Zaloguj się aby komentować
Debiut i Zwycięstwo – Ultramaraton 101 km
Wystartowaliśmy kilka minut po 21:00. Temperatura przyjemna, słońce już zaszło, jeszcze całkiem widno było. Pierwsze kilometry wzdłuż morza, po plaży na przemian z wbieganiem po górkach kępy Redłowskiej i klifów Orłowskich. Po 5 kilometrze czas na pierwszy żel. Generalnie miałam taką zasadę, aby przyjmować coś do jedzenia co 5-6 kilometrów (Miałam ze sobą żele, batoniki, żelki i ciasteczka zbożowe). Pod drzewami już zauważalnie ciemno, czołówka poszła w ruch. Trasa pokręciła nas po Kolibkach. Koło dyszki wsunęłam batonika. Zdobyłam „kolegę” który mi towarzyszył do 54 kilometra. Okazało się, że nie ma żadnego sportowego zegarka z wgranym GPX, zatem leci tak jak znajdzie oznaczenie trasy (odważnie). Zostałam jego nawigatorem. 1 Punkt odżywczy na 13 km. Uzupełnienie softflasków na maksa, wsunęłam 2 kawałki sera, dwa paluszki, banana, kilka chipsów. Spojrzałam na mapę trackerów uczestników i zauważyłam, że chyba jestem pierwszą babą (chyba, bo na początku dosyć świrowały te nadajniki i niektórych pokazywało absurdalnie daleko). Dobra, to trzeba się zbierać. Na punkcie spędziłam nie całe 5 minut. Złapałam jeszcze krówkę na drogę.
Kilometr 14-15 – wykręciłam prawą kostkę. Poczułam charakterystyczne, nie mocne, chrupnięcie w kostce (miałam zza czasów szkolnych 2x skręconą kostkę i znam dobrze ten moment). Przez ułamek sekundy już miałam, a co jak to będzie już DNF? To fajny miałaś ultramaraton. Dwóch Panów (w tym koleżka) od razu mnie złapali z troski, gdyż delikatnie się przewróciłam pod wpływem przekręcenia kostki za co dziękuję. Stwierdziłam, że lecę dalej, „rozbiegam”. No i faktycznie, po 300-400 metrach kulejącego truchtu ból zszedł. Dalej na punktach obserwowałam tą kostkę, czy pod wpływem chwilowego odpoczynku kostka nie zaczyna puchnąć, bądź pod wpływem powrotu do pracy nie odczuwam jakiegoś strukturalnego bólu. Nic takiego nie wystąpiło w trakcie biegu.
Generalnie nie patrzyłam na cały dystans na zasadzie „ile mam jeszcze do zrobienia”. Dzieliłam wszystko na zasadzie „od punktu odżywczego do kolejnego punktu”. Jak wybiegałam z pierwszego punktu, to wiedziałam, że mam teraz do zrobienia 19-20 km do kolejnego i tego się trzymałam. Jeszcze 15 km, jeszcze dyszka, o już mniej niż dyszka, o jeszcze tylko 3, jeszcze 1 to pewnie zaraz będę widziała go w zasięgu wzroku. Czasem w skali całości widziałam pewne „check pointy” typu, przy 25 – o już ¼, przy 33 – już 1/3 – przy 50 – o, już większość za mną. No i tak tak sobie żyłam od punktu do punktu.
Ciemność wszędzie, noc wszędzie. Czołówka chodzi non stop. Nie chcę drenować baterii, więc jak biegnę/maszeruje odpalona jest na mniejszej mocy. W momenci gdy jest zbieg – odpalam na mocniejsze świecenie. Nie chcę mocno drenować baterii (miałam na zmianę, ale chciałam dopiero zmienić na spokojnie na punkcie odżywczym, gdzie nie będę musiała się bujać z oświetleniem rąk). Koleżka trzyma się mnie stale. Biegnie jakieś kilka metrów za mną. Jak przechodzę do marszu, to on również. Generalnie nie przeszkadza mi to, w sumie to nawet się cieszę że nie jestem sama w lesie, jest mi trochę raźniej bo dookoła nie widziałam żadnych biegaczy na horyzoncie. Czasem zamieniamy parę słów, informuję go gdy np. zapowiada się większa górka. Podczas wchodzenia na jedną z nich, koleżka mówi że na tych biegach ultra to faktycznie te kijki by się przydały. Mówię że moje czekają na mnie na przepaku, bo w drugiej połowie będzie dużo chamskich podejść, teraz jest lajcik. Koleżka mówi że nie ma przepaku i z rozmowy wyszło, że to jest jego pierwszy ultramaraton. Spytałam się go, czy nie myślał o tym aby najpierw zrobić coś krótszego typu 50-70 km, na co stwierdził że po prostu ta stówka się do niego od razu uśmiechnęła. Btw, to nie był jakiś młody koleś – na moje oko, około 40 latek. Miał ze sobą również (na szczęście) 1 softlaska, z czego zażartował bo zastanawiał się czy jest sens aby go brał.
Dobiegliśmy na drugi punkt odżywczy na 32-33 km. Zapytałam się wolontariuszy, czy była tu przede mną jakakolwiek inna baba z dystansu 100km. Odpowiedź brzmiała że nie, jestem pierwsza. Fajnie fajnie, czyli trzeba działać sprawnie. Zrobiłam siku w toi toiu, zjadłam zupę pomidorową i wypiłam herbatę zrobioną z granulatu. Chyba coś jeszcze przekąsiłam ale już nie pamiętam. Uzupełniłam płyny w softflaskach, wymieniłam baterię w czołówce. Zabrałam ze sobą dwa żele firmy Ale. Pod koniec mojego pobytu przybiegły 2 babeczki z dystansu 100 km. Wiedziałam, że muszę uciekać. Na punkcie spędziłam około 9 minut.
Odliczanie do kolejnego punktu odżywczego (wraz z przepakiem) – 22 kilometry przede mną. Odcinek między 40 a 50 kilometrem był trochę cięższy dla mnie. Byłam zmęczona, ale pod kątem snu. Podczas marszu, czułam oczy jak do snu, podczas truchtu było trochę lepiej. Ciemność dookoła też nie pomagała. Przyszło mi na myśl czy by już nie spożyć żelu z kofeiną dla pobudzenia, ale stwierdziłam że „przemęcze” się jeszcze te kilka kilometrów do kolejnego punktu, bo w planie było po nim przyjąć go. Sporo również było odcinków ewidentnie mniej uczęszczanych przez ludzi (w końcu już bardziej po okolicznych wiochach biegaliśmy) więc te podłoże też było dla mnie nie zbyt bezpieczne. Ścieżki z dużą ilością liści bądź wysokiej trawie, krzaczkach. Z uwagi na „nieuwagę” wcześniej i incydent kostkowy wolałam trochę przejść te mniej czytelne ścieżki.
Miałam nawet delikatne omamy pod koniec. Nie były to na pewno halucynacje, ale mózg już łatwo przyswajał dosyć niecodzienne rzeczy. Biegnąc sobie lasem, już niebo robiło się coraz jaśniejsze i powoli można było poszczególne kształty wyszczególniać swoim wzrokiem - Zauważyłam jakąś kłodę z 50 metrów przede mną, obok trasy. Na tej kłodzie był jakiś kształt i mój mózg przyjął oraz zaakceptował informację że to jakaś czarnowłosa typiara, nawet widziałam jak ręką ruszyła co mnie "utwierdziło" że to nie są omamy. W momencie jak przebiegałam, okazało się że to były korzenie z innego konaru opierający się o ten konar nr 1. Miałam bekę, że nawet nie przyszło mi na myśl nic racjonalnego typu - hmm mamy 3:00 i to by nie było zwyczajne że jakaś laska w środku lasu w jakiejś dziurze może tu siedzieć. xD
W okolicach 50 kilometra zrobiło się już wystarczająco jasno, że można było już wyłączyć czołówkę. Wybiegliśmy już na otwartą przestrzeń wśród pól. Koleżka chyba robił się już zmęczony, bo odległość między nami się zwiększała. Wybił 50 kilometr – najs półmetek za mną. I wtedy pojawił się on, punkt odżywczy nr 3 wraz z przepakiem.
Klasycznie uzupełnienie softflasków. Kubek kawy (czas zażyć kofeinę i odpalić ogień w d⁎⁎ie, wcześniej nie przyjmowałam w ogóle kofeiny jak i przed biegiem również nic). Kubek napojów. Pierogi ruskie haps, ser w kawałkach, mini pączusie i coś jeszcze, ale już nie pamiętam. Obsługa mówi, że kobieta nr 2 ma jakieś 2 km do punktu. Trza się streszczać. Odpalam przepak, uzupełniam jedzonko, zabieram powebanka wraz z kablem i przejściówką do Garmina i kijki do biegania. Poza tym w przepaku miałam jeszcze: buty na zmianę, spodenki na zmianę, 2 pary skarpet, chusteczki, plastry – wszystko awaryjnie.
Biorę w łape pół drożdżówki i zaczynam etap kolejny, 24 km.
Czuję się mocno nakręcona faktem, że dalej utrzymuję K1. Odpala mi się lekka rywalizacja. Zadebiutować i wygrać? I’m in. Przyjmuję zaraz żel z kofeiną (200mg kofeiny). Po kilometrze już murzyn pigmentododani piłuje kraty. Po chwili znalazłam „ustronne” miejsce. Dreptam sobie na płaskim i z górki. Na podejściach nie forsuje się, aktywnie maszeruje z kijkami. Zaczynają się chamskie podejścia. Nie patrzę się nawet w górę, skupiam wzrok na wysokości stóp i spokojnie krok za kroczkiem przemieszczam się wraz z wsparciem kijków. Pragnienie zaczyna rosnąć, od 70 kilometra nie mogę się doczekać punktu odżywczego. Mam jeszcze trochę płynów, ale muszę powoli je oszczędzać. Te 7-8 kilometrów delikatnie mi się dłuży. Na 77 km za każdym zakrętem wyczekuję już punktu.
W końcu jest i on, ostatni punkt odżywczy. Uzupełniam softflaski, piję sporo płynów. Siku w toi toiu. Jem wszystkiego po trochu co jest dostępne na punckie. Dziewczyny z obsługi mnie informują, że mam około 25 minut przewagi od kolejnej kobiety na trasie. Na punkcie spędziłam nie całe 10 minut. Trochę opita i podjedzona ruszam. Siły witalne powracają. Odpalamy final countdown, lecimy już do mety, już tylko lekko ponad półmaraton.
Do 85 kilometra jest naprawdę za⁎⁎⁎⁎ście. Wiadomo, czuję jakieś zmęczenie – ale czy by było to po 40, 60 czy 80 kilometrach – czułam się tak samo. Również całkiem fajną ogólną stawkę w zawodach utrzymywałam. Kręciłam się koło 20 slota na prawie 100 osób które wystartowało. Na 85 kilometrze pojawia się ściana płaczu (boczne wejście na długą góre w Gdyni), które jest przeokrutne. Na podejściu nie widać szczytu, profil bardzo stromy i do tego brak ścieżki, trzeba po starych liściach się przemieszczać. Po kilku minutach walki jestem na szczycie. I pojawia się on – kryzys.
Fizyczny – Nie jestem w stanie biec. Prawa stopa zaczęła mi się odzywać podczas biegu. Czułam taki „strukturalny” ból między piętą z kostką. Zmartwiłam się, czy to nie jest jakieś przemęczenie i nadwyrężenie naruszonej już kostki 70 kilometrów temu. Po jakimś czasie i druga stopa dokładnie w tym samym miejscu zaczęła mnie boleć więc uspokoiło mnie to pod kątem tamtej myśli. Po prostu, jakieś zmęczenie strukturalne. No nic, maszeruje zatem, i próbuję podtruchtać co jakiś czas chociaż te 100-200 metrów.
Wtedy wchodzi on, kryzys mentalny. Zaczęło się robić gorąco, ale nie odczuwałam tego. W lesie dosyć schowanie byliśmy od słońca. Bezpośrednio temperatura nie przeszkadzała mi. Ale tak bardzo chciało mi się pić. Nigdy nie miałam takiego pragnienia. Marzyłam o tym, by wziąć i haustem coś wypić ile się da. Miałam w softflaskach jeszcze sporo płynów, ale musiałam to rozsądnie rozdysponować aby do mety mi starczyło. To mnie tak mentalnie bolało, że nie mogę się napić. Co brałam łyk wody, to po chwili czułam suchość w ustach. Kryzys mentalny wzmagał też fakt, że przez to, że będę więcej maszerować i tym samym droga do mety zajmie mi więcej czasu – naszły i obawy czy w ogóle to co mam to czy mi starczy?
Przy którymś zejściu z lasu, przed 90 kilometrem, pojawił się on. Wybawca.
Obcy koleś, przyjechał z zgrzewkami wody i rozdawał je zawodnikom. Bardzo mu podziękowałam, bardzo tego potrzebowałam. Naraz wypiłam ciągiem. Po chwili od razu lepiej mi się zrobiło. Za jakieś 5 kilometrów spotkałam drugiego Pana w środku lasu który miał baniak wody i również pomagał zawodnikom. Również skorzystałam z pomocy. To nie były osoby z organizacji biegu. Jestem bardzo im wdzięczna za taką pomoc.
Człapałam się jakoś, kilometr za kilometrem. Sporo ludzi, zdecydowanie „żywszych” mijało mnie, byli to zawodnicy z krótszych dystansów. Co było dla mnie ciekawe, chyba tylko 1 biegacz z mojego dystansu wyprzedził mnie podczas mojego marszu. Czyli nie tylko ja umierałam. Na początku tego piekła, miałam w głowie, że mogę sporo wypaść z stawki.
95 kilometr, 96 kilometr, 97 kilometr, wielkie odliczanie do końca. Jest i on 99 i zaraz 100 kilometr. Do mety tylko 1,5 kilometra. Trasa już sprowadza do miasta. Jestem na chodniku, zmierzam do mety. Chcę podbiec, ale jest to bardzo bolesne. Dopiero na ostatnich 450 metrach, zaczynam truchtać – wiem że muszę to przecierpieć, to już koniec. Wbiegam na murawę Stadionu Rugby po godzinie 12:30, Speaker mnie woła przez mikrofon. Przekraczam linię mety. I dostaję kubeł zimnej wody na łeb
Tak o to, pokonałam dystans 100 kilometrów. Zrobiłam to. A nawet i wygrałam – nie tylko wśród uczestniczek ale i sama z sobą.
Czy jest coś co zrobiłabym lepiej? Na pewno na takie warunki zabrałabym więcej pojemników na napój. Miałam 2 softflaski po 500 ml, jak dotąd na zawodach zawsze mi starczyły od punktu do punktu z zapasem – tak tutaj ewidentnie wraz z rosnącą temperaturą było tego za mało. Bukłak do kamizelki biegowej wraz z softflaskiem to absolutne minimum.
Dziękuję za wsparcie. Było mi przeogromnie miło czytając wasze komentarze.
Trypsyna
#biegiultra #bieganie #ultramaraton #biegajzhejto oraz dodaję nowy tag na tego typu posty jakby ktoś chciał podzielić się swoimi przygodami w przyszłości #relacjazbiegu





Zaloguj się aby komentować
Dzień dobry w ten piękny słoneczny dzień 😌 Szybkie pytanko do uczestników wczorajszego ogniska Chcę zrobić wpis z foto relacją i chciałam wiedzieć czy ktoś życzy sobie zamazania twarzy na fotkach? Dajcie znać w komentarzu albo na priv, a ja wieczorem wrzucę wpis 😉 Tymczasem wrzucam fotkę gościa honorowego
#hejtoogniskowroclaw #hejtopiwo

Zaloguj się aby komentować
Stała się rzecz straszna, Polacy zarabiają lepiej.
#polska #pulshr

@Deykun tak, jak sprzątaczki i ciecie z budek przerobionych ze starych kiosków, zarabiają tyle, ile średnio wykwalifikowany operator maszyny produkcyjnej, to nie jest dobrze, bo łatwiej podłogę przelecieć jako tako, albo robić 24/48 ze spacerkami co godzinę, niż chcieć utrzymywać jakość produkowanych elementów.
Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
W czwartek usłyszałem w Trójce o serialu "Years and years". Redaktor mówił, że autorzy całkiem trafnie ocenili wówczas w jakim stopniu świat może się zagmatwać w przyszłości. Serial jest z 2019 roku, umiejscowiony w Anglii, pokazuje losy angielskiej rodziny, ale bardziej losy całego świata. Jak te losy mogą się potoczyć. Serial zaczyna się od tego, że Rosja wchodzi na Ukrainę, a Ukraińcy ich przyjmują. Trump kończy urzędowanie i ostatniego dnia kadencji zrzuca atomówkę na Chiny, ale nie wywołuje to reakcji łańcuchowej. Globalne ocieplenie jest, ale już trochę w cieniu, bo w zasadzie już nic nie zrobimy ze zmianami klimatu.
Wiadomo, że historia w serialu nie odwzorowuje rzeczywistości, ale wygląda jak totalnie wiarygodna równoległa jej wersja. Wersja trochę bardziej mroczna od naszej, ale wciąż mniej mroczna od wersji, jaką mają choćby w Wenezueli czy Iranie.
Polecam. 6 odcinków, bo to miniserial.
#seriale #ciekawostki
Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
i pyk
#raportzchwilibiezacej #pogoda #upal

Zaloguj się aby komentować
WYKRYTO HEREZJĘ!
Postępuj zgodnie z Poleceniem, postępuj zgodnie z Książką
#rgfk #warhammer #warhammer40k #SpaceMarine #mem

Zaloguj się aby komentować
Prognoza pogody na dziś
#humorobrazkowy #heheszki #upaly

Zaloguj się aby komentować
325 505 + 5 + 5 = 325 515
Plażodomy. O 9:30 było jeszcze znośnie, po 11 już ciężko. Jak schodziłem z plaży to piasek parzył.
Niby powrót 5 km do domu, a pod klatką zasapany jakbym setkę zrobił. To nie są warunki na wysiłek fizyczny
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin

Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Butapren z datą ważności do 2011 roku. Trzymany w różnych warunkach, raczej złych, bo od -30 do +40 stopni
#warsztat #kleje #butapren #uaaaaaah

Zaloguj się aby komentować
Wojna
Treść dla dorosłych lub kontrowersyjna
Jako, że @Wrzoo nam nie przypomina to ktoś inny musi się podjąć, by przypominać o #codziennepiciu
Także moi drodzy, nie ma wymówek - zwłaszcza dzisiaj.

Zaloguj się aby komentować
Wojna
Treść dla dorosłych lub kontrowersyjna
Zaloguj się aby komentować
A może kupimy ten przenośny klimatyzator przenośny w promce za 599 zł, jutro będzie gorzej.
Mieliśmy podobny, nawet 3x droższy. Co prawda po 1 sezonie trafiłem na komunikat producenta ze zwrócą pieniądze (ma www), jakoś to chłodziło, ale było głośne i brało sporo prądu. Jednak groźba samozapłonu przez wadę fabryczna trochę mnie odstrasza od kupna czegokolwiek mimo zwrotu otrzymanego na konto. Myślę ze już jest za gorąco.
"Mamy klimę w domu", jest tańsza w zakupie i eksploatacji i zdrowsza, niestety jest mniej wydajna, zbija temperaturę pomieszczenia o około 0° C
do jednego oczyszczacza z nawilżaczem wrzuciliśmy wczoraj kostki lodu (co jest w instrukcji), ale chyba za mało, bo na wylocie nie poczuliśmy istotnej różnicy temperatur. To nie jest klimator, a oczyszczacz powietrza, no ale chyba działa tak samo jak wspomniany wyżej domowy klimatyzator. Może trzeba lodu po brzegi wrzucić, tak z 1kg pewnie minimum
Spytamy na hejto jak oni radzą sobie z tym upałem, może mają skuteczne patenty, albo poleca jakiś spliter, tylko niech powiedzą ile im to prądu w zł zżera. Każdy może przedstawić dowolną ilość opinii bo burza mózgów naprawdę jest skuteczna
Czy sądzisz że gorzej myślimy jak jest za gorąco, odwodnienie jest, jak będzie przebiegać ewolucja naszego gatunku, czy zmniejszymy objętość czaszki (mózg) z powodu ciepła generowanego myśleniem, w jakiej granicznej temperaturze (stałej) struktura społeczeństwa eis na stale zmieni - na stałe pozostawiając przy życiu jedynie najbardziej wytrzymale na temp jednostki, czy owłosieni maja lepiej czy gorzej
#pogoda #idied (#pdk) #polska

Te przenośne ustrojstwa nie mają za dużo sensu, chyba, że ma dwie rury - do zaciągania i wywiewania powietrza. Ale wtedy albo robisz jakieś druciarstwo, żeby okno było w miarę zamknięte, albo w sumie kupujesz normalną klimę i żyjesz jak człowiek. Mój split po włączeniu żre 600W, a potem już ok. 400W - w sumie mam wywalone ile, bo lecę na panelach.
Najlepiej to sobie założyć normalną klimatyzację a nie się pi⁎⁎⁎⁎lić z jakimiś przenośnymi wpychając rury przez okno. Tylko że trzeba to zrobić poza sezonem. Teraz to najgorszy moment bo i drogo i terminie nie ma. Mam mieszkanie 72m i ściany od wschodu, południa i zachodu. Wczoraj przy temperaturze 34 na zewnątrz schladzalem do 24, chodziło cały dzień i zjadło 7kwh. Byłoby mniej gdyby żona nie urządziła na balkonie salonu opalania i mini basen dla dzieci, otwierając co chwilę drzwi
Zaloguj się aby komentować
@NatenczasWojski Wydaje mi się, że Portugalia też się tu całkiem dobrze bawi. https://www.reddit.com/r/PORTUGALCYKABLYAT/
Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować