. Państwo toleruje: słaba egzekucja prawa pracy, outsourcing w sektorach jak budownictwo czy usługi.

Jak w analizach transformacji, dawna nomenklatura staje się nową elitą biznesową. 12 Relacja centrum–peryferie: Warszawa deleguje, lokalni egzekwują. Odpowiedzialność? Rozmyta – za prekariat winny “rynek”, nie system. To wyjaśnia brak zaufania do instytucji dziś.

Dlaczego Strukturalny Problem?

Państwa, które wyszły (Francja – rewolucja 1789, Anglia – wojny domowe), zrobiły to brutalnie: centralizacja, dyscyplina elit. W Polsce zawsze kompromis – Piastowie z możnymi, Jagiellonowie z sejmem, zaborcy z szlachtą, PRL z nomenklaturą, III RP z biznesem. Efekt: brak arbitra, państwo jako tło. To nie cecha kulturowa, lecz adaptacja do mechanizmu.

Szkolna historia pomija to, bo buduje mit narodu vs. obcy, nie analizę klasową. Z mechanizmem historia staje się spójna: od Mieszka po dziś, epoki to wersje tego samego układu.

Wniosek: Pośrednicy Jako Klucz Do Zrozumienia

Problemem nie jest eksploatacja, lecz jej pośrednia organizacja. Pośrednicy przetrwali każdy ustrój, bo niekontrolowani i nieodpowiedzialni. Nowa historia Polski – strukturalna – pokazuje ciągłość relacji władzy z pracą. Nie jako mit, lecz analiza.

Czy to największy problem Polaków? Tak, bo utrwala zależność, blokując zmianę. Rozwiązanie? Silna centralizacja i odpowiedzialność – ale to wymaga przełamania kompromisu.

8d2c01c7-1207-442b-9fd5-808b84cdd887

Zaloguj się aby komentować

Miejscowy banan, syn właściciela kilku hurtowni budowlanych i Mrówki w Czechowicach-Dziedzicach, komentuje wpis młodego gościa szukającego pracy. Pewnie tak jak młody Kulczyk dorobił się na roznoszeniu ulotek, he he

I jeszcze mu to ludzie lajkują...


#rekrutacja #banan #praca #spotted

524225a5-59ce-4063-ba1c-97a2d69a9fad

@Poliszynel

Oskarków bananowych nie bronie, ale jak ktoś w takim wieku już dużo branży obleciał to może być znak, że nie potrafi dogadywać sie z innymi, nie potafi usiedzieć na miejscu lub ma jakieś konkretne problemy z tych typowych u młodych. Oczywiście nie musi, są różne inne powody dla którego tak mogło się zdarzyć.

@Ragnarokk pytanie od którego roku, od 19? 18? To dość czasu by posmakować różnych branż, co podejdzie, sam pisze że elektryka. Dobrze że młodzi nie mają tak jak moje pokolenie w latach 90.

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Chciałem się pochwalić że bluecollars.eu na hasło bluecollars zabrało wikipedii pierwsze miejsce ( ͡° ͜ʖ ͡°) #chwalesie #pracaspawaczamnieprzeistacza #php #pracbaza #rekrutacja

807f36ce-f835-429d-8164-90238419c0ce

Zaloguj się aby komentować

Ostatnio szukam dodatkowej roboty na boku (zdalnie). Nic specjalnego - papierkowa robota za ch⁎⁎⁎we pieniądze, ale roboty niewiele, a kasa się przyda.


Dostałem info, że dostałem się do drugiego etapu i mam nagrać filmik. Co k⁎⁎wa? XD. I na filmiku man opowiadać o sobie. LOL.


Spotkaliście się z czymś takim? Albo ja jestem dinozaurem i teraz trzeba nagrywać filmiki jak na TikToka albo kogoś srogo pojebało.


#pracbaza #rekrutacja

Czy nagrywanie filmiku do rekrutacji jak na TikToka to coś normalnego?

326 Głosów

@tosiu to jest korporacyjny test badajacy niby kreatywność, prezentację czy inne soft skille a tak naprawdę mający pokazać czy jesteś gotów się odpowiednio poniżyć aby tam pracować.

Z opowieści znajomych, im bardziej zjebany proces rekrutacyjny, tym mocniej miejsce pracy przypomina sektę


Pytanie więc, jak bardzo Ci zależy?

@tosiu raczej po prostu automatyzacja — ktoś z HRu potem na prezentacji pokaże, jak szybciej udaje im się pracować dzięki wykorzystaniu AI do analizy takich zgłoszeń, bo nie potrzebują dzięki temu aż tylu rekruterów

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Ja nie rozumiem, skąd się biorą w ogóle te anonse „hiring a founding engineer”. Jeżeli nie macie nikogo, kto może zrobić produkt, to co z was za startup?

Obessali inwestorom, obiecali złote góry, teraz szukają parobka który im to zrobi.

Pewnie zamierzają zamieszać na rynku, sprzedać się czym prędzej konkurencji która zlikwiduje i produkt i zespół, zrealizować zysk. Scenariusz 90% startupów z tzw. pierwszego świata. Nawet gdyby samo ogłoszenie było fejkiem to idealnie oddaje rzeczywistość.

Zaloguj się aby komentować

Rekruterka napisała na LinkedIn, że ma dla mnie ofertę i jak złożę cv, to zadzwoni telefonicznie. Wysłałem CV. Pisała w piątek po południu. W międzyczasie, w poniedziałek wpadło jeszcze na pracuj ogłoszenie (ale może zamówione wczesniej?)


2 dni robocze - 0 kontaktu. Ani telefonicznie, ani LinkedIN. Mój profil pasował mocno pod ofertę, ale w formularzu trzeba było wpisać oczekiwania brutto.

Wy⁎⁎⁎⁎ła się na mnie? Rekruter zewnętrzny, szuka kandydata pod profil, więc myslałem, że odezwie się szybko. Czy może za szybko wymagam odzewu?

#pracbaza #praca #rekrutacja

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Wrzuć to AMA gdzieś poza FB, nawet po zakończeniu, tak żeby można było poczytać / obejrzeć. Pewnie nie tylko ja nie mam twarzoksiążki.

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Przy okazji tego wpisu https://www.hejto.pl/wpis/heheszki-pracbaza-63 przypomniała mi się rozmowa o pracę na której byłem kilkanaście lat temu.


Fabryka koreańskiej elektroniki potrzebowała kontrolera jakości. Tak się składało, że na jednej ze zmian funkcję tą obejmował kolega mojego taty. Wiele razy słyszałem, jaka to lajtowa praca, właściwie leżenie do góry brzuchem. Wymagane kompetencje? Brak. Poszedłem na pewniaka nie przygotowując się.


Nigdy w życiu nikt mnie tak nie przetrzepał na żadnej rozmowie. xD Milion pytań w tym o prawa fizyki. Dostalem kilka schematów elektrycznych do rozczytania. Od połowy rozmowa była już w języku angielskim. xD Wyszedlem po ponad godzinie z bólem głowy.Jak łatwo się domyślić pracy nie dostałem.


I tutaj dochodzimy do pytania czy rekruter był zjebem, czy też tata ze swoim kumplem ubarwiali rzeczywistość.


#pracbaza #rekrutacja

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować