Znalazł jeden prosty trik, żeby nie płacić za tokeny. Zobacz jak!
#zajebanezjoemonster #genz #heheszki

Znalazł jeden prosty trik, żeby nie płacić za tokeny. Zobacz jak!
#zajebanezjoemonster #genz #heheszki

Zaloguj się aby komentować
Podobnie jak nie jest godne pochwały pragnienie działania i tworzenie samych tylko dzieł bez pewnego umiłowania cnoty i bez kształtowania charakteru – te rzeczy muszą się bowiem ściśle łączyć i iść ze sobą w parze – tak samo niedoskonałym i mdłym dobrem jest cnota, która tkwi w ospałej bezczynności i nigdy nie przejawia tego, czego się nauczyła. Któż zaprzeczy, że cnota powinna swoje osiągnięcia poddawać próbie czynu, i nie rozmyślać tylko, co należy czynić, lecz także przejść wreszcie do działania i urzeczywistnić swoje zamysły?
Seneka, O bezczynności
#stoicyzm

Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Wojna
Treść dla dorosłych lub kontrowersyjna
Dziekuje @Shivaa za przekazanie paleczki. No to jedziemy z kolejna propozycją #hejtolineanyway
Co można powiedzieć na biwaku w lesie, ale nie w wytwornej restauracji na kolacji z rodziną
Otwieram popcorn, i czekam na waszą twórczość 😁
Zaloguj się aby komentować
Dlaczego palacze to w większości podludzie. Jest gorąco i wilgotno, idealnym rozwiązaniem jest klimatyzacja. Tylko nie chce cały dzień siedzieć na włączonej, bo mnie zatoki później bolą. Mocno wysusza powietrze.
Otwieram okno i mi wpada smród. Jak nie jebiące gównem fajki to maryśka. Taki człowiek smród musi jarać na balkonie, aby mu w mieszkaniu nie śmierdziało bo się właściciel mieszkania dowali. Za to cała okolica musi wąchać. Może zaczne pampersami im na balkon rzucać?
#gownowpis #bekazpodludzi
@30ohm Za 20 lat to nie będzie problemem:
https://ippez.pl/raport-ippez-kiedy-polacy-przestana-palic-papierosy-trzy-scenariusze-prognostyczne/

Zaloguj się aby komentować
C⁎⁎j pierdolny przeszkodził mi w chillowaniu, nóż mu w d⁎⁎e.
#kleszcze



Zaloguj się aby komentować
Transportery to za⁎⁎⁎⁎ste samochody. Gdyby tylko diesle nie miały AdBlue, DPFów i były w V6 to były by to nad pojazdy. A tutaj ktoś nie tylko poszedł w pneumatykę ale i nie bał się szarpnąć na felgi. #vw #motoryzacja #uk

Zaloguj się aby komentować
322 453 + 503 + 9 + 20 = 322 985
Dzień dobry się z Państwem.
Od czego by tu zacząć…?
To może tak: żyję.
Pomimo 500km szutrów, piachów, leśnych ścieżek i innych “ujebów” oraz żaru lejącego się z nieba.
Ale od początku.
Plan przejechania Mazowieckiego Gravela na koronnym dystansie 500km chodził za mną już od dawna. Dwa lata temu zrobiłem nawet pierwsze podejście, ale wtedy dużo rzeczy poszło nie tak i pokonany przez mazowieckie błota, poobijany musiałem się wycofać. Później dwie kolejne edycje jeździłem sobie przygodowo z dzieciakami na dystansie 100km. Dzieciaki jednak dorosły, odkryły, że wcale nie muszą się zgadzać na głupie pomysły ojca i powiedziały “jedź se sam!” A mnie dwa razy powtarzać nie trzeba.
Nauczony poprzednim doświadczeniem, które śmiało można nazwać porażką, tym razem postanowiłem się jednak trochę przygotować. W tym celu na jakiś tydzień przed startem zatrudniłem sobie profesjonalnego trenera. To znaczy “Czata GPT” sobie zatrudniłem. Nakarmiłem go informacjami o sobie, parametrami trasy, swoimi oczekiwaniami i po krótkiej dyskusji, po której czat doszedł do wniosku, że jednak nie uda mu się wybić tego durnego pomysłu z mojej głowy, przygotowaliśmy Plan. Plan bardzo wyraźnie (wielokrotnie i stanowczo) podkreślał, żeby przede wszystkim pilnować tętna (a nie jak na początku chciałem tempa), nawadniania i jedzenia. Uzbroiłem się zatem w żele, batoniki, izotoniki, powerbanki, rozpisałem sobie krytyczne punkty na trasie, upchnąłem wszystko w sakwę i byłem gotowy (xD) do startu.
Start o 6:05 w sobotę z rynku w Warce. W związku z tym pobudka o 3:15, szybkie (ale pożywne) śniadanko, żeby zdążyć na pociąg o 4:26. 10 km na dworzec, wiadomo - rowerem. Przecież nie będę o tak nieludzkiej godzinie budził szanownej małżonki, żeby mnie zawiozła. W ten sposób na starcie byłem z półgodzinnym zapasem.
Na rynku zaskoczył mnie kolega @Ragnarokk, który już wcześniej groził ma na hejto, że się tam zobaczymy. Dlaczego zaskoczył? Bo po tym jak przejrzałem jego posty i nie znalazłem tam żadnych treści “okołorowerowych”, za to mnóstwo treści o “grzybkach” doszedłem do wniosku, że może po prostu z nimi przesadził. Okazało się jednak, że kolega był jedną z tych osób, dzięki którym Mazowiecki Gravel w ogóle może się odbyć i jak pracowita pszczółka uwijał się w roli jednego z organizatorów. Szacun i wielkie dzięki!
No więc start. Od samego początku, trzymając się planu mojego profesjonalnego trenera, pilnowałem tętna. Wbrew pozorom nie było to takie proste - noga świeża, temperatura rano milusia, jedzie się wspaniale - to jak to tak, że mnie wyprzedzają?! Ale zacisnąłem zęby i pilnowałem, żeby serducho nie waliło szybciej niż 145-150 razy na minutę. I takim spokojnym tempem przez pierwsze godziny turlałem się przez piękne tereny w okolicach Warki, a później przez szutrowe autostrady Puszczy Kozienickiej, gdzie dopadła mnie pierwsza i jedyna awaria na trasie. Może awaria to za dużo powiedziane, bo zachowując czujność udało mi się jej uniknąć. Kto jeździ dłuższe trasy, ten wie jak denerwujące są wszelkiego rodzaju trzaski, stuki i inne niepożądane dźwięki w rowerze. Więc kiedy przez szum łańcucha, chrupot moich starych stawów i jęki zmęczenia przedarło się rytmiczne pukanie, postanowiłem się zatrzymać i sprawdzić o co może chodzić. Okazało się, że w dodatkowym uchwycie na bidony, który miałem przykręcony do siodła, poluzowały się śruby i jeszcze parę kilometrów i pewnie bym go zgubił. Niestety trzeba było rozmontować wszystko, dogrzebać się do klucza, przykręcić porządnie śrubę, zmontować wszystko z powrotem, schować klucz, po czym rozmontować wszytko jeszcze raz, ponownie dogrzebać się do klucza, przykręcić drugą śrubę, której nie dokręciłem za pierwszym razem, zmontować wszystko po raz drugi i już po 30 minutach przerwy mogłem ruszyć dalej.
I mniej więcej w tym momencie pojawił się on - upał. Nie, nie upał - piekielny żar. Temperatura przekroczyła 30 stopni i już poniżej tego progu nie spadła. A przynajmniej do późnego wieczora. Teraz oprócz kontroli tętna doszło pilnowanie regularnego nawadniania się i uzupełniania bidonów, co na trasie, która w większości prowadzi przez pola i lasy potrafi być nie lada logistycznym wyzwaniem. Zresztą stąd te dodatkowe bidony pod siodłem.
Pierwszy oficjalny pitstop był po 140 kilometrach na rynku w Zwoleniu. Mój żołądek karmiony do tej pory głównie słodkimi rogalami i żelami z dużą radością przywitał zupę gulaszową (w wersji vege, żeby nie zamulać się mięsem) i kilka herbat z cytryną i dużą ilością cukru - wiadomo w gościach słodzimy najwięcej. Na koniec szybkie chłodzenie głowy w fontannie i można jechać dalej.
O ile odcinki prowadzące przez las, schowane w cieniu, wśród świergotów ptactwa były bardzo przyjemne, o tyle te w szczerych polach dostarczały zupełnie innych atrakcji - żaru, lepiącego się do spoconego ciała kurzu i owadów wpadających we wszystkie otwory ciała. Dosłownie - we wszystkie!
Kolejny pitstop zaplanowany był na 218 kilometrze w Pętkowicach, w okolicy Bałtowa. Na 70 kilometrach dzielących te dwa punkty dwa razy musiałem uzupełniać zapasy izotoników i wody, i wlałem w siebie dwa soki pomidorowe, żeby poczuć w ustach coś innego niż cukier i muchy. Do Pętkowic dojeżdżałem z ogromną nadzieją na jakiś sensowny posiłek. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że pitstop jest lokalną imprezą, przy wiejskiej remizie, z dmuchańcami dla dzieciaków, DJem puszczającym… powiedzmy, że lokalną muzykę, a do spożycia zaoferowano nam kiełbasę z grilla i piwo. Z alkoholem. To znaczy była oczywiście woda, jakieś kruche ciasteczka, a wiejskie koła gospodyń napiekły ciast, ale wierzcie mi po 200km w upale, żrąc tylko i wyłącznie cukier w różnych postaciach i stanach skupienia, sam widok ciasta wywołuje odruch wymiotny. Po szybkim zestawieniu trasy z punktami gastronomicznymi w google maps okazało się, że powinienem zdążyć do pizzerii w Iłży oddalonej o kolejne 60 kilometrów. Jeszcze tylko szybka wizyta w toalecie, w trakcie której odkryłem, że moje spodenki faktycznie - zgodnie zresztą z zapewnieniami na stronie producenta - są idealne na wycieczki do 5h. A później zamieniają się w papier ścierny. No nic, drugich na zmianę nie zabrałem, więc od tej pory, przez (ponad) połowę trasy ratowałem się co jakiś czas kremem na obtarcia, który przezornie ze sobą zabrałem. Cierpienie zmniejszał tylko na chwilę. A ja nie jestem jak @wagabundowy i na stojąco tylu kilometrów nie pojadę, więc przez najbliższy tydzień pewnie będę chodził bez majtek…
Do Iłży dotarłem chwilę po godzinie 22:00. Zamówiłem pizzę i przebrałem się w koszulkę na noc, bo temperatura łaskawie zaczęła spadać. Niestety mam taką przypadłość, że przy takim wysiłku posiłki w formie stałej ciężko mi wchodzą, więc wmusiłem w siebie raptem 3 z 4 kawałków, popiłem dzbankiem herbaty z cytryną i dużą - a jakże - ilością cukru, po czym o 23:00 zostałem z lokalu wyproszony.
Wsiadłem na rower, i po przejechaniu kilkuset metrów troszkę mnie po posiłku zmuliło, więc stwierdziłem, że w sumie nic nie stoi na przeszkodzie żeby drzemkę, którą miałem zaplanowaną dopiero na 330km w Szydłowcu odbyć już teraz. Podjechałem pod kościół, znalazłem schowaną w cieniu ławeczkę, przypiąłem sobie rower linką do ręki, ustawiłem budzik i zamknąłem oczy. Budzik zadzwonił po piętnastu minutach więc… przestawiłem go o kolejne piętnaście. A później jeszcze raz… W ten sposób udało mi się zdrzemnąć jakieś pół godziny. Ze snu bardziej niż dźwięk budzika wyrwał mnie dźwięk terkoczącej piasty jakiegoś innego przejeżdżającego uczestnika, którego zatrzymałem w nadziei, że razem - żeby było raźniej - przejedziemy przez noc. Okazało się, że kolega ma zarezerwowany nocleg w Iłży i zaczął mnie gorąco namawiać, żeby się tam z nim zabrać, bo są miejsca i w ogóle. Przez zmęczenie i późną porę (było już po północy) w pierwszym momencie dałem się mu namówić, ale po chwili jazdy stwierdziłem, że jak położę się w miękkim łóżku, to prędko się z niego nie podniosę. Perspektywa kolejnego całego dnia w upale, z obtartymi jajkami szybko przywołała mnie do rozsądku, podziękowałem koledze i pojechałem w noc. I w las…
I to była najlepsza decyzja w tym całym porąbanym pomyśle. W nocy temperatura spadła do 14 stopni, drogi pożarowe w lasach w Górach Świętokrzyskich okazały się niewiele gorsze od asfaltów, a z podcastem w uchu nawet błyskająca na horyzoncie burza nie wydawała się taka straszna.
Następny na trasie był Szydłowiec. Szydłowiec był w moim planie niezmiernie istotny. A był istotny dlatego, że znajdowała się w nim jedyna otwarta 24h/dobę stacja benzynowa, a za nim przez kolejne 100 kilometrów, poza lasami, nie było zupełnie nic. Należało więc chwilę odpocząć, posilić się i uzupełnić zapasy. Po dojechaniu na Orlen okazało się, że:
toaleta zamknięta, bo właśnie jest sprzątana,
maszyna do kawy i herbaty też jest wyłączona, bo dopiero czeka na sprzątanie, przez tą samą panią co właśnie ogarnia toaletę
piec do ciepłych posiłków jest w trybie serwisowym
a hot-dogi wyjedli już Ci co byli ode mnie szybsi
Jedyne co pani była w stanie mi zaoferować, to hamburger podgrzany w opiekaczu. ale o drugiej w nocy, po 300km, człowiek raczej nie wybrzydza. Niestety bułka po podgrzaniu okazała się twarda jak kamień więc wyjadłem tylko ze środka mięso z ogórkiem przywalone keczupem i musztardą. Zresztą “mięso” to też nadinterpretacja, ale akurat w tym wypadku to nawet dobrze. Na szczęście w międzyczasie udrożniła się toaleta i ekspres więc mogłem zalać posiłek kolejną herbatą z cytryną i - wiadomo - dużą ilością cukru. Chwilę jeszcze posiedziałem, żeby podładować telefon i nawigację.
Jak tylko ruszyłem to zaczęło się robić jasno, bo to przecież najkrótsza noc w roku. Po podjechaniu kilku podjazdów, które na mapie wyglądały dużo groźniej niż w rzeczywistości i kilku odcinków “specjalnych”, które w rzeczywistości wyglądały dużo gorzej niż na mapie spotkałem kolegę, który jak tylko mnie zauważył zaczął gorączkowo machać. Zdecydowanie nie wyglądało to na pozdrowienie, a na prośbę o pomoc - dlatego też postanowiłem się zatrzymać. Okazało się, że kolega - na potrzeby tego tekstu nazwijmy go Adam, chociaż imię miał zupełnie inne - złapał gumę i swoją pompką uszkodził już zawór w pierwszej zapasowej dętce, więc z drugą dętką bał się ryzykować i w towarzystwie owadów czekał, aż go ktoś inną pompką poratuje. No więc poratowałem. Podarowałem mu też jedną ze swoich zapasowych dętek, żeby bidula nie jechał bez zapasu, życzyłem powodzenia i pośpiesznie ruszyłem dalej, pozwalając komarom kontynuować konsumpcję nieszczęśnika.
Tak jak wspomniałem od Szydłowca przez kolejne 100 kilometrów nie było nic. To znaczy trasa prowadziła przez jakieś mieściny, ale jako że była już niedziela i wczesnoporanne godziny to na nic ciekawego nie można było liczyć. Nawet wiejskie psy nie wykazywały zainteresowania.
I tak, przeklinając kilka razy na piachach organizatorów, dojechałem do Odrzywołu (417km) do kolejnej otwartej 24h stacji benzynowej. Tutaj na szczęście udało mi się dostać hot-doga, który przy moim oporze do stałych posiłków, wszedł zaskakująco gładko. Został popity, a jakże - herbatą i butelką soku pomarańczowego. Tutaj też dogonił mnie Adam (ten, który ma zupełnie inaczej na imię) i postanowiliśmy, że do mety pojedziemy już razem.
W towarzystwie czas mija zdecydowanie szybciej więc nawet nie wiem, kiedy minęło nam tych kolejnych kilkadziesiąt kilometrów. Wiem za to, że minęło nam na marudzeniu, narzekaniu i plotkowaniu. Mieliśmy nadzieję dojechać do mety już bez postojów, ale niestety pojawił się znowu on - upał. Nie, nie upał - piekielny żar. Temperatura znowu przekroczyła 30 stopni, a momentami zbliżała się nawet do 40. Dlatego też postanowiliśmy zatrzymać się jeszcze na chwilę na kolejnej stacji na 460km, czyli niecałe 40 km przed metą. Jeszcze nigdy bezalkoholowe piwo nie smakowało mi tak bardzo. Przy okazji odkryłem, że potrafię wypić całą półlitrową puszkę jednym haustem, ciekawych rzeczy się człowiek dowiaduje o sobie przy okazji takich przygód. Kiedy ja przyjemnie siedziałem sobie w klimatyzowanym pomieszczeniu odpisując na SMSy, Adam wyszedł dokończyć swoje napoje na zewnątrz. Kiedy po 10 minutach wyszedłem, znalazłem go - jak przystało na prawdziwego ultrasa - śpiącego na trawie przy koszu na śmieci.
Z przykrością go obudziłem i podjęliśmy ostatni już tego dnia wysiłek. Okazało się, że ten króciutki postój dał nam nowy zastrzyk energii i - jak to mawiają - poszedł ogień na tłoki. Perspektywa, zbliżającej się z każdym obrotem korby, mety spowodowała, że przestaliśmy już nawet dbać o jedzenie i poiliśmy się tylko izotonikami - po to, żeby oszukać głód i nie dostać udaru.
I tak po niecałych 32 godzinach wjechałem na metę, gdzie ku mojemu zaskoczeniu czekali na mnie z niespodzianką rodzice.
500 kilometrów, ponad doba na rowerze, hektolitry herbaty z cukrem, kilka kryzysów i dokładnie zero powodów, żeby robić to ponownie.
Do zobaczenia za rok.
#rowerowyrownik #rower
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin





Ale za⁎⁎⁎⁎sta relacja, masz talent do pisania, prawie jak do zdjęć
Pogoda dopisała w ten weekend aż nadto. XD Olbrzymie gratki, a z racji tego, że jestem ekspertem w zakresie otarć, polecam tak:
Teraz na noc nakładać alantan w posypce, gdy podrażnienia są najgorsze, spanie tylko w luźnych spodenkach
Jak zostanie zaczerwienienie, nakładać Avene Cicalfate+ lub La Roche Posay Cicaplast Baume B5+.
Jaką maść zastosowałeś przed jazdą?
Zaloguj się aby komentować
Dzień dobry,
W zasadzie to tak trochę wracam na portal, a zrobiłem sobie dość dłuższą przerwę. Stresy w życiu i w pracy powodowały to, że człowiek sobie jeszcze bardziej dowalił różnymi bodźcami, w tym również social media, i mózg był po prostu ugotowany. Stąd przerwa w jakiejkolwiek aktywności do czasu, aż głowa się nieco uspokoi. A że jeszcze oprócz pracy etatowej ciągnąłem dodatkową, to strasznie się wypalałem.
No i to chyba ten moment, kiedy mogę znowu wrócić i coś dawać od siebie, a nie tylko lurkować sobie i przepalać czas, jak to miałem w zwyczaju. A że dużo się działo, to czas upuścić troche frustracji z siebie:
- auto, które w teorii sie nie psuje (Volvo here) zaczeło strasznie dziwne rzeczy z elektryka pieprzyć, że bujałem się z tym przez 4 miesiące po warsztatach, co chwila wracając. Na koniec, jak już wszystko zrobione i nawet 2 trasy dłuższe miałem za sobą, przyjebałem w sarne jadąc o 4 rano na szkolenie (dosłownie 15km od domu). Także laweta zamiast szkolenia.
- młodemu wywaliły ostro alergie podczas tej wiosny - ale udało się chociaż ogarnąć testy, które będzie miał dopiero za miesiąc. Za to 2 razy z rodzinką byliśmy już na SOR
- dokładnie wtedy, kiedy zabrałem się za remont łazienki na piętrze i wyniosłem wszystko i skułem płytki, pod brodzikiem na parterze rozszczelniła się rura i zalała mi całą piwnicę. Oczywiście, demontaż części łazienki wszedł w grę.
- zegarek Coros se wziął i se umarł. Przestał działać przycisk głowny, więc nic nie można było zrobić. I jako domorosły zwolennik #diy probowałem sobie go naprawić. Niestety, nie obejrzałem tutoriala żadnego wcześniej i otwierałem go dokładnie z tej strony, gdzie najbliżej jest taśma od ekranu, której poszarpałem ścieżki, więc mam teraz ciemny ekran ale z funkcją wibracji
- a do tego mniejsze urazy i słaba regeneracja sprawiły, że stoję w miejscu z formą.
Ale nie dzieją się same złe rzeczy:
- Zrezygnowałem z pracy dodatkowej na rzecz awansu w moim korpo. Śmieszna rzecz, bo w pracy dodatkowej też proponowano mi awans. Nie robię już też nadgodzin, więc czas poświęcam albo na doładowanie baterii, albo na rodzinę (albo na remont!).
- zamieniłem przemiłą konwersacje z supportem Coros i dostałem od Pani rabat na nowy zegarek w wysokości 20%
- sam naprawiłem wyciek oleju w Volvo spod pokrywy zaworów (brzmi to jak poważna sprawa, ale dokręciłem jedną srubę o ćwierć obrotu. Mekanik here)
- dostałem na urodziny drukarkę 3D i coś tam się bawie, chociaż głownie gotowce lecą
- zacząłem lekko romansować ze #stoicyzm
- miałem parę razy farta i dwa razy byłem na podium w OPEN na 5km
- pojechałem z pracy na rajd Kaszebe Runda swoim rowerem MTB i załapałem się w TOP 15 wyścigu na 70km (to pierwszy raz kiedy przejechałem więcej niż 30km na strzała)
Nie powiem, że teraz jest dobrze, ale jest inaczej. I postanowiłem, że jeśli odwiedzam portal, to też po to, żeby dać cegiełkę od siebie, albo nie wchodzić wcale.
Mega się cieszę, że hejtostats @Marvina tak ładnie wygląda obecnie i że dużo osób tego używa, ja pewnie też niebawem zacznę. A starą sztafetę po prostu zaoram, jak domenka wygaśnie.
Cele na kolejne pół roku?
- przeżyć w zdrowiu
A resztę i tak dowiozę
A i przepraszam, że na PW nikomu nie odpisałem.
#oswiadczeniezdupy
Zaloguj się aby komentować

Oddajemy Wam propozycję 25 nieoczywistych zamków i pałaców w Polsce. Wybieraliśmy te mniej popularne, ale jednak inspirujące do ich poznawania. Wszystkie można zwiedzać, choć wybrane po wcześniejszym umówieniu. Na liście są wystawne pałace, ale i takie oczekujące na generalny remont. #podroze...
Zaloguj się aby komentować
Historia od mojej koleżanki z pracy: Na whatsappowej grupie przedszkolnej dwie baby wczoraj pożarły się o prezent dla kadry na koniec roku i podobno dzisiaj skończyło się popychaniem i bluzgami w przedszkolu 😂 Poszło o kubeczek - czy ma być ze zdjęciem grupy, czy ze złotymi szlaczkami z rosenthala. Różnica w cenie: 1,5 złotego. #rodzicielstwo

Zaloguj się aby komentować

W Sądzie Okręgowym w Szczecinie rozpoczął się w poniedziałek proces posła PiS Dariusza Mateckiego i siedmiu innych oskarżonych ws. związanej z Funduszem Sprawiedliwości. Sprawa dotyczy m.in. wyłudzania środków z Funduszu Sprawiedliwości oraz tzw. prania brudnych pieniędzy. Sprawa dotyczy tzw. wątku...
Wojna
Treść dla dorosłych lub kontrowersyjna
Nie wiedziałem, że sen potrafi subtelnie obudzić. To, że ktoś ma koszmar i się nagle zrywa, to popularny motyw. A tu jestem w klasie w szkole czy na studiach, matematyka, jakieś odejmowanie na tablicy, ale aktualnie oglądamy na projektorze Ricka i Mortiego xd siedzę z jakimś gościem w ławce. Trwało to trochę czasu, bo sporą część odcinka pamiętam. Nagle czuję, że mnie delikatnie dwa razy kolega z ławki dźga długopisem w żebra. Chciałem się obrócić i zapytać, czego chce, ale nagle, ku mojemu zdziwieniu, no bo w końcu jestem na matmie, nagle się okazuje, że leżę na lewym boku, mam zamknięte oczy i cicho oddycham. Kurde, dziwna poza, chyba leżę. Parę sekund mi zajęło skumanie, że śpię, a właściwie spałem, bo mogę już otworzyć oczy. Otwieram i rzeczywiście, matma była snem.
Ciekawe doświadczenie.
#sny #sen
Zaloguj się aby komentować
22 czerwca:
Światowy Dzień Garbusa
Dzień Kultury Fizycznej
Światowy Dzień Lasu Deszczowego
#nietypoweswieta #kalendarz #ciekawostki #garbus

Zaloguj się aby komentować
Zaintrygowany gniazdkiem z napisem telefon na swoim nowym modemie z ciekawości przywiozłem dzisiaj z domu z mlodzianowa nasz stary domowy telefon który ma mniej więcej tyle lat co ja i okazuje się że działa! Jest sygnał zajętości, pewnie da się w Orange dokupić jakaś usługę i miałbym numer stacjonarny - no tylko po kiego grzyba?
#ciekawostki


Zaloguj się aby komentować
21 974,87 + 14,50 = 21 989,37
Bieganko z rańca. :)
#sztafeta #bieganie
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin




Zaloguj się aby komentować