Nie do wiary... Myślałem już, że ta chwila nie nadejdzie, ale udało się. Zacząłem czytać tę książkę w lipcu 2025 i zwyczajnie mnie pokonała. Uparłem się, że nie przeczytam nic innego, dopóki nie pokonam tego dzieła i w końcu nadszedł ten dzień, gdy odzyskałem wolność.
Na trudność w szybszym przeczytaniu książki złożyło się kilka elementów. Po pierwsze, czytałem w oryginale i zwyczajnie szło to ciężej, niż się spodziewałem. Uważam, że całkiem nieźle znam angielski, ale nie widocznie nie aż tak dobrze: rozbudowane słownictwo i archaiczna konstrukcja zdań skutecznie utrudniały czytanie i trochę zajęło, zanim się przestawiłem.
Drugą przeszkodą okazała się sama tematyka. Powieści obyczajowe chyba zwyczajnie mnie nie interesują. Duma i Uprzedzenie to w zasadzie Ploty: Książka. Jest w niej dużo humoru, wyraźnych postaci, pod koniec nawet się rozkręca, ale ogólnie przerosły mnie ciągłe domysły, knucia, osądzania... Uprzedzenia? Rozumiem zamiar, jestem w stanie docenić pomysł, kunszt pisarski i formę, ale cóż z tego, skoro ostatecznie nie byłem w stanie zmusić się do zainteresowania tym, co było opisywane i przez ponad połowę książki zwyczajnie się męczyłem.
Ostateczną ocenę podnosi kilkadziesiąt ostatnich stron, przy których poczułem już jakieś emocje, byłem w stanie się zaangażować, wszystkie wątki zaczęły się dopinać. Ktoś może uznać, że to i tak niska ocena, bo Duma i Uprzedzenie to klasyka literatury i winny jej większy szacunek, oceniam jednak jako zwykły, prosty, ale też prostolinijny chłop.
Kolejna planszówkowa środa w Mysłowicach za nami. Na stołach m. in. Dune, Great Western Trial, Królewski Trakt i Wyprawa Darwina. Ja broniłem znowu ostatniego miasta przed Królową Roju w Aeon's End (z powodzeniem) a potem jeszcze testowałem karciankę Kolonia Księżycowa: Krwawa Jatka. Fajne, szybkie i z jajem.
Jestem wielkim fanem autora i jego serii z Robertem Hunterem. Nigdy tego nie ukrywałem, dlatego byłem lekko zdziwiony gdy dowiedziałem się, że Chris Carter napisał książkę bez detektywa, makabrycznych morderstw i psychopatów prześcigających się w wymyślaniu coraz bardziej wyrafinowanych sposobów zadawania cierpienia. Nie do końca wiedziałem, czego się spodziewać. Tymczasem dostałem książkę, która okazała się świetnym mariażem thrillera psychologicznego i powieści obyczajowej. Połączeniem, które na papierze może brzmieć trochę dziwnie, ale w praktyce sprawdza się znakomicie.
Główną bohaterką jest Sam Stewart, kobieta, której udaje się wyrwać z toksycznego małżeństwa i doprowadzić do skazania znęcającego się nad nią męża. Nelson Stewart trafia do więzienia, ale chwilę wcześniej, tuż po ogłoszeniu wyroku, obiecuje żonie, że ją odnajdzie i się zemści. Sam otrzymuje więc nową tożsamość i jako Mary Smith próbuje rozpocząć życie od początku na drugim końcu kraju. I całkiem sprawnie jej się to udaje, poznaje mężczyznę, w którym się zakochuje, i z którym jak jej się zdaje, jest szczęsliwa.
Problem w tym, że od przeszłości nie zawsze da się uciec, nawet jeśli zmieni się nazwisko, adres i całe dotychczasowe życie.
I właśnie tutaj Carter pokazuje zupełnie inne oblicze swojego rzemiosłą. Przez sporą część książki obserwujemy codzienność bohaterki. Jej próby odnalezienia się w nowej rzeczywistości, budowania relacji, podejmowania kolejnych decyzji i odzyskiwania kontroli nad własnym życiem. Z nieustannym oglądaniem się za siebie po każdym kroku. Chwilami bliżej tej historii do powieści obyczajowej (nawet delikatnego erotyka) niż klasycznego thrillera. Tyle że gdzieś z tyłu głowy cały czas pozostaje świadomość, że zagrożenie nie zniknęło i gdzieś się czai.
I Carter doskonale potrafi o tym przypominać, gdy czytelnik raczy zapomnieć. Kilka razy naprawdę miałem poczucie, że życie bohaterki wisi na włosku. Autor bardzo sprawnie buduje napięcie, pozwala nam na chwilę uwierzyć, że sytuacja się uspokoiła, po czym przypomina, że bezpieczeństwo Mary może być tylko złudzeniem. Co ciekawe, nie potrzebuje do tego makabrycznych scen, z których jest przecież tak dobrze znany.
Jeszcze bardziej spodobało mi się jednak to, jak stopniowo zmienia się nasze postrzeganie głównej bohaterki, gdy autor odkrywa karty.
Początkowo wydaje się, że mamy do czynienia z dość prostą historią kobiety uciekającej przed brutalnym mężem. Z czasem zaczynamy jednak dostrzegać, że Mary wcale nie jest tak krystalicznie czysta, jak mogłoby się wydawać. Coraz więcej szczegółów budzi wątpliwości, pojawiają się pytania o jej przeszłość, decyzje i prawdziwe motywacje. W pewnym momencie trudno już jednoznacznie stwierdzić, ile właściwie wiemy o osobie, której przez kilkaset stron kibicowaliśmy.
I to jest dla mnie jedna z największych zalet tej książki.
Carter bardzo umiejętnie rozgrywa informacje, które przekazuje czytelnikowi. Nie zdradza zbyt wiele, ale też nie mam poczucia, że celowo ukrywa przed nami wszystko tylko po to, żeby na koniec wyciągnąć z kapelusza absurdalne rozwiązanie. Kolejne elementy układanki pojawiają się stopniowo, a pełniejszy obraz sytuacji otrzymujemy dopiero w ostatnich rozdziałach.
Zwroty akcji są naprawdę świetne. Kilka razy wydawało mi się, że wiem już, w jakim kierunku zmierza historia, tylko po to, żeby na kolejnej stronie przekonać się, że jestem zagubiony.
Największym zaskoczeniem pozostaje jednak to, że Carterowi udało się stworzyć tak angażującą historię bez korzystania ze swojego najbardziej rozpoznawalnego przepisu na sukces. Zamiast kolejnego brutalnego śledztwa dostajemy opowieść o budowaniu życia od nowa, strachu, tajemnicach i konsekwencjach wcześniejszych wyborów. A wszystko to podszyte nieustannym poczuciem, że coś jest nie tak. Choć w pewnym momencie jakby dostajemy pomysł rodem z serii z Hunterem, to jest on również pewnego rodzaju zmyłką.
Gra w chowanego udowodniła mi, że Carter nie potrzebuje Roberta Huntera ani wyjątkowo pomysłowego seryjnego mordercy, żeby napisać znakomity thriller. Wystarczy ciekawa bohaterka, dobrze poprowadzona historia i umiejętność odkrywania kolejnych kart dokładnie wtedy, kiedy czytelnik najmniej się tego spodziewa.
Nie można dawać połówek, a dla mnie ta książka to 8,5/10, więc dodaję te 0,5 za ulubionego autora i wychodzi 9/10.
@BoguslawLecina nie znam się na tym kompletnie więc może to idiotyczne pytanie, ale skoro prawie 90% wszystkich przychodów jest z cfd, to po co takiemu xtb klienci indywidualni skoro wydaje 187mln na marketing na nich?
@tomilidzons i bardzo dobrze, ja mam kupione XTB ze średnią 22 zł, a aktualnie jest warte 150zł, niedawno było ATH na prawie 200zł. Bardzo dobrze robią, wszystko się kręci ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Wczoraj bez kręcenia, bo byłem bardzo zmęczony, bardzo zapracowany i musiałem ogarnąć bardzo brudny napęd w starej szosie. Dobra, tak naprawdę nie chciało mi się, a w zasadzie odechciało się, gdy zobaczyłem o 18:00 odczuwalną -0,8 stopnia. No więc chociaż ten napęd ogarnąłem.
Dzisiaj przed 17:00 zaczęło padać, więc na poważnie rozważałem chomika. Szczęśliwie, mój pies nieszczęśliwie zawołał na spacer, a na nim zauważyłem, że kostka jest praktycznie sucha. Pozostało mi zatem pojechać i te 500 metrów kostki od domu, to były jedyne suche metry na trasie xD Pozytyw chociaż taki, że całkiem ciepło, bo co najmniej 7 stopni.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin
Cieszy powrót do lubianych bohaterów, dla których nie starczyło miejsca w poprzedniej książce. Jednocześnie przez to, że „Taniec ze smokami” również został podzielony na dwa tomy, miałem wrażenie, że akcja nie posuwa się zbytnio naprzód. To oczywiście wina tego, że obie części trzeba traktować jako jedną książkę.
Ku zaskoczeniu stwierdzam, że „Uczta dla wron” miała ciekawsze wątki. Może dlatego, że bardziej skupiała się na mniejszych lub większych intrygach, na ludzkiej psychice, a „Taniec ze smokami” idzie w bardziej mistyczne tony, między innymi Jona i Brana. Chociaż przypadek Fetora, człowieka złamanego, jest równie ciekawy z psychologicznego punktu widzenia.
Niezmiennie bardzo podobają mi się różne pogłoski słyszane przez określone postaci, a potem pokazanie ich z perspektywy innych. Sztandarowym przykładem jest cebulowy rycerz.
Mimo że ocena jest oczko niższa niż ostatnio, to wciąż serię czyta mi się naprawdę przyjemnie.
Wydawnictwo Vesper zapowiada nowy element serii Wymiary. "Księga sądu ostatecznego" Connie Willis wyląduje w księgarniach końcem listopada 2026 roku. Poniżej okładka i krótko o treści.
Mamy tu podróże w czasie, średniowieczną Anglię, epidemię Czarnej Śmierci i współczesny Oxford, w którym śmiercionośny wirus zbiera żniwo wśród mieszkańców i naukowców. Dwie epoki, dwie epidemie i walka z czasem, w której stawką jest ludzkie życie.
To właśnie ten niepokojący klimat nieuchronnej katastrofy, poczucie osaczenia i bezradności wobec choroby stanowią o sile tej historii. Średniowieczny świat pogrążony w strachu przed zarazą i współczesność, która wcale nie okazuje się bezpieczniejsza, dzieli kilkaset lat, ale łączy je coś znacznie bardziej przerażającego niż sam wirus. Postęp, wiedza i technologia nie zawsze wystarczą, gdy człowiek staje twarzą w twarz z czymś, nad czym nie potrafi zapanować.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Pytanie do osób pedalarskich - czy używa ktoś z was wideorejestratora na rowerze? Jakie kamery polecacie, a czego unikać?
Dodam, że nie zależy mi na uwiecznianiu pięknych widoków, tylko krótkich przejazdów po mieście i najistotniejsza jest dla mnie możliwość odczytania z filmu tablic rejestracyjnych.
@vvitch niby mam od jakiegoś czasu, ale rzadko biorę. Tylko że to jednak gopro13 i nagrywa miodnie, więc nie tylko rejestracje, ale i mordę w aucie się zobaczy, niemniej to raczej nie jest rodzaj sprzętu którego szukasz. Z tańszymi zwykłymi rejestratorami niestety nie miałem do czynienia.
Uchwyt na telefon za 30pln zamontowany w taki sposób jak na zdjęciu i darmowa aplikacja Road Recorder, lowcostowy zestaw do podpierdalania wymuszaczy pierwszeństwa
Tytuł: Podniebna poczta Kiki tom 3: Kiki i nowa czarownica
Autor: Eiko Kadono
Kategoria: literatura dziecięca
Wydawnictwo: Kirin
Format: książka papierowa
Liczba stron: 212
Ocena: 5/10
EEEE, szczerze mówiąc ta część wydawała mi się o wiele słabsza niż dwie poprzednie. Kiki jest już nastolatką, ale momentami zachowuje się mniej rozgarnięcie niż gdy miała tych lat dziesięć. Wątek nowej czarownicy jest tak dziwny że szkoda gadać, przez większość książki to mały diabeł który sprowadza na Kiki jakąś frustrację seksualną przez podrywanie Tombo, żeby na koniec wyszło że w sumie to nic nie ma sensu.
Przygody jakby odgrzewane... No nie zachwyca.
A jeszcze problem mam ze wszystkimi przyśpiekwami i piosenkami - absolutnie żadna się nie rymuje i ani jednej nie udało mi się zaintonować w sposób chociażby znośny xd
@Zielczan Czasem coś powie xd Chodzi Ci o fragment jak sie obraził? Wywieźli go z miasta, ale jak wrócił to już było cacy, chociaż cały ten wątek ich wojenki jakiś naciągany...
@Barcol nie, w oryginalnej anime od Ghibli on przestal mowic, bo 'dorastanie', 'coming of age metaphore'. A mnie to strasznie wkurzyło jak oglądałem, że stracili możliwość rozmawiania na koniec xD
Nawet taki cham jak ja, chodzący na mecze i skaczący na punkowych koncertach musi czasami zażyć tzw. kultury wyższej. Dawno nie byłem w teatrze i postanowiłem, że czas nadrobić te braki. Wybrałem się więc do warszawskiego Och-Teatru na "Stowarzyszenie umarłych poetów". Dlaczego? Głównie z powodu filmu, który w czasach gdy miałem lat jakieś 13-14 po prostu mnie zafascynował. Chciałem mieć takiego nauczyciela jak John Keating, najlepiej z twarzą Williamsa takich kumpli, jak chłopaki z Akademii Weltona, ale do brzegu... Czy mi się podobało? Tak... ale nie do końca. Na pewno na plus scenografia. Fajna, minimalistyczna. Na środku kilka krzeseł i ławek, podest i coś jakby fragment rampy deskorolkowej. Wszystko to, czasami jest salą lekcyjną, pokojem w internacie a czasami jaskinią. Aktorzy sami przestawiają elementy scenografii, co dodaje pewnej dynamiki i jest zwyczajnie fajne dla widza. Sama historia też została fajnie przedstawiona i myślę, udało przełożyć filmowy pierwowzór na sztukę teatralną, ale znowu... nie do końca. Niestety uważam, że bez znajomości filmu bądź książki (napisanej zresztą na podstawie scenariusza) widz może nie do końca złapać o co chodzi. Do sedna, do sedna czyli do gry aktorskiej. Jest na poziomie, ale nikt mnie nie powalił. Aktorzy grający uczniów, a więc nastolatków, mają już lat ze 30 z lekkim hakiem. Jednak podołali i na tyle przekazali emocje i zachowania, że można uwierzyć, że są dorastającymi chłopakami. Mimo to, nie czułem z nimi takiego związku, jaki czułem i zawsze czuję oglądając film. Malajkat w roli Keatinga dobry, bo ten facet przecież potrafi grać, ale też bez rewelacji. Jak dla mnie zbyt komediowa jest ta postać w interpretacji teatralnej a za mało buntownicza. Tu znowu przed oczami stanął mi powalający Williams. Poza tym nie wiem po jaką cholerę ktoś na siłę chciał pewne kwestie uwspółcześnić dodając do sztuki takie słowa jak konsola do gier. Gryzie się to z całością i lepiej byłoby zostawić akcję w czasach, w których działa się w filmie, tym bardziej, że za chwilę mówi się o braku koedukacji w Akademii Weltona a kontakt chłopców z dziewczynami jest ograniczany pewnymi konwenansami, których w dzisiejszych czasach już nie ma.
Ostatecznie jednak całość oceniam pozytywnie i fajnie było przypomnieć sobie tę historię oraz zobaczyć, jak wypadnie na deskach teatralnych.
@PlatynowyBazant ja film mam obejrzany pewnie kilkanaście razy. Szczerze mówiąc, to idąc na sztukę byłem przekonany, że nie da się tego przenieść na deski teatru, ale jednak się da.
Kiedyś kolegę narzeczona zabrała na jakąś sztukę nowoczesną w Warszawie. Nie był do tego jakoś za bardzo przekonany, bo z taką kulturą nie obcuje. Po przedstawieniu opowiada: "Nawet to fajne. Cała widownia siedziała na krzesłach dookoła wielkiego stołu. Potem wyszła naga pani, rozdała wszystkim kieliszki i zaczęła lać wódkę" xD
Ćwikła, chlebek, pasztet z kaczki, to wieczorne moje smaczki. Takie oto me kanapki - chleba wypiek własny, ćwikła teścia, ale pasztet lekko nie pasuje, własnych wyrobów kompozycje jako kupny niweluje.