Ależ się pięknie bawiłam. Cudowne teksty, jeszcze w tłumaczeniu mądrym, sprytnym, VHSowym.
Cudowna parodia filmów o Robin Hoodzie. Takich komedii już nie ma, chlip chlip.
PS. Ciężko btw mi idzie z filmami przez to lato bo a to praca, a to rower, a to Mundial, a to Wimbledom, ale pod koniec lipca oczywiście festiwal i wrócę z ponad 40 tytułami!
Laureat Oscara za pierwszoplanową rolę w filmie Prywatne życie Henryka VIII (1933). Znany z potężnej charyzmy i ról w takich klasykach jak Bunt na Bounty oraz Świadek oskarżenia. Wyreżyserował również cenione arcydzieło kina Noc myśliwego (1955).
Pierwszy raz obejrzałem ten film jakoś w dzieciństwie (moja babcia nie przejmowała się kategoriami wiekowymi). Zapamiętałem z niego głównie scenę otwarcia czaszki i skosztowania mózgu. Jako że obejrzane niedawno „Milczenie owiec” bardzo mi się spodobało, miałem nadzieję, że z kontynuacją będzie tak samo.
Nic bardziej mylnego.
Odniosłem wrażenie, że Ridley Scott nie zrozumiał, o czym było „Milczenie owiec” ani co sprawiło, że to były aż tak dobre ruchome obrazki. Widać to już w sekwencji otwierającej film, przepełnionej akcją podczas nieudanego nalotu FBI. Widać to też w różnych scenach grozy. Albo dostajemy jumpscare'a z obowiązkowo nagłą głośną muzyką, żeby podkreślić moment, albo obraz staje się rozmyty czy zbytnio się trzęsie. Zdziwiło mnie też pokazanie ataku Lectera, który przypominał bezrozumne zombie, co ani trochę nie pasowało do wykreowanego obrazu spokojnego człowieka, jakim jest przez 99% czasu ekranowego.
Nie podobała mi się zmiana aktorki odgrywającej główną rolę ani sposób, w jaki odegrała Starling. W ogóle nacisk położono na to, że agentka była traktowana jako obiekt seksualny przez kolegów z pracy, co, oprócz podłożenia jej świni, nie spodobało się Lecterowi, który... nie wiem, w jaki sposób się o tym dowiedział.
W ogóle dowiadywanie się czegokolwiek było potraktowane jakoś po macoszemu. W poprzednim filmie były rozmowy z Lecterem, niejasne wskazówki, burza mózgów z koleżanką, zaglądanie do plików et cetera. A tutaj bohaterka po prostu sobie gdzieś jedzie i o dziwo trafia tam, gdzie powinna.
Gdyby nie Anthony Hopking, nie włączyłbym tego filmu.
@Analnydestruktor z filmowych ekranizacji książek o Lecterze to może jeszcze Czerwony smok z lat 80. był w miarę OK chociaż też ze dwa lvl niżej od Milczenia owiec. Ale największą abominacją jest ten prequel jak Lecter jedzie do ZSRR i rozwala byłych partyzantów.
Po śmierci brata Charlie Stoker zamieszkuje razem z owdowiałą bratową Evelyn i bratanicą Indią. Evelyn od początku jest oczarowana przystojnym szwagrem, jednak India podejrzewa go o złe zamiary.
Klasyczny przerost formy nad treścią, piękne zdjęcia nie są w stanie przykryć beznadziejnego, pozbawionego wszelkiego realizmu i logiki scenariusza pisanego na kolanie. Miał być inteligentny thriller bawiący się z widzem, wyszła sraka.
Można obejrzeć jedynie po to, żeby popatrzeć sobie na Mię Wasikowską w retro stylizacjach, w żadnym filmie nie wyglądała piękniej.
Nie dziwię się, że Anthony Hopkins otrzymał Oscara za zagranie roli doktora Hannibala Lectera. Już jego pierwszy występ na ekranie wzbudził we mnie niepokój i szczerze, nie chcę sobie wyobrażać, co musiała czuć Jodie Foster, gdy grała z nim sceny twarzą w twarz. Niby wiadomo, że to tylko gra, ale gdy ktoś jest tak przekonujący... to aby na pewno?
Co ciekawe, po ich relacji spodziewałem się, że Starling stanie się ofiarą Lectera, gdy ten tylko ucieknie z więzienia. Bo że prędzej czy później ucieknie, nie miałem żadnych wątpliwości - nie zgodziłby się na współpracę po to, by zamienić jedno więzienie na drugie. Szkoda tylko, że reżyser tak dobitnie pokazał, że doktorowi zależy na długopisie zostawionym przez Chiltona, jakby uważał, że widz nie zrozumie, w jaki sposób Lecter zdobył skuwkę.
Przyznam, że do samego końca siedziałem jak na szpilkach, ponieważ nie byłem pewien co się wydarzy. Niby spodziewałem się, że jak to w thrillerach uda się złapać seryjnego mordercę, w którego zidentyfikowaniu pomagał Lecter, jednakże scena w rozleglej piwnicy była stresująca. Reżyser razem z Jodie świetnie pokazali lęk Starling, która po raz pierwszy znalazła się w tak poważnej sytuacji.
Widziałem jedną czy dwie opinie, że finałowa scena jest bezsensowna, ponieważ morderca miał czas założyć noktowizor, ale nie pomyślał o tym, żeby odciągnąć kurek pistoletu. I gdy to zrobił, to bohaterka nagle wiedziała, że mężczyzna jest za nią. Może i zapomniał o tym, ale może chciał napawać się bezbronnością swojej niespodziewanej ofiary, która miotała się w ciemnościach? W końcu kilkukrotnie próbował dotknąć ją dłonią czy nawet złapać.
Wspaniały film i dziwię się, że obejrzałem go dopiero teraz, gdy kolejną część widziałem przynajmniej kilkukrotnie.
Jest znana anegdota, którą opowiada Foster. Jako że była młodą aktorką, z Hopkinsem widziała się dopiero podczas kręcenia pierwszej sceny, także jej strach był autentyczny. Dodatkowo, gdy Lecter "rozgryza" agentkę, kpi z jej akcentu klasy robotniczej. Hopkins to zaimprowizował, a Foster myślała wtedy, że doświadczony aktor ją przedrzeźnia i nabija się ze słabego warsztatu, co bardzo ją uraziło i świetnie wpisało się w scenę
Maksymalnie uładzona biografia króla popu. Akcja kończy się de facto na Victory Tour w 1984, czyli, jak można się domyśleć po dacie, film praktycznie nie rozlicza się z późniejszymi skandalami Jacksona i oskarżeniami wobec niego.
A tak poza tym, to standardowo zrealizowany biopic, ale nic więcej. Odtwórca głównej roli mało podobny, ale spoko zagrał i mówił jak Michael, więc ciężko wyobrazić sobie kogoś lepszego do tej roli.
Leci w kinach, again szkoda kasy na bilet, lepiej odpalić sobie jakiś dokument o Jacksonie.
@Telezajaczek aktor grający Michaela to bratanek tego Michaela. Gdzieś czytałem, że mają kręcić drugą część "od 1984" do jego śmierci, ale nie wiem ile w tym prawdy.
@boogie wiem, że to bratanek. Może dlatego ma podobny głos? Bo chyba nie podłożyli innego głosu.
Kadr pod sam koniec filmu sugerował, że ma być kontynuacja, ale jakoś w to wątpię. Jeśli film jest tworzony z błogosławieństwem i udziałem Jacksonów, raczej nie pozwolą "szargać" i tak już zszarganej reputacji krewniaka.
Powojenne Niemcy. Pisarz Thomas Mann i jego córka Erika jadą do NRD, gdzie pisarz ma odebrać nagrodę.
Klasyczny przerost formy nad treścią, piękne zdjęcia (znak rozpoznawczy Pawlikowskiego; drugi jego znak rozpoznawczy, czyli sceny w zrujnowanym kościele, też się w filmie znalazł) nieudolnie przykrywają historię o niczym, bo jeśli film miał rozliczać się z nazistowską przeszłością Niemiec albo życiem Manna, to się nie rozlicza. Typowe dzieło robione pod to, by dziadki z Cannes zwalili konia.
Ekranizacja internetowej pasty. Zmagający się z problemami w życiu osobistym właściciel sklepu meblowego odkrywa, że w piwnicy jego biznesu znajduje się przejście do dziwacznego labiryntu.
Przede wszystkim gratulacje dla polskiego dystrybutora za klasyczny przykład niedojebania umysłowego i dodanie do oryginalnego tytułu polskiego luźnego tłumaczenia niewiadomo po c⁎⁎j.
Pod względem wizualnym świetny, czuć było creepy vibe przestrzeni liminalnych, niestety, fabularnie kuleje. Wątki osobiste bohaterów w zasadzie nie były potrzebne, a finał w stylu ni to Davida Lyncha, ni to Z archiwum X tylko popsuł oryginalny klimat dzieła.
@GARN_ nwm, nie oglądałam Cube. Koleś, który to kręcił, wcześniej miał miniserial na YT o tym samym temacie i tytule, możesz obczaić 1 odcinek żeby się zorientować
Ostatnio z dziewczyną zastanawialiśmy się, jakie seriale, z tych dłuższych niż trzy sezony, utrzymały wysoki poziom do samego końca. Wszystko wskazuje na to, że „Legenda Vox Machiny” ma szansę dołączyć do tego niewielkiego grona.
Jasne, nie przepadam za rozwiązaniem pokroju „bohaterowie pokonali Wielkie Zło, więc trzeba wymyślić im jeszcze groźniejsze”, więc początkowo byłem sceptycznie nastawiony do tego, z czym mierzyli się członkowie Vox Machiny. Z czasem jednak zacząłem przymykać na to oko i po prostu cieszyłem się grą aktorską. W szczególności uwielbiam aktora odgrywającego Groga, który jest przezabawny, gdy brzmi smutno. Wręcz jak szczeniak.
Często przy opiniach o różnych dziełach wspominam o tym, by oceniać je w ich kategoriach. W przypadku akcyjniaka z głupią fabułą warto skupić się na akcji, w przypadku odwrotnym warto spróbować docenić fabułę. Dzięki takiemu podejściu staram się wyciągnąć to, co najlepsze z danego dzieła.
„Legendę Vox Machiny” mógłbym skrytykować za brak wagi wydarzeń. Z góry wiadomo, że bohaterowie wygrają, nawet jeśli wcześniej dostaną bęcki. Po poprzednich sezonach wiadomo, że jeśli im się coś stanie, to pozostali na pewno znajdą sposób, żeby im pomóc albo nawet przywrócić do życia. Dlatego ani trochę nie przejąłem się, gdy pod koniec jednego odcinka zginęła jedna z postaci. Stało się tak tylko po to, by w kolejnym została wskrzeszona. Nie wiem, czy ktokolwiek dał się na to nabrać. ; )
Czy jest to wada? Poniekąd tak. Jednocześnie naprawdę dobrze ogląda się bohaterów po raz kolejny ratujących świat i przeżywających osobiste dramaty. To jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy, seriali fantasy.
Właśnie skończyłem dzisiaj ten sezon. Jak dla mnie spoko, chociaż poziom dla mnie trochę spadł.
Na plus na pewno odcinek z bardem, plus postać złego barda, chociaż to po części dlatego, że brakowało Scanlana w tym sezonie, był zdecydowanie moją ulubioną postacią w poprzednich.