Chłop dzisiaj wolne ma bo sobie wziął. No bo co #przegryw
Chłop dzisiaj wolne ma bo sobie wziął. No bo co #przegryw
Zaloguj się aby komentować
Mam filecika pokrojonego w kostkę. Muszę coś z tego upichcić dobrego na obiad. Może domowego kebaba w tortilli zrobie bo akurat mam.
#przegryw

Zaloguj się aby komentować
Co Wy na to? 05.10.2026
Dziś obchodzimy Światowy Dzień Nauczyciela - z tej okazji zadam pytanie o autorytet nauczyciela w szkołach. Starsze pokolenia często wspominają, jak za ich czasów nauczyciel był osobą szanowaną, choć często wynikało to z ich surowości czy też możliwości nakładania kar na uczniów, a niekoniecznie pozytywnej postawy. W obecnych szkołach autorytet nauczyciela jest często nieistniejący. W związku z niskimi wynagrodzeniami i niskim prestiżem zawodu, na nauczycieli kształcą się niekoniecznie osoby, dla których byłby to pierwszy wybór zawodu. W szkołach stają w strefie zgniotu między wymaganiami programu nauczania a dziećmi i rodzicami, których pretensjonalność wydaje się wzrastać wraz ze zmniejszającym się dystansem komunikacyjnym. Wszystko to powoduje frustrację i odejścia ludzi odpowiedzialnych za edukację młodych. Pytanie czy zwiększenie ich autorytetów byłoby pomocne w poprawieniu efektywności nauczania, a jeśli tak, to jak to zrobić?
Pytanie na dziś: Czy polska edukacja potrzebuje zwiększenia autorytetów nauczycieli?
Zapraszam do oddawania głosów w ankiecie oraz kulturalnej dyskusji w komentarzach. Zastrzegam, że treści niezgodne z polskim prawem i obraźliwe wobec innych użytkowników będę usuwał niezależnie od poglądów.
#cowynato #edukacja #nauczyciele
#owcacontent
Często się mówi, że autorytet trzeba samemu sobie wypracować.
Ale przy:
głodowych pensjach nauczycieli
dużym rozjeździe między programem nauczania a tym, co realnie można zrealizować
braku szans na odpowiednio dobre przygotowanie pedagogiczne (bo podyplomówki z pedagogiki to najczęściej jest żart w nie przygotowanie) przy rosnących wyzwaniach (takich jak coraz większy odsetek dzieci nieneurotypowych)
braku realnych wytycznych jak sobie radzić z problemami w klasie
często nauczyciele popadają w depresje i gubią szacunek do samych siebie - to jak mają sobie wyrabiać ten szacunek u innych...
@bojowonastawionaowca z dzieciakami w ogóle nie da się dzisiaj pracować. Żadnego posłuchu, nie mam ja jako rodzic ani nauczyciel. Za to pedegodzy mają zawsze pełen worek nieskutecznych rad. Moja młoda siedzi na lekcji, nic nie robi. A jak nauczyciel o coś spyta albo wyda polecenie to udaje że go nie ma. Potem siedzimy wieczorami i robimy to co było w szkole bo ćwiczenia nie uzupełnione.
Zaloguj się aby komentować
Jeszcze jedno zdjęcie ze wczoraj.
Zlot był pod jednym technikuum/zawodówką. Akurat robiąc to zdjęcie to wybitnie nostalgłem bo ze sceny obok leciał Karmi i Remi - Explosion a chwilę potem Beattrax - Project Well. Ogólnie to miała być impreza dla klasyków ale był klimat taki lato 2005.
I tak skojarzyłem, że na tym parkingu pod szkołą z 20 lat temu mógł stać identyczny zestaw pojazdów: BMW E36 na flagówach należące do banana, maluchy uczniów dojeżdżających z wiosek, tuningowane cinquecento z lampami seksu pewnie ucznia mechanika, losowy Hyundai Pony, golf z którego mogłaby dudnić muzyka. Jedynie merol coupe psuje kompozycję.
#motoryzacja

Zaloguj się aby komentować
Hackatony to jest super sprawa w teorii ale w praktyce to moje doświadczenia są słabe.
Na jednym organizator miał po jednym boardzie Arduino + RPI dla każdego i większość czasu spędziliśmy na debugowaniu sprzętu żeby finalnie okazało się że coś było zrypane (nie pamiętam już teraz co dokładnie, któryś scalak).
Na innym połowa zespołów znała już zadania i tylko przeklepywała sobie to co już w chacie zrobili.
Ale to było przed AI jeszcze.
Teraz idziesz na hackaton i jest konkurs kto pisze lepsze prompty i korzysta z lepszego modelu. Więc nawet element funu imo totalnie znika xD no bo ciężko jest być dumnym z aplikacji napisanej AI w taki sposób. Jeszcze widać na koniec kto z jakiego modelu korzystał bo ci co mieli Codexa mieli podobne style aplikacji i ci co korzystali z Clauda też
Pójść raz żeby zobaczyć to spoko nawet ale więcej to bez sensu.
#programista15k #programowanie
@Czokowoko Najpiękniejszym zjawiskiem hackatonowym (dosłownie tak to nazywali) z jakim się spotkałem były wydarzenia organizowanie przez jedno korpo w którym miałem przyjemność zmarnować kilka lat życia.
Macie zdefiniowane z góry drużyny (normalne zespoły w których pracowaliśmy na codzień), przydzielone z góry zadania (normalne taski na ~2 tygodnie roboty), kupę papki motywacyjnej (innowacyjność, AI, nieszablonowe rozwiązania, blablabla), zimną pickę obok ekspresu do kawy. Klepnijcie w 12h to co powinno zająć dwa tygodnie a w nagrodę dostaniecie ciepłe piwo i uścisk ręki prezesa (albo i nie bo pojechał do domu). Że też regularnie część frajerstwa się na to rejestrowała xD
@Czokowoko a najlepsze są pracowe hackatony. Dostajesz z zespołem epiki które kiedyś by weszły, ale teraz PO chce je w 24h, bo to jest fun xD
@Czokowoko Zależy co to jest za hackathon, ale fakt, że przez AI wszystkie te apki będą miały praktycznie ten sam UI. Z mojego doświadczenia to w erze przed AI hackathony wygrywały projekty, które ładnie wyglądały, ale niekoniecznie robiły wszystko to, co obiecywali twórcy że będzie robić xD
Dzięki AI jest większe ciśnienie na rezultat i podczas hackathonów obecnie to widać, bo ładne UI (i przy tym oklepane) można mieć w kilka minut. Mi się osobiście ta zmiana podoba, bo wygrywa faktyczny pomysł, a nie opakowanie + prezentacja.
Raz brałem udziałem w hackathonie AI (nieskromnie nadmienie, że byłem w TOP3, a było trochę więcej osób niż 3) to mój projekt nie miał praktycznie żadnego UI, bo był narzędziem odpalanym w terminalu.
Zaloguj się aby komentować
Kiedy zjadłeś cały granulat dla userów volvoforum.pl i postanawiasz sprzedać swoje Volvo 850 za 94900 złotych bo wymieniłeś części eksploatacyjne na czas i na dodatek jest "żułte jak Papaj" ༼ ͡° ͜ʖ ͡° ༽
https://www.otomoto.pl/osobowe/oferta/volvo-850-ID6IgHpt.html
#motoryzacja #heheszki

@Ten_koles_od_bialego_psa https://youtu.be/Qra2Avlht2I?si=m1KJ5kEK4KIVhBpX
Zaloguj się aby komentować
Vox populi - vox dei, będzie pełna relacja z TET Bułgaria. Dopóki wpis będzie dostawał chociaż jeden piorun, będę wrzucał kolejny, więc zapraszam do czarnolistowania :)
Preludium
W czwartek przyjeżdża busem P. - wtedy się poznajemy, to nasz organizator i przewodnik. Zaplanował przejazdy, zarezerwował co trzeba. Zabiera mój motocykl na pakę. Oprócz mojego będą jeszcze 3 inne, z tego tylko moja CFMoto 450, a reszta Kove 800.
Piątek to pakowanie. Ciężko mi ogarnąć wszystko: sakiewki z narzędziami, sakwy ze sprzętem na camping i jedzeniem, drybag na ciuchy, śpiwór i materac, plus namiot. Sporo tego. Nie mam jeszcze doświadczenia z takimi wyjazdami - zawsze pod namiot jeździłem autem i nie było tego problemu.
Sobota o 3 rano zaczynamy road trip. Przyjeżdżają do mnie J. - którego poznałem w tym roku i jeździłem z nim na krótsze tripy offroadowe w PL - oraz K. - znajomy naszego organizatora. Ja mam C5 w kombi, więc przeładowują cały swój szpej do niego i ruszamy.
P. wyjechał wcześniej niż my, jedzie sam, więc jak mu się chce, to śpi w busie. Świt zastaje nas na Węgrzech, w Rumunii doganiamy busa i zjadamy razem lunch. Odtąd jedziemy razem na camping Starite Borove. Granicę przekraczamy w Calafat - mostem nad Dunajem (it's uuuuge). Pierwszy raz stoję na bułgarskiej ziemi. Szybkie zakupy w Kauflandzie i pół godziny później zaczynamy rozpakowywać maszyny i stawiać obóz.
Wieczorem siadamy do stołu w kempingowej kuchni, żeby przepłukać gardła i omówić ważkie sprawy wymagające omówienia
Niedziela
Umówiliśmy się na 9:00, więc mój budzik dzwoni o 7:00. Nad ranem było jakieś 6 stopni - w środku nocy zakładałem softshell, mimo że miałem na sobie bieliznę z merino, to będzie nauczka na przyszłość. Nie chce mi się wychodzić ze śpiwora, ale wiem, że trzeba, bo pakowanie trochę mi zajmie. Zaczynam od zrobienia kawy i pochłaniam serek wiejski z wczorajszą bułą. Po śniadaniu wracam i widzę, że chłopaki już wstali. Każdy ogarnia się, jak umie: opróżniamy auta, ładujemy sakwy. Ja i K. wyglądamy jak cygański tabor, a J. i P. - jako ci bardziej doświadczeni - stawiają na czysty minimalizm. No, zobaczymy!
Ruszamy po 9:00, prawie planowo. Pierwsze 40 km to asfalt. W końcu na horyzoncie pojawia się pasmo górskie, a po chwili zajeżdżamy do miasteczka Белоградчик (Bełogradczik) dolać wachy. Ruszamy dalej, przelatujemy przez ryneczek, na którym - o dziwo - kręci się karuzela z konikami. Jeszcze dwa zakręty i szok! Mieścina leży tuż obok ogromnych skalnych ostańców. Klimat trochę jak w Karkonoszach, widoki wspaniałe, na parkingach kręci się trochę turystów, ale my tylko się rozglądamy i zjeżdżamy winklami w dół. Kawałek dalej, obok Боровица (Borovitsa) ciągnie się cała ściana takich skalnych „mnichów” wzdłuż drogi. Niezbyt wysokie, ale robią spektakularne wrażenie! Jedziemy dalej, zakręty się wiją, ale przecież nie po to tu przyjechaliśmy!
W końcu odbijamy z asfaltu. Na dzień dobry doganiamy jakieś konie, które luzem kłusują ścieżką do góry. Czy tu są dzikie konie? A jeżeli czyjeś, to dlaczego biegają bez opieki po lesie? W końcu odbijają na bok, mijamy je i natychmiast zaczyna się grubo. Droga jest sucha, ale strasznie rozjeżdżona: głębokie koleiny wyżłobione przez wodę, progi skalne i pełno luźnych kamieni. Czasem wykładam się ja, czasem K., który wyznaje, że taką drogą jeszcze w życiu nie jechał.
Ja padam na jednym z podjazdów - stromo w opór, wypadłem z koleiny i nagle mnie zarzuciło. Motocykl ciężko postawić w takim terenie. Próbuję ruszyć, ale znikąd nie da się nabrać prędkości na tych wertepach. W końcu wydrapuję się na bardziej płaski teren, ale po chwili znowu mnie zarzuca i leżę. J. pomaga mi postawić sprzęt, ale obwieszczam mu, że moje sprzęgło prawie nie chwyta. Sprawdza sam, próbuje podjechać i lipa. P. wraca do nas i stwierdza, że trzeba po prostu poluzować linkę. Kombinerki, chwila roboty, po czym P. próbuje startować, a ja pcham. Sukces! Wyjechał na prostszy odcinek, do którego muszę podejść jakieś 20 metrów. Stwierdzam w duchu, że za nic nie chciałbym iść tym szlakiem pod górę na piechotę.
Podjazdy robią się ciut łagodniejsze, wjeżdżamy w las, ale i tak trzeba bardzo uważać. W pewnym momencie stawia mnie bokiem i zaliczam kolejną wywrotkę. Jestem cały, chociaż stopa nieźle boli. Okazało się, że nie zauważyłem grubej gałęzi wystającej z boku drogi - wbiła mi się w sakwę i złamała, przez co nagle mnie przestawiło. Siedzę chwilę i masuję stopę, ale cieszę się, że mam dobre buty, a gałąź nie wbiła mi się w udo albo nie urwała nogi.
Dalej jadę już dużo ostrożniej, omijam większe kamienie i patyki, ale za chwilę staje P. - złapał kapcia z tyłu. Opona dętkowa, ma zapas, więc od razu zabiera się za wymianę. Badyl pod wahacz, klucz płaski i jazda. Mamy kompresorki, a chłopaki z niejednego pieca chleb jedli, więc praca idzie sprawnie. Schodzi na tym jakieś 40 minut. A kiedy w końcu ruszamy, okazuje się, że byliśmy zaledwie 100 metrów od wyjazdu z lasu na przepiękną połoninę. Nie mógł złapać gumy w pełnym słońcu, gdzie są takie widoki?!
Teraz jazda to już czysta przyjemność - zupełnie jak po Połoninie Caryńskiej w Bieszczadach, z tą różnicą, że dookoła nie ma ani żywej duszy. Zatrzymujemy się na szczycie, obok psów pasterskich, które na szczęście odchodzą, gdy słyszą gwizd pasterza. Na najwyższej skałce stoi ławeczka. Siadamy i podziwiamy krajobrazy - widoki są absolutnie niesamowite! Cykamy foty (wychodzą fantastycznie), pogoda jest dla nas łaskawa, tylko mocno wieje - ale trudno się dziwić na wysokości ponad 1500 m n.p.m.
Po dłuższej chwili siadamy na koziołki i ciśniemy dalej połoniną, z tą różnicą, że zaczyna się zjazd. W pewnym momencie drogę grodzi ogrodzenie pod napięciem - musimy odczepić przewody, żeby przejechać. Okazuje się, że pasą się tu krowy, które płoszą się na dźwięk silników. Odczepiamy kolejny drut i wyjeżdżamy.
Połoniny się kończą, wracamy do leśnej jazdy. Jadący na przedzie P. nagle się zatrzymuje. Schodzi z maszyny, patrzy... znów guma. Bierze trzy głębokie wdechy i mówi, że jak latali po Maroku, to w całej ekipie pękło 7 kapci, ale on sam nie złapał ani jednego, a tu ma dwa pod rząd! No trudno, kolejny postój i jazda z tematem. Łatanie trwa około godziny, bo zapasowa dętka poszła przy poprzedniej awarii.
Po ruszeniu ciągle w dół. Czasem robi się czysty hardcore: gołe skały, na których leżą kamienie różnej wielkości. Nie chciałbym tędy schodzić, a co dopiero zjeżdżać! Na szczęście w końcu pojawiają się pierwsze oznaki asfaltu oraz pierwsze wsie. Wyglądają jak opuszczone: budynki się walą, wszystko pozarastane, widać gołym okiem brak pieniędzy. W małym miasteczku parkujemy pod bułgarską „Żabką”, tuż obok wolno dekomponującej się buchanki. Kiedy K. robi jej fotkę, podjeżdża rozklekotaną Polówką jakiś gość i pyta, czy nie chcemy jej kupić za 1500 € xD. Robimy zakupy na wieczór, ale pieczywa niestety brak - w końcu to niedziela wieczór (ale humor gitówa!). Nie ma problemu, jak ktoś biedy zaznał, to i kiełbasę bez chleba zje
Wjeżdżamy w końcu na szerszą drogę, ale niedługo potem odbijamy w stary, popękany asfaltobeton, ze szczelin którego wyziera mech. Żadnych aut, żadnych ludzi - klimat żywcem z Czarnobyla (na każdym znaku cyrylica), i tylko pozarastane cmentarze świadczą o tym, że kiedyś ludzie tu mieszkali.
Z tego odcinka skręcamy w las na końcówkę dzisiejszego offroadu. Jedziemy kilka kilometrów, lekko nie jest, ale bez większych niespodzianek docieramy do jakiejś polany. P. decyduje, że tu rozbijamy obóz. Parkujemy i od razu bierzemy się za rozkładanie sprzętu, bo słońce ucieka w mgnieniu oka. Tradycyjnie już chłopaki zazdroszczą mi namiotu rozkładanego w 5 sekund, a J. - wędkarskiego krzesełka.
Gdy obozowisko stoi, zbieramy drewno i rozpalamy ognisko na środku polany. Siedzimy do późna, a rozmowy podkręca zimne piwo i przywieziona z Polski wiśniówka. Zza drzew wychyla się łysy łeb księżyca, a z głośnika płyną klasyki - w końcu wszyscy tutaj mamy już solidnie wygrzane PESELe.
W końcu czas się rozejść do namiotów. Cieszymy się, że wszystko się udało i każdy z nas dotarł cało na nocleg. Pora spać.
#offroad #bulgaria #motocykle #tet





Zaloguj się aby komentować
Wojna
Treść dla dorosłych lub kontrowersyjna
Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Poniedziałkowy bilans na plus:
Wolne w pracy
Mam bardzo dobry poziom elektrolitów
Na minus:
Wróciwszy po sobotnich zawodach ok. 23, zjadłem ten sam gulasz co dzień wcześniej ok. 15. Wszystko wydawało się być ok. Noc była kiepska, ale to dosyć standardowy temat po takim wysiłku. Średnie tętno w nocy 70, prawie 50% głębokiego snu, wiedziałam że kolejna noc będzie już w normie. Tak samo jak po lipcowym wyścigu na zbliżone 270 km. W ciągu dnia chciałem zmienić łańcuch i zrobić 1h rozjazdu na totalnym luzie. Gdzieś ok. 16 zauważyłem, że moje zmęczenie nie jest standardowe i postanowiłem darować sobie kręcenie na #rower. Klapnęliśmy przed tv i gdzieś po 18 zaczęła boleć mnie głowa, odbijało mi się i miałem dreszcze. Przyjąłem 2 verdiny, ibuprom i jakieś 30 minut później poszedłem do toalety zwrócić żarcie. Temperatura ciała w normie. Poprawa okazała się chwilowa, po niecałej godzinie powtórka, bełt był 3x większy. Lekka gorączka 37,4.
Po 20 dałem znać w pracy, że dzisiaj mnie raczej nie będzie. Byłem słaby jak cholera, ale nie wiedziałem, że będzie jeszcze gorzej. Kolejne cofki, a temperatura powoli rosła. Po 21 byłem tak słaby, że leżąc przy kiblu, opierając się o szafkę, nie lada wysiłkiem było przełożenie głowy tak, by "dobrze trafić". Po 22 zjadłem dwa kęsy kleiku ryżowego, wypiłem rumianek i położyłem się spać. Przed 23 się obudziłem, ponowny pomiar temperatury i wynik 39,0. Luba stwierdziła że kończy mnie słuchać i dzwoni na 999. Nie miałem nawet siły się odezwać. Dyspozytor powiedział, że jest duży ruch i czy możemy sami zajechać na najbliższy sor. Moja podróż na fotel pasażera (30m) trwała z 10 minut. W windzie się położyłem, nie byłem w stanie ustać przez 30s. Nie sądzę aby istniał kolejny stopień osłabienia, dalej jest już chyba tylko utrata przytomności.
W szpitalu, gdzie dosyć niechętnie mówili, że może w innym będzie mniejsza kolejka, jak zobaczyli moje zwłoki, ledwo siedzące na wózku, od razu wzięli mnie na interwencję, czy jakoś tak. Zaczęło suszyć mnie tak, że wypiłem 5 kubków wody w 10 minut.
W gabinecie lekarz widząc mnie w takim stanie, po "tylko" zatruciu, ze 3x pytał mnie o niedozwolone substancje. Luba później się zaśmiała, że aparycję miałem podobną do "zawieszonych" bohaterów z ulic Los Angeles.
Zapięli mnie pod kroplówkę i przespałem tak 2h. Ze dwa razy zwracałem zawartość żołądka, ale była to już tylko minimalna ilość wody i kwasów żołądkowych. Czułem się jednak niekomfortowo leżąc na plecach, z powodu nacisku pod przeponą.
Po odłączeniu byłem z jakieś 10% silniejszy i nawet nie potrzebowałem wózka. Tuptałem jak 100 letni dziadzio po operacji biodra. Zanim wyszliśmy ze szpitala po 2, zaszedłem jeszcze do toalety i ponownie 5 razy puściłem pawia. Jak się okazało, prawdopodobnie ostatni raz.
W domu zjadłem jeden kawałek suchego pieczywa i położyłem się spać. Budziłem się ze 20 razy, ale teraz czuję się nieco lepiej. Może jutro będzie nawet przyzwoicie.
#zdrowie #chorujzhejto
@Furto o k⁎⁎wa, zdrowo cię przeorało. Nigdy nie byłem w takim stanie. Nie wiem czy w całym życiu rzygałem tyle ile jest w tym opisie wydarzeń. Zwłaszcza, że też nigdy nie rzygałem po zatruciu czymkolwiek, u mnie organizm woli poczekać i walić drugą stroną. Dlatego jedyne jakie doświadczyłem rzyganie, to alkoholowe, stąd może z 5 razy w życiu.
Przejebana sprawa, żeby aż na sorze wylądować.
Zaloguj się aby komentować
#kolej #pkp
Dziś w #niecodziennydworzec ponownie odwiedzamy Opolszczyznę, a to za sprawą urokliwego dworca w Bukowie. Parterowy budynek w całości zbudowany z drewna pochodzi z roku 1930 chociaż jest tutaj duża rozbieżność, gdyż oficjalnie konserwator zabytków podał, że dworzec wzniesiono już pod koniec XIX w. Późniejsza data podawana jest przez miłośników kolei i architektury kolejowej. Nie zmienia to faktu, ze dworzec uznany jest z zabytek i jest jedyną tego rodzaju w pełni drewnianą konstrukcją w całej Opolszczyżnie. Dworzec w Bukowie przez lata niszczał jednak okoliczni mieszkańcy nagłaśniali sprawę, co nie pozostało bez echa w mediach lokalnych. Budynek został dzięki ich zaangażowaniu wyremontowany a w 2016 roku na wniosek Wójta Gminy Murów, Opolski Wojewódzki Konserwator Zabytków wpisał drewniany dworzec do rejestru zabytków nieruchomych. Obecnie przystanek w Bukowie funkcjonuje jako czynny punkt zatrzymywania się pociągów regionalnych, choć dobowa wymiana pasażerska jest bardzo niska.
Źródło zdjęcia: Ogólnopolska Baza Kolejowa
Data: 2009
Autor: Tomasz Walczak

Zaloguj się aby komentować
Wczorajsze chamstwo na grubym. Zjedzone z czostkowym, a jak ( ͡° ͜ʖ ͡°)
#pizza #gotujzhejto #jedzenie

Zaloguj się aby komentować
Nie ma nic lepszego, niż czytać ból d⁎⁎y i kwik brytyjskiej mafii na X, ponieważ ich pupilek GR63 odpadł z wyścigu. #formula1 #kubica #f1 #brytyjskamafia
Ps. Nawet mi Żordża trochę żal, ale klątwa Kubicy to klątwa przepotężna. Najpierw pozbył się Kler z F1 a teraz pastwi się na Żordżu
Zaloguj się aby komentować
Taka ciekawostka z x.
Polska jest teraz znacznie ważniejszym rynkiem dla eksportu Niemiec niż Chiny: 6,4% vs 4,4% (styczeń–lipiec 2026).
2023–2025: eksport Niemiec do Chin −16%, do Polski +12%.
Styczeń–lipiec 2026: Niemcy wyeksportowały o 45% więcej do Polski niż do Chin.
#polska #gospodarka #chiny #niemcy #wiadomoscipolska #wiadomosciswiat


Zaloguj się aby komentować
Ku**a, znowu na tych studiach...
#studbaza #studbaza #gownowpis
Zaloguj się aby komentować
Ehh i koniec urlopu, w piatek powrot z krety, dzis znowu na rowerze do pracy, człowiek po takich 2tygodniach nie umie juz jezdzic xd ale przynajmniej pogoda ladna #rower #zalesie

Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
#filmy #dzieci #rodzicielstwo i trochę #nostalgia
W weekend zrobiłem sobie z młodszym synem maraton Toy Story. Od piątku do niedzieli oglądaliśmy i udało się. Wszystkie części obejrzane. Przyznam, że nie oglądałem żadnego z tych filmów wcześniej. Gdy w 1995 pierwsza część wchodziła na ekrany, to po prostu byłem już za duży na takie produkcje, a starszy syn nigdy się specjalnie nie wkręcił i chyba kilka lat temu zaczęliśmy oglądać jedynkę i nie skończyliśmy. Natomiast teraz młodszy bardzo podłapał i wkręcił się w te historie i całe uniwersum. Nie wiem nawet która części przygód żywych zabawek podobała nam się najbardziej. Mi chyba najmniej jedynka w której cała historia jest dość prosta i wiadomo do czego zmierza. Nie znaczy to jednak, że jest słaba. Na piątkę wiele osób narzeka, że to już nie to samo, ale mi się podobało. Jeśli jeszcze ktoś nie oglądał ze swoimi dzieciakami a ma dziatwę w wieku lat powiedzmy 6-10, to polecam. Fajna fabuła, świetni bohaterowie, akcja zmierzająca do dobrego zakończenia, trochę zabawnych momentów, kilka wzruszeń a dla dorosłych może to być fajna wycieczka w świat dzieciństwa i możliwe, że tak jak mnie, złapie was nostalgiczny klimat. Zdecydowanie warto.

Zaloguj się aby komentować