#pokazmorde

10
302

Zaloguj się aby komentować

Zabawy szerokim kątem (° ͜ʖ °)

Aparat: Canon 60D, szkło: Tokina AT-X 10-17

Nie mam już tego obiektywu, ale było fajne efektowe szkło. Naszła mnie ochota, na zakup ponownie jakiegoś fiszaja (° ͜ʖ °)

druga fota w tym samym miejscu, ale już na Sigmie 18-200

#fotografia #tworczoscwlasna #ciekawostki i trochę #pokazmorde

24346065-1b7b-4113-8cb4-e9a0bcdaa89f
6c0b630c-df8f-4440-974b-8ce14f2623fc

@Klamra ja od niedawna przeżywam zachwyt skorygowanym szerokim kątem z Sigmą 10-18. Robi robotę!

Poprzednio miałem 10mm Samsunga, i studia wspominam jako okres sprzed/zza rybiego oka, nie rozstawałem się z tym szkłem.

Zaloguj się aby komentować

W zeszłym roku kupiłem sobie pięć slim fit koszul z Zary. Szkoda że ja już nie taki "Fit" ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Wrócę do tego wpisu za 5 miesięcy, wkręciłem się w basen, wróciłem do biegania. Obecnie 107kg 183cm


#pokazmorde #gownowpis #hejtokoksy

544bf89a-20aa-42cc-b566-9b30c0ed641c

Zaloguj się aby komentować

#pcmasterrace #komputery #slodycze i widzę, że trochę też jakby #pokazmorde


Czytałem tu jakieś posty, że ktoś kupił monitor taki siaki czy owaki, zakrzywiony czy panoramiczny, więc i ja się pochwalę.

Kupiłem monitor. Nie mam banana niestety

16622fbd-a5d5-44ec-b0ca-216496d1608f

Chyba komentujesz mój wczorajszy post... chyba. Ty chociaż nie będziesz miał przez chwilę wątpliwości FLAT czy CURVED.

Ja do teraz widzę ekran 'wypukły" chociaż jest flat.

Zaczynam się zastanawiać na serio, czy to nie jest jakaś wada wzroku.

Zaloguj się aby komentować

Zaraz strop będzie, a zestawienia wydatków dalej brak. 1


Już nawet w święta się przymierzałem, ale najważniejsza teczka była w żony aucie, części faktur nie mogłem znaleźć i tak to jest, ale jak obiecałem że zrobię podsumowanie to zrobię!


Mam nadzieję że jak najszybciej. Czasu ciągle mało no i lenistwo...


No a ja stoje w salonie i przy okazji trochę #pokazmorde

#buildbyduck

8135095c-81a4-4540-888d-3156a24a6945

@Dzika_kaczka_bez_dzioba jak dzika kaczka powiedział że zrobi kosztorys to zrobi. Nie trzeba mu co pół roku przypominać

( ͡° ͜ʖ ͡°)

Zaloguj się aby komentować

Dzisiaj niestety podstawa chmur nisko więc nie udało się zrobić zimowych widoków. Łopata ma 79,5m więc łatwo ogarnąć na jaki dystans widoczność była.


#pracbaza #wtgjarezza #pokazmorde

860f0a49-e0b9-45f0-b25a-257f9aab5e9c
cffd5bf8-0937-4e8e-a608-f6b9ffd08893
ad811065-51c6-4a1b-8db1-bb272cc482f7

@jarezz To proste, przy dobrej widoczności widnokrąg jest w odległości 3,57 x pierwiastek kwadratowy z wysokości 79,5 metrów = 3,57 x 8,92 = 31,8 kilometra.

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

#tikutak #hobby #ciekawostki #zegarki #gruparatowaniapoziomu #pokazmorde

No witam.

Śledzących moje wpisy pozdrawiam serdecznie i przepraszam za długą przerwę, wiele rzeczy złożyło się na taką sytuację.

Już przejadł mi się „Poljot”, ale trzeba byłoby konsekwentnie przejść przez jego historię, żeby pójść dalej. Zatem, dziś nieco lżejsza lektura: zemsta Miodomira.


Pierwszymi moimi zegarkami zapamiętanymi z dzieciństwa były poniewierające się w szpargałach „Cyma” i „Zaria”, dziadkowy „Wostok” i babcina „Sława”, coś nieokreślonego, noszone przez tatę (okazało się, że to „Mir”) i „Czajka” mojej siostry. Wszystkie te zjawiska opiszę w przyszłości. Natomiast pierwszym moim własnym zegarkiem był „Poljot” budzik, otrzymany w 1986 r. z okazji Komunii jako prezent.

O „Poljocie” jako fabryce i marce już pisałem. 1. Moskiewska Fabryka Zegarków im. Kirowa, Orderu Lenina (tak brzmiała jej pełna nazwa po II WŚ) produkowała kilkanaście różnych marek. Samą fabrykę i całą jej produkcję (poza brandami eksportowymi i militarnymi), po locie Gagarina w Kosmos przemianowano na „Poljot”. Jednym z wytwarzanych tam czasomierzy był mechaniczny naręczny zegarek z budzikiem o nazwie „Signał”, który również stał się „Poljotem”.


Używał zaadaptowanego mechanizmu szwajcarskiego AS1475, a jak już wspominałem, produkowano go na zachodnim sprzęcie po przeszkoleniu przez Francuzów. Jakim cudem ta myśl techniczna zawędrowała na Wschód – nie mam pojęcia; domyślam się, że być może skopiowano całość po upłynięciu czasu ochrony patentowej. Faktem jest, że jakieś 5 lat po wprowadzeniu konstrukcji przez fabrykę A. Schild, Ruscy mieli ją już u siebie pod oznaczeniem 2612. Zasada była prosta: werk posiadał drugą koronkę do nakręcania sprężyny budzika, sprzężonego z zasadniczym mechanizmem zegarka. Jak działa budzik chyba nie potrzeba opisywać; tutaj młoteczek uderzał w trzpień po wewnętrznej stronie dekla, dając kilkunastosekundowy sygnał dźwiękowy podobny do brzęczyka. Był to jedyny radziecki zegarek naręczny z budzikiem, produkowany przez blisko 30 lat. Mój sikor był jedynym takim w podstawówce, zresztą przez całe dzieciństwo nie widziałem podobnego. Jest w wersji eksportowej, opisany „łaciną”, z klasyczną, czarno – białą tarczą i chromowaną kopertą oraz bransoletą (zrobiła się za ciasna i wymieniłem na pasek). Za bardzo go nie szanowałem; był normalnie noszony, a mojej mamie przez pewien czas służył jako budzik do porannego wstawania, zatem był to przede wszystkim przedmiot utylitarny. Wydawało mi się, że długo to trwało, ale w sumie nosiłem go może 4 – 5 lat, zanim poszedł do szuflady, zastąpiony Wostokiem. Potem jeszcze, w ramach głupoty, zdjąłem mu tarczę (podczas tych prób poległa wskazówka i pogięła się druga, przy czym źle ją obsadziłem). Zapytany na ulicy „która godzina?” odpowiedziałem: „wpół do ósmej....nie, wpół do siódmej....nie! Wpół do ósmej!!!”. Ale wszystko udało się odtworzyć. Serwis wykonał profesjonalny zegarmistrz.


Na jednym ze zdjęć #pokazmorde jest z dnia komunii właśnie w chwili oględzin zegarka w towarzystwie brata i cioci. Siedzimy i ani tamtemu mnie nie przyszło do głowy, że z winogron rosnących za moimi plecami za 30 lat będę pił niezgorsze, samodzielnie zrobione wino, a tuż obok będzie stała w przyszłości moja niewielka pasieczka, po której hulał będzie – zadomowiony w jabłonce po prawej stronie zdjęcia - MIODOMIR...


Miodomir został powołany celowo i niebacznie, na moje wyłączne pszczelarskie potrzeby i – niestety – ku późniejszemu utrapieniu. Jakie potrzeby, zapytacie? Otóż dawniej, w czasach, gdy na płocie otaczającym toczek zawieszało się zwierzęcą czaszkę jako ochronę od uroków i złego spojrzenia, każdy pasiecznik posiadał – lub przynajmniej chciał mieć – swojego prywatnego diaboła. Ten ogarniał mu najważniejsze sprawy, pilnował interesu i pomagał w zamian za karmienie. We wspomnieniach jako rzecz normalna i pospolita istnieją różne fantastyczne stworzenia, jak np. nieokreślone „coś”, pasiecznik czy rojnica, które - obłaskawione, trzymane i karmione - sprawiały, że pszczelarzowi się „darzyło”. Ten i ów wystawiał na strychu garnczek z niesoloną kaszą (niesoloną, bo sól święciło się na Wielkanoc, więc szkodziła wszelkiemu czarowi), albo na pasieczysku umieszczał kubek z namoczoną w mleku bułką – i jakoś to szło.


Pszczelarz był tym, który miał Wiedzę, Umiejętność pracy z pszczołami, co dla postronnych było rzeczą osnutą aurą niesamowitości, „poznania”, świętości i magii, ale też obłaskawienia i używania do pomocy....innych istot. Pszczelarstwo, poza prozaicznym zyskiem z miodu i wosku, było Sztuką, stanięciem między sacrum (bo pszczoła była bożą istotą i w ludowych podaniach otaczano ją szacunkiem) a profanum, między ludzkim i nie-ludzkim światem, między tym, co znane i co niepojęte.


Miodomir potrzebował zatem swojego czasu i odpowiednich okoliczności. Na początku była historia opowiadana przez wujka Romka o jego sąsiedzie, który to wcale nie tak dawno, może 30 lat temu, miał swojego diabła. Stawiał mu miskę kaszy w pustym ulu – ot, taki folklor – i ja to miejsce kiedyś przy okazji pokazałem moim dzieciom.


Ja również pewnego wieczora, powróciwszy ze dwora, zasępiłem czoło i stwierdziłem, że „coś....chyba....”, nie dopowiadając najważniejszego. Raz, drugi i dziesiąty, zamyślony i mimochodem, mruczałem do siebie, że „tak jakby...” i „chyba coś jest...”. A w międzyczasie serwowałem dzieciom opowieści z życia dawnych pszczelarzy, jak to sobie gospodarzyli, pracowali....i oczywiście, jakich mieli pomocników. Na tym etapie pokazałem im dziuplę w jabłonce, która nie spodziewając się takiego zainteresowania, dochodziła swoich lat, dostarczając mi próchna do podkurzacza. Z dużym zainteresowaniem wspólnie ją obejrzeliśmy, przy czym dzieliłem się refleksją, że nadawałaby się na mieszkanie dla skrzata, chałupa jak się patrzy, pewnie tam się jakiś urządził, cwaniak, chytrus jeden. No i tak jakoś samo z siebie wyszło, że w dziupli starej jabłonki „coś mieszka”. Skoro jest, to jakoś trzeba to nazwać – w szybkim konkursie zwyciężył właśnie MIODOMIR. Od tej pory stał się on pełnoprawnym elementem codziennych zajęć.


Zaczęło się obłaskawianie Miodomira, żeby pomagał przy pszczołach. Chodziliśmy z dziećmi do dziupli powiedzieć mu „cześć” („wy k...wa normalni jesteście?” - pytał mój brat), znalezione piórka, w geście przyjaźni, ofiarowaliśmy Miodomirowi na pierzynę (nie zostały przyjęte – no ale przecież lato, ciepło, a może to jest skrzat z długą brodą, którą się przykrywa...). Przez żołądek do serca, więc częstowaliśmy go malinami i porzeczkami (nie lubił ich, huncwot, a tyle tego dostawał, że przetwory mógł z powodzeniem robić), zatem trwały poszukiwania odpowiedniego jadła. Łupina włoskiego orzecha z kaszą i – jakże by inaczej – miodem, zniknęła w całości, musiałem na gwałt dorabiać „naczyń”, taki miał spust, i napychaliśmy go kluchami, kaszą i czym tam jeszcze. Łykał wszystko bez popitki. Możecie się śmiać: raz i drugi, w pniu spróchniałym aż do korzenia, coś mignęło mi przez ułamek sekundy. Miodomir zadomowił się zatem na dobre.


Ale czego też on nie wyczyniał! Przychodząc do domu spodziewałem się pytań: „tata, a Miodomir psoci?”. Psocił, psocił, ladaco, i to jak jeszcze! Opowiadaniom nie było końca: jak to daszek na ulu był przekrzywiony, pewnie ktoś go ruszył, a może nawet po nim tańcował!? To i owo mi zginęło, pewnie hultaj Miodomir schował. Spod rąk znikały mi ramki, a znajdowałem je w drugim kącie pasieki – no kto je tam zaniósł? - wiadomo... Gdy miałem publikę, pukałem uprzejmie w pień i nie szczędziłem gorzkich słów prawdy, gróźb i dydaktycznych połajanek, lądujących w głębi jabłonkowej dziupli. Obiecywałem przetrzepanie skóry przy najbliższej okazji. Oj, nasłuchał się on ode mnie, nasłuchał! Ale miarka się przebrała, gdy zginęła mi szczotka pasieczna. Jest to jedno z najpotrzebniejszych przy pracy akcesoriów, bez niego jak bez ręki. Chodziłem, szukałem – kamień w wodę! Szczotka przepadła. Trudno! Tak mi odpłacił za strawę, przyjaźń, serce, troskę i wyjątkową tolerancję. Używałem innej, ale tego było za wiele: skończyło się babci s...anie, skończyła się pańska łaska, jedzenia już więcej nie dostał. Drań nie poprzestał na tym, bo różne przedmioty złośliwie nadal ginęły mi podczas pracy, gdy tylko spuściłem z nich wzrok. Korciło mnie – i to jeszcze jak! - żeby podrzucić do dziupli trutkę na myszy, ale raz – jestem miłośnikiem przyrody, dwa – jako stwór magiczny, ani chybi Miodomir nie strułby się, tylko rozzłoszczony odpłaciłby mi w dwójnasób. Uniosłem się zatem honorem. Nie to nie, z kumplowania nici.


Przycichł jakoś, spokorniał, może zrozumiał, a może wyniósł się do innej pasieki?


Po całym sezonie prac, grabiąc jesienią opadłe liście, spostrzegłem szczotkę wetkniętą w niemożliwy sposób między płot, ul i krzak czarnego bzu (który nie bez kozery dawniej potocznie zwano „czarcim zielem”). Jak tam się znalazła, do dziś jest to dla mnie zagadka.


To była ostatnia psota Miodomira.

01802792-e862-423b-a875-3e83be4cf301
f349e561-42b4-4859-a3da-734bb045d1d2
9a67fc92-9dd6-4355-a2cd-ed3632b2fa4f

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Prognoza pogody na dzisiaj zapowiadała słońce i do 12 stopni, czyli całkiem znośnie, więc postanowiłem zafundować sobie wędkarskie ostatki.

Nad stawem zameldowałem się o 7:30. Po przeciwnej stronie łowił jeszcze jeden zapaleniec i nikt więcej. I dobrze, bo ja nie lubię tłumów, chodzę nad wodę się wyciszyć, a nie błyszczeć w towarzystwie. Doradzano mi cieńszy przypon, więc zakładam taki o wytrzymałości 4 funtów, co się później okazało błogosławieństwem i klątwą jednocześnie. Poranek upłynął spokojnie - trochę okonków i leszczy, nic specjalnego.

Po 12 mam niezbyt obiecujące branie, ale ryba waży trochę, przy brzegu zaskakuje mnie swoim rozmiarem - karp ma około 4 kilogramów, ale zrywa mi się tuż przed załadowanie do podbieraka. Klnę jak szewc - oczywiście zrywa się ten cieńki przypon. Nic to, po uspokojeniu nerwów, zakładam nowy, o takim samym udźwigu, ale hamulec zmniejszam tak, że pracuje nawet przy wyciąganiu tych malutkich okonków. Albo coś to da, albo zmieniam grubość przyponu.

Około 14:40 znowu anemiczne branie, ale teraz to coś większego. Ryba specjalnie nie szaleje, ale przy moich ustawieniach hamulca każde jej szarpnięcie wyciąga metry żyłki, w końcu jednak ją przegoniłem kręcąc kołowrotkiem jak opętany. Newralgiczny moment wpakowania jej do podbieraka poszedł bezproblemowo i już mogłem świętować zwycięstwo. Mój nowy rekord karpiowy, chociaż nie wiem dokładnie, ile ważył. Drugi wędkarz robiąc mi zdjęcie i jeden z zarządców wody ocenili go na 12 - 14 funtów, czyli około 6 kilogramów. Świetne zakończenie tego sezonu, jak dla mnie. Chyba pozostanę przy tych cieniutkich przyponach, bo mieć na kiju dwa ładne karpie jednego dnia jeszcze mi się nie zdarzyło.

Po fotkach ryba wróciła do wody.


#felnarybach #wedkarstwo #hobby #emigracja #pokazmorde

a9caa655-c8ab-4735-9689-3f4bf9492abd

@Felidiusz Przypon 4 funtów to ile mm? Ja na przyponach 0.21/0.23 wyciągam karpiszony po 7-10kg. Haki 10 lub 12 - Kamasan T360.


Sama rybka piękna, aż chce mi się nad wodę jechać:D

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Czasem przychodzi taki moment, gdy ma się już dość. Gdy człowiek znajduje się na krawędzi, a milcząca pustka dookoła niego kusi swym bezkresem i obietnicą nastania wielkiego nic. Też tak miewam. Zdjęcie niepowiązane


Ostatnio opisywałem życie w Rio - powierzchownie, na tyle, ile ja go liznąłem, a i tak pominąłem kilka anegdot. Z drugiej strony czy istotne dla kogokolwiek jest to, że każdy mój wieczór w hostelu zaczynał się w przyrecepcyjnym barze i na każdy istniał jakiś przygotowany przez hostel scenariusz? Beer pong w jeden dzień, wyjście do baru 2 przecznice dalej w drugi, club crawling na najbardziej imprezowej ulicy miasta, Lapa, w trzeci dzień itd. Hostel był w sumie dość znany z dobrej atmosfery wieczorowej, stąd przychodzili do niego po zachodzie słońca również turyści z innych miejsc. I tak to się poznawało ludzi z różnych części świata.


Tydzień temu pisałem o bezpieczeństwie w Rio i że trzeba się mieć bezwzględnie na baczności. Ale czy wspominałem, że podczas jednego z takich wyjść do Lapa, gdzie każdego wieczora kieszonkowcy zbierali niezłe żniwo, nieroztropnie upiłem się cachaçą z poznanymi tego samego dnia lokalsami i to do tego stopnia, że musiałem usiąść na ulicy, bo aż mi się zrobiło niedobrze, a mimo tego włos mi z głowy nie spadł i grosza nie straciłem? No nie wspominałem, a jednak warto - bo nie każdy tam jest złodziejem, nawet gdy zdarza się ku temu idealna okazja - pamiętam, że moi nowo poznani towarzysze przejęli się mocno moim stanem, otoczyli małym kordonem, żeby nie dopuścić do mnie nikogo obcego, a jak tylko typowy pijacki helikopter odleciał, pomogli mi wezwać Ubera, życzyli dobrej nocy, a następnego dnia pisali z pytaniami jak się czuję. Przyznam, że trochę mnie wzruszyła ta troska, bo w momencie gdy zrobiło mi się słabo byłem pogodzony z tym, że ktoś mnie zaraz okradnie i nic na to nie poradzę. Tak więc w Rio jest multum porządnych, empatycznych ludzi, a nie tylko podejrzany element, jak to się mogło wydawać z mojego poprzedniego wpisu.


Nie pisałem o kilku innych mniej istotnych historiach, bo były po prostu... mniej istotne. Ile można pisać o plaży i np. tym, że w brodę sobie plułem, że pierwszego dnia nie zdecydowałem się wziąć lekcji surfingu, tylko odłożyłem to na potem, a to potem nigdy nie nadeszło, bo w kolejnych dniach fale były zbyt niebezpieczne nawet dla w miarę doświadczonych surferów - tak jak tego pierwszego dnia widziałem kilkadziesiąt osób ujeżdżających fale, tak w kolejnych pływała tylko garstka. Nie dziwię się w sumie, bo nawet kąpiel przy brzegu, tam gdzie był jeszcze grunt, mogła być nieroztropna. Sam przekonałem się o tym, gdy jedna z fal cisnęła mną o dno i nie chciała wypuścić na powierzchnię - kotłowało mną przez kilka sekund jak szmacianą lalką, a gdy już na chwilę wstałem na nogi i zaczerpnąłem powietrza, kolejna fala przykryła mi głowę zanim zdążyłem się zorientować, a potem kolejna i jeszcze jedna. Dobrze, że w tym wszystkim zachowałem bardzo duży spokój i nie szarpałem się w panice, tylko czekałem na moment gdy przestanie mną targać na wszystkie strony i dopiero wtedy odbijałem się od dna ku górze. Przyznam jednak, że gdzieś tam w podświadomości już tlił się strach i świadomość, że jeśli fale przytrzymają mnie dłużej, to zacznie mi brakować tchu. Chroniłem też rękoma głowę, bo jednak siła, z jaką mną raz cisnęło o dno, wystarczała w mojej ocenie do skręcenia karku lub co najmniej utraty przytomności w przypadku niefortunnego ułożenia ciała. Morze naprawdę potrafi być niebezpieczne. A po tym wszystkim morska woda wylatywała mi ciurkiem z zatok przynosowych przez jakieś dwa kolejne dni (co ostatecznie skończyło się zapaleniem zatok).


Kontynuując główny wątek, nie skupiałem się za bardzo na opisywaniu mniej istotnych aspektów mojej obecności w Rio. Początkowo planowałem zostać w tym mieście ze 3 dni, ale dowiadując się jakie niesamowite szlaki turystyczne są dookoła, czekałem na poprawę pogody, by móc w pełni cieszyć się widokami. 


Jednym z takich miejsc, które koniecznie chciałem odwiedzić, była Pedra da Gavea - leżąca nad samym brzegiem oceanu góra o całkowicie pionowej, granitowej ścianie, wznoszącej się ponad 800 metrów nad poziom morza . Ze szczytu tej góry rozpościerały się niesamowite widoki na Rio de Janeiro i okolice. No, pod warunkiem, że nie było chmur. A w moim przypadku, nawet jeśli tych chmur nie było nad samym miastem, od kilku dni skrywały szczyt tej góry, niczym czapka na granitowym czubku głowy. Czekałem więc na dogodne warunki.


Gdy pewnego dnia prognoza w końcu zapowiadała się obiecująco, ruszyłem w w stronę tego skalnego monolitu. Co prawda według prognozy miało pojawić się jedynie godzinne okno, gdy w okolicy szczytu nie powinno być chmur, ale mi to wystarczyło - nawet jeśli ryzykowałem kilkugodzinny trekking na marne. Choć nie do końca na marne, bo trekking to trekking - jak dla mnie zawsze wspaniała forma spędzania wolnego czasu. Niestety tego dnia nie miałem szczęścia, bo tak jak w dolnych partiach szlaku było słonecznie, tak od pewnej wysokości wchodziło się w chmury, a tych nie chciało przewiać. Z samego szczytu nie było więc widać absolutnie nic. Dopiero schodząc dało się co nieco zobaczyć. 


Te warunki miały jednak swój urok. W drodze na szczyt znajdowała się taka skalna płyta, na którą można było wejść i przytulając plecy do głównej ściany przedreptać parę kroków tak, że stało się nad kilkumetrową przepaścią - właśnie to widzicie na głównym zdjęciu. Chmury dodawały temu wszystkiemu mistycyzmu. Przynajmniej w moim odczuciu. Gdy kolejnego dnia znów tam stanąłem, już nie zrobiło to na mnie takiego wrażenia. Ale o kolejnym dniu może następnym razem. To miejsce i widoki zasługują na osobny wpis. 


#polacorojo #podroze #riodejaneiro #mojezdjecie  


PS. Sorry za #pokazmorde, ale już mi w sumie wszystko jedno.

cdf759df-bdbb-4c8f-b83a-b645a775df42
42b8b20f-18a6-4ea4-b8c0-968c23b9563b
19796630-522c-45da-9aca-f993538e5419

Heh, cs_rio mi się przypomniało.

https://youtu.be/yrnuc67Yepw


A tak w temacie, imprezowanie z zupełnie obcymi ludźmi to niezła rosyjska ruletka, Może być za⁎⁎⁎⁎ście a może być tragicznie. Różne miałem przygody, może się wygodnicki robię na stare lata, ale nie polecam.

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

26 466,44 + 6,60 + 7,50 + 11,50 = 26 492,04


Bieganie z ubiegłego tygodnia.


Dzisiaj jeszcze miałem w planie dołożyć cegiełkę, ale pojechałem na wschód robić zdjęcia i jakoś nieswojo się czułem, wiec nie ryzykowałem i wpadl dzień regenerki:)


Za to wczoraj przy zlapala mnie ulewa dokładnie w połowie trasy, ponad 5km od domu, całkiem fajne przeżycie wracać w deszczu;)


#bieganie #biegajzhejto #sztafeta #pokazmorde


#sztafeta


Wpis dodany za pomocą https://hejto.sztafetastats.pl/sztafeta/

5354f461-8bde-4fbb-99bb-8d7632c648bc
4961db64-3922-4e09-b293-c5e3dd04e6f2
nxo userbar

Zaloguj się aby komentować

#perfumy


Widzę, że jeszcze nie śpicie, tylko balujecie. To dobrze, trzeba się bawić. Mam ważne ale to bardzo ważne pytanie. Jeśli Iron Duke siadł mi jak złoto, to które Beauforty sprawdzić albo kupić w ciemno? Który/które po Iron Duke są wg Was najlepsze? Może ktoś ma odlać albo ma odlewki. #pokazmorde

88397735-18f3-4a17-997b-6a112d218e53

Poleciłbym jeszcze Terror & Magnificence, u mnie drugie miejsce za Dukem i jest noszalny. Bardzo uroczyste pachnidło, kadzidła, ale też fajny akcent smoły brzozowej. Miałem kiedyś takie litewskie mydło, które działało cuda, ale po użyciu trzeba było je zamykać w puszce. W T&M dziegciu jest tyle ile trzeba.


Na drugim biegunie 1805 Tonnerre. Bardzo realistycznie pachnąca rana postrzałowa. Po psiknięciu podświadomie rozglądasz się w poszukiwaniu opatrunku. Nie wyobrażam sobie sytuacji na jego użycie. Czy warto je sprawdzić? Tak.

@prodigium radzę poznać wszystkie, ale oczywiście musisz poznać Vi Et Armis. Tylko nie wiem czy by ci podeszło, bo Iron Duke przy nim to... zwyczajny, ładny zapach, że bez kompleksów idziesz z nim do ludzi.

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Niedziela, dzień święty należy święcić.

No to święciłem mając na sercu imię Pana mojego trochę #pokazmorde pomimo, że mordy nie ma


Daisy zaliczyła kolejny tysięcznik. Ba Schiehallion to ponad 700m górki od parkingu a 1083 m n.p.m - całkiem fajne wyzwanie.


Ciekawostka, której nie ma na polskiej Wiki - górka ta brała udział w eksperymencie, którego celem było zmierzenie gęstości Ziemi, a w dalszej przyszłości - zważenie planety. I to już w 1774 roku.

W skrócie - masa symetrycznej i odizolowanej od innych obiektów góry powinna (w teorii) oddziaływać na wahadło, które to powinno się nieznacznie odchylić od pionu (w stosunku do centrum Ziemi).

Generalnie dużo trudnych słówek i szczerze to ja to chyba bardziej kumam po angielsku niż po polsku mogę wytłumaczyć... link w komentarzu.

W sumie... dziwny temat jak na dział psi, ale co mi tam może kogoś to zainteresuje.


#manwithmalamute #pokazpsa #szkocja #ciekawostki

5176a08b-7f9e-47bd-a23f-764b1284edb2
a2486d5e-d97b-48b4-8e5e-bad9f7eacfee
20dc93cd-c3c4-40e2-8826-1de87a2358d5

@conradowl Po prostu pokazując nam słodką mordę psa przemycasz wiedzę cobyśmy nie umarli jak te tumany toteż "dział psi" jak najbardziej na miejscu.

Zaloguj się aby komentować

23 014,08 + 42,49 = 23 056,57


NO SIEMA.


MAMY TO KURLAAAA, MAMY.


10.06.2023 za porada Mjelona udalo mi sie zrobic moja pierwsza 10km w zyciu. Niecale 2,5 miesiace pozniej mamy to kurla. HOBBISTYCZNY MARATON DLA SADYSTOW ZROBIONY HAHA.


ZACZNIJMY OD POCZATKU


W mojej glowie od dawna rodzil sie pomysl odwalenia czegos na koniec pobytu w Gandawia, a mialem dobra wymowke. W poniedzialek MRI kolana i lekarz poprosil, zeby przycisnal przez weekend.


Poczatkowo myslalem, zeby kazdego dnia papaton. Jednak logistycznie stawalo sie to jeszcze trudniejsze.


I tak tez w mojej glowie zrodzil sie plan - wykorzystam to, ze przerwalem redukcje (o tym musze wkoncu napisac, jestem na maintenance) i w ostatnich dniach przyjalem okolo 16000-18000 kcal w sumie. Cialo odzywione.


Zrobimy maksa.


Zeby nie mierzyc za wysoko plan byl prosty. Biegne, dopoki nie padne, zrobienie 30 km to juz sukces, bo nigdy nie przebieglem wiecej niz 21,38 km xD Jak sie uda maraton to super, ale nie nastawialem sie.


Przygotowania.


Z jednej strony jestem typowym przedstawicielem #wiecejsprzetuniztalentu i tak butki dobrane, skarpetki kompresyjne do biegania kupion. Kamizelka dla maratonczyka rowniez, no kurla wszystko. W sklepach dla biegaczy mnie znaja z imienia i mi drzwi automatyczne otwieraja wczesniej jak mnie widza.


Jednak jedna rzecz sknocilem, a to byla woda i wegle. Przeliczylem sie totalnie, wiedzialem, ze mam za malo geli, bo mialem 5. Dodatkowo w aucie jeszcze byl banan na poczatkowe dozywienie. Jednak nie bylo to wystarczajaco, troche z panikowalem i podczas biegu odwiedzilem 2 razy sklep.


MORDO DLACZEGO DWA RAZY.


Bo za pierwszym kupilem cos co wygladalo hit na butelce, a okazalo sie, ze ma 2g wegli na 100g (butelka 250 XD) GENIUSZ KURLA.


Za drugim razem sie juz upewnilem, wiec wzgledem odzywiania podczas maratonu totalnie zwalilem.


Ale moi drodzy czytelnicy, przeskoczylem z akcja do przodu...


Nie bylbym soba, jakbym czegos jeszcze nie odwalil dzisiaj. I tak rano wstalem, elegankco poleciala owsianka z odzywka no kurla wzorowy Czarek.


Potem stwierdzilem, no dobra pojde do miasta ostatni raz, nie wiem kiedy tu bedzie, a taki sklep znalazlem, ktory ma promki obecnie i musze jeszcze raz zajrzec przed wyjazdem. Zarabiste ciuchy.


Taka rada odemnie, to ze cos kosztuje 50% ceny, nie znaczy, ze malo wydasz jak kupic 5-6 roznych rzeczy. Znowu GENIUSZ. No dobra, tym razem tylko 2 rzeczy, ale kurtka z zamszu tania nie bylo nawet po przecenie XD


DOBRA MORDO, ALE CO ODWALILES.


No stwierdzilem, ze mi dlugo zeszlo na miescie i poszedlem zjesc mega duzego tlustego burgera z frytki i popilem 0,5l piwka (Beliga). Geniusz.


Zeby bylo malo, potem poszedlem i zjadlem duza beze z kawka haha.


No, ale wkoncu wrocilem do domu, dowalilem koljne 2 esproesso, przebralem sie pojechalem.


Fast-forward jestem po sklepach, biegam juz sobie normalnie.


KRYZYS


Ten pojawil sie w okolicacah 31 kilometra, wtedy zaczela sie walka. Oczywiscice w mojej glowie, bo to co najwazniejsze tetno bylo doskonale, nie bieglem szybko, ale tez nie wolno, cel byl miec ponizej 5h, bo wedle mojej analizy, to jest minimum na maratonach, zeby miec go zaliczonego. Sa tez takie, ktore daja wiecej czasu, ale nie znalazlem, zeby bylo mniej niz 5h.


Jednak bol stop i wycieczenie narastalo, naprawde sie meczylem.


ODZYWIANIE


Obecnie juz wiem jak wazne podczas maratonu jest odzywianie. W moim przypadku, najpierw 3 dni staralem sie nasycic weglami na maksa, zeby bylo duzo glikogenu w miesniach.


Nastepnie po pierwszych 10 km, pol banana, i niskoweglowadonowy (xd) napoj


Po 15 druga polowa banana i drugi ten napoj (chociaz byl smaczyhn)


Po 20 gel.


Po 22,5 250 ml ice tea.


Po 25 gel


Po 27,5 250 ml ice tea


Po 30 gel


Po 32,5 125 ml soku (najwiecej wegli mial)


Po 35 druga polowa soku.


Po 38 gel


I tyle W miedzy czasie tez pilem wode, oraz raz uzupelnilem ja w wodopoju.


Raz tez zatrzymalem sie na siku.


Podsumowujac, koncowka to byl horror, az do momentu...


Runner's high!


Tak! Doswiadczylem haju biegacza. Jak zostalo mi troche ponad kilometr, nagle... zmeczenie przeszlo, poczulem sie doskonale, zaczalem sie smiac na glos i niemoglem powstrzymac lecacych lez, czulem sie spelniony i szczescliwy jak nigdy dotad, bo wiedzialem, ze osiagne ten cel, ze sie udalo i juz nic mnie nie zatrzyma!


Piekne to bylo pozegnanie tej trasy, niezapomne go nigdy.


Widzicie? Nie bez powodu powtarzam, ze trzeba cisnach i wtedy jest ELEGANCKO.


#bieganie #pokazmorde


#sztafeta


Wpis dodany za pomocą https://hejto.sztafetastats.pl/sztafeta/

59a60d1c-b285-4381-b116-e16527029a66
0ad5a3c7-3914-45cf-b6b3-724c051d3100
c9e805fb-db58-432a-b850-77a33e77735f
46847778-b0c7-4273-b792-798b1ef4838f
77e16147-057f-4478-9221-a84a55967ccf

@e5aar Kawał roboty, niesamowity wynik i progres, ewidentnie są predyspozycje by robić jakieś po⁎⁎⁎⁎ne wyścigi Tylko omijać kontuzje i już widzę posta z jakimś ultra od Ciebie!

@e5aar super sprawa! Ja po pół roku od kiedy zaczalem biegać też walnąłem maraton, a le wolniejszy o jakieś 5 minut. Szacun, niezły progres!

Zaloguj się aby komentować