Severian, obdarzony pamięcią absolutną członek Konfraterni Poszukiwaczy Prawdy i Skruchy, potocznie nazywani katami i takież czynności wykonującymi, opowiada swoją historię. Od dzieciństwa jako sierota wychowana przez bractwo, przez okres ucznia swego fachu aż do przerwanego zdradą czeladnictwa. Wplątany w intrygę, zostaje wydalony z Wieży Matachina, kolebki jego konfraterskiej rodziny, i wyrusza przez Niezniszczalne Miasto Nessus, największe miasto planety Urth do odległego Thrax, Miasta Bezokiennych Pokoi, uzbrojony jedynie w miecz Terminus Est i własne doświadczenie.
Na nowo uczy się życia i zwyczajów od plejady osób poznanych pod drodze jak ekscentryczny przedsiębiorca doktor Talos czy tajemnicza Dorcas.
Pierwsza część cyklu Księgi Nowego Słońca. Książka jest dobra. Przyciąga ciężki i mroczny klimat i oryginalny świat będący czymś pośrodku fantasy i science-fiction.
Dobrze opisane jest rozwarstwienie społeczne dzielące arystokrację, która nawet fizycznie różni się od innych warstw społecznych, i zwykłego gminu. Chwilami rozdziały się dłużą, zwłaszcza te opisujące codzienne życie bohatera w bractwie, ale w drugim akcie już są bardziej wciągające.
Dodatkową ciekawostką jest że to chyba jedyna książka, a przynajmniej z tego co na szybko potrafię sobie przypomnieć, kończąca się cliffhangerem, praktycznie wymuszającym sięgnięcie po kolejny tom.
Cześć. Wybieram się na wakacje do Rumunii. Mam od lat taki zwyczaj, że zanim pojadę do jakiegoś kraju, najpierw czytam powieści tamtejszych autorów, albo powieści, które tego kraju/miejsca dotyczą.
Polecicie mi jakieś dobre rumuńskie książki? Coś, co mnie przygotuje do podróży. Nie chodzi mi o przewodniki, tylko o powieści właśnie, żeby poczuć klimat, a nie czytać o lokalnych atrakcjach. Jest tutaj sporo ludzi czytających, może macie doświadczenie z rumuńską literaturą, ja nie mam zupełnie rozeznania. Oczywiście mógłbym poszukać w internetach, albo zapytać AI, ale liczę na wasz dobry gust czytelniczy.
@plemnik_w_piwie może dziwny, ale od lat się sprawdza. Świetnie się sprawdza takie przygotowanie. Inaczej zwiedzasz miejsca, gdy o nich czytałeś. Inaczej patrzysz na ludzi, gdy znasz ich popkulturowe mitologie. Mnie się podoba.
nie pomogę z ksiązkami, ale wskażę co mi pomogło bardziej wgryźć się w kraj:
- wikipedia i czytanie artykułów, to wciąż mnóstwo wiedzy i sporo statystyk (np. to, że jesteśmy dla nich istotnym partnerem handlowym, będziesz spotykał polskie produkty wszędzie)
- czytanie rumuńskiego reddita oraz memy (r/romania) - daje perspektywę na ich bieżące tematy
- w trasie słuchałem rumuńskiej playlisty; wstawię poniżej listę utworów
Rumunia piękny kraj. Przez to, że mało popularny, to wciąż można być nie-instagramowym turystą.
Minusy: zapierdalają bardziej niż polscy kierowcy w Polsce, ciężarówki i korki w wioskach, wybrzeże średnie
“Biedny małpi mózg nie spocznie póki nie obrysuje zagadki pięknym, symetrycznym sensem.”
Dawno niczego nie słuchałem, ale @WujekAlien namówił
Frachtowiec Behemot w drodze na Jowisza pada ofiarą sabotażu układu nawigacyjnego i niespodziewanie schodzi z kursu.
Stylistyka rzeczywiście bardzo przypomina niektóre z dzieł Stanisława Lema. Pełna tajemnicy i refleksji, hipotetycznych rozważań i dyskusji. Pokazuje maluczkość człowieka w kosmosie nie tylko fizyczną, ale przede wszystkim ograniczenia jego umysłu.
Uwagę zwraca język, daleki od potocznego, momentami wręcz poetycki, pełen literackich zwrotów, skomplikowanej terminologii, typowych dla fantastyki naukowej neologizmów, ale też archaizmów.
Lektura krótka, ale gęsta, bardzo dobre klasyczne sci-fi, ale to nadal Dukaj, więc wcale nie jest prosta i wymaga pewnego wysiłku. Może się wręcz wydać nieco przeintelektualizowana. Nie za bardzo nadaje się do słuchania przy okazji wykonywania innych czynności.
Filip Kosior jak zwykle spisał się znakomicie: kapitan mówi głosem Horusa Luperkala, a inżynier Tarika Torgaddona?
@Hilalum dlatego postanowiłem sprzedać Linię oporu. Kupiłem ją z rozpędu, by mięć wszystkie dotychczas wydane książki Dukaja w twardej, ale przy takim ich podejściu mam to w dupie.
A że niektórzy twierdzą, że jestem "formalistom" (i mają rację), to dodaj tag #nasonety a #diproposta zmień na #diriposta bo później mi to przy podsumowaniu gdzieś umknąć może (albo kolega @bojowonastawionaowca, niech nas tu poratuje)
"The Best Seat in the House: A Cock Sparrer Story"
Steve Bruce
Jestem z siebie dumny, bo przeczytałem tę książkę w oryginale. Zresztą innego wyjścia nie było, bo nie ma polskiego tłumaczenia Cock Sparrer, to klasycy oi! i punka, którzy grają już ponad 50 lat i nadal są w formie. Na żywo widziałem ich dwa razy z czego ten drugi raz miał miejsce tydzień temu w Ostrawie. Książka jest opisem historii zespołu od początków w latach 70. po mniej więcej lata 2008-2009. Wszystko dostajemy z pierwszej ręki, bowiem autorem wspomnień jest perkusista i założyciel kapeli, Steve Bruce. Pełno tutaj opisów koncertów, tras i różnych przygód a także życia zawodowego i rodzinnego autora. Nieco mniej o nagrywaniu samych płyt, co moim zdaniem jest największym minusem tej pozycji. Dodatkowo całość została uzupełniona o skany z dzienników i zapisków wokalisty zespołu, Colina McFaull'a. Właśnie te dzienniki są super wartością dodaną. Steve, to typowo luzak, imprezowicz a Colin jest bardziej spokojnym obserwatorem. Dodatkowo książka zawiera sporo przedruków wywiadów, recenzji i mniejszych tekstów o kapeli zarówno z prasy angielskiej (super), jak i niemieckiej (niestety w oryginale). Wszystko podane jest ze szczyptą angielskiego humoru, co uprzyjemnia lekturę.
Niektóre książki mają tak nietypowy punkt wyjścia, że trudno uwierzyć, iż powstały na bazie prawdziwego miejsca. Wyspa bijących serc jest właśnie taką historią. Inspiracją dla powieści stała się istniejąca w Japonii wyspa Teshima, na której znajduje się archiwum ludzkich głosów - miejsce, gdzie ludzie zostawiają wiadomości dla tych, których już nie ma. Brzmi niezwykle, a jednocześnie trochę nierealnie. I właśnie wokół tego pomysłu Laura Imai Messina buduje swoją opowieść.
Główni bohaterowie to ludzie naznaczeni stratą. Każde z nich próbuje poradzić sobie z pustką pozostawioną przez bliskich, choć robią to na zupełnie różne sposoby. Spotkanie ich losów prowadzi do historii bardziej o żałobie i pamięci niż o samych wydarzeniach. To książka bardzo spokojna, momentami wręcz kontemplacyjna, która nie próbuje szokować czytelnika ani przyspieszać tempa tam, gdzie nie jest to potrzebne.
Najbardziej podobało mi się to, że autorka nie traktuje straty wyłącznie jako źródła cierpienia. Owszem, jest tu dużo smutku, ale równie dużo miejsca poświęcono pamięci, wspomnieniom i temu, jak obecność zmarłych potrafi nadal wpływać na życie tych, którzy zostali. Telefon, do którego nie można się dodzwonić, a mimo to ludzie zostawiają w nim wiadomości, jest jednym z najpiękniejszych literackich symboli, jakie spotkałem w ostatnim czasie.
Książka bardzo mocno korzysta też z japońskiej wrażliwości. Nie ma tu wielkich dramatycznych scen ani emocjonalnych eksplozji. Zamiast tego dostajemy ciszę, niedopowiedzenia i małe gesty, które znaczą więcej niż długie monologi. Dla jednych będzie to ogromna zaleta, dla innych wada, ale mnie ten sposób opowiadania historii bardzo odpowiadał.
Co ciekawe, mimo że centralny motyw jest tak niezwykły, książka ani przez chwilę nie wydaje się sztuczna. Wręcz przeciwnie - im dłużej ją czytałem, tym bardziej myślałem o tym, że każdy człowiek nosi w sobie rozmowy, których nigdy nie odbył albo nie zdążył dokończyć. Autorka wykorzystuje niezwykły pomysł, by opowiedzieć o czymś bardzo uniwersalnym.
To jedna z tych powieści, które nie opierają się na zwrotach akcji ani tajemnicach. Jej siłą są emocje, atmosfera i refleksja nad tym, jak radzimy sobie z nieobecnością tych, których kochaliśmy. Może nie jest to książka dla każdego, ale jeśli ktoś lubi spokojne, melancholijne historie o ludziach i uczuciach, to trudno przejść obok niej obojętnie.
Nietypowy pomysł, piękne wykonanie i dużo więcej ciepła, niż sugerowałby temat żałoby.
Branie udziału w konkursach to ryzykowne zajęcie. Ryzykowne, ponieważ wiąże się z ryzykiem wygranej. No i okazało się, proszę Państwa, że taka wygrana dzisiaj mi się przytrafiła. I to jeszcze przed pierwszą - no dobrze, przed drugą - kawą. A to dopiero poniedziałek.
Zatem nie przedłużając - bo jak wyżej zauważyłem to już poniedziałek, a skończyć chcielibyśmy pewnie w niedzielę - otwieram kolejną CXXVIII (słownie: 128 (ależ piękna okrągła liczba)) edycję zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem.
I jako że my, tutaj #zafirewallem, na każdym kroku usilnie staramy się udowodnić, że poezja nie musi być podniosła, górnolotna, patetyczna, wzniosła - choć oczywiście może, bo przecież nikt jej nie broni - to w bieżącej edycji, w ślad za panem Władysławem Broniewskim i jego wierszem Firanka udowodnimy również, że tematem jej może być dosłownie wszystko.
Firanka
Otworzyłem okno, afiranka
pofrunęła kumnie,
jakAnka
wtrumnie.
Biała firanka, błękitnezasłony,
zaszeleściło...
O! pokaż mi się od tamtejstrony!
Jesteś? Jakmiło!....
Jak miło... jak miło... jakstrasznie,
mojamiła...
Ja już chyba niezasnę...
Firanka? ... Czy tyś tubyła?
I tak jak pan Broniewski w powyższym wierszu zainspirował się zwykłą firanką, tak ja poproszę, żebyście Państwo napisali siedem (słownie: 7) utworów, na poniższe tematy:
Wiersz o łyżeczce do herbaty
Wiersz o pryszczu
Wiersz o prezerwatywie
Wiersz o rozjechanym jeżu
Wiersz o sklepie Biedronka (albo Żabka, jak kto woli)
Wiersz o baloniku
Wiersz o cegle
lub na inny, równie przyziemny lub absurdalny temat
Jak już zdążyliście zapewnie Państwo zauważyć, #diproposta składa się z tuzina wersów, a więc sonetem nie jest. Dlatego też utwory Wasze/nasze sonetami też być nie muszą. Jeśli jednak ktoś ma ochotę, to przecież nie zabronię dopisać sobie dwóch brakujących rymów - a nawet szczerze do tego namawiam.
Tak jak wspomniałem, bawimy się do najbliższej niedzieli, czyli 14.06, no chyba że nie uzbiera się pełna pula utworów, to wtedy zastanowimy się co z tym fantem zrobić.
W każdym razie bawcie się dobrze, bo przecież przede wszystkim o zabawę nam chodzi
A, no tak, no tak. Te weekendowe podróże wybiły mnie z rytmu, więc nie będę już zbędnie przedłużać i szybko zakończę CXXVIIedycję pojedynku #nasonety , w którym to w szranki stanęło dwóch wyśmienitych poetów!
Zaraz po rozpoczęciu walki @George_Stark zadał dwa szybkie wierszowe ciosy i już wydawało się, że wygra walkowerem! Jednak w ostatniej chwili rękawicę podjął @fonfi i obalił rywala potężnym ptasim sonetem! Po tym ciosie słynny Jerzy już się nie podniósł.
No i zaczęło się. Zaczęło się Wielkie Przynudzanie, Wielkie Wydłużanie i Wielkie Plecenie o Rzeczach Nieistotnych. Książka liczy sobie ponad tysiąc stron, wchodzi w najdrobniejsze szczegóły, często i gęsto opisuje rzeczy niezbyt potrzebne, a jednak jeden z najważniejszych i zapewne przez wielu najbardziej wyczekiwany moment tego tomu ma miejsce za kulisami. Żadnej konfrontacji, żadnej epickiej walki, żadnej batalii na słowa, nic. Po prostu w kolejnym rozdziale gość gryzie glebę i tyle. W pierwszych tomach rozwlekły styl mi nie wadził, bo pozwalał przeżywać przygodę razem z bohaterami, ale później tempo wydarzeń zwalnia i taki sposób pisania już się po prostu nie sprawdza w opowiadaniu o powolnej wędrówce przez pustynię albo gniciu w powozie przez kilka miesięcy.
Niestety zarzuty tutaj się nie kończą; zresztą tak jak aspekt powyższy, tak i ten w każdym kolejnym tomie dawał się coraz bardziej we znaki. Mam na myśli okazjonalne zachowania wielu postaci, pozbawione większego sensu i przeczące całej poprzedniej ich kreacji np. Elayne smaląca cholewy do Thoma. Przeważnie kilka przełączników zostaje w ich głowach przesuniętych na inną pozycję na czas sceny, rozdziału albo dwóch i jedna lub kilka osób zachowuje się inaczej niż zwykle, by potem albo podkulić ogon, albo nigdy o tym już nie wspominać. Również okołomiłosne ekscesy wrzucają wyższy bieg, wywołują w czytelniku jeszcze większe uczucie żenady niż wcześniej i tym bardziej nie mają sensu w odniesieniu do postaci, których to wszystko się tyczy.
Pewne liczby świata przedstawionego zakrawają o absurd i nie potrafię ich usprawiedliwić - armia licząca sobie 160 tys. wojowników, i to tylko z jednego stronnictwa pochodzącego z jednego obszaru. W sumie ich wszystkich było gdzieś z pół miliona, a może nawet i więcej. Jakim cudem pustynny skwar był w stanie wyżywić taką liczbę wojowników i ich "współplemieńców"? To quasi średniowieczy świat, a nie jakiś Młotek Wojenny 40000 albo starożytne Chiny, by w niewartej wzmianki potyczce brały udział miliardy żołnierzy.
Zdarzają się tu przebłyski może nie geniuszu, ale z pewnością dobrej weny, choć niestety zbyt rzadko. Można do nich zaliczyć ogień stosu, którego zasada działania jest doprawdy fascynująca i wprowadza ciekawe implikacje i liczę, że w przyszłych tomach zostaną one wykorzystane do jakiejś mocnej, wielowarstwowej akcji. Dotychczas było pod tym względem raczej bezpiecznie. Na wzmiankę zasługują również problemy Nyaneve i Elayne: uwikłane są w tak wiele intryg, spisków, sojuszy i innych tego typu zależności, że niekiedy mieszają im się wątki i nie wiedzą już, kogo mogą w daną sprawę wtajemniczyć, a komu innemu szepnąć ledwie słówko.
Ze spraw czysto technicznych: początkowe strony rozdziałów są w spisie treści przesunięte o 2 do tyłu względem rzeczywistości. A z prywaty: na pierwszej stronie uświadczyłem nigdy niewidzianego przeze mnie słowa - war w znaczeniu "wielkie gorąco", "ukrop".
Wydawnictwo Poznańskie zapowiada książkę historyczną. "Złoto, srebro i krew. Historia starożytnego Rzymu" Garetha Herneya ukaże się 29 lipca 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie, w cenie detalicznej 79,90 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Oto opowieść o tysiącletniej historii starożytnego Rzymu – jednak tym razem opowiadają ją nie wodzowie i poeci, nie kronikarze lub pomniki, lecz najpowszechniejszy i najbardziej trwały przedmiot wytworzony przez cywilizację: monety.
Monety były dla Rzymian czymś więcej niż tylko towarzyszami codzienności. Złote aureusy, srebrne denary i brązowe sesterce stały się kroniką imperium, metalowymi płótnami, na których utrwalano wizerunki bogów i wodzów, a także ich zwycięstwa i marzenia o potędze. Każdy detal – kontury świątyń, imiona boskich patronów, twarze bohaterów cesarstwa – niósł w świat wiadomości, kto wspiął się na szczyt władzy, a kto pogrążył w niesławie.
Gareth Harney zabiera czytelników w niezwykłą podróż po starożytnej historii: od legendy o wilczycy karmiącej bliźnięta Romulusa i Remusa aż po dramatyczny upadek cesarzy. Pisze z rzetelnością historyka i pasją kolekcjonera, łącząc barwną, filmową narrację z opartą na najnowszych odkryciach wiedzą historyczną, pozwalającą spojrzeć na imperium z zupełnie nowej perspektywy. To lektura dla wszystkich: zarówno miłośników historii antycznej, jak i tych, którzy dopiero chcą odkryć Rzym – dla każdego, kto czuje dreszcz, kiedy przeszłość naprawdę ożywa.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
W ostatnim czasie tak sypnęło książkami o tematyce muzycznej, jak truskawkami na grządkach. Wyszło kilka nowości, jest jedna ciekawa zapowiedź i jedno równie ciekawe wznowienie. Postanowiłem to wszystko zebrać do kupy i przedstawić, zapewne nielicznej, grupie zainteresowanych na hejto.
I tak w kolejności, jak na obrazku niżej.
Zdzisław Jodko, "Garaż twoim schronem" - wspomnienia Zdzisława "Dzidka" Jodko, bezpośrednio poprzedzające powstanie szczecińskiej wytwórni Rock'n'roller, która z czasem zamieniła się w Jimmy Jazz Records i stała się jednym z najstarszych, działających nieprzerwanie, polskich wydawnictw, związanych ze sceną punk. Autor rysuje obraz PRL-owskiej rzeczywistości, która w dużym stopniu zdecydowała o jego punkowych fascynacjach, źródłach swojej wczesnej aktywności koncertowej i wydawniczej. Od siebie dodam, że poznałem Dzidka, od 30 lat kupuję od niego płyty i zapewniam, że gawędziarzem jest przednim. Myślę, że warto przeczytać jego książkę.
Filip Bogaczyk "Polski hardcore. Część druga". Druga część książki o polskim HC. Tym razem od połowy lat 90 do dzisiaj. Min Hardcore Ściana Wschód, Unity 2000, Silesia Hardcore Attack, Stand Hard, Ratel Crew, Silesia Riot Crew, Warsaw Hardcore Attack, Hard Core Poznań. Niestety autor jest osobą spoza sceny HC punk, co z jednej strony pozwala mu na obserwacje dość obiektywne a z drugiej skutkuje błędami poznawczymi. Tak było w pierwszej części jego książki. Jak będzie z drugą można się już przekonać kupując i czytając. Szkoda, że nie są to tanie rzeczy, bo książka kosztuje 99 zł.
Tomasz Lipiński, "Jeszcze będzie normalnie". Drugi tom autobiografii założyciela Brygady Kryzys i TILT-u. Pełna muzyki i największych osobowości polskiej sceny undergroundowej opowieść o latach 80. i pierwszej dekadzie wolnej Polski. Do Lipińskiego mam stosunek, mówiąc ładnie, ambiwalentny ale pierwsza część książki była świetna i już czekam na paczkęz drugą, by zatopić się w jego wspomnieniach.
Magdalena Czubaszek, "Będziesz wrzeszczeć". Gdzie w tym burzliwym, tętniącym życiem podziemiu muzycznym były kobiety? Czy ich głosy zaginęły w zgiełku męskich narracji, a ich wkład został niesprawiedliwie zapomniany? To pytanie stawia w swoim reportażu autorka, przenosząc nas w świat, który domagał się wolności, ale jednocześnie twardo egzekwował własne, niepisane zasady. To podróż śladami wokalistek, instrumentalistek i twórczyń, które odważyły się tworzyć w czasach PRL-u, często mierząc się z podwójnymi wyzwaniami - byciem artystką i kobietą w środowisku pełnym hierarchii i męskiej dominacji. To dopiero zapowiedź książki, ale wydaje się, że będzie interesująco. Premiera 17 czerwca.
Darek Dusza, "Jestem ziarnkiem piasku". Ta książka nie jest śmiertelnie poważną autobiografią artysty, który w megalomańskim porywie postanowił postawić sobie usypany z liter pomniczek. Darek Dusza, choć ma na koncie przeboje śpiewane przez całą Polskę, nie traci nawet na moment dystansu i poczucia humoru. Jestem ziarnkiem piasku nie jest też – na szczęście! – zbiorem czerstwych alkoholowo-erotycznych anegdot, jakimi zbyt często wypełnione są rockandrollowe biografie. Jest to wznowienie tego tytułu po kilku latach.
Daniel Lake, "USBM. Amerykański Black Metal". Monumentalna, licząca ponad 700 stron kronika amerykańskiej sceny blackmetalowej, oparta na bezpośrednich relacjach dziesiątek muzyków - od pionierów z lat 90. XX wieku po współczesnych twórców. Nie siedzę w temacie, ale brzmi interesująco. Niestety wydane przez InRock, więc podobnie, jak w przypadku wydawnictwa Kagra, boję się kiepskiego, kwadratowego tłumaczenia.
Dowodzący oddziałem sierżant nie był zachwycony swoją misją. Pochodził z Ramtopów i nie miał pojęcia, jak się zabrać do aresztowania czarownicy. Wiedział za to, że czarownicy się to nie spodoba. A jemu nie podobała się myśl o czarownicy, której nie podoba się aresztowanie.
Jego ludzie też byli Ramtoperami. Szli bardzo blisko, gotowi ukryć się za nim na pierwszy znak czegoś bardziej nieoczekiwanego niż drzewo.
Po pięciu tomach trudno już traktować Blackwater jak zwykłą serię książek. To bardziej wielopokoleniowa kronika rodziny Caskeyów, która przy okazji okazuje się jedną z najbardziej nietypowych mieszanek sagi rodzinnej, southern gothic i horroru, jakie miałem okazję przeczytać. "Deszcz" jest finałem tej historii i w moim odczuciu bardzo dobrze pokazuje, czym tak naprawdę Blackwater było od samego początku.
Przede wszystkim nie jest to horror w klasycznym rozumieniu. Wiele osób sięga po tę serię z takim nastawieniem i może poczuć się rozczarowanych. Sam miałem podobne odczucia przy pierwszych tomach. Najwięcej grozy dostałem w "Domu", gdzie nadprzyrodzona warstwa wreszcie wysunęła się na pierwszy plan. Później seria ponownie skupiła się bardziej na rodzinie niż "potworach". "Deszcz" kontynuuje ten kierunek, ale robi to już ze świadomością, że wszystkie najważniejsze pytania zostały zadane i trzeba zacząć na nie odpowiadać.
Najbardziej podobało mi się to, że McDowell nie próbuje na siłę zaskakiwać czytelnika. Nie dostajemy nagłego zwrotu akcji wywracającego cały świat do góry nogami ani finału, który miałby szokować. Zamiast tego autor konsekwentnie domyka wątki, które budował przez ponad dwa tysiące stron. Wiele tajemnic związanych z Elinor, jej naturą i wpływem na rodzinę znajduje swoje wyjaśnienie. Nie wszystkie odpowiedzi są podane wprost, ale po raz pierwszy od początku serii miałem poczucie, że puzzle zaczynają pokazywać pełny obraz.
Bardzo dobrze wypada też sam motyw przemijania. W poprzednich tomach obserwowaliśmy kolejne pokolenia Caskeyów walczące o władzę, majątek i wpływy. W "Deszczu" coraz mocniej czuć, że czas jest przeciwnikiem, którego nie da się pokonać. Bohaterowie starzeją się, umierają, a rodzinne konflikty, które kiedyś wydawały się najważniejsze na świecie, zaczynają tracić znaczenie. To chyba najbardziej melancholijny tom całej serii. Właśnie dlatego tak dobrze działa finał. Nie dlatego, że jest spektakularny, ale dlatego, że wydaje się nieunikniony. Od pierwszego tomu miałem wrażenie, że rzeka Blackwater i związane z nią tajemnice są czymś większym od wszystkich bohaterów. W ostatnim tomie autor wreszcie pozwala temu motywowi wybrzmieć do końca. Jest w tym coś bardzo eleganckiego i jednocześnie smutnego.
Co ciekawe, po lekturze całego cyklu mam wrażenie, że Blackwater jest odwrotnością wielu współczesnych serii. Zwykle autorzy zaczynają od mocnego pomysłu i stopniowo tracą kontrolę nad historią. McDowell zrobił coś odwrotnego. Pierwsze tomy były dla mnie bardziej obyczajowe niż horrorowe i momentami zastanawiałem się, dokąd to wszystko zmierza. Dopiero końcówka pokazuje, że autor od początku wiedział, jaką historię chce opowiedzieć. To też jest ogromnym plusem serii, czuć, że tu nie ma przypadków i niezrozumiałych decyzji.
Jeśli miałbym wskazać najlepszy tom, nadal byłby to dla mnie "Dom". Jeśli miałbym wskazać najważniejszy, byłby to właśnie "Deszcz". To książka, która sprawia, że cała saga nabiera właściwego sensu. Nie jest najbardziej widowiskowa, nie jest najbardziej przerażająca, ale jest dokładnie takim zakończeniem, jakiego ta historia potrzebowała.
Blackwater zaczęło się od powodzi i kobiety wychodzącej z zalanego hotelu. Kończy się deszczem i poczuciem, że przez sześć tomów obserwowaliśmy nie tylko losy rodziny, ale również nieuchronny cykl życia, śmierci i przemijania. Bardzo satysfakcjonujące zakończenie jednej z najbardziej nietypowych sag rodzinnych, jakie czytałem.
Wiele osób sięga po tę serię z takim nastawieniem i może poczuć się rozczarowanych.
Trochę trudno inaczej patrzeć na tę sagę, skoro Albatros reklamuje ją jako arcydzieło horroru, nawet ostatnio na LC wrzucili artykuł sponsorowany który był jedną wielką masturbacją do tego, jakim ta książka nie jest świetnym horrorem. Gdyby opisywali to uczciwie jak Ty, jako obyczajówkę z nurtu realizmu magicznego, może średnia ocen całej serii byłaby wyższa, bo grupa docelowa czytelników byłaby inna, bo wykruszona o czytelników szukających klasycznych horrorów.
@Telezajaczek ja dostałem bana za pisanie uczciwie na Lubimy czytać i miałem sporą spinę z jedną z autorek na portalu, dlatego nie traktuje już ich poważnie ;) kradnę im tylko okładki xD
Ja sięgałem po serię po recenzji na TikToku, która mówiła, że to świetnie domknięta saga rodzinna, a ja tego właśnie potrzebowałem. Dodatkowym plusem jest długość tomów, bo można je wciągnąć w 1-2 wieczory.
@WujekAlien oo, to co się odjebało? Chyba coś więcej, niż zwykła niepochlebna recenzja (jakby za to banowali, mnie już dawno by wywalili xD). Wiesz, ja mam w znajomych typa, który swoje recenzje lubi zaczynać od "autor, Żyd i komunista", bajki recenzuje w stylu "wolne od LEWACKICH zboczeń" i mu nie zdejmują recek, a konto działa bez zakłóceń, to musiała być naprawdę potężna inba, że bana masz.
No i taki opis tej serii jest zgodny z prawdą, a marketingowcy Albatrosa robią z całej sagi współczesnego Lovecrafta, no to taki typowy bait i w sumie nie wiadomo po co, zastosowany, bo fani horrorów czy to w stylu klasycznym, czy Kinga, odbiją się od Blackwater.