
Cinkciarz
- 102wpisów
- 2459komentarzy

Zaloguj się aby komentować
Sobota - szczęśliwej drogi już czas Noc miała być zimna. Prognozy straszyły 3 stopniami, więc wszyscy przygotowali się do tego przed snem i chyba nie było tak źle, rano nikt nie narzekał. Sam ubierałem się do śpiwora jak Marek Kamiński na biegunie. Budzą mnie głosy kolegów, a to oznacza, że będą na mnie czekać. Mimo, że jesteśmy na odludziu, to przy śniadaniu odwiedzają nas dwa pieski. Są młodziutkie, bardzo ciekawskie, ale trochę nieufne, jak chyba wszystkie tutaj. Mimo wszystko podchodzą i dostają od nas trochę wędliny oraz kto co tam jeszcze ma, więc trzymają się nas aż do odjazdu.
Kiedy na polance zostają już tylko moje rzeczy, chłopaki...
Budzik dzwoni. Czyli jest 7:00 rano - najchłodniejsza pora dnia, tuż przed świtem. Umawiałem się na poranne termy, żeby wygrzać się przed śniadaniem, ale wyjście ze śpiwora okazuje się ponad moje siły. Siedzę w kokonie i się zastanawiam - może iść teraz, może poczekać... W końcu słyszę głos K., który pyta, czy wstaję. Ech, no dobra... Drugi najgorszy moment poranka to wciśnięcie buta na stopę. Mój paluch jest spuchnięty, a czubek buta bardzo sztywny i skutecznie go uciska. Ciężko jest żyć lekko. Śniadanie i pakowanie umilają nam okoliczne psiaki. Każdy dorzuca im coś ze swoich zapasów, więc cały czas bawią się w pobliżu i zaczepiają. Dopiero...
Zgodnie z sugestią @yoowki próbuję art zamiast wpisu.
Wstaję z budzikiem o 7:00. Zawsze jest ta ciekawość, co zobaczę, jak wyjdę z namiotu. Zawsze mam nadzieję, że mniej więcej to samo, co zostawiliśmy wieczorem, plus niebieskie niebo. Znów się udało
Na wschodzie złote chmurki zwiastują świt, ale wciąż wieje zimnem. Dorzucam trochę kory na popiół i wiatr momentalnie rozdmuchuje resztki wczorajszego ogniska. Zanim chłopaki wstaną, mam już zwinięty materac i śpiwór i grzeje wodę oraz siebie przy ognisku. Jak tylko wychodzi słońce, od razu wiatr cichnie i zaczyna się robić przyjemniej. Potem tradycyjny poranny rytuał:...
Środa - Snuja powraca
Noc mija przy dźwiękach wspólnego chrapania. Wstajemy niespiesznie. Mamy w pakiecie śniadanie, więc zbieramy się do hotelowej restauracji. Sympatyczna kelnerka - ta sama co wieczorem (oni tu śpią, czy jak?) - przynosi menu śniadaniowe, ale wszystko podane cyrylicą. Używamy tłumacza Google, ale co to jest na przykład kaszkawał albo jajka Pokemona??? Ostatecznie wszyscy biorą jajecznicę z szynką, serem i grzankami. Na szczęście kawa z automatu jest no limit.
Przy śniadaniu K. mówi, że podjął decyzję i musi się zregenerować - dostał w kość i nabawił się kontuzji. Tu jest idealne miejsce, żeby odpocząć dzień dłużej, a do nas ma dołączyć pojutrze. Ogarniamy bajzel w pokoju, wszystko po kolei znika w sakwach, aż nie zostaje nic.
Wychodzimy, zapinamy wszystkie paski, krótkie "powodzenia" i ruszamy.
Przelatujemy przez miasteczko (na okolicznych plakatach Giro d'Italia - naprawdę jechali tędy?) i skręcamy w stronę pól. Ja jadę na końcu, bo z nas trzech jestem najwolniejszy. Nie chcę ich spowalniać, bo wiem, jakie to męczące jechać za kimś wolniejszym. Chłopaki odskakują swoim tempem, a potem w jakimś miejscu na mnie czekają. Doganiam ich, chcemy ruszyć dalej, ale Kove P. coś nie chce odpalić - rozrusznik ani drgnie. Najpierw pchamy, odpala, ale zaraz gaśnie. Zmęczeni pchaniem zapinamy go do drugiego motocykla na hol. Znów odpala i gaśnie. Za chwilę jednak rozrusznik zaczyna gadać jak powinien, a piec startuje. Voodoo jakieś.
W międzyczasie podjeżdża dwóch starszych panów na czerwonych Africa Twin. Chyba też będą robić ten kawałek TET, który my robimy dziś - to byliby pierwsi motocykliści, których spotykamy. Przedwczoraj był jeszcze tylko jeden pieszy turysta na szlaku, a poza tym nikt!
No dobra, to w góry!
Jedziemy lasem. Widać, że w nocy padało (akurat jak spaliśmy w hotelu
Na konkretnej już wysokości wpadamy na wąziutki asfalt, a za chwilę jacyś mundurowi otwierają nam szlaban bez pytania, chyba nie wyglądamy jak sabotażyści. Jeszcze kilkaset metrów i widzimy ogromne jezioro, a w zasadzie zalew - Belmeken. Został utworzony dla największej bułgarskiej hydroelektrowni i wygląda nierealnie tu, między szczytami, na wysokości prawie 2000 m n.p.m. Znajdujemy miejsce niedaleko brzegu i robimy popas. Konserwy, liofile, przekąski i cisza. Można tu siedzieć bez końca i patrzeć na otaczające szczyty, po których wędrują cienie rzucane przez rzadkie chmurki w jesiennym, ale bardzo ciepłym słonku. Powietrze na tej wysokości jest za to dość zimne - nie chciałbym tu być przy gorszej pogodzie.
Kończymy popas, wsiadamy na kozy i ruszamy. Mijamy dziwne, jakby niedokończone bloki z cegły, których część jest prowizorycznie zaadaptowana i zamieszkana
Jedziemy w dół. Droga jest prosta i przewidywalna, można ją przejechać samochodem (jeśli go nie lubisz), ale trzeba się mieć na baczności, bo leży na niej dużo luźnych kamieni, a z jednej strony ciągnie się strome zbocze w dół. Co jakiś czas drogę przecinają wiszące w poprzek ogromne pnie drzew, zazwyczaj da się pod nimi przejechać, a te które były za nisko zostały już pocięte. Ciekawe czy te drzewa spadają np. tylko np. przy wichurze czy zupełnie losowo
Mijam tablicę z napisem "Park Narodowy Rila", więc podjeżdżam poczytać. Otóż jest tu m.in. zakaz poruszania się quadów i skuterów śnieżnych, a motocykle... mogą parkować tylko w oznaczonych miejscach
Doganiam chłopaków akurat pod tymi skałami wystającymi ze zbocza nad nami. Po raz kolejny mam kilka chwil na zachwycanie się widokami, jakie ten kraj ma do zaoferowania.
Niedługo potem zaczyna się asfalt, którym zjeżdżamy do cywilizacji. Na stacji zalewamy osiołki, bo plan na dzisiaj przewiduje spanie w dziczy z dala od cywilizacji. No to ruszamy znów w górę - chłopaki przodem, a Snuja stara się nadążyć.
Ale zaczyna się dziać coś, czego się nie spodziewałem. Coś kliknęło, przeskoczyło w mózgu: jakaś zapadka, jakieś nowe połączenie. Otóż żre! Trasa jak bajka, wszystko działa jak powinno: zjazdy, podjazdy, piaski, kałuże. Lecę jak nigdy, zapinam wyższe biegi, przeskakuję nad koleinami i robię zakręty "po bandzie". Kiedy jadę w zakręcie "na przeciwwagę", coraz spokojniej reaguję na uślizg koła, a nawet zaczynam go używać. Nie wiem, czy to trasa mi tak siadła, czy jednak czegoś się nauczyłem, ale ubaw mam niesamowity! Kiedy doganiam tych dwóch bandytów, puszczają mnie przodem i przez jakiś czas Snuja prowadzi, a reszta (ponoć) się nawet nie nudzi
Wyjeżdżamy z parku i znajdujemy się na jednej z gór zachodnich Rodopów, które całym pasmem otaczają ogromną dolinę rzeki Mesta (Места), która płynie stąd do Grecji (granica jest jakieś 15 km od nas). Jest to gigantyczna równina, na której wszystkie miasteczka widać jak na dłoni, a po przeciwnej stronie słońce razi w oczy zza samych wierzchołków gór.
My natomiast patrzymy na najbliższe miasteczko, które wygląda jak nic, co do tej pory widziałem - Kowaczewitsa (Ковачевица). Domki posiane na zboczu góry, zbudowane z drewna i kamienia, wyglądają jak starówka jakiegoś starego grodu, z wąską kamienną uliczką, wzdłuż której ludzie siedzą w grupach i spędzają ze sobą czas. Widzę nawet babuleńkę w tradycyjnym stroju - niesamowity klimat. Później czytam, że ze względu na ten wygląd nakręcono tu wiele bułgarskich filmów - wygooglajcie sobie. Robimy zakupy w sklepie i odjeżdżamy pozdrawiani przez grupę mężczyzn rozmawiających przed wejściem.
Udajemy się przez nizinę na zachodnią stronę. Kawałek drogi krajowej (zdążyłem się już odzwyczaić od aut na mojej drodze
Zmierzch zastaje nas przy ognisku. Patrzymy, jak zapalają się światła w dolinie. Rozświetla się też jakieś sanktuarium wysoko na górze nad nami, podczas gdy żółty księżyc wyłania łysy łeb zza gór. To będzie piękna noc.
#motocykle #tet #offroad #Bulgaria





Zaloguj się aby komentować
Wtorek - Dzień Kolejarza
Budzi mnie pisk jakiegoś jastrzębia. Nie spałem za dobrze, bo zeszło powietrze z mojego materaca. Ciekawe, czy dziura, czy tylko korek był niedociśnięty - no cóż, okaże się niedługo. Sprawdzam godzinę: 7:45, czyli zaspałem, będą na mnie czekać. Niebo dziś pochmurne, tylko czasem przemyka plama światła na okolicznych zboczach. Sprawdzam prognozę: dziś w końcu może nas pokropić, ale nie ma co się martwić na zapas.
Poranek standardowy: ogarnięcie majdanu, śniadanie w kółku na trawie, kawka. J. odkrywa, że spał w namiocie z jakimś wielkim karaluchem, który teraz zachowuje się agresywnie - macha odwłokiem i coś nim wydziela, ale w nocy chyba też grzecznie spał
Przy porannej toalecie sprawdzam paluch... Oho, paznokieć chyba zejdzie, będzie lipa włożyć buty. No ale trzeba działać, bo dostaję O-P-R, że oni już w zbrojach, a ja wciąż w wigwamie. Żeby mnie zmotywować, odjeżdżają z polanki i ubieram się sam, w ciszy. Doganiam ich w miasteczku, wywalamy śmieci do kosza i opuszczamy malownicze skały.
Cała okolica to płaskie góry poprzecinane dolinami z wioskami. Największa dolina to ta od rzeki Искър (Iskyr) - właśnie ta z najbardziej okazałymi widokami. Odbijamy od niej, jedziemy jakieś 3 km, ale J. znów ma kapcia. To wczorajsze pęknięcie się poszerza, dopychamy dwa sznurki, a podczas pompowania zatrzymujemy przejeżdżającą terenówkę i pytamy o wulkanizatora. Tutaj łatwiej dogadać się po "słowiańsku", bo angielskiego prawie nikt nie zna. Co ciekawe, kierowca ma bluzę z barwami i godłem Rosji. No cóż... Zgodnie ze wskazówkami wracamy na główną drogę i po chwili znajdujemy zakład, przy którym stoi mnóstwo aut w różnym stanie rozkładu oraz sterty opon. Niestety nie dogadujemy się z majstrem, bo nie ma ani łatek, ani dętki.
Jedziemy. Drzewa przyciągają wzrok jesiennymi kolorami, a krajówka szybko zamienia się w wioskową drogę. W asfalcie przybywa dziur, aż w końcu całkowicie zastępują one twardą nawierzchnię. Czas przełączyć tryb motocykla na offroad. Po wczorajszych glebach zgubiłem gdzieś ten przycisk, więc teraz muszę dźgać palcem w dziurę - nie przełącza się łatwo, ale to akurat jedna z mniejszych szkód
Zaczynamy dzisiejszy offroad. Rozkład jazdy dobrze znany: najpierw kiepski podjazd (który dzisiaj tak kurzy, że jak jedziesz za kimś, to widoczność spada do 3 metrów). Potem las (w miarę OK) i czasem bardzo kiepskie serpentyny pod górę, gdzie tylna opona tańczy jak szalona. Nowością jest błoto. Jeden basenik był naprawdę konkretny i wymagał skupienia, żeby nie zanurkować w błotnym spa. Cieszę się, że nie ma tego więcej - trasy są w większości bardzo suche. A ten kurz i rozjeżdżony teren to dopiero wstęp do dzisiejszego Dnia Kolejarza... ale o tym za chwilę.
Trasa prowadzi na fantastyczny podjazd tylko po to, żeby na szczycie zawrócić i z niego zjechać. Ale w końcu jesteśmy tu dla funu, nie? Podczas zjazdu niektórym ledwo udaje się uniknąć przejechania różowiutkiego prosiaka, bo stada świń grasują po drodze bez nadzoru. Zaraz po nich na drogę wbiegają spłoszone konie, również bezpańskie, co powoduje, że niektórzy muszą wyciągać się z krzaków. Co tu się...?
Po kilku kilometrach szczęśliwie trafiamy do miasta Botevgrad, gdzie wciągamy kebaba w cieście. Chyba z powodu zmęczenia smakuje równie pysznie jak ten jedzony o 3 nad ranem
Z miasteczka wracamy w góry, ale prowadzący P. coś pomylił w nawigacji i wpadamy na budowę drogi - brak pasów, maszyny pracują, a asfalt jest jeszcze ciepły. Decydujemy się jechać dalej, dzięki czemu podziwiamy od spodu majestatyczne estakady jakiejś autostrady, wiszące 80 metrów nad nami. W końcu tym dziwnym objazdem trafiamy z powrotem na TET.
Niestety, tutaj czekają na nas rozjeżdżone, twarde koleiny. Działają dokładnie jak szyny - wpadasz w taką kołami i jesteś uziemiony. Czasem mają kilka, a czasem ponad 50 cm głębokości.
Problemów z takimi szynami jest kilka. Jeśli stracisz równowagę (a im wolniej jedziesz, tym łatwiej o to), koła i tak zostaną w koleinie, co kończy się wywrotką. Jeśli głębokość przekroczy kilkadziesiąt centymetrów, zbocze może chwycić ci nogę, peg (podnóżek) albo sakwę - i znowu leżysz. A kiedy chcesz z niej rozpaczliwie wyjechać i przesuniesz środek ciężkości, koła i tak nie drgną z miejsca, co również skutkuje glebą. Generalnie najlepiej jechać środkiem, ale czasem środek sam się kończy koleiną, albo zsuniesz się w bok i znów jedziesz w koleinie jak po szynach. A to grozi... wiadomo.
Na szczęście szyny nie trwają wiecznie. Wypadamy na wyżynę: jest szeroko, koleiny robią się płytkie albo znikają całkowicie. Przestrzeń woła - zupełnie jak w tej piosence - i tu zaczyna się zabawa! Prędkość rośnie, pełna kontrola nad maszyną, power slide'y, a niektórzy nie mogą się powstrzymać, żeby nie pójść na tylne koło
Dojeżdżamy do szczytu, który nieznacznie góruje nad okolicą, ale roztacza się z niego majestatyczny widok. Bułgarzy dobrze o tym wiedzieli, bo wstawili tam pośrodku niczego bujaną ławeczkę z napisem "Литаково
Lecimy dalej. Zjazd w dół i wracają szyny. Ech, łatwo nie będzie, chociaż czasem koleiny przeplatają się z jazdą po bezkresnych polach z walającymi się łętami po kukurydzy, gdzie znów można poszaleć. Czasem po prostu jedziemy beztrosko obok siebie przez pole, zostawiając za sobą wielką chmurę kurzu. Ale co jakiś czas znów wracają te cholerne szyny...
Stopniowo teren się zmienia, koleiny ustępują miejsca piaskowi. Jeździ się po nim bardzo przyjemnie: lekko zarzuca, trakcja na 80%, można poćwiczyć pracę gazem i tylnym heblem przy skrętach, żeby wyjść z wirażu jak na rolkach z Insta
Powoli zmierzamy do cywilizacji. To tu, to tam kawałek asfaltu pojawia się między kamieniami, za chwilę kilka minut całkiem przyzwoitego asfaltu donikąd, aż docieramy do krajówki. Zajeżdżamy na stację paliw (dowolną, byle nie Lukoil
Zajeżdżamy do miejscowości Долна баня (Dolna Bania), znanej z gorących źródeł. Chyba się domyślacie, co było dalej. Szybkie zakupy i meldujemy się w hotelu ze SPA! Prawdziwe łóżka, gorący prysznic, restauracja i gorące baseny!!! Wszystko jest tak nierealne, że cieszy pięć razy bardziej niż zwykle. Kolacja przepyszna (prawdziwe fryty robione na miejscu!), kieliszek rakiji, a potem wskakujemy do zewnętrznego basenu, który po zmroku jest pięknie podświetlony. Pierwszy raz w życiu doświadczyłem uczucia, gdy po wskoczeniu do wody otula mnie błogie ciepło, aż nie chce się wypływać na powierzchnię. Do tego na zimnym powietrzu woda mocno paruje, stwarzając niesamowity klimat. Udaje nam się jeszcze zamówić po piwie, więc zanurzeni po szyję dyskutujemy o zawiłościach polityki międzynarodowej i rozwiązujemy problemy świata, konkludując kto za tym wszystkim stoi...
Dzisiejszy nocleg to prawdziwa odnowa biologiczna. Wracamy do pokoju dość późno, trzeba się coś przespać przed śniadaniem.
#motocykle #tet #offroad #bulgaria





Zaloguj się aby komentować
Poniedziałek
Noc minęła spokojnie - na tej polanie było chyba nawet cieplej niż wczoraj na kempingu. Powoli namioty się otwierają, kuchenki grzeją wodę na kawę i kto tam co ma. Zginął nam nasz hasiok, czyli reklamówka na śmieci - J. twierdzi, że słyszał w nocy jakiegoś liska. No cóż, dołożymy swoją cegiełkę do lokalnego krajobrazu, bo niestety śmieci wywala się tu bezwstydnie gdzie bądź, taka postkomunistyczna mentalność.
Po śniadaniu niektórzy idą w las za drogę, co jest o tyle zabawne, że po chwili przejeżdża ciężarówką ekipa po drewno - musieli mieć niezły ubaw
Ruszamy podobnie jak wczoraj. Zjeżdżamy do miasteczka Берковица (Berkovica) i robimy kilka kółek w poszukiwaniu sklepu. Okazuje się, że jest mały ryneczek, z którego podziwiamy nasz dzisiejszy cel - górę Kom, sięgającą delikatnie ponad 2000 m n.p.m.
Po zakupach wpadamy od razu na TET, który prowadzi coraz węższymi uliczkami i od razu robi się gruby podjazd - kamienie, wyrwy i do tego wściekłe psy. A jeszcze nie wyjechaliśmy z miasteczka xD. Po chwili, już ponad ostatnimi dachami robi się trial, wszystko rozjeżdżone, muldy, koleiny, przeskakujemy wąziutkie, ale głęboko wyryte w suchej ziemi, koryta po tymczasowych rzeczkach. Jest ostro. Stajemy po jakimś czasie - K. mówi, że kiepsko się dzisiaj czuje i faktycznie wygląda słabo. Chwila dyskusji i postanawiamy spotkać się na dole. P. wraca z nim do asfaltu, a my, chwilowo we dwóch, powoli wspinamy się w górę.
Okazuje się, że jak tylko wjeżdżamy do lasu, to jest całkiem przyzwoicie - czasem gorzej, czasem lepiej. Stajemy na elektrolity, dogania nas P., następnie bez większych niespodzianek docieramy na połoniny. Tych widoków po prostu nie da się mieć dość. Pogoda znów nas rozpieszcza, widoczność chyba z 100 km dookoła. Droga się wije, niby jest bardziej płasko, ale i tak trzeba się mieć na baczności, bo dookoła pełno luźnych kamoli, z których niektóre są naprawdę spore.
W końcu ostry podjazd pod sam szczyt Kom. P. zaczyna udzielać mi rad, więc wiem, że będzie srogo. Jadę ostatni, staram się nie myśleć za dużo, w głowie tylko jedno: "trzymaj gaz, jak puścisz, to po tobie, trzymaj, choćby to miało być ostatnie, co zrobisz...". Niestety w połowie drogi wybijam się z koleiny i ląduję na boku.
P. wraca do mnie na piechotę, pomaga postawić moto na koła i proponuje, że wprowadzi je za mnie. Ok, trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść... On wsiada, ja pcham. Sprzęgło na ostatnich nogach, ale idzie - wściekle gryzie kamienie, nabiera prędkości i udaje się, staje na wypłaszczeniu. Idę do niego na piechotę jakieś 50 metrów i łapię potężną zadyszkę - tu nawet wejść jest ciężko!
Zostały jeszcze dwa odcinki ostrego podjazdu. Chłopaki cisną pod górę, ja też wsiadam, czyszczę głowę ze zbędnych myśli, wzrokiem planuję trasę i ruszam. Motocykl na kamieniach tańczy jak narowisty koń, śmierć w oczach, ale trzymam gaz równo. Niestety w połowie tracę panowanie - wyrzuca mnie w bok, poza drogę, tam gdzie zbocze robi się naprawdę strome i skaliste, by po kilku metrach zamienić się w urwisko. Łapię sprzęgło, hamulec i leżę - na szczęście miękko, w jagodach.
Chłopaki zbiegają i na mój widok oddychają z ulgą. Myśleli, że już po mnie...
Co teraz? Pada propozycja, żeby zawrócić sprzęt i spróbować jeszcze raz z poprzedniego checkpointu, ale wiem, że nie jestem jeszcze na poziomie tej ścieżki, margines błędu wydaje mi się zbyt mały, więc oddaję kierownicę. Znów P. zjeżdża (a w zasadzie zsuwa się z małą lawiną kamieni) na dół, gdzie może nabrać prędkości, zawraca i ogień. Jak się stoi z boku, to wygląda na banalne, a nie jak walka o życie
No cóż, kolejny spacer o kilka metrów w górę i obserwuję, jak P. na swoim Kove znów drapie się na sam szczyt. Ok, kamieni jakby mniej, widziałem przed chwilą, jak to się robi, więc teraz pójdzie łatwo, PRAWDA?
No to jazda, raz matka rodziła!
Rozbieg, dwója i gazu od.... Poszło! Tym razem, na sam szczyt, wjechałem o własnych (i kozy) siłach! Staję na płaskim, J. dociera zaraz za mną. Widzę bułgarską flagę na czubku przede mną i rozglądam się. Widoki są NIE-SA-MO-WI-TE. Nawet gdybym miał już teraz wracać do domu, to warto było przyjechać choćby dla tej jednej góry.
Oprócz konstrukcji z flagą jest też marmurowy kamień z jakimiś inskrypcjami i podobizną gościa, który wygląda dokładnie jak Stalin...
Jakieś 10 metrów poniżej szczytu stoi stół z ławeczkami. No to w tak pięknych okolicznościach przyrody robimy dłuższy popas: jemy, pijemy, dzwonimy, filmujemy, a J. puszcza drona. Musi uważać, bo gdy tylko słońce przykryją chmury, od razu zaczyna mocno dąć zimny wiatr.
No dobra, czas się zbierać, ale zauważamy flaka w Kovadle. No trudno, przynajmniej trafiło dzisiaj na J. - on ma opony bezdętkowe (tubeless), więc nie trzeba zdejmować koła. Pudełko, sznurki-makarony, klej, pompeczka - 20 minut i ruszamy w dół.
Ale skoro wjechało się grubo, to zjazd też jest srogi. Technicznie łatwiejszy, bo grawitacja pomaga - wystarczy się nie bać
Połoniny przejeżdżamy elegancko, zaczyna się las i w pewnym momencie doganiam J. Pytam:
-Co jest?
-Pana.
Ech, znów stoimy.
Oglądamy gumę - ta sama dziura! Naszych sznurków nie widać, musiał trafić na kamień, który je po prostu wyrwał. Wyciągam zestaw, w międzyczasie wraca P., który nie mógł się nas doczekać z przodu. Kolejne łatanie, klejenie, pompowanie. Moja CFka, z racji gniazda zapalniczki, robi za elektrownię dla pompki
Zjeżdżamy w końcu na przełęcz Petrochan, która leży na wysokości bitwy pod Grunwaldem (1410 m n.p.m.). Jest tam już cywilizacja i jakiś zbiornik wodny - całkiem jak ten na górze Żar, tylko że betonowa niecka jest pusta, a panowie zamiatają dno
Podjeżdżamy pod elegancki lokal o szumnej nazwie "Bistro", gdzie czeka na nas K. rozwalony jak panisko. Chyba dobrze mu zrobił odpoczynek. Zamawiamy obiadek, a po nim odkrywam wspaniały porcelanowy cud cywilizacji w eleganckiej komnacie dumania, jakiej wciąż nie doświadczyło dwóch na trzech mieszkańców Federacji Rosyjskiej. Spośród licznych zalet tego miejsca największą jest to, że nie oglądają cię pracownicy jadący po drewno do lasu, więc przez kilka chwil podziwiam sztukę glazurniczą w pełnym spokoju
Pojedli, popili, czas się zbierać.
Jedziemy koło wspomnianego zbiornika, potem w górę. Nie ma ostrych podjazdów, ale ciągle utrzymujemy się powyżej 1500 m n.p.m. Teren miejscami mocno wymagający: głazy, progi, muldy, trochę lasu, aż nagle wypadamy na coś, co wygląda jak preria. Dookoła pagórki pokryte tylko wrzosami, ale w oddali widać, że jesteśmy na płaskowyżu - to wciąż Stara Płanina.
Jedzie się fantastycznie, czasem można nawet usiąść na parę sekund i dać odpocząć kręgosłupowi, ale miejscami zabawa przypomina czyste enduro
Czasem gubimy drogę, ale zjeżdżamy w końcu do miasta Лакатник (Lakatnik). Wypadamy na równiutki, szeroki asfalt, ale nasz wzrok natychmiast przyciągają pionowe skały pnące się tuż obok drogi. Wyglądają obłędnie - jakbyśmy jechali w Wielkim Kanionie, tyle że z drzewami.
W miasteczku robimy zakupy na wieczór i poranek, po czym wywiązuje się dyskusja: tankować dzisiaj czy rano? Niestety najbliższa stacja jest 20 km stąd, w miejscowości Своге (Svoge), ale decydujemy się załatwić sprawę od razu.
Jazda asfaltem jest odświeżająca: nic nie skacze, przyczepność 100%, prędkość w zakrętach cieszy - aż przypomniały mi się stare wypady w Alpy.
Niestety dzwoni J. ... hat-trick, trzecia guma tego dnia, jeeeez! Kolejne 20 minut na poboczu - powoli myślę, że oni chyba po prostu nie umieją dobrze łatać xD
W końcu dojeżdżamy do Svoge. To miasto powiatowe, bloki, ruch, młodzież na chodnikach, jest stacja, paliwo zalane, po czym szybko wracamy (na kolanku
Odbijamy gdzieś w pole. Dróżka robi się coraz węższa, pozarastana, z dwóch śladów robi się jeden, drzewa i krzewy zwisają tak, że muszę się garbić za szybką, jakbym przejeżdżał przez zieloną bramę, by za chwilę skończyć się wspaniałą łąką z widokiem na skały. Tu się rozbijamy.
Wsuwamy kolację w resztkach światła, po czym rozpalamy małe ognisko i siedzimy przy nim, popijając kto co lubi i dłubiąc słonecznik.
Dzisiaj ekipa szybko się wykrusza. Przez dwa dni zrobiliśmy "tylko" 250 km, ale terenu nie da się porównać z asfaltem. Wszyscy solidnie dostali w kość, ale cali i zdrowi zbieramy się do spania.
Do jutra!
#tet #offroad #motocykle





Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Vox populi - vox dei, będzie pełna relacja z TET Bułgaria. Dopóki wpis będzie dostawał chociaż jeden piorun, będę wrzucał kolejny, więc zapraszam do czarnolistowania :)
Preludium
W czwartek przyjeżdża busem P. - wtedy się poznajemy, to nasz organizator i przewodnik. Zaplanował przejazdy, zarezerwował co trzeba. Zabiera mój motocykl na pakę. Oprócz mojego będą jeszcze 3 inne, z tego tylko moja CFMoto 450, a reszta Kove 800.
Piątek to pakowanie. Ciężko mi ogarnąć wszystko: sakiewki z narzędziami, sakwy ze sprzętem na camping i jedzeniem, drybag na ciuchy, śpiwór i materac, plus namiot. Sporo tego. Nie mam jeszcze doświadczenia z takimi wyjazdami - zawsze pod namiot jeździłem autem i nie było tego problemu.
Sobota o 3 rano zaczynamy road trip. Przyjeżdżają do mnie J. - którego poznałem w tym roku i jeździłem z nim na krótsze tripy offroadowe w PL - oraz K. - znajomy naszego organizatora. Ja mam C5 w kombi, więc przeładowują cały swój szpej do niego i ruszamy.
P. wyjechał wcześniej niż my, jedzie sam, więc jak mu się chce, to śpi w busie. Świt zastaje nas na Węgrzech, w Rumunii doganiamy busa i zjadamy razem lunch. Odtąd jedziemy razem na camping Starite Borove. Granicę przekraczamy w Calafat - mostem nad Dunajem (it's uuuuge). Pierwszy raz stoję na bułgarskiej ziemi. Szybkie zakupy w Kauflandzie i pół godziny później zaczynamy rozpakowywać maszyny i stawiać obóz.
Wieczorem siadamy do stołu w kempingowej kuchni, żeby przepłukać gardła i omówić ważkie sprawy wymagające omówienia
Niedziela
Umówiliśmy się na 9:00, więc mój budzik dzwoni o 7:00. Nad ranem było jakieś 6 stopni - w środku nocy zakładałem softshell, mimo że miałem na sobie bieliznę z merino, to będzie nauczka na przyszłość. Nie chce mi się wychodzić ze śpiwora, ale wiem, że trzeba, bo pakowanie trochę mi zajmie. Zaczynam od zrobienia kawy i pochłaniam serek wiejski z wczorajszą bułą. Po śniadaniu wracam i widzę, że chłopaki już wstali. Każdy ogarnia się, jak umie: opróżniamy auta, ładujemy sakwy. Ja i K. wyglądamy jak cygański tabor, a J. i P. - jako ci bardziej doświadczeni - stawiają na czysty minimalizm. No, zobaczymy!
Ruszamy po 9:00, prawie planowo. Pierwsze 40 km to asfalt. W końcu na horyzoncie pojawia się pasmo górskie, a po chwili zajeżdżamy do miasteczka Белоградчик (Bełogradczik) dolać wachy. Ruszamy dalej, przelatujemy przez ryneczek, na którym - o dziwo - kręci się karuzela z konikami. Jeszcze dwa zakręty i szok! Mieścina leży tuż obok ogromnych skalnych ostańców. Klimat trochę jak w Karkonoszach, widoki wspaniałe, na parkingach kręci się trochę turystów, ale my tylko się rozglądamy i zjeżdżamy winklami w dół. Kawałek dalej, obok Боровица (Borovitsa) ciągnie się cała ściana takich skalnych „mnichów” wzdłuż drogi. Niezbyt wysokie, ale robią spektakularne wrażenie! Jedziemy dalej, zakręty się wiją, ale przecież nie po to tu przyjechaliśmy!
W końcu odbijamy z asfaltu. Na dzień dobry doganiamy jakieś konie, które luzem kłusują ścieżką do góry. Czy tu są dzikie konie? A jeżeli czyjeś, to dlaczego biegają bez opieki po lesie? W końcu odbijają na bok, mijamy je i natychmiast zaczyna się grubo. Droga jest sucha, ale strasznie rozjeżdżona: głębokie koleiny wyżłobione przez wodę, progi skalne i pełno luźnych kamieni. Czasem wykładam się ja, czasem K., który wyznaje, że taką drogą jeszcze w życiu nie jechał.
Ja padam na jednym z podjazdów - stromo w opór, wypadłem z koleiny i nagle mnie zarzuciło. Motocykl ciężko postawić w takim terenie. Próbuję ruszyć, ale znikąd nie da się nabrać prędkości na tych wertepach. W końcu wydrapuję się na bardziej płaski teren, ale po chwili znowu mnie zarzuca i leżę. J. pomaga mi postawić sprzęt, ale obwieszczam mu, że moje sprzęgło prawie nie chwyta. Sprawdza sam, próbuje podjechać i lipa. P. wraca do nas i stwierdza, że trzeba po prostu poluzować linkę. Kombinerki, chwila roboty, po czym P. próbuje startować, a ja pcham. Sukces! Wyjechał na prostszy odcinek, do którego muszę podejść jakieś 20 metrów. Stwierdzam w duchu, że za nic nie chciałbym iść tym szlakiem pod górę na piechotę.
Podjazdy robią się ciut łagodniejsze, wjeżdżamy w las, ale i tak trzeba bardzo uważać. W pewnym momencie stawia mnie bokiem i zaliczam kolejną wywrotkę. Jestem cały, chociaż stopa nieźle boli. Okazało się, że nie zauważyłem grubej gałęzi wystającej z boku drogi - wbiła mi się w sakwę i złamała, przez co nagle mnie przestawiło. Siedzę chwilę i masuję stopę, ale cieszę się, że mam dobre buty, a gałąź nie wbiła mi się w udo albo nie urwała nogi.
Dalej jadę już dużo ostrożniej, omijam większe kamienie i patyki, ale za chwilę staje P. - złapał kapcia z tyłu. Opona dętkowa, ma zapas, więc od razu zabiera się za wymianę. Badyl pod wahacz, klucz płaski i jazda. Mamy kompresorki, a chłopaki z niejednego pieca chleb jedli, więc praca idzie sprawnie. Schodzi na tym jakieś 40 minut. A kiedy w końcu ruszamy, okazuje się, że byliśmy zaledwie 100 metrów od wyjazdu z lasu na przepiękną połoninę. Nie mógł złapać gumy w pełnym słońcu, gdzie są takie widoki?!
Teraz jazda to już czysta przyjemność - zupełnie jak po Połoninie Caryńskiej w Bieszczadach, z tą różnicą, że dookoła nie ma ani żywej duszy. Zatrzymujemy się na szczycie, obok psów pasterskich, które na szczęście odchodzą, gdy słyszą gwizd pasterza. Na najwyższej skałce stoi ławeczka. Siadamy i podziwiamy krajobrazy - widoki są absolutnie niesamowite! Cykamy foty (wychodzą fantastycznie), pogoda jest dla nas łaskawa, tylko mocno wieje - ale trudno się dziwić na wysokości ponad 1500 m n.p.m.
Po dłuższej chwili siadamy na koziołki i ciśniemy dalej połoniną, z tą różnicą, że zaczyna się zjazd. W pewnym momencie drogę grodzi ogrodzenie pod napięciem - musimy odczepić przewody, żeby przejechać. Okazuje się, że pasą się tu krowy, które płoszą się na dźwięk silników. Odczepiamy kolejny drut i wyjeżdżamy.
Połoniny się kończą, wracamy do leśnej jazdy. Jadący na przedzie P. nagle się zatrzymuje. Schodzi z maszyny, patrzy... znów guma. Bierze trzy głębokie wdechy i mówi, że jak latali po Maroku, to w całej ekipie pękło 7 kapci, ale on sam nie złapał ani jednego, a tu ma dwa pod rząd! No trudno, kolejny postój i jazda z tematem. Łatanie trwa około godziny, bo zapasowa dętka poszła przy poprzedniej awarii.
Po ruszeniu ciągle w dół. Czasem robi się czysty hardcore: gołe skały, na których leżą kamienie różnej wielkości. Nie chciałbym tędy schodzić, a co dopiero zjeżdżać! Na szczęście w końcu pojawiają się pierwsze oznaki asfaltu oraz pierwsze wsie. Wyglądają jak opuszczone: budynki się walą, wszystko pozarastane, widać gołym okiem brak pieniędzy. W małym miasteczku parkujemy pod bułgarską „Żabką”, tuż obok wolno dekomponującej się buchanki. Kiedy K. robi jej fotkę, podjeżdża rozklekotaną Polówką jakiś gość i pyta, czy nie chcemy jej kupić za 1500 € xD. Robimy zakupy na wieczór, ale pieczywa niestety brak - w końcu to niedziela wieczór (ale humor gitówa!). Nie ma problemu, jak ktoś biedy zaznał, to i kiełbasę bez chleba zje
Wjeżdżamy w końcu na szerszą drogę, ale niedługo potem odbijamy w stary, popękany asfaltobeton, ze szczelin którego wyziera mech. Żadnych aut, żadnych ludzi - klimat żywcem z Czarnobyla (na każdym znaku cyrylica), i tylko pozarastane cmentarze świadczą o tym, że kiedyś ludzie tu mieszkali.
Z tego odcinka skręcamy w las na końcówkę dzisiejszego offroadu. Jedziemy kilka kilometrów, lekko nie jest, ale bez większych niespodzianek docieramy do jakiejś polany. P. decyduje, że tu rozbijamy obóz. Parkujemy i od razu bierzemy się za rozkładanie sprzętu, bo słońce ucieka w mgnieniu oka. Tradycyjnie już chłopaki zazdroszczą mi namiotu rozkładanego w 5 sekund, a J. - wędkarskiego krzesełka.
Gdy obozowisko stoi, zbieramy drewno i rozpalamy ognisko na środku polany. Siedzimy do późna, a rozmowy podkręca zimne piwo i przywieziona z Polski wiśniówka. Zza drzew wychyla się łysy łeb księżyca, a z głośnika płyną klasyki - w końcu wszyscy tutaj mamy już solidnie wygrzane PESELe.
W końcu czas się rozejść do namiotów. Cieszymy się, że wszystko się udało i każdy z nas dotarł cało na nocleg. Pora spać.
#offroad #bulgaria #motocykle #tet





Zaloguj się aby komentować
Hejo Hejto! (W skrócie "HH!"
Wróciłem właśnie z tygodniowego TET-a w Bułgarii na #motocykle . Codziennie pisałem relacje na FB, ale tylko dla znajomych. Jeśli byłoby zainteresowanie to mogę przez najbliższy tydzień wklejać też tutaj codziennie jeden post z relacji. Jeżeli nie, to jedno podsumowanie zrobię z fotkami, jak obiecałem @yoowki
@Cinkciarz
Hejo Hejto! (W skrócie "HH!"
).
Można od razu 88! ʕ•ᴥ•ʔ
Zaloguj się aby komentować
Dzień drugi w Bułgarii na #motocykle #tet i #offroad . Góra Kom (2017) ze srogim podjazdem, przełęcz Petrohan, Łakatnickie Skały. Obłędne widoki i niezły wycisk. Warto było.



Zaloguj się aby komentować
Czołem Hejto #motocykle .
TET Bułgaria, przeżyłem pierwszy dzień, chociaż nie bez szwanku
Najlepsze, że pomimo 40+ na karku i tak jestem najmłodszy
Dobra, namiot spakowany, drugi dzień przygody, życzcie powodzenia.




Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Sprawdzamy ile osób znalazło prawo jazdy w chiperkach.
Jedziesz autem i widzisz ten znak, zamierzasz jechać cały czas z pierwszeństwem i skręcić w prawo.
#prawojazdy #prawojazdyzchipsow

Zaloguj się aby komentować
Mam pomysł na nowatorski produkt, ale nie wiem jaka nazwa będzie najlepsza. Zapraszam do ankiety
#kiciochpyta #heheszki

Zaloguj się aby komentować
Wkurwiłem się.
Dostałem info w wtorek, że ING Lease wystawił mi jakąś fakturę. WTF, już opłaciłem ratę w tym miesiącu. Sprawdzam - 75zł za udostępnienie danych leasingobiorcy bo jakiś mandat, data wystawienia luty 2025. Coś mi świta, ale upewniam się i składam wniosek żeby mi udostępnili dane podmiotu, który wnioskował. Dość sprawnie, bo już wczoraj mi wrzucają całe pisemko, które do nich przyszło - Trafipark, z miejscem datą i godziną "nielegalnego parkowania". Problem (nie mój) w tym, że miałem bilecik z automatu od 8 do 10, a po 10 opłaciłem do 18 z aplikacji APCOA (siedziałem w biurze), ale pan cieć tego nie sprawdził, więc o 10:40 wsadził mi świstek za wycieraczkę.
Dzwonię na numer z "mandatu" lekko nerwowym głosem objaśniam panu ocb, po czym informuję, że ni c⁎⁎ja nie zapłacę, a do tego refakturuję na nich ten koszt od leasingodawcy. Mówię że chcę NIP, pan mi grzecznie podał i jeszcze zaczął jęczeć, że oni tylko windykują, a nie są odpowiedzialni za szkolenie cieciów parkingowych. Mówię, że mnie to nie obchodzi, oni mi wystawili kwit i poniosą koszty.
Teraz się zastanawiam jak to na nich przerzucić, bo jeżeli oddadzą mi całą kwotę faktury, to to będzie traktowane jako mój przychód i jeszcze będę musiał od tego zapłacić VAT i PIT, jprdl.
Anyway, uważajcie na tych matołów z APCOA, bo nie wiedzą co czynią. Nawet UOKiK coś im się niedawno za to do d⁎⁎y dobierał. Sorki, musiałem się wygadać.
#zalesie #coolstory
Zaloguj się aby komentować
Dla odmiany ja nie o zaćmieniu, bo siedzę w Bieszczadach i tutaj było widać najmniej. Za to były idealne warunki do obserwacji perseidów, więc wzięliśmy leżaczki i poszliśmy na łąkę obok. Ustaliliśmy już w poprzednie wieczory, że widać drogę mleczną gołym okiem, więc pomyślałem że spróbuję zrobić jej zdjęcie. Przypomniałem sobie że mój Pixel ma opcję astrofotografii (16 fotek po 16 sekund, automatyczne stackowanie i odszumianie). Jak zobaczyłem efekt, to mnie oczy wypadli z wrażenia
#astrofotografia #fotografia #gory #bieszczady


Pięknie wyszło. Spróbuj południową część sfotografować. Okolice orła, tarczy i strzelca. Pięknie wyjdą chmury gwiazd w tarczy i strzelcu. Gromada dzika kaczka w tarczy też się wyróżni. Być może będzie też widać przepiękne mgławice w strzelcu, Omegę i Lagunę. Trójlistna koniczyna może też będzie majaczyć. :)
Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować